sobota, 4 lutego 2017

Rituals: minirecenzje miniproduktów

Pewnego razu Agata postanowiła zaszaleć i zrobić solidne zakupy online w Holandii. Cóż mogła zamówić przy założeniu, że zakupy mają być całkowicie legalne? Ano kosmetyki. Nuuuuda. Do koszyka zakupowego trafiły trzy zestawy prezentowe z małoformatowymi produktami, bo Agata nie mogła zdecydować się na jedną linię zapachową i chciała przetestować coś więcej niż słynne ritualsowe pianki do mycia.


Zestawy przybyły pięknie przygotowane – dla kogoś, kto nie lubi (lub nie umi ;)) sam pakować prezentów – rozwiązanie idealne. Cieszące oko, choć zdradzające zawartość, pudełka z kokardami i bilecikiem do uzupełnienia wyróżniają się na tle standardowych zestawów prezentowych z plastikowym okienkiem. Pod choinkę, ale też z dowolnej innej okazji, naprawdę super rozwiązanie. Czy zawartość okazała się równie świetna? To już całkiem inna historia. Jedno jest pewne: udało mi się wystarczająco dobrze poznać ofertę Ritualsa w kategoriach: kąpiel, ciało i włosy. Wystarczająco, żeby przestać się tak bardzo emocjonować tą niedostępną u nas marką.

Aha, w nawiasach zostawiam ceny pełnowymiarowych opakowań. Aha nr 2: kosmetyki z serii The Ritual Of Sakura w międzyczasie zmieniły nazwy. Nowe podaję obok starych.




The Ritual Of Laughing Buddha – energia 

Pomarańczowa seria nawiązuje do buddyjskiej radości z życia. Nie bardzo wiem, na jakiej podstawie, bo aromat to połączenie słodkiej pomarańczy z cedrem. Zupełnie nie kojarzy mi się to z filozofią Wschodu, ale co ja tam wiem o buddystach...

Fortune Scrub /10 € za 150 ml/ – scruby Ritualsa występują zarówno w wersji pod prysznic, jak i tradycyjnej. Te myjące nie są mocnymi zdzierakami – a do tej grupy należy właśnie Fortune Scrub. Nadaje się do szorowania pod prysznicem nawet kilka razy w tygodniu i porównałabym go działaniem do gruboziarnistej Joanny, mimo że ten jest drobny. Drobinki są silikonowe, co pewnie dla niektórych z Was będzie wadą. Nie jestem też zachwycona zapachem, ale o tym niżej. Za 10 € moim zdaniem nie warto zawracać sobie nim głowy.

Touch Of Happiness /15,50 € za 200 ml/ – wbrew nazwie „rich, nourishing body cream”, Touch Of Happiness to lekki krem, który szybko się wchłania i całkiem nieźle pielęgnuje. Nie jestem pewna, czy poradziłby sobie z mocno przesuszoną skórą, ale taką normalną, podsuszoną kaloryferami, ogarnia w stopniu zadowalającym. Połączenie słodkiej pomarańczy z cedrem daje... aromat coca-colowych słodyczy. Szczególnie przypomina mi gumę do żucia w tubce, za którą szalałam w dzieciństwie.

Fortune Oil /8,50 € za 200 ml/ – olejek pod prysznic bardzo mi się spodobał. Ładny, słodko-cytrusowy zapach umila kąpiel, a do działania nie mam zastrzeżeń. Akurat mam pod prysznicem otwarty złoty olejek Nivea i nie widzę różnicy w działaniu, za to jest spora w zapachu. Ten z Ritualsa pachnie czymś przemyślanym, podczas gdy Nivea oferuje zapach mydlany – jeszcze nie brzydki, ale na pewno nie atrakcyjny. Tym razem wspomnienie colowej gumy jest bardzo odległe.

Happy Buddha /8,50 € za 200 ml/ – bardzo przyjemnie używa się słynnych pianek myjących Rituals, ale niestety, miniaturowa wersja, która ma 50 ml, nie wystarcza na długo. To typowy format podróżny, na wyjazdy weekendowe. Gdybym następnym razem miała wybierać piankę pod prysznic w pełnym wymiarze, postawiłabym na inną nutę zapachową.

Z tego zestawu wróciłabym tylko do Fortune Oil, reszta to przeciętniaki. 


The Ritual Of Ayurveda – wewnętrzna harmonia

Kolekcję The Ritual Of Ayurveda łączy jeden składnik: róża indyjska. Różane kompozycje nie należą do moich ulubionych, ale tu róża jest zupełnie nieoczywista, połączona z olejkiem migdałowym, a całość pachnie interesująco. To aromat zupełnie nienaturalny, perfumiarski, niepodobny do czegokolwiek, co znam. Nie jest tak piękny, jak się tego spodziewałam po recenzjach, ale na pewno daje dużą przyjemność z użytkowania kosmetyków linii ajurwedyjskiej.

