niedziela, 2 kwietnia 2017

Projekt denko, odc. 48

No i dobrze, że już po marcu. Oficjalnie uznaję ten miesiąc za najbardziej wyczerpujący w całym roku (nie tylko w 2017, ogólnie). W marcu wiosna jeszcze nie umie się rozkręcić, a ja jestem już bardzo zmęczona wielomiesięcznym czekaniem na nią. Brakuje mi słońca, kaloryfery przestają grzać, więc mimo końca zimy – zamarzam. W środku i na zewnątrz. Nie mam energii, nie umiem się zmobilizować ani do sportu, ani do zdrowego odżywiania. Marzec powinniśmy wykreślić z kalendarza. Albo przespać. Mój mąż zaczął wątpić w to, że kiedykolwiek nam się poprawi, a potem nadszedł letni 1 kwietnia, zrobiliśmy prawie 20-kilometrowy spacer i już znowu wierzy :). Witaj, wiosno. Nie uciekaj nam!


Marcowe zużycia to znów wykańczanie resztek, wywalanie nieświeżej kolorówki i uszczuplanie malejących w oczach zapasów. Zapanowałam już prawie nad wszystkimi kategoriami kosmetyków pielęgnacyjnych, poza jedną: żelami pod prysznic. W moim denku zobaczycie więc m.in.: żel śmierdzący, wywalany niemal w całości; żel, którego na rynku nie ma już w takiej etykiecie, bo jest w innej; żel z limitowanki sprzed dwóch lat, a także różne inne żele rozmaitego, niekoniecznie podprysznicowego, pochodzenia. 


Isana – Święto Kwiatów – mydło w płynie – okazało się, że kwiaty świętują aromatem ylang-ylang, który kojarzy mi się z zapachem oleju monoi, czyli gardenii tahitańskiej. Nie byłam gotowa na tę ciężką, duszącą nutę, dlatego ta wersja Isany mi się nie spodobała. Mydło dobrze się pieniło, ale było rzadkie, a więc niewydajne, a zapach – jak na złość – długo utrzymywał się na skórze. Poza tym lekko wysuszało. Nie planuję powrotu. 

Żele antybakteryjne Bath & Body Works i Optimal – ten pierwszy uwielbiam, bo ma intensywny, śliczny zapach i po odparowaniu nie klei się. Ten drugi jest beznadziejny, bo robi dokładnie to, czego pierwszy nie. Zapach ma przyjemny, ale ta lepkość... uuugh. O połowę tańsze rozwiązanie, ale nie dla mnie. Klejusom mówię: nie!

Rituals – Fortune Scrub (miniatura) – to już ritualsowe ostatki po moim wielkim testowaniu produktów tej marki. Fortune Scrub to 2w1: myje i zdziera naskórkowe truposze. Robi to raczej delikatnie, choć pod koniec opakowania pojawiło się jakoś więcej silikonowych mikrogranulek. Niedługo same będziecie mogły się przekonać, czy Rituals to coś dla Was, bo za kilka tygodni marka pojawi się w polskich Sephorach.

Perfecta Mama – Probiotyczny żel do higieny intymnej – kolejna zużyta butelka. Na etykietę (mimo że odświeżona) nie mogę już patrzeć, ale kupuję ten kosmetyk, bo jest sprawdzony, nie podrażnia, nie wymywa flory bakteryjnej do zera, ma dobry skład i starcza na wiele długich tygodni. Ostatnim potencjalnym konkurentem, jaki się pojawił, był żel Tołpy – on również nic złego nie czyni, a przy tym uprzyjemnia procedurę higieniczną delikatnym zapachem. Perfecta jest bezzapachowa i trochę mi to już zaczyna przeszkadzać, a z drugiej strony... jak sobie przypomnę Lactacyd, Ziaję i inne wynalazki, po których nie mogłam się pozbierać, to myślę sobie, że ten zapach nie jest mi aż tak potrzebny. I dalej używam Perfecty. 


