poniedziałek, 13 marca 2017

Agata tuszów wiele naotwierała... znowu

Dawno nie pokazywałam na blogu mojego tuszowego arsenału. Bo wiecie, ja zawsze mam arsenał. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w życiu miała otwarty tylko jeden tusz do rzęs i tylko jednego używała. Dwa-trzy – to było minimum nawet w czasach, w których guzik się znałam na malowaniu i kosmetykach.  


Jak widać, do dziś uważam, że kilka tuszów otwartych w jednym czasie to dobry pomysł. No, może niekoniecznie od razu siedem naraz. Dlaczego tak robię? Bo: a) jakiś zawsze się kończy, ale „jeszcze dziś się nim pomaluję”; b) jakiś zawsze się zaczyna i „na razie jest gówniany i skleja, ale dam mu szansę, niech poleży ze trzy tygodnie”; c) jakiś zawsze jest tym, którego kupienia i/lub otwarcia nie mogę się doczekać i wreszcie d) bo różne tusze są dobre do różnych zastosowań. 


1. Collistar – Mascara Infinito, odcień Nero


Po raz pierwszy ten tusz widziałam u Basi Callmeblondiee. Bardzo go zachwalała, a że już kiedyś jej rekomendacja się u mnie sprawdziła, zaufałam. Tusz miał zwiększać objętość i podkręcać – o ile ta druga właściwość nie jest mi potrzebna, o tyle pogrubianie to u mnie podstawa (hej, ale to dotyczy tylko rzęs!). Na początku byłam bardzo niezadowolona, bo sztywna, silikonowa szczotka z ostrymi igiełkami dawała mało spektakularny efekt lekko wytuszowanych rzęs. Przy nakładaniu drugiej warstwy sklejała. Myślałam, że już nic z tego nie będzie, ale odczekałam dłuższy czas i okazało się, że tusz z tygodnia na tydzień lepiej maluje (zarówno górne, jak i dolne rzęsy – szczotka ma dwie długości włosków po dwóch stronach). Myślę, że zanim naprawdę spodobał mi się efekt, Infinito odleżał dobre dwa miesiące. Dopiero wtedy stężał na tyle, żeby spełnić obietnice o objętości. Jego cechą, która najpierw mnie denerwowała, a potem się do niej przyzwyczaiłam, jest zasychanie na beton. Rzęsy są sztywne i nieprzyjemne w dotyku. Z drugiej strony to zapewnia trwałość makijażu, a poza tym... czy ktoś nam każe macać się po rzęsach? Hmm, czemu ja się macam? Tik nerwowy czy co? Czytałam, że Infinito ostatnio inaczej (gorzej) maluje, więc możliwe, że producent coś namieszał w składzie.

/11 ml, 99 zł/


2. Sephora – Outrageous Curl Dramatic Volume And Curve Mascara, odcień 02 Ultra Black


Uwielbiam ten tusz, ale nie jest to łatwy zawodnik. Największa wada: ekstremalna niewodoodporność (i tu od razu zaleta: bajecznie łatwo się zmywa). Daje efekt bardzo mocno podkreślonych, ale też nieco posklejanych rzęs, więc jeśli lubicie pięknie rozczesane, na pewno Wam się nie spodoba. Przez cały okres użytkowania jest dość mokry (m.in. stąd to sklejanie), ale jeżeli nabierzecie trochę wprawy, sprawi, że każdy będzie pytał, co macie na rzęsach. Odcień 02 Ultra Black to rzadko spotykana, niesamowicie głęboka czerń.