Yogi Flow  /8,50 € za 200 ml/ – pianka w tej wersji zapachowej dużo bardziej mi się podoba, niż wersja pomarańczowa. Zrobiła nam tylko nieprzyjemną niespodziankę latem, w czasie weekendowej, górskiej wyprawy, kiedy to wydała ostatnie tchnienie zupełnie niespodziewanie, drugiego dnia wyjazdu, w dodatku w sytuacji, w której nie mieliśmy ze sobą absolutnie żadnego innego kosmetyku, nadającego się do mycia ciała (taaa, w ramach oszczędności miejsca w walizce zabrałam próbki szamponu do włosów, próbkę żelu do higieny intymnej i parę innych fantastycznych próbek, brawo, brawo Agato, jesteś taka genialna). Inne pianki służyły nam sporo dłużej. Dlaczego na tak okrojony kosmetycznie wyjazd zabrałam akurat Yogi Flow?!

Honey Touch /15,50 € za 200 ml/ – kolejny „rich and nourishing body cream”, mający identyczne właściwości jak pomarańczowy Touch Of Happiness. Lekki, przyjemny kosmetyk, za który nie dałabym sobie obciąć palca. Najwyżej paznokieć. 

Ayurveda Scrub  /10 € za 150 ml/ – ten kosmetyk zupełnie do mnie nie przemawia. To peeling pod prysznic z dodatkiem glinki Multani, który ma zdzierać martwy naskórek i jednocześnie działać oczyszczająco. Właściwości ścierne ma marne, zarówno w wersji na wilgotną, jak i na suchą skórę (oba scenariusze poleca producent). Nie przepadam za tępą glinką na ciele. Ogólnie kosmetyk nie jest zły, mimo wszystko ja mówię mu: dzięki, ale nie, dzięki.

Brilliant Bliss /9,50 € za 250 ml/ – jestem zachwycona tym szamponem! Moje włosy go pokochały – były po nim idealnie sypkie, mięsiste, błyszczące i jednocześnie gładkie. Zyskały też objętość, której tak szukam w kosmetykach do włosów. Jedyne, czego mi zabrakło, to wyraźnego przedłużenia świeżości (tego też bardzo potrzebuję, bo zarówno w sezonie zimowo-czapkowym, jak i w upałach moje włosy przetłuszczają się w ciągu półtorej doby). Gdyby Brilliant Bliss działał lepiej na przetłuszczającą skórę głowy, stałby się moim szamponowym ideałem.

Do szamponu wrócę z wielką przyjemnością. Reszta kosmetyków nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, choć na pewno miło by było poużywać pianki myjącej w wersji, która wystarczy na dłużej niż kilka pryszniców. 


The Ritual Of Sakura – relaks

A to linia japońska. A skoro Japonia, to może... kwiat wiśni? Albo ryż? Myślę o innych charakterystycznych japońskich akcentach, ale nic pachnącego nie przychodzi mi do głowy. Ryba, glony, grzyby... Może i dobrze, że producent nie wykazał się oryginalnością: Ritual Of Sakura to kompozycja kwiatu wiśni i mleka ryżowego. Wszystko się zgadza poza... efektem końcowym. Mnie ten zapach kojarzy się z dietą ratującą żołądek: gotowanym ryżem z dodatkiem prażonego jabłka (bez cynamonu!). Perfumowany ryż z jabłkiem – z pewnością brzmi gorzej niż pachnie :).

Carpe Diem, obecnie: The Ritual Of Sakura Shampoo /9,50 € za 250 ml/ – szampon nawilżający do włosów mocno kręconych lub tych z tendencją do tworzenia spuszonej szopy, czyli... zupełnie nie ten kierunek. Moje są rzadkie, bardzo cienkie, przetłuszczające się i tym, czego szukam w szamponach, jest właśnie sypkość, puszystość, objętość. Szampon nie zrobił mojej fryzurze krzywdy, ale następował prędki przyklap. Tuba powędruje do Luizy, której włosy są dokładnym przeciwieństwem moich. Ciekawe, czy z luizkową lwią grzywą da sobie radę.

Magic Touch, obecnie: The Ritual Of Sakura Body Cream /17,50 € za 220 ml/ – to krem do ciała, który producent określa jako bogaty, o konsystencji bitej śmietany. Tej śmietany raczej nie da się zauważyć w przypadku miniatury dozowanej przez maleńki otworek, ale pełnowymiarowy produkt jest sprzedawany w słoikach i to już pewnie ma sens. Zapach już zawsze będzie mi się kojarzył z wrześniowym, bardzo udanym miniurlopem w Gdyni. Wszystkie te plusy nie zmieniają faktu, że krem nawilża tylko przeciętnie. Nie nazwałabym go na pewno „bogatym”.

