poniedziałek, 9 stycznia 2017

O tym, jak pewnego dnia obudziłam się i wszystko zaczęło mi przeszkadzać

Dziś będzie inaczej niż zwykle. Chciałabym opowiedzieć Wam o pewnych zmianach, które być może kogoś z Was zainspirują do przewrotu, jaki właśnie dzieje się u mnie.


Wszystko zaczęło się od tego, że z dnia na dzień z coraz mniejszą przyjemnością spędzałam czas zarówno w domu, jak i... ze sobą. Nasze mieszkanie jest miejscem, w którym przebywam przez większość dnia: jako mama Tomasza, opiekunka ogniska domowego (z wbudowanymi funkcjami sprzątaczki, kucharki i dyrektora ds. logistyki), poza tym jest moim biurem i miejscem pracy twórczej (no, taka też się zdarza). Żeby żyło się miło i pracowało wydajnie, przydałyby się dobre warunki, których – jak się okazało – przez lata nie miałam i – jak się okazało – głównym winowajcą wcale nie jest mój słodki, na-szczęście-już-czterolatek. Kiedy go nie było, też nie miałam dobrych warunków, bo... nigdy ich sobie nie stworzyłam. Jestem wypełniona po brzegi chaosem, sprawami zalegającymi od miesięcy, czasem nawet od lat. Żeby było trudniej, oczywiście co chwilę pojawiają się nowe. Wszechobecny nieład jest bardzo demotywujący – do tego stopnia, że zamiast sprzątać szafy, laptopa i siebie, jeszcze bardziej bałaganię. To nie zdarzyło się przed chwilą – taki stan trwa od lat. Po prostu tym razem coś się zmieniło. Pewnego dnia obudziłam się i wszystko zaczęło mi przeszkadzać. Nie tak normalnie przeszkadzać, tylko jakoś... inaczej. 


Rozzłoszczona rebeliantka

Wewnętrzny i zewnętrzny chaos najpierw zaczął mnie bardzo przytłaczać, a potem... najzwyczajniej w świecie zezłościł. Oto cała ja: najefektywniej działam pod presją czasu lub ekstremalnie wkurzona. Zaczęłam rozumieć, co jest nie tak. Nie mogę się skupić, bo ciągle myślę o tym, co mam do zrobienia! I żeby było jasne: nie żyjemy w wielkim brudzie i bałaganie, jest u nas raczej standardowo, oczywiście jeśli weźmiemy poprawkę na to, że życie spędzamy w towarzystwie małego człowieczka i jego wszystkich Bardzo Ważnych Przedmiotów. 

Okazało się, że nawet jeśli posprzątam na błysk całe mieszkanie, efekt świeżości i radości tym faktem trwa o wiele za krótko. Dlaczego? Bo porządek jest tylko pozorny, a prawdziwy problem to... nadmiar i historyczny nieład. Kiedy podłoga lśni, po domu nie walają się graty i wszystko aż pachnie świeżością, nad popsuciem mojego wewnętrznego zen pracuje banda wrednych gnomów, które robią zamęt w szafie, szufladach, laptopie... wszędzie! No właśnie. Laptop. Bałaganu w komputerze nigdy nie udało mi się do końca ogarnąć, bo nowe pliki mnożą się jak wirus grypy (tu wysyłam szczególnie gorące pozdrowienia folderom ze zdjęciami), stare pliki nie potrafią same się zorganizować, słowem (a nawet trzema): pożar w burdelu.

Warto dodać, że te pełne chaosu foldery znajdują się w równie obiecującym katalogu pt. „!!!unsorted”, który znajduje się w katalogu „2016”. Łatwo sobie wyobrazić, co dzieje się w katalogach „2015”, „2014”, „2013”... 

Symbolem laptopowego bałaganu jest przeglądarka, w której liczba otwartych zakładek przytłoczyłaby średniej klasy księgowego. Jest też wiele innych tematów, przez lata nierozwiązywalnych. Jeden z nich to kosmetyki. Dużo kosmetyków. Duuuużo za dużo.


Blogowanie o kosmetykach

Od kiedy piszę o kosmetykach, pomnożyłam ich zasoby kilkunasto-, a może nawet kilkudziesięciokrotnie. W pewnym momencie straciłam nad tym kontrolę, ale to temat na oddzielny wpis. To właśnie kosmetyki jako pierwsze zaczęły mnie wkurzać nadmiarem. Prawdopodobnie to one przyczyniły się do tego, że uderzyłam dupskiem o twarde dno i teraz, nieźle posiniaczona, w końcu się od niego odbijam. Wiele miesięcy temu ograniczyłam zakupy kosmetyczne do minimum, ale i to nie wystarczyło. Poradziłam sobie całkiem nieźle z zapasami pielęgnacji, ale nie z ukochaną kolorówką.

