piątek, 21 kwietnia 2017

Dezodoranty w kremie od Pony Hütchen – naturalne, ale czy to działa?

Niewzruszona promocją w Rossmannie, pcham mój blogowy wózek w zupełnie innym kierunku. Postanowiłam zapoznać Was z uroczo wyglądającymi słoiczkami, wypełnionymi pachnącym kremem, który przedstawia się jako... dezodorant. Co najmniej dziwne, prawda?

Jeszcze kilka miesięcy temu zupełnie mi wisiało, że związki aluminium w antyperspirantach są niekorzystne dla zdrowia i mogą być rakotwórcze. Nie zgłębiałam tematu, kulka Nivea Dry Comfort Plus była niezawodna, więc po co zmieniać cokolwiek? W październiku zmieniło się samo. Moja przyjaciółka Ola zachorowała na raka piersi, a po pierwszym szoku, wraz z rozpoczętym leczeniem, powoli zaczęły pojawiać się różne zdrowe koncepcje, które można wprowadzić do jej codziennego życia. Trzymajcie za Olę kciuki, jest niesamowicie dzielną, odważną dziewczyną, ale Wasza pozytywna energia bardzo się przyda!

No i właśnie. Nowym wyzwaniem dla Oli jest nie tylko zdrowa dieta, odpowiednia higiena snu (z małym dzieckiem to naprawdę wyzwanie...), picie świeżych soków i oczywiście zwycięstwo w chorobie, ale też próba wyeliminowania szkodliwych czynników niezwiązanych z dietą. Ola zaczęła szukać dezodorantu bez aluminium, który nie będzie już niestety antyperspirantem, czyli nie zahamuje pocenia, ale przynajmniej całkowicie zneutralizuje zapach potu, a przez to nie zmniejszy komfortu życia. Od razu przypomniałam sobie pozytywną recenzję dezodorantu w kremie Pony Hütchen, którą czytałam u Angel, i pobiegłam na internetowe zakupy. Wzięłam też jedną sztukę dla siebie. 


Dezodoranty Pony Hütchen mają typowo kremową formułę i sprzedawane są w sympatycznych wizualnie, ozdobionych kokardkami, plastikowych słoiczkach. Pamiętam, że zaraz po rozpakowaniu przesyłki byłam zdziwiona ich niewielkimi rozmiarami. Dostępne są w dwóch pojemnościach: 25 i 50 ml.

Zazwyczaj staram się ułatwiać sobie życie, dlatego koncepcja grzebania palcem w słoiku i smarowania pach kremem nie wydała mi się ani trochę atrakcyjna. Czego jednak nie robi się dla własnego zdrowia, szczególnie w odpowiednich okolicznościach...

Puszysty, tłusty krem mający stanowić naszą całodzienną ochronę, to formuła oparta na oleju kokosowym, sodzie i skrobi ziemniaczanej. Dezodorant występuje w kilku wersjach zapachowych, a poszczególne wersje nieco różnią się składem, choć idea pozostaje ta sama. Olej kokosowy zawiera kwas laurynowy, znany z działania antybakteryjnego, wiruso- i grzybobójczego. Soda oczyszczona słynie z kolei ze swoich zapachochłonnych właściwości, a skrobia ziemniaczana pomaga pozbyć się nadmiaru wilgoci. W składzie znajdziemy też pielęgnujące oleje i niewielką ilość tlenku cynku, który ma hamować wydzielanie potu. Całe INCI jest pełne dobroczynnych, naturalnych składników, a kosmetyk ma status wegańskiego. 


Kupiłam trzy wersje: Fresh & Fruity, świąteczną, limitowaną Weihnachtszauber i Rock a Hula. Tę ostatnią zostawiłam sobie. Ma mniejszą, 25-mililitrową pojemność i równie przyjemny jak w przypadku pozostałych kosmetyków, delikatny, owocowy zapach. Kompozycja to zielona herbata, bergamotka i granat. Po tej sugestii faktycznie potrafię wyczuć herbaciane nuty. Składy Rock a Huli i świątecznego dezodorantu możecie zobaczyć poniżej. Widać, że zimowa edycja będzie miała bardziej pudrową teksturę, bo więcej w niej mąki ziemniaczanej niż oleju kokosowego – czyżby odpowiedź producenta na mocno odkręcone kaloryfery i siedzenie przy choince w grubym, brzydkim sweterku? :).