Rice Scrub, obecnie: The Ritual Of Sakura Shower Scrub /150 ml za 10 €/ – lubię peelingi pod prysznic, bo dużo łatwiej zmobilizować się do eksfoliacji, jeśli mamy to robić przy okazji mycia. Drobnoziarnisty, grejpfrutowy peeling Joanny był kiedyś stałym bywalcem mojej łazienki i w zupełności mi wystarczał – dzięki niemu wiem, że takie szybkie zdzieranie martwego (R.I.P.) naskórka może być wystarczające i ma sens. Rice Scrub, podobnie jak peelingi z pozostałych serii, jest delikatniejszy od drobnoziarnistej Joanny i dla mnie raczej zbyt delikatny. Nie widzę dużej różnicy w gładkości skóry i mimo ładnego, odrobinę pudrowego aromatu, nie mam ochoty kupować pełnego wymiaru. Ani to scrub, ani dobrze pieniący się żel pod prysznic. Od razu przypomniał mi się pewien bardzo niekulturalny mem o syrence: klik.

Zensation, obecnie: The Ritual Of Sakura Shower Foam /200 ml za 8,50 €/ – kolejna przyjemna pianka, tyle że ta, jak wspomniałam we wstępie, pachnie obiadem ludzi haftujących. Znam co najmniej dwie wielbicielki białej linii i sama złego słowa nie powiem o tym zapachu, co nie zmienia faktu, że nie jest on moim wyśnionym i według mojego nosa na pewno nie jest najpiękniejszy z oferty Rituals. 


Żal mi było opuszczać piękny, wirtualny sklep bez sprawdzania choćby jednego kosmetyku z pozostałych linii zapachowych. Zdecydowałam się więc na kolejne dwie pianki myjące: miniaturową z serii The Ritual Of Dao i pełnowymiarową z oczyszczającej serii The Ritual Of Hammam /8,50 € za 200 ml/. Chciałam przetestować przynajmniej jedną piankę w pełnym, 200-mililitrowym wymiarze, bo byłam ciekawa, jaka jest wydajność takiej butelki. Niestety, w moim świecie absolutnie nic się nie zmieniło – jeśli muszę dokonać jakiegoś wyboru poprzez losowy strzał, obstawiam najgorszą możliwą opcję. Nie inaczej było w przypadku ritualsowych zakupów. Niebieska wersja Hammam Delight to najobrzydliwiej pachnący kosmetyk pod prysznic, jaki sobie przypominam. Eukaliptus połączony z czymś ohydnym, zupełnie niestrawna dla nosa mieszanka. I w dodatku, tak jak sobie życzyłam, pianka okazała się nadzwyczaj wydajna! Nie byliśmy w stanie zużyć jej do końca, a jeżeli mój mąż nie trawi jakiegoś zapachu, to znaczy, że ten zapach jest  S T R A S Z N Y.  Oczywiście każda potwora znajdzie swego amatora – Hammam Delight widziałam na którymś z Waszych blogów w notce z ulubieńcami. Dla mnie ten aromat jest równie piękny jak zapach palonej w kominku opony, dlatego uprzejmie przestrzegam wszystkich, którzy nie są wielbicielami eukaliptusów: to może boleć.

Dla odmiany zapach zielonej linii bardzo przypadł mi do gustu. Uniseksowy, a może nawet bardziej męski The Ritual Of Dao /8,50 € za 200 ml/ był dokładnie tym, czego oczekiwałam po ritualsowych piankach: samą przyjemnością. Kiedy pianka się skończyła, aż mi się łezka zakręciła w oku. Nieprędko znów się spotkamy, a było nam razem tak wspaniale!

Kupiłam też miniaturę wody perfumowanej Fleurs de l'Himalaya (9,50 € za 10 ml) – zapach jest śliczny, kwiatowy, niemęczący i niebanalny. Niestety, rozczarowała mnie trwałość – mimo statusu EdP znika z mojej skóry szybciej niż wiele wód toaletowych.

W tym miejscu przygoda z Rituals się kończy. Cieszę się, że postawiłam na miniatury, bo dzięki temu mogłam poznać wiele produktów i przekonać się, że w moim przypadku wielkiej miłości z tego nie będzie. Nie skreślam jednak marki, bo ma w swojej ofercie kosmetyki, do których z przyjemnością bym wróciła. No i nie wiem jeszcze wszystkiego!

