czwartek, 18 maja 2017

Jakie kosmetyki zabrałam do Nowego Jorku? Moja nieidealna wyjazdowa kosmetyczka

Post o nowojorskiej wyprawie wciąż się tworzy i na pewno nie powstanie w ten weekend, bo do niedzielnego popołudnia będę integrować się z częścią z Was podczas trzeciej edycji Meet Beauty (kogo tam spotkam? przyznawać się!). Postanowiłam jednak nie porzucać bloga po raz drugi w tym miesiącu, dlatego dziś szybki rzut oka na zawartość kosmetyczki, którą zabrałam ze sobą do Stanów. Przyznam, że pakowałam ją w pośpiechu, mimo że pozostałą zawartość walizki bardzo dokładnie przemyślałam. Miało być minimalistycznie i... lekko. Każdy wolny gram bagażu na wagę złota! 




Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że do ideału trochę jej brakowało. Z podstawowych rzeczy pielęgnacyjnych postawiłam na kupione w Rossmannie miniatury (pokazywałam je na Instagramie), które kompletnie się nie opłacają, ale mają jedną podstawową zaletę: mało ważą. Dołożyłam też kilka saszetek z próbkami, w tym krem pod oczy polskiego Vianka i krem na noc równie polskiego (i równie sylvecowego) Biolavenu i przełożyłam porcję masła do demakijażu The Body Shop do małego słoiczka. Udało mi się spakować tak minimalistycznie, że waga na lotnisku pokazała nieco ponad 11 kg, z czego 4 kilogramy to była walizka. Duma mnie rozpierała ;). Żeby nie było: małżonek oczywiście miał swoją (walizkę i dumę) – okazała się niewiele cięższa. Nie miałam pojęcia, czy udadzą nam się jakiekolwiek sensowne nowojorskie zakupy, ale wolałam nie odbierać nam zakupowej swobody jeszcze w Warszawie. Jak się później okazało, to była bardzo dobra decyzja, bo na lotnisku JFK waga była już mniej optymistyczna i pokazała po 1–2 kg luzu w każdym naszym bagażu.

No dobrze, przejdźmy do wyjazdowych wybrańców. Możecie potraktować ten wpis jako zbiór minirecenzji tych kosmetyków. Pewnie nie do wszystkich wrócę w pełnych recenzjach. 


Z pielęgnacji, oprócz serum Hada Labo i filtra Vichy, dorzuciłam pięknie pachnący Green Tea Balancing Lotion od Innisfree (Magdo, jeszcze raz ogromnie Ci dziękuję!), który miał pojemność 10 ml i plastikową zakrętkę, dzięki czemu służył mi dzielnie przez cały wyjazd. Szybko okazało się, że musi zapierniczać za resztę pielęgnacji, bo tej sensownej po prostu... zabrakło. Powitajmy oklaskami mistrzynię pakowania! 

Hada Labo Tokyo – Concentrated Water Serum Lock-In-Moist – kupiłam i używam, mimo że cała historia z wprowadzeniem Japońskich Superkosmetyków na polski rynek to grube nadużycie z posypką ze zmielonej ściemy. Zabrałam to serum do Stanów, bo... tak: było lekkie. Wyznaczyłam je do nocnego nawilżania w duecie z saszetką kremu na noc Biolaven. A że saszetka zużyła się trzeciego dnia, a ja ze zdumieniem odkryłam, że więcej w kosmetyczce nie uświadczę, przez resztę wyjazdu posiłkowałam się kremem hotelowym (to dopiero szczęście – nigdy wcześniej nie spotkałam w jakimkolwiek hotelowym asortymencie kremu do twarzy). Wyszło co najwyżej przeciętnie, a dodatkowo serum wkurzyło mnie lepkością. Pielęgnacja nocna: fail nr 1. 

Vichy – Ideal Soleil SPF 50 – krem do cery tłustej i mieszanej z filtrem SPF 50 to sprawdzony produkt, który posłużył jako baza pod makijaż. Przyznaję: zimą nie jestem sumienna w używaniu filtrów, ale kiedy zaczyna się sezon słoneczny (wiem, wiem, majówka w Polsce była zimowa, ale w Nowym Jorku już pięknie przygrzewało), potulnie wklepuję filtry. Wprawdzie po kilku godzinach taki filtr przestaje chronić i powinno się ponowić aplikację, ale jako że to nierealne, wierzę, że chociaż mocniej kryjący podkład jakoś pomaga odseparować skórę od szkodliwego promieniowania. 