A to wspomniane wcześniej produkty myjące, będące powrotem do przeszłości na trzy różne sposoby. 

Balea – Cabana Dream LE – naprawdę śliczny, brzoskwiniowo-wakacyjny zapach – równie piękny, co niedostępny – a do tego dużo piany, odpowiednia gęstość i śmieszna cena. Warto czasem wrócić do poczciwej Balei i przypomnieć sobie, o co chodziło kiedyś w żelu pod prysznic: żeby pachniał, żeby się pienił i żeby mył. Tyle dawniej, bo teraz musi jeszcze mieć odpowiedni skład, być eko-fresz-natural-organik i kosztować pięć razy więcej, żeby człowiek naprawdę poczuł, że myje się czymś godnym jego wspaniałego odwłoka. 

Pat&Rub – Otulający żel myjący – ten sam kosmetyk dostaniecie teraz pod brandem Naturativ. Kinga Rusin zabrała zabawki z piaskownicy Aromedy i poszła na swój plac zabaw w atmosferze niedomówień i wzajemnych oskarżeń. Jej nowe kosmetyki są inne od tych dawnych. Nie mogę Wam ich zarekomendować, bo nie próbowałam. Za to ten żel pochodzi z mojej ulubionej, Otulającej serii obecnego Naturativu i miło mi się go używało, chociaż z jeszcze bardziej polecam wyborne masło do ciała i boski olejek. Żele Naturativ są rzadkie, ale nie można im odmówić pięknego składu. 

Philosophy – Raspberry Sorbet – w poprzednim wpisie ze zużyciami wspominałam o tym, jak od miłości do produktów marki Philosophy, związanej z zapachami ich kosmetyków, płynnie przeszłam do obrzydzenia z tego samego powodu. Po plastikowym (sic!) Vanilla Bean Nutmeg drżącą ręką sięgnęłam po kolejną butlę Philosophy – Raspberry Sorbet. Malina mogłaby pachnieć pięknie, ale niestety: capi pralnią chemiczną, trochę też tym nieszczęsnym plastikiem. Najłagodniej mówiąc, jest to zapach... nieporywający. I jak sobie zwizualizowałam wielotygodniowe kąpiele w towarzystwie tego czegoś, to mi się od razu zachciało być brudną i śmierdzącą. Dlatego Philosophy prawie w całości leci do kosza, a ja kończę już ten rozczarowujący romans z marką, obiecując sobie gorąco, że nie będę się jarać widokiem kolejnych wielkich butli na półkach TK Maxx. 


Fitomed – Balsam ziołowy do ciała – pisałam o nim niedawno, więc nie będę tracić Waszego cennego czasu na powtórki. Świetnie (!!!) wygładza. Reszta w recenzji. 

Seacret – Hand Cream With Shea Butter – moja kochana Mama dała się kiedyś porwać czatującym przedstawicielom kosmetyków z minerałami z Morza Martwego w Złotych Tarasach. To ci, którzy rozdają coś, co wygląda jak pyszny żelek, a w rzeczywistości jest mydłem – dżizas, jak oni mnie tym denerwują! Wciskają człowiekowi w ręce takie coś w papierku i... co ja mam z tym zrobić? Włożyć tę lepką próbkę do torebki na żywca? A może połknąć i popić colą z pobliskiego automatu? Dzięki filozofii tej firmy miałam okazję wypracować w sobie wyjątkowo ohydną formę asertywności. Kremy do rąk i stóp występują w wielkich pojemnościach, a mama kupiła je za „prawie-darmo” w super-hiper-promocji do bajecznie drogiego peelingu solnego (bardzo dobrego, ale kosztował chyba z 200 zł!). Ten krem, mimo że w nazwie ma masło shea, nie może pochwalić się dużą zawartością tego składnika (shea występuje w połowie składu). Był dość skutecznym, ale dużym tłuściochem, a ja rzadko takie toleruję, więc używałam od wielkiego dzwonu, aż w końcu stracił ważność. Nie cierpię takiej formy marketingu. O peelingu na pewno jeszcze na blogu wspomnę. 