Po pierwsze, właścicielce bogatej kolekcji kosmetyków trudno zdać sobie sprawę z faktu, że to NIE JEST na zawsze. Że z kosmetykami tak się nie da. Można kochać każdą sztukę, każde pudełeczko, zdobienie, efekt, jaki dają, ale tak, droga Agato, fatalna ekspertko od nadmiaru, nadchodzi taki moment, kiedy kosmetyk najzwyczajniej w świecie się psuje i nie nadaje się do użytku. Pierwsze poważne wątpliwości pojawiły się u mnie, kiedy pokazałam Wam moją absolutnie ukochaną kolekcję MAC-owych pomadek. Uwielbiam większość z nich, bo to naprawdę świetnej jakości produkty, ale nasze dni są policzone. Czy chcę smarować usta szminką, która jest zjełczała? Nie. Czy chcę mieć kolekcję szminek, których nie będę używać (bo są zjełczałe)? Nie. No to czas się zastanowić, co dalej. Co Wy robicie z tym wszystkim? Ja na dobry początek zrezygnowałam (również dawno temu) z kolejnych zakupów. Chciałabym wciąż móc pokazywać Wam zarówno starsze okazy z moich zbiorów, jak i te nowe, które niedawno się ukazały i macie szansę się w nich zakochać (lub uniknąć rozczarowania). Zresztą kto o zdrowych zmysłach miałby ochotę rezygnować z poznawania nowych błyskotek? Na pewno nie ja. Muszę opracować sensowną metodę żonglowania tym wszystkim. Czy mi się wydaje, czy psucie się kosmetyków kolorowych to temat tabu w naszej branży? Regularnie widuję u Was rozmaite kolekcje, często dużo obszerniejsze od moich zbiorów. Nikt niczego nie wyrzuca, nikomu nic się nie zepsuło. Jak to możliwe?

Zostawmy na razie ten trudny temat i przejdźmy dalej. Wiemy już, że odkryłam nadmiar kosmetyków i zbytni bajzel w rozmaitych zakamarkach szaf, szuflad, komputera i głowy. Co dalej?


Bujanie w obłokach, a potem... praca u podstaw

Następnym krokiem była zabawa w „a gdyby tak...”. Usiadłam przy stole z kubkiem herbaty i zaczęłam wyobrażać sobie, jakby to było, gdyby każdy przedmiot w domu miał uzasadnienie, swoje miejsce i... bardzo mi się podobał. Nie byłby średnio_fajny, być_może_przydatny, nie miałby statusu „do sprzedania lub oddania”. Totalna symbioza z otoczeniem. Potem wyobraziłam sobie, że taki sam ład panuje w moim nieszczęsnym laptopie, na dysku zewnętrznym i ze zdjęciami, których od 15 lat nie posegregowałam. A co, gdyby uprzątnąć absolutnie wszystkie zalegające sprawy tego typu? Znaleźć miejsca dla przedmiotów, które przestawiam z kąta w kąt, bo nigdy nie zastanowiłam się, gdzie powinny przebywać w czasie, gdy ich nie używam? A gdyby tak... pozbyć się ciuchów, w których wyglądam dobrze, ale tylko wtedy, gdy są uprasowane? Ja przecież prawie nigdy nie prasuję. Więc ich nie noszę. Więc wyglądam w nich dobrze tylko teoretycznie. Że nie wspomnę o ciuchach, które od lat czekają na Agatę top-modelkę i Agatę pulpeta. Takich tematów jest bardzo wiele i wszystkie w mniejszym lub większym stopniu generują szumy w mojej głowie w momencie, gdy próbuję się na czymś skupić – na przykład na pisaniu tego bloga. Każdy student wie, że żeby dobrze przygotować się do sesji, najpierw należy: odkurzyć w mieszkaniu, posegregować ciuchy w szafie (kolorami, fakturami, albo nie... jednak kolorami), rozwiesić pranie, wymienić chomikowi trociny, pójść do sklepu po redbulla, odbyć ważną rozmowę telefoniczną z babcią o pogodzie, no i koniecznie odpisać na wszystkie maile, nawet te ze sklepu z przecenionymi butami i te dotyczące powiększenia penisa, którego z dużym prawdopodobieństwem nawet nie posiadamy. A co, gdyby tych Ważnych Spraw było zdecydowanie za mało, tak... akurat mało?