Catrice – HD Liquid Coverage, odcień 010 (sic!) – nie chce być inaczej: to najlepszy długotrwały, dobrze kryjący podkład, jaki mam obecnie w domu. Próbowałam zabrać coś lżejszego (ta butelka naprawdę sporo waży!), ale żadnemu innemu kosmetykowi nie ufałam na tyle, żeby oddać mu cenne miejsce w walizce. Na wyjeździe Catrice sprawdził się super: na twarzy trzymał się od rana do demakijażu, a – w połączeniu z pozostałymi kosmetykami –  zapewniał mat na wiele godzin. Wybaczam mu ciemnienie o pół tonu, bo z tygodnia na tydzień będzie się to mniej rzucało w oczy. 

Urban Decay – Naked Skin Weightless Complete Coverage Concealer, odcień Light Neutral – tu też nie chce być inaczej: ten korektor jest dla mnie za ciemny. Wbrew pozorom, pod oczami nie jest konieczne stosowanie bardzo jasnych korektorów, bo naturalnie te okolice mamy przyciemnione, ale w tym przypadku kolor nada się dopiero na pełnię lata. Nie odcinał się od podkładu, ale też w żaden sposób nie był w stanie zakamuflować niedospania. Krycie faktycznie ma dobre, a przy tym – nałożony z umiarem – nie wchodzi w zmarszczki, bo elegancko zastyga. Mimo zalet: fail nr 2.

Urban Decay – Eyeshadow Primer Potion Anti-Aging (miniatura) – wielokrotnie sprawdzona, dobra baza pod cienie. Nałożona w niewielkiej ilości utrzymuje cienie przez cały dzień na swoim miejscu w postaci niezmienionej (chyba że zmienię je osobiście, pocierając powieki – czasem mi się to zdarza). 


Innisfree – No-Sebum Mineral Powder – mimo że puder Innisfree jeszcze w Polsce okazał się nie aż tak genialny w utrzymywaniu matu, jak go sobie wyobrażałam, wzięłam go, bo... jest lekki, nieduży i mimo wszystko ma dobre właściwości matujące (a do tego pięknie wygładza skórę). Poza tym wiedziałam, że przy moim podkładzie i... filtrowym podkładzie dla podkładu wszystko będzie dobrze. I było. Dziś zabrałabym wersję prasowaną, która leży w szufladzie z kolorówką, ale zwyczajnie nie przyszło mi to do głowy. 

Urban Decay – Naked Basics 2 – jeżeli kiedykolwiek zdenkuję jakąś paletę, myślę, że to będzie ta. Służy mi na każdym wyjeździe, a także na co dzień, w dni, kiedy nie mam zupełnie pomysłu albo ochoty na wielkie malunki. Paćkam się tymi cieniami absolutnie byle jak i w dwie minuty mam gotowy jakiś_tam_makijaż. Brakuje tu tylko czarnego koloru, którym mogłabym zrobić zagęszczającą rzęsy kreskę (nie używam eyelinerów). Może czas na Naked Basics nr 1?

MySecret Matt Eyeshadow nr 505 – matowy cielak, kredowy, pylący, ale dzięki niemu oszczędzam dwa jasne cienie z palety UD. Wolałabym, żeby był odrobinę jaśniejszy. 

Catrice – Prime And Fine, 010 Ashy Radiance – do konturowania super, nie robi plam ani problemów i sprzyja szybkiemu, byle jakiemu makijażowi w pięć minut. Nie utrzymuje się na moich policzkach do wieczora, ale rzadko co potrafi. Rozświetlacz jest słabo widoczny, dzięki czemu można nim machnąć cokolwiek i jakkolwiek. W połączeniu ze skośnym pędzlem wszystko wypada śmiesznie łatwo. 

MAC – Prep+Prime Skin Base Visage (mini) – użyłam raz, a potem wpadła na spód kosmetyczki i została zapomniana. Wygładza. Czyżby miała silikony?


Tusze do rzęs Collistar Infinito i Urban Decay Perversion opisywałam jakiś czas temu w poście zbiorczym tu: klik. Perversion stanowił pierwszą warstwę dla górnych rzęs i jedyną dla dolnych, a Infinito robił na górze duże, pogrubione WOW. Duże, pogrubione WOW zwróciło uwagę ekspedientki w Sephorze, która dopytywała, czego używam. Odpowiedź: nieświeżego Infinito w duecie z miniaturą Perversion, jak łatwo się domyślić, została przyjęta z pełnym rozczarowania jęknięciem.