/15 ml, 59 zł/


3. Revlon – Ultimate All-In-One


A tu moje rzęsy orzekły: ej, to niewypał, nie maluj nas tym. No i nie maluję. Spróbowałam ostatnio, po kilku tygodniach od otwarcia, i nadal jest bardzo słabo. Niby silikonowa mikra szczotka kształtem przypomina tę z tuszu Sephory, ale coś jest inaczej. Jedyny plus tego produktu to wyrazista czerń, ale co mi po niej, skoro nie da się tym Revlonem wykonać absolutnie żadnego sensownego makijażu oka, w którym można by wyjść do ludzi? Wszystko robi źle: jest mokro-klejący i swoją małą, nieprecyzyjną szczotką oblepia rzęsy, jakby je ktoś polał czarną farbą, zamiast pomalować. Skóra wokół jest zawsze ufajdana, rzęsy zawsze posklejane w kilka kępek (które można policzyć na palcach jednej ręki). Tusz długo zasycha. Nie, przepraszam: BARDZO długo. To jest tak złe, że aż nie do wiary.

/8,5 ml, 60 zł/


4.  Bourjois – Twist Up The Volume Ultra Black Edition


Już dawno miałam zrobić oddzielną recenzję tego tuszu, ale drugi raz go kupiłam, zaczęłam używać, nie zrobiłam fotek, litery się starły i dupa :). Lubię go, to mój współczesny drogeryjny pewniak i miła odmiana po wielu innych tuszach Bourjois, które w ostatnich latach mnie zawiodły. Twist Up The Volume ma dwustopniową, silikonową szczotkę i w tym przypadku ma to sens. W jednej wersji wyczesuje i delikatnie maluje rzęsy, a w drugiej, skurczonej (widocznej na zdjęciu poniżej) maluje z efektem pogrubienia. Na początku tusz jest dość mokry, więc to kolejna sztuka lubiąca leżakowanie, ale w wersji na świeżo również daję sobie z nim radę. Nie osypuje się, nie rozmazuje. Czasem podoba mi się na rzęsach bardziej, a czasem mniej, ale zawsze JAKOŚ to wygląda. Na uwagę zasługuje tytułowa ultraczerń. Naprawdę robi wrażenie.

/8 ml, 35–60 zł/



5. Max Factor – 2000 Calorie


Wielki powrót po latach. Zupełnie zapomniałam, jaki efekt daje ten klasyk, więc jakiś czas temu, znużona poszukiwaniami dobrego tuszu wśród nowości rynkowych, najzwyczajniej w świecie wrzuciłam do koszyka w pobliskim Super-Pharmie stary, poczciwy 2000 Calorie. Zwyczajna, nylonowa szczotka o tradycyjnym kształcie daje równie tradycyjny efekt: rzęsy są idealnie wyczesane, rozdzielone co do włoska i wydaje się, że jest ich o wiele więcej. Więcej niż po użyciu tych wszystkich nowoczesnych wynalazków. Przez lata eksperymentów z tuszami zdążyłam się odzwyczaić od widoku rzęs, które są podkreślone prawidłowo i bez udziwnień. Tusz dobrze się sprawdza również na dolnych rzęsach. Chciałoby się oczywiście efektu wow (próżno go tu szukać), a już na pewno życzyłabym sobie głębszej, intensywniejszej czerni, ale obiektywnie to porządna maskara. Dobrze robi na psychę po kilku tuszowych niewypałach. W mojej kolekcji występuje w roli tuszu bazowego, do pierwszej warstwy, przed tymi wszystkimi pogrubiającymi sklejuchami.