Batiste – Dry Shampoo, wersja Floral & Flirty Blush – trochę zbyt intensywny (choć ładny) zapach, działanie jak zwykle bez zarzutu. Ostatnio częściej używałam suchego szamponu, bo miałam nasilony problem z przetłuszczaniem. Bez Batiste byłaby bieda.


Skin79 – Pore Bubble Cleansing Mask – maski płachtowe są super! Nie dziwię się, że robią taki szał na całym świecie. Ta ze Skin79 miała silne walory rozrywkowe: pieniła się i pęczniała na twarzy, a tym samym zmieniała mnie w niedźwiedzia, zaatakowanego milionem wściekłych pszczelich tyłków. Kiedy użyłam tej maski, nie miałam dużego problemu z zanieczyszczeniem twarzy (byłam niedługo po peelingu enzymatycznym), dlatego żeby ocenić walory oczyszczające, muszę zużyć kolejne egzemplarze. Najważniejsze, że skóra jest po niej gładka, a sama maska nie ma właściwości drażniących, co wcale nie jest takie częste przy produktach wykopujących z naszych porów resztki zanieczyszczeń. Pore Bubble Cleansing Mask to miłe pocieszenie po wycofanej dawno temu maseczce Sue Devitt, którą uwielbiałam aplikować na twarz. Ona też atakowała bandą bąbli. 

Ziaja – Maska oczyszczająca z glinką szarą – wielokrotnie sprawdzona, działa. Nie daje efektu wow i w temacie oczyszczania wypada zdecydowanie słabiej niż ręcznie rozrabiana czysta glinka. Nie zmienia to faktu, że tu niczego rozrabiać nie trzeba, więc jest szybko i na temat. Produkt ma konsystencję gęstego kremu, dlatego aplikuje się łatwo. Poza tym jest bardzo łagodny dla mojej skóry, czego nie mogę powiedzieć o kąsających glinkach w proszku. Będę wracać.

Delawell – Avocado Oil – używałam tego oleju jako uzupełnienia pielęgnacji skóry pod oczami. Co kilka dni aplikowałam go na noc zamiast kremu. Moja skóra wokół oczu uwielbia awokado (dlatego bardzo dobrze przyjęła słynny krem Kiehl's), więc chętnie wypijała olejek Delawell. Mnie przyjemnie się go używało dzięki pipecie. Tak, kocham pipety (choć uznaję je za zupełnie bezsensowne, jeśli mówimy o podkładach).

Norel dr Wilsz – Serum żelowe intensywnie nawilżające z kwasem hialuronowym – wierzę w kwas hialuronowy, dlatego w mojej pielęgnacji regularnie pojawiają się produkty z jego zawartością. Serum to w ogóle najlepsza możliwa opcja, a to norelowe działa bardzo dobrze. Jedynym minusem był fakt, że mogłam stosować je tylko na noc (w duecie z olejkiem Clarins rewelacja!!), bo rolował mi podkłady (z Waszych komentarzy wynika, że to nie jest standard, więc nie bójcie się próbować).


Catrice – Made To Stay – dwa cienie, które trzymałam do oporu, tak bardzo je uwielbiałam. W końcu fiolet położony na powiekę zaczął mieć właściwości rozgrzewające (nie żeby to było niemiłe :)), a tego nie było w umowie, więc żegnam się... bezpowrotnie, jak to bywa z Cosnovą. 

MAC – Paint Pot w odcieniu Let's Skate – zasechł, ale nawet jak był w formie, to niespecjalnie zwracałam na niego uwagę w moich zbiorach. Śnieżkowy, rozbielony róż ze złotym shimmerem lepiej wyglądał w opakowaniu niż na mojej powiece. Był trudny w aplikacji, a więc zniechęcający. Opakowania oczywiście nie wyrzucam, bo przecież jest akcja Back2MAC :). 