Zamykanie spraw

Kolejne niesamowite odkrycie Agaty: jeśli coś dręczy cię przez lata, nie zrobiłaś tego, a miałaś w planie i potem ten zaczęty projekt przekładasz przy corocznych Wielkich Porządkach z miejsca na miejsce, są dwa wyjścia. Możesz zabrać się za to tu i teraz i... mieć zrobione, ot, po prostu, najzwyczajniej w świecie lub... nie robić tego wcale. Zamykasz sprawę, zacierasz ślady i nie ma. Miałam kiedyś wielką ochotę pobawić się w tworzenie kolaży. Chciałam łączyć wycinki z gazet, ciekawe napisy i obrazki w taki sposób, żeby powstały z nich zupełnie inne niż pierwotnie historie. Zaczęłam zbierać te wycinki do teczki, udało mi się pozbierać ich całkiem sporo, ale jakoś zabrakło czasu i determinacji do stworzenia chociaż jednego takiego tworu. Po czterech latach przekładania wycinków w końcu dojrzałam do tego, żeby je wyrzucić. Jeżeli znowu najdzie mnie tak wielka ochota na kolaże i będę miała w sobie więcej samozaparcia niż teraz (na razie się nie zanosi), pozbieram nowe wycinki. Tymczasem temat zamknięty, kolejna zalegająca sprawa z głowy.


Krewni i znajomi królika

Żeby projekt się powiódł, potrzebne jest wsparcie bliskich. Bez tego będzie bardzo trudno o zwycięstwo, a praca u podstaw szybko skojarzy się z toczeniem cholernego głazu przez strudzonego Syzyfa. Mój mąż też ma swoją strefę niekomfortowego bałaganu, zalega ze sprzedażą niepotrzebnych rzeczy i lubi kolekcjonować to i owo (oraz nie posegregował pierdyliona zdjęć, ha! naskarżyłam!). Jednak kiedy opowiedziałam mu, co się ze mną stało, jaki mam plan i do czego chcę doprowadzić, szybko to podłapał i teraz mocno mi kibicuje (najwyraźniej roztoczona przeze mnie wizja pseudominimalizmu również ujęła go swym pięknem :P). On też wykonuje swoją część projektu, na przykład w drugi dzień świąt, zamiast zawiązywać sadełko na kanapie, spędził kilka godzin w piwnicy, usuwając z niej 3/4 zalegających klamotów. Byłam w szoku nie tylko dlatego, że tak się poświęcił, ale też dlatego, że usunięcie tego wszystkiego w ogóle było możliwe. Co więcej, okazało się kwestią kilkugodzinnej pracy. Wiele lat gromadzenia, braku miejsca i trudnych małżeńskich rozmów. I oto jest: wciąż mała, ale jakże przestronna, pozbawiona gratów piwnica. W ten sposób dzień po dniu nasza przestrzeń się zmienia, a ja już przebieram nogami z zachwytu nad moimi rozlicznymi sukcesami. Rok temu miałam podobny zryw, ale wtedy nad każdym przedmiotem bardzo się użalałam i mimo dużych zmian zabrakło tej najważniejszej: przejaśnień.


Wigilia bez prezentów?

Zmian pojawiło się nawet więcej, niż zakładałam. Tym razem całą rodziną postanowiliśmy, że nie robimy sobie prezentów gwiazdkowych. Pod choinką czekały wyłącznie upominki dla najmłodszych. Wyjątkiem były prezenty małżeńskie – z tej tradycji nie mieliśmy ochoty rezygnować i postanowiliśmy, że wręczymy sobie prezenty jak co roku, tyle że wieczorem, kiedy Tomek będzie już spał. Podejrzewam, że pozostali członkowie rodziny zrobili podobnie. Nie wierzyłam, że w naszej rodzinie to się uda i już na początku listopada zastanawiałyśmy się z mamą, jak powiedzieć reszcie o naszym śmiałym pomyśle. Okazało się, że chętnie przystali na naszą propozycję – najwyraźniej wszyscy zmęczyliśmy się wymyślaniem przez lata kolejnych zbędnych przedmiotów, które może spodobają się obdarowanemu, ale może wcale nie. Jakie były efekty? Pod choinką, jak co roku, znalazło się wiele kolorowych paczuszek, tyle że wszystkie – ku uciesze nieletnich – Mikołaj przytargał dla dzieci. Jako że dorośli nie rozpakowywali swoich prezentów w tym samym momencie, mogli obejrzeć piękne, emocjonalne przedstawienie w wykonaniu rozkosznie rozentuzjazmowanych kurdupląt. Nic nam nie umknęło, a Święta wciąż były magiczne. Wiecie, o ile więcej spokoju miałam w ostatnich przedświątecznych tygodniach? Że nie wspomnę o zaoszczędzonej przez wszystkich członków rodziny kasie. 


