poniedziałek, 6 marca 2017

Projekt denko, odc. 47

Ja rozumiem, że luty jest krótszy od pozostałych miesięcy w roku, ale żeby od razu powstało z tej okazji MIKROdenko? Oczywiście: mikro jak na moje zwyczajowe, comiesięczne rozpasanie. Ach, wszystko wskazuje na to, że po raz pierwszy w historii tego bloga wpis podsumowujący kosmetyczne zużycia miesiąca będzie  k r ó t k i. 



I to się bardzo dobrze składa, bo tym razem wyjątkowo nie mam ochoty na mojego śmieciowego tasiemca. Mam nadzieję, że uda mi się stworzyć co najwyżej ćwierćtasiemca, którego będziecie w stanie przeczytać w całości. 


The Body Shop – Mango Shower Gel – ten kosmetyk, a raczej ta linia zapachowa TBS, towarzyszy mi z przerwami od dobrych kilkunastu lat. A to trafi się żel, a to masło do smarowania baleronów... Bez względu na rodzaj kosmetyku, zawsze zużywam z dużą przyjemnością. Może to sentyment, a może po prostu obiektywnie ten aromat jest udany? Żele The Body Shop dobrze się pienią, mają odpowiednią gęstość, bez problemu zużywają się do ostatniej kropli. Jeżeli kiedyś zostaną wycofane, na pewno niejedna panda zapłacze.

Philosophy – Vanilla Bean Nutmeg Shampoo, Shower Gel & Bubble Bath – po tej flaszce odechciało mi się kosmetyków podprysznicowych od Philosophy (tak, ten jest również do kąpieli i mycia włosów, ale nie mam wanny, za to mam włosy specjalnej troski – nie dla nich takie kosmetyczne uniwersalia). Czy produkty Philosophy na pewno są świeże, kiedy trafiają na TK-Maxx-owe półki? Nic nie wskazuje na brak świeżości poza... zapachem. No właśnie: to, co było największą mocą kosmetyków Philosophy, tym razem stało się przebrzydłe do bólu. Z daleka słodziutki przyjemniak, ale im bliżej nosa, im więcej piany, tym wyraźniej czułam zapach... roztopionego plastiku. Absolutnie wstrętne. Wywalam 1/3 zawartości, bo nawet mąż – wielbiciel deserowych aromatów i posiadacz mizernego (to eufemizm) węchu – był mało entuzjastyczny wobec tego produktu. Z trwogą patrzę w stronę dwóch równie wielkich butelek Philosophy w innych wersjach zapachowych, które czekają na swoją kolej. 

Bath & Body Works – Winter Candy Apple – pianka do mycia rąk – mało odkrywczy zapach, ale przyjemnie się używało. To wersja limitowana, którą kupiłam w promocji, więc nie ma sensu się rozwodzić na jej temat. Nawet nie jestem do końca przekonana, czy piankowa formuła jest taka świetna. Mam wrażenie, że jakoś mniej skutecznie myję dłonie – tak, jakbym wyciskała ostatnie kropelki rozwodnionego mydła w płynie. Jedna butelka w naszym domu znika w dwa tygodnie, więc wydajność oceniam słabo, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę ceny BBW. 


Shiseido – Ibuki – Gentle Cleanser (miniatura) – zbiorczy wpis na temat miniaturowych produktów Shiseido z serii Ibuki pojawił się jakiś czas temu, więc tu tylko szybkie podsumowanie: krem do mycia twarzy miał bardzo przyjemną konsystencję, mydlany zapach, był wydajny i skutecznie oczyszczał skórę. Mało przyjazny, alkoholowy skład każe używać tego produktu ostrożnie, bo częste stosowanie grozi ekstremalnym przesuszeniem. U mnie nic takiego się nie wydarzyło, ale zgłaszaliście w komentarzach, że bywa i tak, więc uprzejmie przekazuję radosną nowinę. 

Zrób Sobie Krem – Hydrolat szałwiowy bułgarski – nie umiem nic powiedzieć na temat działania tego produktu, bo ze względu na nieprzyjemny dla mojego nosa zapach (jejku, szałwia naprawdę tak capi? ta suszona wydaje się całkiem ładna...) zużywałam go nieregularnie, niechętnie, za karę. Na pewno nie wrócę, bo w zasobach ZSK, Biochemii Urody i tym podobnych sklepów z półproduktami czekają na mnie dużo milsze, sprawdzone hydrolaty, z moim oczarowym ulubieńcem na czele. 


