środa, 1 marca 2017

W7 In The Buff / Colour Me Buff vs. Urban Decay Naked 2

Pewnie większość z Was o tym wie, ale może część – nie. Paleta W7 In The Buff (obecnie: Colour Me Buff) to siostra bliźniaczka Urban Decay Naked 2. Jak bardzo bliska oryginałowi? Za bardzo, by nie nazwać jej podróbką w zmienionym opakowaniu. Co więcej, nawet opakowanie nawiązuje do słynnej UD. Ostatnio, w ramach mojego projektu odgruzowywania przestrzeni, puściłam w świat W7. Wtedy przypomniałam sobie, że dawno temu zrobiłam zdjęcia porównawcze obu palet, ale nigdy ich nie opublikowałam. Niech żyją zaległości! 

In The Buff to kopia Naked 2


Jako pierwsza trafiła do mnie W7.  To byłoby logiczne w kontekście zakupów tańszego zamiennika, ale tak się dziwnie złożyło, że nie miałam pojęcia, co kupuję. Wybrałam ją, bo spodobał mi się dobór kolorów i zachęcająca cena. Nie miałam wtedy ani jednej Naked, bo nie były jeszcze dostępne w polskiej Sephorze. Nie wiedziałam, że W7 zrzyna od Urban Decay i że robi to w tak ordynarny sposób. Coś mi świtało, że W7 inspiruje się znanymi produktami innych marek (widziałam jakiś bronzer z kartonikiem a'la Benefit), ale nie znałam szczegółów, nie wiedziałam też, jak dokładnie wygląda Naked 2. Kiedy kilka miesięcy później dotarła do mnie moja UD i obejrzałam cienie w środku opakowania, wydały mi się dziwnie znajome. Sięgnęłam do szuflady do zapomnianej In The Buff i... byłam pod wrażeniem dosłowności tej „inspiracji”. I co, to nie jest karalne? I tak sobie to W7 kopiuje i nikt nie powie ani słówka? Dziwne, dziwne, szczególnie w świecie, w którym można przegrać wielomilionowy proces, bo powtórzyło się w swoim utworze kilka nut mało znanego artysty. 


Metalowe kasetki, ich kolor, kształt cieni i oczywiście kolorystyka palety – wszystko podobne do siebie. Nawet kolejność odcieni jest taka sama, żeby nikt przypadkiem nie przegapił faktu, że W7 to tańszy odpowiednik Urban Decay. W Naked 2 za 240 złotych mamy dodatkowo lusterko. I kartonik. I gratis. Za „gołą” paletę W7 producent życzy sobie około 30 zł – jest to jedyna duża różnica pomiędzy tymi paletami. A co z jakością? No cóż... tu też wrażenia mam zbliżone. Cienie w obu przypadkach są przyzwoicie (choć nie oszałamiająco) napigmentowane, a paleta W7 różni się tym, że bardziej się osypuje, co nie oznacza, że UD tego nie robi. W jednym i drugim przypadku kolory zlewają się na powiece i niełatwo jest wykonać wielowymiarowy makijaż, mimo że pojedynczo niektóre odcienie są piękne! Nie pokochałam W7, więc nie ma się co dziwić, że słynna Naked 2 również nie stała się moją ulubienicą. To porządny produkt, bardzo fajny na co dzień, ale moim zdaniem nie jest wart swojej ceny. Co innego W7 – za trzy dyszki takie nude'y są całkiem spoko. No właśnie, tyle że to nie W7 zaprojektowało ten zestaw i jako konsument brzydzący się podróbkami, czuję się co najmniej nieswojo, wydając – zupełnie legalnie – taką opinię...


Widzicie to? Są prawie identyczne. Ale nazwy odcieni całkiem się różnią! Brawo, W7. Klask, klask.