And the winner is: głowa

Nie jestem minimalistką i prawdopodobnie nigdy nią nie zostanę. Obawiam się, że mam w sobie zbyt wiele uwielbienia dla przedmiotów, i nie chodzi tylko o kosmetyki. Nie zmienia to faktu, że mój projekt pt. Sprzątanie Agatowej Dżungli ma sporo wspólnego z minimalizmem, przynajmniej spotykamy się przy osiedlowym śmietniku w podobnych okolicznościach: każdy z nas pragnie pozbyć się tego, co go uwiera i co mu się nie podoba, a potem żyć spokojnie w zgodzie ze sobą. Chętnie dorzuciłabym do kolejnego worka ze śmieciami szufelkę natrętnych myśli i wiaderko prokrastynacji, ale to już nie będzie tak łatwe, jak odwiezienie do lokalnej biblioteki złoża książek (bo przecież od lat czytam na Kindle'u). Z tą biblioteką to w ogóle jedna z genialniejszych myśli: skoro i tak z papierowych książek korzystam sporadycznie, równie dobrze mogę je oddać w dobre biblioteczne ręce i kiedy zapragnę znów zmierzyć się z papierem, mogę iść do pobliskiej biblioteki i wypożyczyć którąś z własnych książek. Albo zupełnie inną. Zostawiliśmy w naszych domowych zasobach wyłącznie takie książki, których na czytniku czytać się nie da albo z różnych względów są dla nas (bez)cenne.

Prawdopodobnie przy sprzątaniu danych na komputerze i dysku zewnętrznym wielokrotnie puszczę metaforycznego pawia (oby tylko na takim się skończyło), ale myśl o ŁADZIE jest dla mnie najmilsza, więc... do boju. Wiem, że jednym z ważniejszych źródeł wewnętrznego i zewnętrznego chaosu jest zbiór moich cech, które pielęgnuję w sobie od wielu lat (w kolekcji są same najdziksze cnoty: słomiany zapał, prokrastynacja, dezorganizacja...). Niektóre z nich towarzyszą mi od dziecka, z większością pewnie nigdy nie wygram. Pomyślałam, że skoro ciężko mi zmienić siebie (choć wciąż wierzę, że nie jest to niemożliwe!), mogę spróbować zmienić moje otoczenie, wprowadzić wiele usprawnień i po prostu utrudnić sobie generowanie chaosu. Czy to się uda? To się okaże. Na razie mam na swoim koncie kilka znaczących sukcesów w ogarnianiu własnego mikroświata i widzę, że bardzo mnie napędzają do dalszej walki. Poza tym właśnie popełniłam na blogu wpis, dzięki któremu nie będzie mi łatwo zrezygnować z mojego planu. Zawsze możecie uprzejmie podpytać, jak mi idzie. I sprzedać kilka dobrych rad.

Tak naprawdę mogłabym jeszcze długo opowiadać o moich odkryciach, sukcesach i zmianach, jakie zachodzą. Jeśli chcecie, co jakiś czas mogę wrzucać raport z pola walki, może kogoś zainspiruje do choćby małych, lokalnych zmian własnej przestrzeni?

PS Pierwsze zdjęcie to półka koło łóżka, w fazie przemian. Niegdyś zawalona szpargałami, dziś już tylko do lekkiej poprawki. Kibicujcie półce. Ta półka i wszystkie inne półki potrzebują Waszego wsparcia!

83 komentarze:

  1. Kibicuję mocno!
    Ja w tym roku postanowiłam wreszcie zmierzyć się z moją szafą... resztę już w większości ogarnęłam. Kosmetyków już nie gromadzę, w komputerze robię ład na bieżąco, wreszcie wywołałam zdjęcia i wyrzuciłam masę szpargałów nikomu nie potrzebnych z którymi jakoś wcześniej nie mogłam się rozstać... Właściwie zmotywowały mnie bardzo zaręczyny i myśl o przeprowadze do nowego domu. Wszystko o czym pomyślałam, że nie chcę ze sobą zabierać wyrzucam już teraz. I czuję się coraz lepiej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale miło czytać o Twoich sukcesach :) i gratuluję zaręczyn! Ja niestety wyprowadziłam się z domu rodzinnego razem z całym chaotycznym majdanem. Bardzo żałuję, że wtedy nie zrobiłam czystki, ale widocznie nie byłam gotowa :D

      Usuń
  2. Trzymam kciuki za Twoje zmiany! Mi pomogły 3 przeprowadzki w ciągu 1,5 roku;) chociaż nigdy nie lubiłam mieć za dużo rzeczy. W domu miałam pokój z rodzeństwem i nie było miejsca na własne pierdoły.
    U mnie w domu nie ma prezentów od 10 lat, w domu Partnera nie można się tego pozbyć, on przeżywa traumę, że dostanie coś niepotrzebnego, a jedyne dziecko dostaje tyle prezentów, że nie ogarniam.
    Z Facetem co jakiś czas walczę o nadmiar rzeczy, bo ma problem z nich wyrzucaniem. Ciężko, bo ciężko, ale idzie do przodu.