Opowiem Wam wyłącznie o moich doświadczeniach z wariantem Rock a Hula, ale od razu mówię, że Ola ma bardzo zbliżone odczucia. Kremowa konsystencja kosmetyku jest bardzo starannie przemyślana (a przynajmniej na taką wygląda). Sproszkowane składniki były podobno aż trzykrotnie mielone i faktycznie, ledwo je czuć pod palcami, a cała reszta to mieszanka olejów, która w połączeniu z tym, co pudrowe, sprawia... hmmm... mało tłuste wrażenie. Na palec nabieramy niewielką ilość produktu, który jest miękki, puszysty i łatwo się rozprowadza, zarówno na całkiem suchej, jak i lekko wilgotnej skórze. Kremowy dezodorant szybko się wchłania, ale nawet zaraz po aplikacji nie mam wrażenia jakiejkolwiek tłustości pod pachami. Mniej przyjemna pod tym względem jest mokra, zimna kulka Nivei. 


Aromat jest na tyle subtelny, że już za chwilę o nim zapominamy. Nie gryzie się też z perfumami. A co z działaniem? Nie będę Was czarować opowieściami o tym, jak skutecznym, niezawodnym kosmetykiem jest taki naturalny dezodorant. W aktywny, stresujący (albo i nie) dzień już po kilku godzinach potrafię wyczuć dobrze mi znany, choć już dawno zapomniany, nieprzyjemny zapaszek spoconej pachy. Przypominam, że dezodorant nie umie aktywnie hamować wydzielania potu (choć to podobno dobrze, bo hamowanie czegokolwiek nie jest korzystne dla naszego organizmu), a jedynie ma za zadanie zniwelować nieprzyjemny zapach. Wydawać by się mogło, że silne właściwości antybakteryjne oleju kokosowego (i nie tylko jego) powinny załatwić temat, ale jednak na dłuższą metę to się nie sprawdza. Bakterie w tych cudownych dla siebie, podpachowych warunkach mnożą się chętnie i prędzej czy później dają o sobie znać. Mam jednak wrażenie, że nieprzyjemny zapach jest zdecydowanie mniej intensywny, niż w przypadku braku jakiejkolwiek ochrony. Nie zdarzyło się też, żeby ktoś mi bliski zwrócił uwagę, że śmierdzę (a jestem pewna, że nie mieliby z tym problemu ;)). Czyli nie jest najgorzej. W dni wolne od stresu i/lub wysiłku fizycznego to już w ogóle jest bardzo przyzwoicie: po 5–6 h nie czuję nic, po 10–12 czuję się już nieświeżo, ale umówmy się: po takim czasie dotyczy to już nie tylko tego, co się nazbierało pod pachami i każdemu po takim czasie zalecałabym wycieczkę pod prysznic.

Ostatecznie w mojej łazienkowej szafce pozostał zarówno dezodorant Pony Hütchen, jak i stara, niezawodna znajoma – kulka Nivei. Kiedy mam intensywny dzień, spotykam się z ludźmi i dużo ganiam po mieście, wciąż stawiam na komfort psychiczny i używam antyperspirantu. W dniach typowo domowych (wesołe życie freelancera) wybieram Pony Hütchen lub inny, ciekawy kosmetyk dostępny w Rossmannie (ale o nim innym razem). Nie wydaje mi się, bym była w stanie przerzucić się wyłącznie na olej kokosowy z dodatkami jako jedyną formę ochrony przed nieświeżym zapachem, ale faktem jest, że za każdym razem, gdy spędzę dzień w towarzystwie naturalnego kosmetyku, bez dodatku aluminium, czuję się małym, prozdrowotnym zwycięzcą.