39 komentarzy:

  1. Ja miałam serię Sakura, a czaję się na tą pomarańczową piankę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak, nie czułaś w Sakurze ryżu z jabłkiem??? :D

      Usuń
  2. Zapach ryżu z jabłkiem 😂 nie miałam jeszcze okazji używać produktów tej firmy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pianki warto przetestować, ale ogólnie nic specjalnego.

      Usuń
  3. Z Rituals miałam tylko miniaturki perfum :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nigdy nie miałam niczego z tej firmy, ale też zdecydowałabym się na miniaturki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie wyszły z tego porządne, duże zakupy, ale ile było radości przy rozpakowywaniu! ;)

      Usuń
  5. Coś tak wszystko jedzeniowo pachnie ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo to ja zawsze znajdę jedzeniowe konotacje :D

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No coś się dzieje i nie mogę zmienić konta. Sorki za paćkanie pod postem.

      Mój komentarz: Również miałam okazję spróbować zielonej pianki do mycia ciała (znalazłam ją w jednym z brytyjskich pudełek subskrypcyjnych w zeszłym roku) i była na tyle fajna, że oszczędzałam ją i trzymałam poza prysznicem i w końcu o niej zapomniałam. Kiedy kilka miesięcy później znowu próbowałam jej użyć, pianka jakby siadła i opakowanie wypluwało rzadki żel. Na szczęście to już była końcówka...

      Usuń
    2. Hmm, wielka szkoda – ja tak oszczędzałam kiedyś błyszczyk Lancome, który dostałam w prezencie od koleżanek z pracy i wiedziałam, że kosztował prawie 100 zł. Nie chciałam zużyć go za szybko, bo przecież taki rarytas, aż w końcu się zepsuł :D

      Usuń
  7. Nie miałam nic z tej firmy i chyba Twoje recenzje nieco ostudziły mój zapał aby je poznać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle pięknych, łatwiej dostępnych kosmetyków na nas czeka! :)

      Usuń
  8. do rituals w ogóle mnie nie ciągnie, a Twoja notka utwierdza mnie w tym przekonaniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę nic nadzwyczajnego. Ale Wy to chyba macie Ritualsa u siebie, co?

      Usuń
    2. mamy. i mnie nie ciągnie :P

      Usuń
  9. Od kiedy przetestowałam Ritualsy, to wiedziałam, że szału od nich nic nie robi, także nie warto sobie zawracać głowy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)) ciekawa jestem, co wypróbowałaś.

      Usuń
  10. Bardzo pomocna recenzja! O tych produktach było dość głośno, teraz wiem, że to nie w pełni zasłużony rozgłos :) Poza tym, bardzo wnikliwa, obszerna i szczegółowa recenzja - świetnie się czytało :)

    OdpowiedzUsuń
  11. oh ile miałas testowania :)
    przyznam szczerze, że mnie do tej marki jakos specjalnie nie ciagnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No duuuuużo, ale już wiem, że kolejnego tak wielkiego zamówienia nie będzie.

      Usuń
  12. Słabe mam pojęcie o tej marce, ale poczytać zawsze mozna ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Te miniprodukty wyglądają cudowanie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że z wnętrzem różnie bywa :)

      Usuń
  14. A mi nawet spodobał się zapach Hammam Delight, był taki odświeżający i jednocześnie relaksujący :) Ale i tak ulubieńcem marki Rituals pozostaje seria indyjska Yogi Flow :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a to nie u Ciebie czytałam o tym, że to taki piękny zapach? :D

      Usuń
  15. Pianki Yogi Flow miałam i zakochałam się w jej zapachu :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Zapałałam przelotnym uczuciem do tej marki, kiedy debiutowała na rodzimych blogach, ale produkty do pielęgnacji ciała jakoś mniej mnie wodzą na pokuszenie i póki co, na czytaniu recenzji się skończyło. Jak tak czytam o Twoich doświadczeniach, to chyba i lepiej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepiej, lepiej, szukaj fajniejszych kosmetyków!

      Usuń
  17. Uwielbiam miniatury produktów, bo często chronią przed "wtopieniem" mnóstwa kasy w przeciętniaki :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, też tak zawsze myślałam, ale w sumie... wtopiłam dużo w miniatury :D

      Usuń
    2. W tym przypadku nie da się zaprzeczyć :D

      Usuń
  18. Miałam próbkę niby kultowego nawilżającego kremu w białym opakowaniu nie pamietam nazwy strasznie mocno pachniał i był jakiś taki za mocny i nieprzyjemny i śmierdział alkoholem także raczej nie szukam juz rituals

    OdpowiedzUsuń