/9 ml, 20–30 zł/


6. L'Oréal Paris – Lash Architect 4D


Nie byłby to mój tusz pierwszego wyboru, ale zaskoczył mnie efekt na rzęsach. Wyglądają po nim jakoś inaczej, jak nie moje. Tusz, mimo że od nowości był dość gęsty, dobrze osiada na włoskach i pozwala je modelować sensownie wyprofilowaną, niesilikonową szczotką. Formuła zawiera mikrowłókna, a cały pomysł producenta ma sprawić, że rzęsy będą pogrubione, wydłużone, rozdzielone i podkręcone. Z tym rozdzielaniem to przesada, raczej jest z tych zbierających rzęsy w podgrupy, ale pogrubienie i wydłużenie jak najbardziej widoczne. Jak już mówiłam, zaskoczył mnie „nie-mój” efekt: rzęsy bez wielkich udziwnień przy aplikacji same układają się do zewnątrz w takie sexy skrzydełka (podobny efekt próbujemy uzyskać, malując jaskółkę eyelinerem). Na uwagę zasługuje intensywna, piękna czerń, która dodaje spojrzeniu głębi, mimo że trzepoczemy w stronę samca nieco posklejanymi firankami. Sporym minusem tej maskary jest fakt, że szybko się starzeje, a im starsza, tym chętniej się osypuje. Czytałam sporo negatywnych opinii na jej temat, ale moim zdaniem to wcale nie jest  beznadziejny tusz. Po prostu nie jest dla każdego. No i trzeba bardzo uważać, żeby nie kupić macanego.

/12 ml, 30–55 zł/


7. Urban Decay – Perversion (travel size, 4 ml)


Podoba mi się w nim gęsta, a jednocześnie przyjemnie miękka szczotka, która rozprowadza bardzo mokry tusz w taki sposób, że rzęsy nie są sklejone, tylko ładnie rozdzielone i wyczesane. Przy drugiej warstwie można liczyć na niezbyt_spektakularne_ale_jednak pogrubienie. Ogólnie efekt jest naturalny, więc jeśli szukacie tzw. dramatycznego looku, na pewno ten tusz nie spełni oczekiwań. Wielbicielkom naturalnie podkreślonych rzęs efekt powinien się bardzo spodobać. Nauczona niemiłym doświadczeniem, obawiam się, że wersja pełnowymiarowa będzie malować zupełnie inaczej, więc na razie nie spieszę się z zakupami.

/12 ml, 105 zł/


Jak widać, mam tutaj tusze do różnych zastosowań. Wy też używacie kilku naraz i zdarza Wam się jednorazowo sięgać po więcej niż jedną sztukę?

53 komentarze:

  1. Z Twoich zbiorów używałam jedynie 2000 Calorie Maxa :) też mi się zdarza, że mam trzy tusze otwarte bo lubię nowości ale niestety w przypadku tuszów to 3 miesiące i już po nich bo bardzo szybko wysychają :) Na szczęście zawsze do czegoś przydaje się szczoteczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja trafiam na różne sztuki – jedne po trzech miesiącach faktycznie nadają się do kosza, a inne i po pół roku są zdatne do użytku.

      Usuń
  2. Ani jednego nie miałam :D I chyba jestem ostatnią osobą, która nie miała nic z Bourjois. A ich tusz po Twoim opisie mnie zaciekawił :) Ten 2000 kalorii też :) I ja otwieram zawsze kilka na raz, bo jak mam coś nowego to mnie ciekawi jak wygląda :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tusze Bourjois kiedyś bardzo lubiłam, ale potem się zepsuły i trafiłam na kilka bubli pod rząd.

      Usuń
  3. Staram się nigdy nie otwierać kilku tuszy na raz. Szkoda mi produktu, żeby uciekał mu termin przydatności. Jeśli chodzi o okres używania to nie przestrzegam jakichś określonych norm. Jeśli używam tuszu dłużej niż sugeruje PAO to zawsze sprawdzam czy nie śmierdzi i czy nie powoduje podrażnień. Jeśli wszystko jest OK, używam dalej :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka liczba otwartych opakowań naraz nie zdarza się u mnie często, dlatego aż o tym post napisałam ;). Zwykle 3–4 to jest max :) Do PAO widzę, że mamy podobne podejście.