Mamy więc dwie palety, które nie są identyczne chyba tylko dlatego, że producent tej tańszej nie potrafił w 100% odtworzyć odcieni z tej droższej. Są jednak tym samym zestawem kolorów, w podobnym opakowaniu i jeżeli umalujecie jedno oko jedną, a drugie drugą, różnica będzie prawie niezauważalna. I, co najważniejsze, każdą z nich można kupić bez żenady w sklepie. I to już nie tylko internetowym, bo w związku z dużym zainteresowaniem klientów, marka W7 pojawiła się w Naturach i Hebe. 

Ok, zostawiam już sprawę nieuczciwych praktyk. Wiadomo, że w biznesie jak na wojnie i (prawie) wszystkie chwyty dozwolone. Przejdźmy do konkretów i różnic, które mimo wszystko da się zauważyć.

Ogólnie paleta Naked 2 jest nieco bardziej połyskująca, ale nie na zasadzie migoczących pojedynczych drobin, tylko w bardziej... satynowy sposób (hm, czy to w ogóle ma sens?). Przy zachodzącym słońcu widać, jak piękną taflę tworzą perłowe cienie. In The Buff jest pod tym względem mniej szałowa. Kilka cieni z W7 jest ciemniejszych, mają też nieco mniej przyjemną fakturę. Mimo wszystko wciąż są to niewielkie różnice. Cienie z obu palet na moich tłustych powiekach i dobrej bazie trzymają się przez cały dzień i po równo schodzą przy braku bazy.


A tu już bardzo konkretne porównanie poszczególnych kolorów (wymieniam według nazw Urban Decay):

Foxy – N2 bardziej napigmentowany, bardziej żółty, widać go wyraźnie na skórze, W7 praktycznie
znika na mojej karnacji, więc właściwie jest lepszy jako bazowy cielak.

Half Baked – W7 cieplejszy, ciemniejszy, bardziej pomarańczowy, aplikowany w wewnętrznym kąciku nie rozświetla, a N2 to potrafi.

Bootycall – N2 lepsza pigmentacja, W7 minimalnie chłodniejszy, ale na powiece wyglądają tak samo.

Chopper – W7 nieco ciemniejszy, również na powiece, ale za to ładniej się przenosi języczkowym pędzlem niż N2.

Tease – nie widać różnicy na swatchach, ale na powiece Tease jest ciemniejszy, N2 dużo bardziej się pylił, zarówno przy swatchowaniu, jak i przy aplikacji na powiekę.

Snakebite – może na zdjęciu jest odwrotnie, ale już przy lekkim roztarciu widać, że W7 jest minimalnie jaśniejszy i mniej połyskujący. Mimo wszystko są bardzo podobne do siebie.

Suspect – W7 wykończenie satynowe, N2 bardziej perłowe, odcień ten sam.

Pistol – wyglądają prawie identycznie, ale W7 ma słabszą pigmentację i przy rozcieraniu szybko znika.

Verve – odcień prawie identyczny, W7 słabiej napigmentowany, ale wykończenie bliźniacze, podobnie kiepsko wyglądają na powiece, równie mocno się osypują.

YDK – N2 odrobinę mocniej połyskujący, bardziej różowy, a więc chłodniejszy, pigmentacja podobna.

Busted – W7 ciut ciemniejszy, mocno się osypuje w porównaniu do N2.

Blackout – różnic przy swatchowaniu brak, podobnie na powiece.


No i cóż. In The Buff / Colour Me Buff jest słabszej jakości, ale nie dotyczy to wszystkich cieni, bo bywają i takie, które sprawują się lepiej od odpowiedników z Naked 2. Przyjemniej się używa Naked 2, bo jest porządniej wykonana i... jest Tą Słynną Naked. Mimo wszystko nie zakochałam się w niej – brakuje mi tam jakichś makijażowych zwrotów akcji. Nie jest to wina jakości – po prostu kolory są do siebie zbyt podobne. W7 z powodzeniem zastępuje paletę Urban Decay i mówię to z przykrością. Z dwunastu odcieni wystarczyłoby zostawić połowę i efekt w codziennym makijażu byłby podobny.

