środa, 14 czerwca 2017

Dobry kosmetyk, zły marketing: GRATiAE Exfoliating Body Scrub

Dystrybutor marki Gratiae stosuje same wkurzające praktyki marketingowe. Nasyła swoich pracowników na zabieganego klienta galerii handlowej, wciska mu mydło glicerynowe udające żelka Haribo (ile już razy jadłam je oczami!), potem zaprasza na darmowy zabieg na dłonie, a wreszcie winduje ceny po to, żeby po 10 minutach zachwalania konsultantka mogła obniżyć je o połowę. 



Takie rzeczy odbywają się (a przynajmniej odbywały) w warszawskich Złotych Tarasach na stoisku kosmetyków z minerałami z Morza Martwego Seacret. Nie jestem pewna, czy oferta marki Gratiae wciąż jest tam dostępna, czy został tylko sam Seacret, ale praktyki sprzedawców – bez zmian. Mnie taka forma marketingu napawa obrzydzeniem i zastanawiam się, czy ktokolwiek z Was czuje się dobrze w podobnej sytuacji. Nie sądzę też, żeby przyjemne było pracowanie w takim miejscu.

Sama olewam naganiaczy, ale moja kochana mama kiedyś postanowiła posłuchać przemiłej ekspedientki i dać się porwać „promocyjnym” zakupom. Wiem, że myślała o moim blogu, kiedy kupowała ten przesadnie drogi peeling, tylko szkoda, że wydała na ten kosmetyk tak dużo kasy, która ostatecznie poszła do kieszeni ludzi od niefajnego marketingu.

Jeśli jednak odejdziemy od stoiska Seacret i skupimy się na samym zakupionym kosmetyku, okaże się, że jest on wart uwagi. Mimo całej bezsensowności ceny i metod sprzedaży peeling Gratiae jest produktem ciekawym i w moim królestwie kosmetycznej rozpusty absolutnie się nie marnował.

Gratiae Organic Beauty By Nature to przeciwstarzeniowa linia kosmetyków, „perfekcyjnie łącząca naukę z naturą”, co w praktyce oznacza, że produkty zawierają zarówno naturalne składniki, jak i chemiczne dodatki. Po zapoznaniu się ze stroną marki, okazało się, że mój peeling to jeden z najtańszych produktów w ofercie. Skromne 27€ (na stoisku Seacret to było 150 zł w „promocji życia”, a wcześniejsza proponowana kwota to 300 zł!) za 250-gramowy słoik to nic w porównaniu z zawrotną kwotą 340€ za krem pod oczy. 


Exfoliating Body Scrub jest dostępny w dwóch wersjach zapachowych: Apple, Green Tea & Ginger i Passion Fruit & Lime, którą posiadam. Aromat wydobywający się z mojego słoika jest obłędny! Egzotyczny, kojarzy mi się z dojrzałym mango. Z przyjemnością sięgam po słoik Gratiae właśnie ze względu na zapach. Wygląd też niczego sobie, prawda? Słoik jest plastikowy, ale wciąż wygląda elegancko – rozsądne rozwiązanie.

Producent poleca stosować scrub na mokrą skórę, a ja dodam od siebie, że musi to być skóra bez jakichkolwiek uszkodzeń mechanicznych, ponieważ tym, co skutecznie zdziera z nas naskórkowe trupy, jest sól z Morza Martwego. Skuteczna, ale bezlitosna dla poranionych. 


Skład mamy krótki i konkretny – sól morską wytaplano w wyjątkowo tłustym oleju ze słodkich migdałów, ale na szczęście nie wylewa się on ze słoika, jak to najczęściej bywa w przypadku tłustych peelingów. Konsystencja kosmetyku jest raczej sypka i przyznam, że bardzo mi się to spodobało. Olej z migdałów dobrze przyczepia się do wilgotnej skóry i wykonanie masażu jest raczej bezproblemowe – trzeba tylko pamiętać, by nabierać niewielkie ilości.

Solne peelingi zazwyczaj należą do grupy mocnych zdzieraków i tym razem nie jest inaczej. Stopień hardkoru można regulować poprzez zmianę siły nacisku i tempa szorowania, ale wciąż będzie to doznanie z tych mocniejszych. Skóra po zabiegu jest cudownie gładka i przyjemnie otulona olejową kołderką, ale bez tego ohydnego, oblepiającego efektu, znanego z peelingów z parafiną. Bardzo spodobało mi się też peelingowanie dłoni. Nie mogę przestać ich głaskać, takie są gładkie!

Na plus również wydajność, ale bez łaski – gdyby słoik z solą za 150 złotych nie wystarczył na długo, byłoby to z jego strony co najmniej nieeleganckie. 


Nadszedł czas wakacyjnych wypraw. Nawet jeżeli peelingu nie ma już w ofercie Seacret lub nie macie ochoty kupować go w przesadzonej cenie i nieciekawych okolicznościach, być może spotkacie go na swojej drodze w czasie urlopu. Marka Gratiae obecna jest na całym świecie (część asortymentu do odnalezienia w TK Maxx), a w niektórych krajach (m.in. Izraelu i USA) zaprasza do pięknie urządzonych salonów. Kosmetyki można też zamówić przez internet prosto ze strony producenta – na terenie Europy darmowa przesyłka od 75€. Produkty do twarzy zapowiadają się ciekawie – kto wie, może mieszka na tamtejszych półkach jakaś perełka? Co do samego peelingu... oczywiście możecie znaleźć w Polsce podobnie skuteczny w dużo niższej cenie, ale jeżeli lubicie czuć się luksusowo, myślę, że warto rzucić na niego okiem nosem.