      Usuń
  4. Staram się otwierać maksymalnie 2 tusze na raz. Potem wysychają i muszę je wyrzucić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, niektóre wysychają, a inne zupełnie nie! i to długimi miesiącami! Te właśnie sprawiają, że nagle robi się u mnie taka pootwierana gromada :)

      Usuń
  5. Ja sierota maluje sie zawsze tylko jednym tuszem. Zdarza mi się mieć otwartych parę, ale zazwyczaj są to max 2, rzadko 3.
    Ja kochałam kiedyś 2000kcal! Ale tą poprzednią wersję, w starym opakowaniu. Po zmianie opakowania namieszali też coś z formułą i to już nie jest to, co kiedyś.
    Przypomniało mi się, że uwielbiałam też masterpiece... Dawno go nie widziałam. Albo zmienił opakowanie i nie poznaję :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, u mnie też zwykle aż takiego zbioru otwartych nie ma :D
      Ale 3–4 zwykle da się znaleźć, szczególnie że dla mnie ważne jest, żeby mieć pod ręką zarówno tusz, który maksymalnie pogrubi, jak i taki, który daje naturalny efekt.

      Naczytałam się dużo o Masterpiece, ale nie umiem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek go miałam. Jeśli tak, to wieki temu. Ogólnie to ja najbardziej kocham nylonowe szczotki, z silikonowymi dużo trudniej dojść do porozumienia – robią, co chcą, a nie to, co bym chciała!

      Usuń
  6. Teraz otwieram maksymalnie 2 tusze na raz :) Miałam kiedyś maskarę 2000 Calorie Max Factor i był to po prostu dobry tusz, bez "wow" ;) L'Orealowy kosmetyk miałam kilka razy. Fajnie wyglądał na moich rzęsach, ale szybko wysychał w opakowaniu (może był wcześniej właśnie otwierany).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i nadal tak jest z 2000 Calorie, jak widać :)

      Usuń
  7. Jestem wierna Lah Sensational Maybelline, ale niektóre z tej gromadki iałam i dość dobrze wspominam, zwłaszcza Infinito.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie wypadają Ci rzęsy od tego tuszu? Czytałam wiele świetnych opinii, ale mojej przyjaciółce zaczęły się po nim sypać rzęsy i trochę boję się go kupić.

      Usuń
  8. Urban Decay Perversion to moje odkrycie! Bierz duże opakowanie bo ten tusz nie dość, że ma ogromną pojemność bo aż 13ml to daje wspaniałe efekty na rzęsach. KOCHAM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, dobrze, że mówisz, właśnie takiej zachęty potrzebowałam! :) Miniaturka Lancome tak mnie załatwiła i zniechęciła do pełnych wymiarów wysokopółkowców!

      Usuń
    2. Powiem Tobie, że mamy podobnie! Co do UD to miłe zaskoczenie a w połączeniu z bazą MACa to już w ogóle jest petarda! Obecnie mam drugie opakowanie i to chyba mówi wszystko, zwłaszcza że rzadko kiedy wracam ponownie do tego samego produktu...

      Usuń
  9. Nie jesteś sama ;) właśnie policzyłam: mam w tej chwili 6 tuszy otwartych, z prezentowanych przez Ciebie mam ten z Sephory :) Z pozostałych miałam Collistar i oczywiście MaxFactor - lubię do niej wracać :)
    W zapasie 6! choć pięć z nich to mini wersje :)
    Ja też czasem dotykam pomalowanych rzęs... i też nie wiem po co!

    OdpowiedzUsuń
  10. O jeny, Twój drugi akapit to chyba jest o mnie :P Jeden ciekawi tak, że trzeba się do niego dobrać, drugi leżakuje i czeka na lepsze czasy, trzeci już prawie dobiega końca, ale może jeszcze coś wykrzesam, czwarty daje efekt wow, ale trzeba się nagimnastykować, piąty to taki pewniak, który być musi i nigdy nie zawiedzie... :D Mam chrapkę na Bourjois i pewnie kiedyś sobie sprawię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehehe, czyli nie tylko u mnie tak to wygląda :D
      Samo się uzbierało, choć przyznaję, że zwykle mam jednak mniej otwartych sztuk :)

      Usuń
  11. Revlon – Ultimate All-In-One właśnie teraz też mecze i u mnie robi dokładnie to samo, ale "jeszcze dam mu szanse" wiec lezy i czeka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ja już go przełożyłam po ostatnich testach do pudełka „oddam”. Może istnieje jakakolwiek inna istota, u której się sprawdzi, ale na pewno nie zamierzam się z nim już dalej męczyć.