Zastanawiam się tylko, czy fakt, że paleta W7 nie odbiega zbytnio jakością od Urban Decay, oznacza, że W7 jest tak dobrze zrobiona, czy to Naked 2 jest taka przeciętna, że jest ją w stanie zastąpić zamiennik za trzy dychy...


35 komentarzy:

  1. o matko, idenatyczne!
    a mowia ze Makeup Revolution kopiuje, a tu prosze w7 mistrz w podrabaniu :)
    nie mam ani jednej ani drugiej palety :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MUR nie miałam, ale zakładam, że u nich też kopiowanie przebiega bez większych zakłóceń :)

      Usuń
  2. ja mam Naked 3 i cóż... jest ok, TYLKO ok. spodziewałam się czegoś bardziej wow :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też ją mam i wrażenia bardzo podobne. Ogólnie jestem nimi rozczarowana. W palecie wszystko tak ładnie i estetycznie wygląda, a na powiekach... jedna połyskująca plama :(

      Usuń
  3. Kurczę to podobieństwo jest uderzające. Ale wg mnie za taka cenę od producenta wymaga sie o wiele więcej i tu Urban Decay poleglo

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam tego urbana. A z w7 mam bronzer a'la benefit ;) ale przyznam, że kupiłam ze świadomością, że to jest "odpowiednik", bo ja nie umiem się malować i sprawdzalam co to takiego ten bronzer ;).
    A swoją drogą "odpowiednik" i "kosmetyk alternatywny" to chyba najpiękniejsze określenia dla podróbek :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak ten bronzer? Tam chyba dwa były, jeden brązowy, jednolity, a drugi jakiś taki afrykański dziwoląg :).

      O, „kosmetyku alternatywnego” nie znałam. Uroczy eufemizm :D

      Usuń
    2. :D i taki nowoczesno-pozytywny :D alternatywa dla oryginału 😛
      Mam bronzer ten jednolity. Wiesz.... użyłam parę razy i nikt się nie śmiał, ale na stałe takich cudów nie używam.... Musze sie nauczyc!

      Usuń
  5. Hihihi, dopiero co przeczytałam na innym blogu (http://www.agatabielecka.pl – fajny!) wpis o paletach MUR (a konkretnie o kopiach serduszkowych czekoladek oraz brzoskwiń Too Faced) i nie potrafiłam się skoncentrować na walorach kosmetyczno-artystycznych tych palet, bo w głowie dzwoniło mi wciąż jedno pytanie: no jak to jest możliwe?! :P Że gdzie te wielkie procesy sądowe, odszkodowania, skandale, wzajemne palenie na stosach? I doszłam do wniosku, że to musi być spisek! No nie ma innej opcji :D Że te wszystkie firmy, co się tak nawzajem kopiują, należą tak naprawdę do jednego koncernu, który po prostu chce zarabiać na tej samej koncepcji po kilka razy, pod różnymi markami i w różnych segmentach cenowych. Bardzo jestem z siebie dumna, że na to wpadłam ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoja teoria jest wspaniała, uwielbiam takie Dickowskie klimaty :). Choć oczywiście jest to możliwe – ludzkość zna takie przypadki. Nie sądzę, żeby akurat W7 miała coś wspólnego z UD, ale KTO WIE. ONI są WSZĘDZIE :D

      Usuń
    2. Ciekawa teoria Sherlocku! Może tak być ! ;)

      Usuń
  6. Mam w sobie jakiś opór i wewnętrzny bunt przed takimi "inspirowanymi" projektami. Przyrzekłam siebie, że nigdy czegoś takiego nie kupię, ponieważ jest to dla mnie nieetyczne. I nie chodzi tylko o markę wymienioną wyżej ale również tę drugą, którą wiele osób w bogosferze zachwyca się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam opór i bunt, i wszystko. Zwykle nie skreślam od razu całej marki, bo nie lubię zamykać sobie dróg własnymi postanowieniami, ale mimo wszystko od produktów będących semi-legalną kopią staram się trzymać z daleka.