Na koniec jeszcze informacja od Oli: po mastektomii cała okolica podpachowa jest na tyle wrażliwa, że rozcieranie kremu jest dalekie od komfortowego. To zniechęciło Olę do tego typu produktów, szczególnie że, podobnie jak u mnie, ochrona w aktywne dni, okazała się niewystarczająca. Przy tej okazji pomyślałam sobie, że spokojnie dałoby się sprzedawać tego typu dezodorant w innym opakowaniu – na przykład w formiwe wykręcanego sztyftu z plastikową, okrągłą końcówką i niewielką dziurką, z której taki kosmetyk by się wydostawał (no wiecie, jak w tych balsamach do ust w miękkich tubach). Kulką można by łatwiej i delikatniej rozprowadzać produkt, przy okazji nie babrając sobie palców. Producencie...?


Pojemność: 25 lub 50 ml
Cena: 30 lub 45 zł
Ocena: niejednoznaczna, wszystko zależy od oczekiwań
Dostępność: widziałam tylko w sklepie bioana.pl – tam też je kupiłam.

26 komentarzy:

  1. Przyglądałam się dezodorantom Schmidt's, zwłaszcza tym w sztyfcie ale potem trafiłam na recenzję Bogusi i Ona wspominała o ubocznym efekcie -odparzeń, a ja mam wyjątkowo wrażliwą skórę i stwierdziłam, że po przygodzie z blokerami: dziękuję, więcej nie chcę. Jest też wersja w słoiczku, forma mało komfortowa. Następne pod lupę poszła Aurelia Probiotic Skincare - jednak to nadal słoiczek, upierdliwa forma w stosowaniu i nie daje oczekiwanego komfortu wg wielu recenzji - tzn. wymaga ponownych aplikacji co kilka godzin. Podoba mi się za to konsystencja oraz to, jak zachowuje się na skórze. Po czym przypomniało mi się, że od dawna kupuję płyn do higieny intymnej z marki BcomBIO, a tam mają też inne fajne produkty i wybrałam Long Lasting Deodorant w kulce. Ma ciekawy skład, w bazie destylat z szałwii a ja od lat doceniam jej właściwości i działanie. Każdy kto zna zapach szałwii będzie wiedzieć jak pachnie ta kulka :D jednak z czasem aromat staje się delikatny i zanika świetnie neutralizując zapach potu. Odnoszę wrażenie, że delikatnie reguluje także ten proces, ale ja nie mam większych problemów w tej materii i Nivea bądź zielona kulka Vichy/Uriage/Garnier dają radę.

    Podsumowując: w aktywne dni sięgam po sprawdzone typowe kulki, kiedy mam większy luz stawiam na BcomBIO, a kiedy zostaję w domu bądź mam leniwy dzień - odpuszczam tego typu kosmetyk. Ciekawostką niech będzie, że BcomBIO całkiem nieźle spisuje się przy porządnym wysiłku kiedy miałam okazję naprawdę się napocić ;) Pod pachami czułam wilgoć, która szybko zanikała i rewelacyjnie neutralizuje zapach. Zobaczymy jak będzie latem, ale mocno kibicuję tej marce ;) Udanym neutralizatorem była kulka Dr Organic Pomegranate Deodorant, ale to typowy dezodorant i jeżeli ktoś nie ma większych problemów z poceniem się jako takim, to może być z niej zadowolonym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odparzenia... heh, napisałam tę recenzję, opublikowałam i następnego dnia po raz pierwszy piekła mnie skóra pod pachami. Pierwszy raz od początku grudnia! Okazało się, że z jakiegoś powodu skóra zasygnalizowała podrażnienie po goleniu i użyciu tego dezodorantu, mimo że wcześniej zdarzało mi się wykonywać tego typu combo :). Na szczęście po kilku minutach pieczenie ustało i żadnych trwałych podrażnień nie odnotowałam.