Inglot – konturówka w żelu AMC nr 94 – śliczny metalik, który niestety dość szybko zasechł. Używałam jej jak cienia w kremie, nawet nie próbowałam robić nią kreski. Chętnie kupię jeszcze raz i wrzucę w regularny obieg, bo teraz nawet ciężko mi powiedzieć coś więcej na jej temat. 


Calvin Klein – Endless Euphoria (miniatura) – bardzo ładny, świeży zapach. Niestety, nietrwały. Miniatura z jednego z sephorowych boxów była świetna do torebki, wystarczyła na wiele weekendowych wyjazdów. Cieszę się, że miałam okazję zapoznać się z tym zapachem – będę go miło wspominać. 

Zabrałam się wreszcie za Pudełko Pełne Próbek Perfum. W tym miesiącu podlewałam się Euphorią po reformulacji (bardziej elegancka od świeżaka Endless) i Dalilight Salvadora Dali. Tego drugiego sama bym nie wybrała, ale gdyby ktoś mi go podarował, byłabym zadowolona. To ładne połączenie cytrusów, moich ulubionych białych kwiatów i piżma. Euphoria na mnie jest pudrowo-kwiatowa, raczej mało orientalna. Też mi się podoba, ale zanim trafi do mnie w pełnym wymiarze, będę musiała zrealizować parę innych zapachowych zachcianek :). 


Zużyte próbki wrzucam ku pamięci (sprawdzić jaśniejszy odcień Diora, sprawdzić jaśniejszy odcień Diora, sprawdzić...), podobnie jak fotografię rodzinną lakierów do paznokci. Wytypowałam je do wywalenia z najróżniejszych powodów (a bo za stary, a bo za rzadki, a bo wolno wysycha, a bo kolor jednak brzydki). Wspomnę tylko, że z tej gromady najlepszą jakością mogą pochwalić się: Joko z serii Find Your Color (teraz w zmienionym opakowaniu) i kurdupelek L'Oreal z genialnej serii Color Riche. Przy tej okazji wspomnę tylko, że tak, wciąż jestem lakierową babcią i nie przeszłam na hybrydy oraz że nie mam pojęcia, skąd w moim domu tak obszerna kolekcja lakierów i jak to możliwe, że wciąż ich tak pełno, mimo że nie kupowałam żadnego nowego od ponad roku, a ciągle robię im zwolnienia grupowe.  


Po tym najdłuższym ze wszystkich zdań nie pozostaje mi nic innego, jak pożegnać się z Wami i życzyć przemiłego tygodnia. 

34 komentarze:

  1. Maski w płachcie, to w większości prawdziwe cuda :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? A nawet jeżeli działanie mają przeciętne, to i tak człowiek chętniej po nie sięga, a lepiej zaaplikować na twarz coś przeciętnego, niż... żadnego ;)

      Usuń
  2. Miałam serum z wit.C z Norel, a teraz mam ochotę na to z serii Sensitive.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, i jak się sprawdziła witamina C? Uwielbiam ten składnik, ale wiem, że nie wszędzie jednakowo dobrze się spisuje.

      Usuń
  3. skandal, że nie miałam jeszcze żadnej bąbelkującecj płachty!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja jakoś nie przepadam za maskami w szmacie;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wszelkie szybko zasychające produkty łatwo reanimuje Duraline z Inglota. Magiczny eliksir, który ożywi eyeliner, alebo scali pigmenty dla lepszego efektu :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, Agnieszko. Let's Skate też podlałam Duraline, ale efekt już nie był taki, jak chciałam – brokat przyklejał się pięknie do palca i nie dał się nijak skutecznie zaaplikować na powiekę :(

      Usuń
  6. Duże denko! Mamy takie samo zdanie o Delawell, cieniach Catrice jak i Paint Pocie z Maca, dobre! 😁

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to piona! A olej z awokado pod oczy to mistrzostwo świata!