    Mnie w ogóle porządki RELAKSUJĄ, za każdym razem jak przyjeżdżam do Sióstr to im robię porządek. Uwielbiam sprzątać w szafach, moje drugie imię to koszyczek/kartonik;)

    Co do psucia się kolorówki - ja sporo kolorówki rozdaje, ale nie przypominam sobie, aby coś mi się zepsuło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty to jesteś wzorem minimalistycznych cnót, pamiętam Twój wpis o ubraniach – gapiłam się na literki i nie mogłam uwierzyć, że tak się da. Gdy wywalałam kolejny worek ciuchów, myślałam o Twojej szafie, serio! :))))

      Ciebie porządki relaksują, a mnie męczą, ale dla samopoczucia PO naprawdę warto. Gdybym tylko obudziła się któregoś dnia z miłością do sprzątania... gdybym tylko... :)

      No i właśnie, też muszę skuteczniej rozdawać. A jak już porozdaję, to skuteczniej nie kupować w nadmiarze :). Tylko, cholera, łatwo się mówi.

      Usuń
    2. Ojej miło mi! Nawet nie wiesz jak bardzo!

      Jak będę kiedyś na dłużej w Warszawie to możemy umówić się na wspólne sprzątanie:D tylko nie myje podłogi i nie zmywam naczyń;)

      Wiesz co może pomóc w kupowaniu w nadmiarze? Skrupulatne zapisywanie ile się wydaje na kosmetyki. Prócz tabelki z ilością zużytych kosmetyków, mam taki z ilością kasy jaką przeznaczyłam na kosmetyki:) Ale ja mam zboczenie do statystyk, taka natura ekonomisty;)

      Usuń
    3. Spoko, mam zmywarkę, tylko sprawę mopa musimy dogadać ;).
      Wiesz, ja już nie mam problemu z kupowaniem w nadmiarze. Chciałabym tylko wykaraskać się z tego, co poczyniłam wcześniej i znaleźć w nowej rzeczywistości miejsce na... jakiekolwiek zakupy :).

      Zapisywać wydatki też próbowałam, ogólnie wszystkie z miesiąca. Jak na złość, wtedy wydawałam na kosmetyki bardzo niewielkie kwoty, za to na żarcie – ogromne! Jakbym co najmniej karmiła codziennie słonia i dwie żyrafy. Kolejny temat do przemyślenia.

      Usuń
  3. Agata, mam w pokoju szafę - taką kilkudziesięcioletnią, z dziada pradziada. Są w niej tylko kosmetyki. Tomasz dorobił półeczki. Czasami nie otwieram jej bo obawiam się,że wszystko się wysypie.
    Czasami wpada babcia Grażynka i bierze się za sprzątanie - czysto jest przez dwa miesiące.
    Ja mniej więcej raz w tygodniu biorę się za porządki TAM. Otwieram, wyciągam, przekładam, oglądam, dostaję spazmów, szału, robię się przygnębiona, później jest mi gorąco.
    Wkładam czym prędzej wszystko z powrotem i udaję, że nie ma tematu.
    TO JEST DRAMAT! ROZUMIESZ?

    Dalsza część to trzy kufry do pracy. Niby posprzątane, niby część maczków oddałam w ramach pozbywania się opakowań i .....wymieniłam na nowe:)
    Ale staram się kupować mniej, serio.


    Tylko dzisiaj byłam w MAC i pani namówiła mnie na pigment, a przedwczoraj kupiłam nowe pędzle, a w ogóle to wszyscy mówią, że maskara Armaniego jest naj naj naj.

    Never ending story????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie bardzo byłam ciekawa, jak się miewają Twoje zbiory! Widzę, że wspaniale – mają wyborną, przestronną (nie)ruchomość, dużo towarzystwa... pięknie :D. Pozdrów je wszystkie! Do niedawna też mi się wydawało, że to neverending story, ale jak zaczęłam trzeźwo oglądać każdy przedmiot, to się nagle okazało, że sporo da się usunąć. U mnie kolorówka zajmuje całego Malma, sześcioszufladowego (http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/50315291/). To idealne miejsce dla niej. Problem w tym, że można ją też było znaleźć w dwóch dużych szufladach innej komody i jeszcze w jednej ogromnej szufladzie w szafie. Dążę do tego, by nie wyłaziła poza tego Malma. Wtedy wszyscy będziemy szczęśliwi :).