      Dziękuję za przegląd tych bardziej naturalnych propozycji. Ja nie mam na razie dużego porównania, ale tak sobie myślę, że Pony Hutchen wypada całkiem przyzwoicie. Nawet bywa tak, że po kilku godzinach się spocę i faktycznie nie czuję przykrego zapachu. W spokojne dni to już w ogóle jest dobrze. Problem w tym, że jednego dnia jest zwycięstwo, a innego już robi się niemiło. Nie mam pojęcia, od czego to zależy – czyżby od dnia cyklu? W każdym razie nie mogę mu zaufać, dlatego nie byłabym w stanie zrezygnować z tradycyjnych antyperspirantów.

      Usuń
  2. Ciekawy produkt, nie pomyślałabym o dezedorancie w kremie. 3mam kciuki za Ole !

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozdrów Dzielną Olę :)))

    Ja kończę właśnie którąś z męskich wersji (zawsze zapominam którą mam....) i powiem Ci, że deo daje mi lepszą ochronę przed zapachem potu niż drogeryjne antyperspiranty. Dodatkowo, po wielu, wielu wprawdzie tygodniach używania, mam wrażenie, że pocę się mniej.
    Teraz przymierzam się do zakupu tej wersji z granatem :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, no to bardzo dobre rezultaty u Ciebie! Ja nie miałam kilkutygodniowego okresu używania ciągiem tego dezodorantu, bo jednak w ważne strategicznie dni kompletnie mu nie ufałam. Ciekawe, czy też bym zauważyła trwałą poprawę w regulacji pocenia.

      A zapachy wszystkie mi się bardzo podobały! Na stronie widzę jeszcze kilka innych i każdy wydaje się potencjalnie przyjemny :)

      Usuń
  4. Podobno soda w składzie w dezodorantach naturalnych może uczulac, nie wiem nie znam się, bo ja dezodorantów używam rzadko. Nie, nie chodzę śmierdząca! :P . Trzymam mocno kciuki za Olę, będzie dobrze, musi :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale masz fajnie, że się mało pocisz :) A może masz fajnie, bo masz spokojne, relaksujące życie? :D

      Usuń
  5. bardzo mocno trzymam kciuki za Olę!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja w sumie tez nie musze sie Tam niczym smarować ale kocham różany sztyft dove i to czysta przyjemność. Jakoś soda pod pacha kompletnie mnie nie przekonuje ale kto wie tylko krowa nue zmienia poglądów ;) Pozdrowienia dla Oli !

    OdpowiedzUsuń
  7. Trzymam kciuki za Olę!
    Sam dezodorant obawiam się, że nie zagościłby u mnie na stałe. Mam niestety organizm wymagający w tym temacie, dlatego potrzebne mi są dezodoranty, które niwelują brzydki zapach potu, a najlepiej ograniczają jego wydzielanie. Wiem, wiem, to niezdrowe, ale... komfort, jaki to zapewnia jest nieoceniony!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, komfort to podstawa. Dlatego nie pozbyłam się z życia ANTYperspirantów i nie pozostawiłam samych dezodorantów.

      Usuń
  8. Ja muszę jeszcze wypróbować deo Schmidt ale czuję, że wrócę do tych właśnie. Po tych dezodorantach miałam kilka innych, naturalnych i żaden się nie sprawdził. A te przekonały mnie do siebie w 100%. Tu nawet po całym, intensywnym dniu nie ma mowy o przykrym zapachu, potwierdziłam to ostatecznie na ostatnim SOB, kiedy po 12 godzinach na nogach musiałam się rozebrać o 17:00 do masażu ciała. Kompletnie bezazapachowa pacha <3 Ufffffff pomyślałam sobie, kładąc się na łóżko :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Shmidtsy są jak dla mnie gorsze. Gorzej z ochroną przy nich i mają gorszą konystencję - nie są tak aksamitne i są twardsze. Po nich też miałam podrażniemia i soda jest bardzo wyczuwalna podczas aplikacji. Ale spróbuj, może Twoje wrażenia będą inne :D