      Usuń
  12. To ja na odwrót - zazwyczaj mam 1 tusz otwarty, no czasem 2 jak zaszaleję ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo. Nawet jeśli mam tak jak teraz dwa kolejne w zapasie, to męczę do ostatniej kropli ten otwarty... mimo, że jest beznadziejny.

      Usuń
    2. Dla mnie sprawa rzęs jest zbyt istotna, żeby zostać na lodzie z kiepskim tuszem :)

      Usuń
    3. No ale co robisz z tymi beznadziejnymi? Wyrzucasz? Wiem, że to bez sensu, ale mi żal kasy - mam trochę kosmetyków, które ani za wiele nie pomagają, ani nie szkodzą, więc używam, bo żal wyrzucić. A zdaję sobie sprawę, że (zwłaszcza w moim wieku ;)) powinnam szukać tych The Best, które będą u mnie świetnie działały, a jak to robić, skoro mi jedno serum czy krem starcza na pół roku?

      Ach, te dylematy pierwszego świata :)))

      Usuń
    4. Beznadziejne zużywam powoli, w mało istotnych dniach, kiedy na pewno nikt mnie nie zobaczy i nigdzie nie wyjdę :). Jakoś je tam wciskam pomiędzy, czasem nadają się do dolnych rzęs i do tego je przeznaczam. A jak już jest całkiem do bani, to albo przekazuję dalej, uprzedzając, że może być beznadziejny i że w razie czego zachęcam do wywalenia (zrzucam odpowiedzialność na innych!), albo nie sięgam po tę konkretną sztukę i leży jak wyrzut sumienia, a po kilku miesiącach, rozgrzeszona długim otwarciem, wyrzucam :)

      Masz rację, zdecydowanie jest to problem z kategorii pierwszoświatowych ;)

      Usuń
  13. Ja nie wiem, o co chodzi, ale zachęcona TWOIM postem (to zawsze jest Twoja wina. Albo Czarszki/Czarszkiej/Pauliny, no) kupiłam tę cholerną mascarę z Sephory i nie dość, że się sypie jak podupcona, to później się nie zmywa. Niczym. Nigdy. Tak, dobrze czytasz, w głębi duszy nadal jestem nią usmarowana od czoła po pępek. Nie mogę. Boże. Czy ja kupiłam inny produkt, czy w Szczecinie jest inne powietrze, które wchodzi w konflikt z tym tuszem? Leży u mnie już prawie rok, użyłam ze trzy razy w różnych odstępach czasu i zawsze jest to samo.
    A rzęsy po umalowaniu wyglądają cu-do-wnie. No naprawdę. No weź.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A weź sprawdź, co jest napisane dokładnie na opakowaniu. I czy ma taką samą szczotkę jak mój? Jest jeszcze w podobnej buteleczce coś, co nazywa się na stronie: Outrageous Volume Dramatic volume mascara Waterproof. Różne złe rzeczy mogę powiedzieć na temat tej mojej Sephory, ale na pewno nie to, że się sypie lub jest niezmywalna :-O

      Usuń
  14. Ohhhh pamiętam : szczerze nienawidziłam tej maskary z Sephory wrrrr ...