Rituals – Touch Of Happiness Rich Nourishing Body Cream (miniatura) – miesiąc temu popełniłam dłuuuuuugi tekst o wieeeeeelu miniaturach marki Rituals, dlatego dziś powiem tylko, że –  wbrew nazwie – jest to stosunkowo lekki, pachnący colową gumą do żucia krem, który szybko się wchłania, a skóra nieco za szybko zapomina o jego nawilżających mocach. Mimo wszystko to całkiem niezły kosmetyk. Mimo wszystko nr 2: nie ma sensu specjalnie się po niego wybierać do internetu.  

Bioderma – Sensibio Light – Soothing Cream – mój niegdysiejszy ulubieniec, uniwersalny, do codziennej pielęgnacji twarzy. Do dziś uważam, że jest bardzo porządnym, sensownie nawilżającym produktem, który nikomu nie powinien zrobić krzywdy, ale obecnie szukam jego tańszego i/lub jeszcze lepszego zamiennika. Zapewne nie każda skóra pokocha go równie mocno jak moja, ale warto dać mu szansę, bo jest lekki, bezzapachowy i świetnie nadaje się pod makijaż (mimo że zostawia lekki film na skórze). Nie pomoże zlikwidować odnaczynkowych rumieńców, ale też ich nie zaogni. Tę tubkę zużyłam na spółę z mężem, który był mniej zachwycony ode mnie, ale cierpi na ŁZS, więc to zupełnie inna historia. 

Shiseido – Ultimune Eye – Power Infusing Eye Concentrate (miniatura) – mam wrażenie, że zużyłam pełnowymiarowy produkt, bo maltretowałam tę tubkę w nieskończoność. Wiemy już, że koncentrat Shiseido jest bardzo wydajny, ale co poza tym? Spodobała mi się leciutka, żelowa formuła, która się nie rolowała, co było dla mnie przemiłym zaskoczeniem (moja skóra nie lubi żelowych produktów, większość się roluje, a przez to nie nadaje pod makijaż). Nawilżał zdecydowanie lepiej od równie drogiego kolegi z serii Ibuki, niestety wciąż za mało jak na potrzeby mojej skóry z metryką 30+. Ciekawy kosmetyk, ale zmieniłam go na azjatycki krem pod oczy o podobnej konsystencji i wiem, że można lepiej, skuteczniej, trwalej. 


Na ostatniej fotografii rodzinnej widzimy m.in. folijkę po zapachowym wosku sojowym Busy Bee – przy okazji musiałam Wam przypomnieć, żebyście nie kupowali tego gówna, jeśli nie jesteście miłośnikami aromatu syntetycznego karmelu. KAŻDA wersja zapachowa Busy Bee, nawet owocowa, pachnie identycznie: karmelowo syntetycznie. Nigdy więcej. Zwykle nie wspominam o zapachach, ale akurat miałam w śmieciach słoik po Floral Shop marki Polskie Świece, która jest warta uwagi choćby z powodu niskich cen w stosunku do zagranicznych konkurentów. Zapach Floral Shop był naprawdę ładny, przyjemnie, niedusząco kwiatowy. Świeca kosztowała poniżej dychy, paliła się długo, ale trochę kopciła, co widać po usmolonej szyjce. Gdyby nie to, byłoby idealnie.

Zużyłam też 1/2 Enzymatycznego Peelingu Dotleniającego Bielendy, który posądziłam o zepsucie, bo przy otwieraniu wylał mi się na ręce, a spodziewałam się po peelingu czegoś zdecydowanie mniej wodnistego. Z tego względu spękałam i zmyłam go z twarzy szybciej niż po przepisowych 10–15 minutach, a jednak efekt pozytywnie mnie zaskoczył. Żadnego podrażnienia, pieczenia w trakcie, a twarz gładsza i milsza w dotyku. Dla pewności pomacałam w Rossmannie tę saszetkę i wydała się równie wodnista, więc najwyraźniej taki był zamysł producenta. Drugą część potrzymam tyle, ile trzeba. Liczę na ach, och i co najmniej dwa łały.

Pędzelek, który wywalam, to ostatni przedstawiciel pędzli no name z pradawnych czasów. Był z beznadziejnej jakości syntetycznego włosia, ale za to idealnie płasko ścięty – lubiłam aplikować nim cienie w wewnętrznym kąciku. Tomasz pomagał mi ostatnio w praniu wszystkich pędzli i tego delikwenta wsadził do ikeowskiej posypki głową w dół, tym samym skazując go na śmierć przez uduszenie (i zniekształcenie). Trochę smutno, zakończyła się pewna epoka!