      Usuń
  9. A poza tym, tak w temacie aluminium w deo. Zwyczajna propaganda. Wbrew pozorom skóra nie przepuszcza wszystkiego, co na nią nanosimy tak radośnie i ochoczo. Zdecydowanie DUŻO WIĘCEJ aluminium dostarczamy sobie z pożywieniem, np. piekąc coś, co zawinięte jest w aluminiową folię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już nie wiem, komu i w co wierzyć, ale nie dziwię się Oli, że szuka naturalnych rozwiązań. A jak się znajdzie przy okazji coś skutecznego, to jestem pierwsza do skorzystania! :)

      Usuń
  10. Ech, u mnie się zdarza, że klasyczne antyperspiranty nie dają rady, a co dopiero takie rozwiązania... Bardzo mocno trzymam kciuki za Olę, tyle nowotworów wokół nas. Mam nadzieję, że jest dzielna, silny organizm dużo przetrwa. Dwie osoby z mojej najbliższej rodziny się z nimi zmagają, to jest coś strasznego.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja te deo pokochałam. Serio. Po antyperspirantach drogeryjnych czego bym nie próbowała albo śmierdziałam gorzej niż bym nic nie użyła, albo miałam mega podrażnienia :( Piekło, swędziało, pojawiały sią takie białe kulki wypełnione ropą. I pociłam sie bardziej...
    Od jakiegoś roku stosuję tylko natualne i tu też bywało różnie. Przetestowałam już sporo i te Pony okazały się strzałem w 10. Nic mnie nie podrażnia, do aplikacji szybko przywykłam, lubię ich zapachy i w zależności od wersji różnie się utrzymują w ciągu dnia. W pracy dużo biegam, ale dopiero po 7 h czuję się nieświeżo. A np po kulkach rexony były to jakieś dwie godziny. Dla mnie okazały się świetnym rozwiązaniem i ja je polecam kżdemu, kto chce spróbować naturalnych deo, zwłaszcza że można kupić 5 ml próbkę a ona starcza na bardzo długo.

    A co do Dzielnej Oli - pozdrów ją serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że mi się ostatnio taka nieświeżość pojawiła od – zwykle niezawodnej – kulki Nivea? Nie wiem, co się dzieje :( czy skóra przyzwyczaiła się do naturalnego, czy jak? :)

      Usuń
  12. Jakie słodkie i te nazwy <3 Trzymam kciuki za Olę!

    OdpowiedzUsuń
  13. A znacie dezodorant botaniczny z aktywnym srebrem mięta-cytryna od organic life? 0 aluminium, blokerów i parabenów. Właśnie nabyłam i po spokojnej niedzieli jest na plus.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy o nim nie słyszałam, ale warto się rozejrzeć.

      Usuń
  14. u mnie wiele antyperspirantow nie daje rady, nie wiem, czy ten by sobie poradzil... hmmm

    OdpowiedzUsuń
  15. Z dezodorantów nie zawierających aluminium znam jedynie tanią Isanę Med Ultra Sensitive - o dziwo działa, w spokojne dni nie czuję żadnych przykrych zapachów, przy sporcie lub większych stresach już tak. Nie jest to dezodorant super eko, bo to zwykły aerozol, ale jest łatwo dostępny i niedrogi.

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja od czerwca używam Ałunu (rossmannowskiego ;) ) Sprawdza się całkiem różnie chociaż to też zależy od dnia (miesiąca i fazy... księżyca ;) )
    Raz intensywny trening rano i spokojnie bezzapachowo a czasami nie zdążę dojechać na trening już jest nie świeżo ;)
    Od dzisiaj testuję bezzapachowego Schmidtsa. Zobaczymy co to za gagatek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, też mam ostatnio wrażenie, że działanie wszystkich moich dezodorantów (włącznie z kulką Nivei) zależy od faz księżyca lub innych tajemniczych okoliczności :D. Hmm, a może to hormony??

      Usuń