      Usuń
  7. Ciekawy wpis, dobrze, że zwróciłaś na to uwagę. Kilka razy o takim kopiowaniu mówiła chyba RLM i ciszaaa...
    Kopiuje W7, Makeup Revolution i nasze polskie WIBO! Wibo to już przegina np z paletami cieni czy konturowania. Lovely też poleciało z Klips.
    Osobiście mam podobne podejście do Twojego. Chciałabym kupić Naked2, szkoda mi kasy, mogę kupić W7 - ale byłabym zła na siebie że popieram to co się dzieje.
    Tak jak piszesz - można zostać pozwanym poprzez użycie czyjegoś zdjęcia, zaśpiewanie czyjejś piosenki bez zgody a przemysł kosmetyczny to samowolka? Ciężki i trudny temat ale trzeba o tym mówić.
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam takie samo podejście jak Ty (i zresztą jak i Aga, która wpisała się bezpośrednio nad Tobą). Jeśli wiem, że dany produkt jest taką mało subtelną kopią, i ta wiedza powoduje u mnie jakiś tam dyskomfort, to po prostu tego produktu nie kupuję, no mam opory i już. I to niezależnie od tego, jak bardzo bym pragnęła oryginału – śliniłam się do brzoskwinek Too Faced, ale że koniec końców szkoda mi było tej góry pieniędzy, jaką sobie za te owocki Sephora zażyczyła, więc obeszłam się smakiem, przy czym nie jestem jakoś w stanie pójść do sklepu po ten odpowiednik od MUR. Tyle że piszę to z perspektywy osoby, która ma to szczęście, że może sobie stwierdzić: „nie kupię kolejnej palety za prawie 200 zł, bo to by była grzeszna i haniebna rozpusta – a nie dlatego, że nie byłoby mnie stać”. Są ludzie, dla których 200 zł za kosmetyk to cena kosmiczna (sama czasem czuję się przy kasie w drogerii jak ostatnia rozpustnica ;-)), więc w sumie rozumiem te z nas, które czerpią garściami z szafy MUR, Wibo czy W7, bo produkty Too Faced czy Urban Decay są dla nich absolutnie poza zasięgiem. W sumie przez takie masowe zrzynanie bez opamiętania producenci też trochę nie zostawiają wyboru konsumentkom z mniejszym portfelem – bo albo kupujesz coś, co skopiowaliśmy, albo wychodzisz z drogerii bez połowy kosmetyków, za które dałabyś się pokroić :P No generalnie trudny temat.

      Usuń
    2. Faktycznie, Wibo ostatnio wspina się na wyżyny kosmetycznego kalkowania.
      Ja to czasem jestem ciekawa jakości tych prawie-podrób, ale mimo wszystko nie decyduję się na zakup. Zamiast tego oglądam opinie i swatche u innych blogerek i na razie wystarcza. Ale faktycznie trudny temat. Co tu robić? Przecież same kopiowane marki nie wytaczają (lub nie wygrywają) procesów (a przynajmniej nic nam nie wiadomo o wycofywaniu zerżniętych prawie 1:1 produktów), więc czemu my mamy być sędziami?

      Usuń
  8. Jeszcze istnieje opcja nr 3 : nieszczęśliwie ktoś sprzedał Ci podróbę Naked 2. Ja osobiście nigdy nie miałam żadnej ze sławnych paletek, sama kupuję co najwyżej Sleeka. Podróbkami również się brzydzę i nie popieram takiego bezczelnego zgapiania w czym prym wiedzie obecnie polska marka Wibo. Właśnie z tej firmy zdarzyło mi się zakupić paletkę, zanim zrobili te nowe i już po tygodniu wylądowała u mojej koleżanki. Zero pigmentacji, suchość jak diabli. Nie zmienia to jednak faktu, że Twoja recenzja mocno mnie kusi, aby wypróbować tę W7.. 240 zł za cienie na pewno nigdy nie dam, ale 30 zł to już inna sprawa, hm. I tu powstaje ten problem - nie popierać, oznacza nie wspierać.. a jednak kusi kupić taki odpowiednik...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat niemożliwe, bo podróbkę Naked 2 musiałaby sprzedać mi Sephora, a o to jej nie podejrzewam :).