Powoli zabieram się też za tonę próbek, które przybyły do mnie w ostatnich miesiącach. Niektóre kosmetyki mają tylu próbkowych reprezentantów, że sobie je po prostu wycisnę do małych słoiczków  i zacznę traktować jak wersje mini pełnowymiarowych produktów. Oba kremy Sylveco zapowiadają się fajnie. Ten pod oczy moja skóra wypijała bardzo chętnie i do dna.

No i co, i tak sobie trochę pogadałam. Czy ja się kiedyś nauczę trochę-NIE-pogadywać?

40 komentarzy:

  1. Mam rituals pod nosem, juz kilka razy usilowalam tam cos kupic i jednak ich zapachy mnie odrzucaly...
    a seria mango z tbs jest udana, musze przyznac. Co do hydrolatu szalowiowego mam podobne odczucia, za to uwielbiam neroli

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! Wcale nie są takie piękne, jak się o nich naczytałam :)
      A hydrolatu z neroli nie próbowałam i chyba nawet nigdy nie wpadł mi w oko na zakupach! Zdecydowanie do nadrobienia :)

      Usuń
  2. Jak na Ciebie to faktycznie skromnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie obraziłabym się, gdyby ta tendencja się utrzymała :)

      Usuń
    2. Doskonale Ciebie rozumiem ;)

      Usuń
  3. Byłam ciekawa zapachu hydrolatu szałwiowego z ZSK, ale już nie jestem :P Oczarowy (z ZSK, muszę to tutaj szczególnie podkreślić) wspominam bardzo, bardzo miło! Z kolei oczarowy z BU to (dla mnie) śmierdziel :P Niby tu i tu hydrolat oczarowy, a różnica jest, oj duża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jak z BU śmierdziel? :) To w takim razie muszę koniecznie kupić ten ZSK i porównać zapach! Przynajmniej wiemy, ze te sklepy nie kupują od tych samych producentów. Miło mieć prawdziwy wybór.

      Usuń
    2. Dla mnie pachnie czarną herbatą zaparzoną z garścią chwastów, w dodatku intensywnie i gryząco. ZSK wspominam miło, kojąco... :(

      Usuń
  4. Oczarowy był cudowny z mazidel bo robili go z kwiatów niestety teraz robią go z łodyg i juz tak nie pachnie a był to zapach fenomenalny. Spróbuj jeszcze pianek. Z palmolive sa całkiem fajne i wg mnie warte uwagi :) w Rosmanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to nigdy nie powąchałam piękna oczarowych kwiatów. Szkoda!
      Może faktycznie zerknę kiedyś w stronę pianek Palmolive. Te z BBW są zbyt wodniste po prostu.

      Usuń
  5. ja kocham hydrolaty z ZSK. uwielbiam neroli i lawendy. polecam je gorąco u mnie się świetnie sprawdziły:) obserwuję z miłą chęcią i zapraszam serdecznie do siebie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lawendowy miałam (choć nie pamiętam, z którego sklepu), na pewno ponowię zakup. Neroli jeszcze nie znam, dzięki za rekomendację!

      Usuń
  6. Lubię zapachy od Polskich Świec (Green Tea super!), a woski sojowe Busy Bee mnie nie porwały :P Uwielbiam zapach mango w kosmetykach, ale jeśli dobrze pamiętam, to miałam miniaturę tego żelu pod prysznic TBS i mnie nie porwał :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam Green Tea, ale wiem, że z zapachami Polskich Świec bywa bardzo różnie, więc warto polować na konkretne zapachy. Twoje Busy Bee w ogóle różniły się czymkolwiek???

      Mango w TBS nie jest takie typowe i nawet nie do końca jestem pewna, czy mielili tylko miąższ, czy razem z pestką ;). Ale towarzyszy mi już tyle lat, że nawet nie zastanawiam się nad tym, czy to prawdziwe, piękne mango, czy niekoniecznie :).

      Usuń
    2. Uwaga, próbuję skupić myśli! Nie mam pojęcia jak ubrać w słowa moje rozumowanie na temat wosków Busy Bee ;) Wydaje mi się, że woski na bazie sojowej mają taki charakterystyczny jakby mleczny/karmelowy/woskowy zapach, który ciężko ukryć pod poszczególnymi wersjami zapachowymi. Zgrywa się on np. z wersją "chlebek bananowy", ale zapachy owocowe czy kwiatowe już za bardzo z tym charakterystycznym zapachem sojowej bazy nie grają. Mam nadzieję, że zrozumiesz mój wywód ;))

      Usuń
    3. O reeeety, wytłumaczyłaś mi świat! <3
      Ale inne firmy też tak mają? próbowałaś? Dla mnie to jest jakieś nienormalne, że one wszystkie pachną identycznie. Po co w ogóle jakieś nazwy im nadawać ;)