      Usuń
  4. Bardzo szanuję i trzymam kciuki. Ja jestem trochę na etapie zagracania - rodzicom Freelancera skończyła się cierpliwość do jego kolekcji CD, DVD i gier i w święta przytaszczyliśmy cały regał multimediów z Poznania do Szczecina. Na szczęście - razem z regałem, więc w sumie ucierpiała tylko ściana. Nie mam problemu ze sprzątaniem szaf, od kiedy w zrywie dobroci zapragnęłam coś oddać dla uchodźców i okazało się, że oddać mogę więcej niż połowę ciuchów zalegających mi po kątach. Ale komputer. O mamo. Komputer stary, z którego nie wszystko jeszcze przeniosłam na nowy (minął rok). Komputer nowy, na którym stary chaos spotyka nowy. Gdyby Windows miał opcję tagowania folderów, pewnie w końcu bym to ogarnęła. Jak dotąd wszelkie próby wykładały się na etapie decyzji, czy zdjęcia X umieścić w folderze "wakacje 2004", czy może jednak "kumple z osiedla"? Tragedia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, idealnie ujęłaś problem z komputerami i danymi. To wydaje się niemożliwe do posprzątania! Ale tak sobie pomyślałam, że warto się zabrać za porządki, bo z roku na rok przybywa, zamiast ubywać i za jakiś czas ten data-burdel zje nas na śniadanie. Zresztą tego się nawet nie chce przeglądać, jak takie zdezorganizowane.

      PS Zdaje się, że OSx ma funkcję tagowania. Nie używałam i chyba jednak wolę tego nie sprawdzać. Nabałaganiłam w czasach peceta i zamierzam wszystko maksymalnie uprościć w erze Maca. Na samą myśl pocą mi się stopy.

      Usuń
  5. Hmm....ciężko mi przyklasnąć uszami, bo to trudny temat. Nie będę bredzić o minimalizmie jak za chwilę cała rzesza blogerek.. mam po brzegi wypełnioną szufladę przeterminowanych rzeczy, to bolesna sytuacja. Nigdy nie nazwę siebie minimalistką, bo nią nie jestem - zle się czuje w sterylnych pomieszczeniach i czystym biurku. To po prostu nie ja. śmieszy mnie ten zryw bo modny i hasztagi #miniamlnie przy coraz to nowych kolekcjach i limitkach...tak jak piszesz i koniecznie białych zdjęciach. CO oni kuzwa z tym białym jakby jedyny słuszny, minimalny kolor!
    Niemniej rozumiem stan duszy- że za dużo, że dokucza, doskwiera...przytłacza..zasmuca.. Tak jak mówiłam moje zrywy sa incydentalne ...więc poproszę o Agatową motywację , bez pierdzenia o modzie...tylko tak jak zawsze od siebie...bardzo proszę :)
    Dumna jestem z CIebie btw :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie - co się dzieje z 5 - 10 letnimi kolorowymi kosmetykami? ja mam bronzer 2 lata i zrobiła się taka jakby skorupka.. i Macowy brave zaczyna podśmierdywać

      Usuń
    2. Jak ja cię rozumiem. Wyrzuciłam połowę moich rzeczy a i tak mamy tyle wszystkiego, że minimalista dostałby hiperwentylacji. W tym sprzątaniu to nie chodzi chyba o to żeby mieć mało tylko o to, żeby nie mieć rzeczy ewidentnie zbędnych i żeby cała reszta miała swoje wyznaczone miejsce.

      Usuń
    3. Ja to jestem jednak trochę rozbita. Chciałabym być taka piękna, cała w bieli, w prześwietleniu, z idealnie poustawianymi przedmiotami. A tu szara rzeczywistość: zabawki Tomasza, wenge-meble, na których kurz widać w kilka godzin po przetarciu, brak naturalnych zdolności do ustawiania przedmiotów w taki sposób, aby było schludnie, modnie i minimalnie. Cholerny, dołujący instagram :D.

      Tymczasem rzeźbię w tym co jest, nie wyrzekam się miłości do szmineczek MAC-a, paletek nude i rozświetlaczy, które śliczniej wyglądają w pudełku niż na mnie, no i dalej będę kupować. Różne. Byle się już więcej nie pogubić!

      Sprawa 5- i 10-letnich kosmetyków niezmiennie mnie fascynuje. Kiedyś to było proste: otwierał człowiek ten swój minikuferek z kosmetykami (lub miniszufladkę lub minikosmetyczkę) i wywalał wszystko, co stare, zupełnie bez żalu. Dziś wszystko ma swoje miejsce w kosmetycznej historii. Zbieramy namiętnie przedmioty limitowane, z trudem rozstajemy się z wycofanymi, nie chcemy rezygnować z nowości... szał. Kosmetyki w kamieniu to jeszcze pół biedy, one potrafią przetrwać naprawdę długo, ale te szminki nie dają mi spokoju. Co, któregoś dnia odkryję, że do wywalenia jest połowa towaru? I tak sobie pójdę i powymieniam takie niezużyte w akcji Back2MAC? Czy co zrobię? Jeszcze nie mam pojęcia, ale staram się doceniać każdy dzień z nimi w stanie używalnym :D. Niezmiernie mnie też pasjonuje sprawa kolekcji Temptalii. Pokazywała kiedyś w filmie swój arsenał, myślałam, że padnę. Ona to już chyba to trzyma wyłącznie w celach kolekcjonerskich. I tak nie ma czasu nosić wszystkiego więcej niż raz. Zwariowałabym z taką kolekcją.