    OdpowiedzUsuń
  15. Kiedyś potrafiłam mieć pootwieranych kilka tuszy. Teraz dla siebie mam jeden i dla klientek dwa, które używam w zależności od zamierzonego efektu :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Tusz z Sephory mam w zapasie w formie miniatury, 2000 Calorie znam i lubię, a L'oreal Lash Architect 4D testuję od weekendu i efekt mi się CHYBA podoba - czas pokaże :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem, jak się ma miniatura do tego pełnowymiarowego.

      Usuń
  17. Używałam wieki temu maxfactor 200o kalorii i był całkiem spoko- zapomniałam o nim całkowicie. Teraz mam tylko jeden otwarty tusz, ewentualnie wersje mini, która zabieram na wyjazdy na basen itd...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też o nim zapomniałam na wiele lat – tyle tych nowości wokół i tyle marek :)

      Usuń
  18. Ja odwrotnie, używam tylko jednego tuszu, reszta grzecznie czeka w kolejce. We wszystkich szukam tego samego - spektakularnego efektu.
    Z twoich miałam: Collistar (rozczarowanie), Bourjois (może być), MaxFactor (lubię). Mam też w zapasach ten Sephory i pokładam w nim duże nadzieje. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem warto połączyć dwie mascary dla spektakularnego efektu :) Np. jedna wyczesuje pięknie rzęsy i jest czymś w rodzaju bazy dla drugiego tuszu, który normalnie by wszystko posklejał, a tak skleja mniej, a jednocześnie... daje czadu! :)

      Usuń
  19. ja ostatnio zachwycam się maskarą Artdeco all in one panoramic mascara - naprawdę nadaje objętości moim rzęsom, a to się tuszom rzadko zdarza...

    zazwyczaj mam w użyciu jeden tusz, chyba że trafię na masakrę i muszę poratować się innym produktem ;) ale rozumiem punkt widzenia, że różne maskary dają różny efekt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałam chyba ani jednej maskary Artdeco. Jak ją gdzieś przyuważę, na pewno się zainteresuję!

      Usuń
  20. jak ja się cieszę że nie muszę mieć tylu otwartych maskar :D choć trochę tych zamkniętych wala mi się po domu :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Ja mam chyba 8 w użyciu :P Min. Infinito, u mnie pp tygodniu jest wyśmienita :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Twist Up był bardzo w porządku, ale bez "wow". 2000 Calorie kiedyś robiło u mnie W O W, a teraz nie robi nic. Za to super przyjemnie zaskoczył mnie Maybelline Rocket. Trzeba dać mu podeschnąć, a teraz przy jednej! warstwie, robi mi takie rzęsy, że klękajcie narody (blogerskie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie też bez wow ten Bourjois, ale trzyma stabilny, sensowny poziom, więc wracam i się raduję. Rocketa nie widziałam, nawet nie wiem, jaką ma szczotkę.

      Usuń
  23. Też tak robię i mam milion tuszy pootwieranych. Szkoda, że nie wrzuciłaś zdjęć jak wyglądają na rzęsach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na moich zdjęciach tusze wyglądają podobnie i zawsze gorzej niż na żywo - nie chciałam im robić antyreklamy ;)

      Usuń
  24. O rany! Poczułam się i lepiej, i gorzej po lekturze tego wpisu. Lepiej, bo nie mam jeszcze siedmiu otwartych tuszów (więc nie jest ze mną tak źle). Gorzej, bo nie mam jeszcze siedmiu otwartych tuszów (więc co ze mnie za blogerka).

    Z Twoich zbiorów znam tylko 2000 Calorie i Twist Up The Volume i oba bardzo lubię - 2000 Calorie jest moim codziennym pewniakiem i katuję już trzecie pod rząd opakowanie.

    OdpowiedzUsuń
  25. Bourjois był okej, a 200 Calorie to właśnie ta klasyka do jakiej mogę wracać co jakiś czas, kiedy nie wiem już co wkońcu testować ;)

    OdpowiedzUsuń
  26. Ale ten czerwone Revlon ma dziwną szczoteczkę :O

    OdpowiedzUsuń