Ile: 250 g
Cena: 30$ na stronie producenta
Ocena: niejednoznaczna (świetne działanie w absurdalnej cenie)
Dostępność: bardzo ograniczona. 

20 komentarzy:

  1. To w Polsce można jeszcze spotkać takich naganiaczy?

    OdpowiedzUsuń
  2. Bie pamiętam marki, ale kiedyś jedna pabi przyciągnęła mnie i koleżankę do takiego stoiska. Gdyby nie ja to koleżanka była dkłonna zapłacić jakieś 100 zł za mały słoiczek czegośtam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, to samo w sobie nie jest złe: płacić 100 złotych za kosmetyk. Znamy przecież setki marek oferujących wysokopółkową pielęgnację i kolorówkę, a każdy z nas sam ocenia, na ile go stać i jakie ma potrzeby. Dziwi mnie tylko, że marka ma być luksusowa (opakowania, ceny, salony spa za granicą), a w Polsce pozycjonowana jest jak te wszystkie dziadostwa od akwizytorów. Wystarczyłoby zamówić kilka wpisów w magazynach dla kobiet i na portalach i czekać, aż klientki same przybiegną sprawdzić, co to za cuda z Izraela. A tak zniechęceni są absolutnie wszyscy: ci, których byłoby stać na drogą pielęgnację i ci niżej sytuowani, którzy być może raz dali się nabrać na zakup ponad ich budżet, ale na pewno nie wrócą po więcej.

      Usuń
  3. skąd oni biorą takie ceny? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te pierwsze z kosmosu, a późniejsze są porównywalne z tymi z międzynarodowej strony producenta :)

      Usuń
  4. Ekipa z tego stoiska "zaatakowała" koleżankę i mnie, gdy kilka lat temu wybrałyśmy się na zakupy do Złotych Tarasów. Identyczna sytuacja jak ta, którą opisałaś. Ja się nie dałam naciągnąć, za to znajoma zostawiła u nich sporo kasy. Strasznie wkurzające mają praktyki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beznadziejne to jest. Cały marketing opiera się na tym, żeby złapać kogoś, kto jest mało asertywny.

      Usuń
  5. Zaszokowałaś mnie pierwszymi zdaniami. Czyli jesteśmy potencjalnymi idiotkami? dla marketingowców?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nie pierwszy raz przecież :)

      Usuń
    2. Tak naprawdę szkoda tych kosmetyków – mogłyby się okazać bardzo fajne i warte promowania, ale nikt z nas nie ma ochoty tego sprawdzać :)

      Usuń
  6. Jeżu... w którejś z nadmorskich galerii mnie jakaś babka zaskoczyła znienacka (dwa razy z rzędu, bo błądziłam :P) swoim koślawym angielskim z pytaniem skąd jestem próbując jednocześnie przyciągnąć do ich stoiska. Uciekałam czym prędzej :D
    Wiele nie straciłam, na tak drogą sól mnie nie stać :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobną sól (choć pewnie nie tak pięknie pachnącą, a już na pewno nie z minerałami z Morza Martwego :D) możemy zrobić w ramach DIY – to fakt! Wiadomo, znajdzie się mnóstwo kobiet, które chętnie zapłacą te 150 za przyjemnie pachnący, solny peeling w ładnym słoiku – szkoda tylko, że dystrybutor swoimi praktykami zniechęca potencjalne klientki.

      Usuń
  7. Nieraz zdarzało mi się być zaczepionym przez takich "naciągaczy". Raz babeczka starała mi się wcisnąć pastę do zębów 'w promocji' za ok. 30 zł, ale nie spodziewała się, że ją znałam i wiedziałam, że można ją kupić za niespełna 10...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie doszła do momentu, w którym ogłosi swoje 10, bo za szybko ją zbyłaś ;)

      Usuń
  8. nawet jeśli jest super, to wolałabym wydać taką kwotę na kosmetyk, który miałby mieć dłuższy kontakt ze skórą... no ale szczerze mówiąc to peelingi do ciała w ogóle nigdy mnie nie kręciły

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie jestem wielką fanką, raczej zdzieram naskórek z poczucia obowiązku niż dla przyjemności :).

      Usuń
  9. Tak, to samo jest w Galerii Mokotów. Przyjęłam próbkę mydełka, ale na żadne zakupy nie dałam się naciągnąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą próbką mydełka też nie wiadomo, co dalej zrobić. Podają ją w jakimś papierku i co dalej, mam wrzucić takie klejące g**no do torebki luzem?

      Usuń
    2. Ja wrzuciłam do kieszonki torebki luzem, trudno. :D Ale potem potem papierek przykleja się do tego g***a i jak tego używać? Sama radość. :D Mnie się nie chciało skubać i wywaliłam. ;P

      Usuń