      Usuń
    4. Patrycja, oczywiście trafiłaś w sedno. Nie chodzi o to, żeby pozbyć się wszystkiego i dokonać rytualnego samoubiczowania za lata rozpusty. Wystarczy mieć nad tym kontrolę i otaczać się przedmiotami, które nie są przypadkowe. To już brzmi wystarczająco wspaniale i... odlegle :).

      Usuń
    5. Że tak się wtrącę do Waszej rozmowy - mnie też zawsze interesowało, co Temptalia z tym wszystkim robi. Rozumiem, testuje i recenzuje, ale też z drugiej strony mając AŻ tyle i dostając ciągle nowe, czy ona ma czas na przetestowanie jednego produktu dłużej, niż kilka dni? Bo już sama nie wiem, na ile jej recenzje są rzetelne. Sorry, ale dla mnie ponoszenie pomadki jeden dzień i opisanie jej to nie jest rzetelna recenzja. I szanuję ją i to, co robi, jednak nie wiem, czy można jej tak do końca ufać, skoro ona nie ma czasu na dokładne testy, wielodniowe czy wielotygodniowe.
      Z tego, co wiem, ona dużo rzeczy rozdaje do jakichś ośrodków pomocy, kiedyś o tym wspominała. Ale mówiła też, że część rzeczy sobie zostawia tylko po to, żeby porównywać je z nowymi, które wychodzą. Na przykład róże z Maca, czy tam pomadki. Standardowe kolory rozdaje.

      Usuń
  6. Kiedyś miałam taki szalony pomysł, żeby podpalić pokój. Wtedy ratowałabym tylko to, co najważniejsze... No ale na razie wciąż się tułam i czekam na ten własny kąt, który najpierw będę mogła zabałaganić, a potem posprzątać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpalić pokój, cóż za wyborny sposób na rozwiązanie wszystkich problemów z nadmiarem i bałaganem! Trzymam kciuki za nowy, własny kąt, tylko wiesz... mimo wszystko go może nie podpalaj ;).

      Usuń
  7. Ja już od zeszłego roku staram się porzadkować swoją przestrzeń. W sumie rzeczy nie mam dużo, ale za to kosmetyków mam ogrom i chciałabym znów zacząć czerpać przyjemność z uzywania, a nie że mam 10 milionów produktów w jednej kategorii i nie wiem, za co mam się zabrać, a z tyłu głowy myśl, że żeby zużyć na przykład jeden róż musiałabym go przez jakiś rok używać codziennie. Więc albo coś się zepsuje, bo będę używać jednego, albo używać ich na zmianę, a na końcu i tak wszystkie się zepsują. Więc już od zeszłego roku próbuję "zejść" z kolorówki. Owszem, rozumiem zasadność posiadania 20 pomadek, ale moje 51 mnie trochę przytłacza, rozumiem zasadność posiadania 3 czy 4 róży, ale 15 to już jest trochę dużo. I tak dalej, i tak dalej. I nie jest tak, że już nic w życiu nie kupię, tylko po prostu są kategorie kosmetyków, których mam naprawdę dużo i wiem, że jeśli dokupię nowe, to się z tego nie wykaraskam nigdy. Jasne, że jak będę już miała te 3 róże, to mogę sobie dokupić nowy bez obaw, bo wciąż będzie ich rozsądna ilość, żadna ze mnie minimalistka, żeby sobie aż tak mocno wszystkiego odmawiać. Ale grunt to chyba myśleć przed zakupem - Czy faktycznie to mi się przyda? Dlaczego chcę to mieć? Jak często będę to używać? I owszem, jeśli naprawdę desperacko czegoś mi się zachce nagle, to kupię to, bo nie jestem masochistką, żeby sobie WSZYSTKIEGO odmówić, ale nie, że znowu wrócę do etapu pływania w kosmetykach :)
    Mam nadzieję, że obie wytrwamy w naszych zmianach. Mocno kibicuję nam obu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale mi zrobiłyście grupę wsparcia, dziękuję! :)
      I cieszę się, że nie jestem sama w moich zmaganiach. Twoja historia jest miejscami tak podobna do mojej, że mogłybyśmy sprzątać razem i wspólnie rozkminiać, co zostawić, co wyrzucić i jaki przyjąć system użytkowania kosmetyków. Ba, mogłaby o tym powstać cała książka: „Cosmetics management for dummies” :D

      Też chcę kupować, też już nie chcę pływać. Jakoś to ogarniemy!
      A wiesz, jak to się nazywa? Problemy pierwszego świata ;)