      Usuń
  7. Chcę ten balsam do ciała. Chyba.
    Mnie się święto kwiatów całkiem podobało.
    I jakąś maskę w płachcie też chcę. Choć ostatnio dostałam próbkę maski Sephorowej z cynkiem i mnie oczarowała i biorę pełne opakowanie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie potem święto kwiatów też nie przeszkadzało, a nawet polubiłam, ale początek był taki... niespodziewany :D

      Mówisz o tym sephorowym błocie bez błota? No, świetna jest ,ale piecze gębę! I tak do niej wrócę niebawem, niech piecze, nie boję się!

      Usuń
  8. Isana – Święto Kwiatów uwielbiam w przeciwienstwie do Ciebie. Wiadomo kazdy ma swoje upodobania:) Ja nabylam dzis worki prozniowe na alegro i zamierzam ruszyc ze sprzataniem ciuchow i upychaniem zimowych kurtek na maksymalnie malej powierzchni :) Piekna pogoda i zachcialo mi sie sprzatac!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, spokojnie, przyzwyczaiłam się potem do tego niespodziewanego aromatu :) Ogólnie nie mam nic do monoi, ale muszę mieć ochotę na taki zapach, a przy codziennym myciu rąk nie zawsze owa ochota nadchodzi. Dlatego teraz będę już grzecznie kupować bardziej neutralne, mydlane wersje :). Worków próżniowych nie używam i potem żałuję, ale jakoś ostatnio wolę usuwać niż upychać ;)

      Sprzątaj, sprzątaj! Efekty zawsze tak cieszą!

      Usuń
  9. Ej ale gardenia pachnie bosko, jak można się nie jarać tymże aromatem to ja nie wiem :D
    Cienie w kremie Catrice były cudowne, mam ból tyłka że je wycofali :<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię gardenię, ale nie codziennie!! :) muszę mieć na nią nastrój, a nie po każdym sikaniu mam hehehe

      Usuń
  10. Ja za to bardzo lubię zapach tego mydła z Isany :D Pachnie mi właśnie olejkiem ylang-ylang :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie kojarzę zapachu ylang-ylang, ale naprawdę było identyko jak monoi!

      Usuń
  11. żel Balea miałam jakiś czas temu i bardzo lubiłam ten zapach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękny, jak wiele innych limitowanej Balei :(

      Usuń
  12. Dobra jesteś! ;) To mój ulubiony zapach Rituals <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śmieszny ten zapach, guma do żucia colowa :D

      Usuń
  13. Uświadomiłaś mi, że mój paint pot jest na wykończeniu ;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to biegusiem na zakupy uzupełniające! :)

      Usuń
  14. U mnie Batiste się nie sprawdza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz ciemne włosy, może dlatego? U mnie, blondynki, rewelacja!

      Usuń
  15. Lactacyd i Ziaja, które pasują niby większości też się u mnie kompletnie nie sprawdziły, najlepsze był Venus a Ty ich próbowałaś już? W Anglii używam Femfresh, które właśnie widze weszły do Rossmana i też mi się sprawdzają :) ładne kolory cieni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Venus do higieny intymnej? Nie, nie próbowałam. Femfresh... może spróbuję?

      Usuń
  16. Uwielbiam maski w płachcie- miałam jedną z wzorem wieloryba i odświeżyła mi cerę jak nigdy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D nigdy nie używałam tych, które zmieniają aparycję w zwierzęcą :D

      Usuń
  17. Też jestem lakierową babcią i uwielbiam żele pod prysznic Balea :D

    OdpowiedzUsuń
  18. OMATKOBOSKO, od piątku bez przerwy oprowadzam po wystawie w PKiN i na widok perfum Salvadora zareagowałam niemalże jak pies Pawłowa: "...Dali podczas projektowania flakonów inspirował się własnymi pracami, w przypadku perfum Dalilight flakon to jedna z kolumn na obrazie Boże Narodzenie". Niech Cię, Agata!

    To cholerne karbowane mydło jakie rozdają w Złotych naprawdę wygląda jak żelek. Ja się nabrałam.
    Zagryzałam później herbatnikami w czekoladzie.

    OdpowiedzUsuń