      Wybór: kupuję czy nie, faktycznie nie jest prosty, bo z jednej strony czujemy się źle, kupując te "inspirowane" kosmetyki, a z drugiej – przecież są na półkach zupełnie legalnie...

      Usuń
  9. Faktycznie mega podobne :D Ale akurat żadna mnie nie kusi ;) Mam już zbyt dużo cieni w takich kolorach ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Makeup Revolution też wzoruje się na Too Faced i nikt nic z tego nie robi. Z jednej strony fajnie, że można kupić produkt podobny jakościowo i kolorystycznie w niższej cenie. Z drugiej słabe, że jest to kopia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie o to chodzi. Czy nie ciekawiej by było, gdyby marki wydawały zbliżone kolorystycznie palety (no bo z drugiej strony: ile można wymyślać wariacji na temat beżów i brązów?), ale w swojej oprawie graficznej, ze swoim pomysłem marketingowym?

      Blogerki wciąż mogłyby się dopatrywać podobieństw, ale porównywałyby dwa różne produkty i byłoby to klasycznym szukaniem tańszych zamienników, a nie kupowaniem zgodnej z prawem podróbki.

      Usuń
  11. Przeglądałam ostatnio paletki MUR, też, khem, "inspirowane" Naked. I żałowałam, ze firma zamiast zrobić fajne palety nude z samodzielnie dobranymi kolorami, decyduje się na podrabiane UD. Mam paletę z serii czekoladowej, jakość cieni, ich pigmentacja i konsystencja bardzo mi odpowiadają, więc wierzę, że firmę stać na stworzenie po prostu własnej, świetnej palety a nie tylko najlepszej podróbki UD.
    Swoją drogą, bardzo lubię takie wpisy, dzięki którym przekonuję się, że wydawanie 240 zł na palety jest bez sensu. Jeśli zestaw tańszy 8 razy (!) jest tylko nieco słabszy, to znaczy że UD przegina z polityką cenową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to chodzi!!! Napisałam o tym właśnie w komentarzu wyżej. O wiele ciekawsze byłyby podobne zestawy kolorystyczne (a niech sobie będą nawet łudząco podobne – ile można jeszcze nawymyślać oryginalnych beżów i brązów??) w zupełnie nowych odsłonach, z nowym marketingiem, oprawą graficzną, kształtem wkładów. Wtedy szukałybyśmy tańszych odpowiedników drogich palet, a nie kupowały wątpliwe moralnie prawie-kopie.

      Usuń
  12. Miałam dwie palety z W7 i były całkiem spoko ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Na szczęście żadna mnie nie kusi i nie mam dylematu. ;P

    OdpowiedzUsuń
  14. Bosz taka chamska kopia jeszcze gorsza niż można na Ali express dostać... powinno coś się zrobić z tymi firmami, które zrzynają jak leci od "klasyków".

    OdpowiedzUsuń
  15. Z jednej strony nie lubię "odpowiedników", które są tak chamsko zerżnięte z oryginału. Z drugiej, czasami te "odpowiedniki" mam, tak jak bronzer W7, który kupiłam kilka lat temu, bo nie było mnie stać na nic innego, a ten był dobry jakościowo. W tej chwili jeżeli kupuję podróbę to tylko w celach detektywistycznych, żeby sprawdzić jak się ma do orginału, ale robię to bardzo rzadko ;) Znacznie bardziej lubię kupować tańsze zamienniki, których szata graficzna nie jest "inspirowana" inną marką, a jednak kolorystyka jest podobna.

    OdpowiedzUsuń
  16. Dobrze wiedzieć, że tak wiele się nie różnią. Jednak same w sobie kolory paletek jakoś za bardzo mnie nie zachwycają :)

    OdpowiedzUsuń