Benefit – Gimme Brow, nr 03 – recenzja była tu: klik. Odpowiednio chłodny, nie za ciemny, niezawodny, najlepszy. Nie przydał się, bo przed wyjazdem odwiedziłam brow bar :).

MAC – Brave (satin) – pomadka z serii: nie mam czasu myśleć, co do czego pasuje. Pasowała, ale przecież mój makijaż był całkiem neutralny, więc zadanie było łatwe. Zjadała się po dwóch godzinach, a ja zapominałam poprawiać, bo miałam ważniejsze sprawy.

Clinique – Cream Shaper for Eyes – zaznaczałam nią dolną linię rzęs i wewnętrzną część górnej linii wodnej. Robię tak, a potem sobie mówię: Agato, jaka jesteś głęboka z tym swoim spojrzeniem.  Na koniec głaszczę się po głowie, przytulam do futryny i wychodzę. Na pewno są na to jakieś dobre leki. Bez choćby odrobiny pomocy czarnej kredki czuję się niedomalowana i wyglądam na chorą – chyba że wykonam pełny, odpicowany makijaż. Na to nie miałam czasu w Nowym Jorku, więc. Kredka jest solidnie czarna, miękka i łatwo rozcierała się na dolnej linii. Do linii wodnej gorzej się nadaje, bo na wilgotnym nie chce się ładnie aplikować.

Czy ja zabrałam jakiś róż? Zupełnie nie pamiętam. Zabrałam za to kilka pędzli w tubie po maxineczkowych M Brushach. Ostatniego dnia zabrakło mi kremu pod oczy z saszetek, ale mimo tych wszystkich kosmetycznych niedopracowań byłam najszczęśliwszą, niedosmarowaną Agatą w kosmosie!

19 komentarzy:

  1. Też bym wzięła Brave :) z tych wszystkich :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znajdzie się jeszcze parę ładnych neutrali w kolekcji, ale Brave jakoś pierwszy przychodzi na myśl :)

      Usuń
  2. Czy ten Catrice ma SPF i czy wg Twojego oglądu jest kolor dla mnie tam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie wiem o jego SPF-ie oraz jest dla Ciebie za ciemny :(

      Usuń
  3. ja najczęściej na wyjazdy zabieram paletkę balm jovi z the balm. mam tam cienie, rozświetlacz i róż :) do tego dobieram podklad, korektor, maskarę, coś do brwi, ust i może jakąś kredkę, i jestem good to go :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja ostatnio na Wielkanoc wzięłam te bestofy TheBalm i też było fajnie :)

      Usuń
  4. Ja się w ogóle obrażam, że mnie ze sobą nie zabrałaś. Usuwam bloga z mojej listy i więcej nie wracam!!
    Oczywiście żart. Zazdroszczę Ci straszliwie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz, królowo! Następnym razem nie popełnię tego błędu! :)))

      Usuń
  5. To ja teraz czekam na dalsze nowojorskie opowieści! Chociaż może coś w sobotę powiesz? Bo ja i mój koczek będziemy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie kooooczek! Hurrraaaaaaa! Będę wypatrywać <3

      Usuń
  6. kocham miniaturki ja chyba nie wzielabym nic zeby tam kupic wszystko:P Zapraszam Cie po darmowy kod na fotomagnesy na moim blogu umiescilam kod. Magnesy z wybranymi zdjeciami sa urocze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wolałam nie ryzykować i... miałam rację, bo większość zakupów zrobiłam dopiero dzień przed powrotem ;).

      Usuń
  7. Gimme brow jest i u mnie w kosmetyczce :)

    OdpowiedzUsuń
  8. U mnie też te saszetki z plastikowymi zakrętkami sprawdzają się świetnie w podróży! Do pudru No Sebum się przekonałam - jakoś na początku wydawał mi się przereklamowany, ale teraz bardzo sie lubimy. No i to wygładzenie... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A próbowałaś ten prasowany? Ciekawa jestem, czy jest różnica.

      Usuń
    2. Nie, nie próbowałam. Czytałam jedynie w recenzjach, że słabiej matuje.

      Usuń
    3. czyli potwierdza się smutny standard: prasowane pudry zawsze będą słabsze od sypanych :/

      Usuń
  9. Jakbym miała na wakacje zabrać ze sobą jedną sprawdzoną paletę pewnie byłaby to Naked Basic 2. Wprawdzie aktualnie walczy o pierwszeństwo z Kat Von D Shade & Light, ale jednak UD wygrywa rozmiarami ;)

    OdpowiedzUsuń