      Usuń
    4. Innych nie miałam, bo po Busy Bee się zniechęciłam :P Niby takie woski są "zdrowsze", ale niekoniecznie pachną rewelacyjnie :D

      Usuń
  7. Absolutnie i za żadne skarby nie ucz się nie-pogadywać! Muszę wypróbować w końcu ten hydrolat oczarowy, może będzie godnym zastępcą wody różanej, którą katuję od lat i już nie robi mi efektu va-va-voom, jak miała w zwyczaju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Dobrze, będę pogadywać jak zawsze. Najwyżej niektórzy będą czytać co czwarte zdanie i co drugi akapit ;). Ja swego czasu miałam podejrzenie, że woda różana wznieca ogień naczynkowy na moich policzkach, choć przecież powinna robić dokładnie odwrotnie. Tak było przy dwóch kosmetykach z wodą różaną w składzie. Teraz mam w zapasach mgiełkę, czy tam tonik różany Make Me Bio, zobaczymy, jak to naprawdę jest :).

      Usuń
  8. Zawsze mnie kusiły te kąpielowe butle Philosophy. Ale raczej dam sobie spokój:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ale wszystkie moje poprzednie zakupy były bardzo udane! Dlatego tak się zdziwiłam, że tu nagle taki chamski plastik :/

      Usuń
  9. Zaciekawiłaś mnie tym lightowym kremem z Biodermy. Niestety jeszcze nigdy nie zachowałam się w żadnym z kremów z apteki, ale kto wie, może tym razem byłoby inaczej. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że istnieją lepsze, lżejsze, a z drugiej strony mam już dosyć naprawdę lekkich kremów, które są tak bardzo lekkie, że na tej biednej skórze nie zostawiają dosłownie nic. Ani nawilżenia, ani ukojenia, ani nawet poślizgu dla podkładu.

      Usuń
  10. wow, jak krotko :) nie znam zadnego kosmetyku! podziwiam zuzywanie probek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz, jeszcze się za te próbki porządnie nie zabrałam ;))

      Usuń
  11. Ty sobie pogadałaś, ja sobie poczytałam... jest super :D oprócz pryszczogennego Ibuki i całkiem spoko peelingu Bielendy nic innego nie znam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehehe, no to cieszę się, że korzyści obustronne :D
      Idę sprawdzić, czym u siebie na blogu ostatnio kusisz. Mam zaległości!

      Usuń
  12. Odpowiedzi
    1. postarałam się nie zużywać? :D o taaaak!

      Usuń
  13. Świetnie się Ciebie czyta ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja używałam tego lekkiego kremu brzozowego. Nigdy więcej... Szok, moja twarz bardzo się z nim wycierpiała. A szkoda, tak był polecany myślałam że znajdę ulubieńca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że ma różne opinie. A co Ci złego zrobił?

      Usuń
  15. Mydełka BBW kuszą, ale ich cena jest straszna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mimo wszystko wolę tradycyjne mydło w płynie :)

      Usuń
  16. Znam kilka zapachów TBS ale przyznaję, że mango mnie ominęło - nadrobię zaległości :)
    Mydełka piankowe B&BW faktycznie trochę dają po kieszeni, i dlatego ja od jakiegoś czasu sama sobie "robię" piankowe mydełka - pianotwórcza jest pompka, a nie produkt, więc wystarczy ją zachować, napełnić do połowy płynem do kąpieli (ja do tego używam tych z Avon-u) i dopełnić do pełna wodą. Mieszamy aby powstał jednolity płyn i "voila" pianka gotowa :) U mnie schodzą litrami :)
    A peeling enzymatyczny Bielenda faktycznie posiada taką konsystencję, ale warto dać jej szansę - ja często z niego korzystam :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam ładniejsze manga ;) ale to jest miłe i bardzo dobrze mi się kojarzy!
      Zasadę działania pianek odkryłam, kiedy przypadkowo kupiłam w Home & You dozownik do mydła w płynie właśnie w typie wytwarzającym pianę. Była instrukcja, jak zrobić, żeby normalne mydło zmienić w piankę. U mnie szybko poszedł w odstawkę i wróciłam do klasycznego podajnika. No ewidentnie z piankami mi nie po drodze :D

      Usuń
  17. Ale pogaduj, fajnie się czyta... ;) Z BBW nie wiem jakim cudem jeszcze nic nie miałam. ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Oj wcale nie takie biedne to Twoje denko. Po żelu z Shiseido za taką kasę to spodziewałam się dużo dużo więcej :(

    OdpowiedzUsuń
  19. Jak na mikro-denko to jednak sporo u Ciebie tych produktów.

    OdpowiedzUsuń