      Usuń
    2. Wspierałyśmy się wcześniej, jak kupowałyśmy te wszystkie cuda na kiju, to teraz się wspieramy, jak te cuda na kiju nam się lęgną i chcemy się ich trochę pozbyć :DDD
      Naprawdę nie jesteś sama w swoich zmaganiach. Myślę, że takie przemyślenia o uporządkowaniu spraw przychodzą z wiekiem, a może też z doświadczeniem, bo jednak przez nasze łapki przewinęło się tyle wszystkiego, że chyba żadna nowość nas już nie jest w stanie zaskoczyć niczym :D
      Co do systemu porządkowania, ja to wszystko co chcę zużyć rozłożyłam sobie datami, oczywiście wcześniej trochę rozdałam, zostawiłam sobie tylko to, czego żal mi oddać czy wyrzucić i po prostu chcę tego używać. No więc sprawdziłam wszystko datami i teraz używam jeden róż, jeden rozświetlacz i jeden bronzer, a jak się skończą, to przejdę do następnego z danej kategorii. Z pomadkami zrobiłam tak, że ułożyłam je wg dat do zużycia, ale też kolorami, że na przykład powiedzmy Syrup czy Hot Gossip z Maca średnio lubię, to idą na pierwszy ogień do zużycia. Tutaj zasada jest taka, że wybieram 5 dowolnych szminek, które najszybciej mają "zejść" i używam ich na zmianę (dobrze mieć w tym zestawie w miarę różne kolory, co by nie było, że codziennie taki sam kolor noszę przez miesiąc) i jak jeden z tej piątki się wykończy, to dołożę kolejny, który lubię mniej, lub którego data goni :) Taki mam plan. Myślę, że jest to sensownie pomyślane :) Tylko w tym celu trzeba porobić pewne obliczenia i posprawdzać wszystkie daty w kosmetykach oraz zastanowić się dobrze i wybrać te, które najmniej lubimy (tutaj akurat mowa o pomadkach), zużyć, zapomnieć i przejść do następnej. Ja już mam wszystkie te daty do zużycia opracowane i mniej lubiane kolory wybrane, wiec już uskuteczniam ten plan. Ale powiem Ci,że ciężko jest bo chcę zużyć w tym roku jakieś 20 pomadek (jest szansa, bo używam je codziennie i reaplikuję w ciągu dnia po kilka/naście razy, także jakoś się zużywają), ale dzisiaj poszłam do Debenhamsa i zobaczylam Rose Harpers z regularnej kolekcji Dior, zobacz sobie ten kolor.Love. A moje założenie jest, żeby nie kupić ani jednej w tym roku, więc nie wiem, jak wytrwam (pomadki to mój największy problem). Może jeśli uda mi się zużyć z 20 w ciągu tego roku, to w nagrodę w grudniu sobie kupię tą jedną :D Ale dobra, nie chcę o tym na razie myśleć :DDD Najlepiej żebym nic nie kupiła :D
      Problemy pierwszego świata jak nic. I pomyśleć, że ludzie na świecie nie mają co jeść, a my za to możemy zeżreć nasze pomadki. Zawsze to jakieś rozwiązanie co zrobić z nadmiarem :DDD Chociaż zjedzenia pudru czy różu sobie nie wyobrażam, ale może... Może jakby tak go skruszyć i jako przyprawę użyć? :DDD

      Usuń
    3. Hahaha, bardzo znajomo brzmią te rozkminki, czego używać i w jakiej kolejności ;). Ja już nawet nie dążę do tego, żeby najpierw coś zużyć, a potem kupić nowe, wystarczy że nie będą się kurzyły w szufladach te kosmetyki, które mam, i już będzie dobrze! I niestety, jakbym się zabrała za wykańczanie mniej lubianych pomadek, toby mi zjełczały te ukochane :). To co, może system mieszany? :D w Twojej piątce będą np. dwie mniej wspaniałe i trzy ulubione, które już są bardziej wiekowe, w różnych kolorach, jak mówiłaś.

      Ja, żeby to wszystko pozużywać, musiałabym się chyba malować na sen i potem jeszcze ponawiać aplikację, jak wstanę w nocy na siku :D :D :D. Na szczęście na tym mi nie zależy. Chodzi tylko o to, żeby się nie marnowały, zanim postanowią się zepsuć. To już będzie super!

      Ten Diorek faktycznie cudny. Ale hmmm... zastanawiam się, czy w mojej kolekcji nie znalazłoby się coś takiego...? Pewnie tak, pewnie w Twojej też :D

      Z głodem na świecie nic nie zrobię, ale w ramach walki z nadmiarem postanowiłam przy okazji mniej żreć – kasa w portfelu, sadła mniej – same plusy!

      Usuń
    4. Myślę, że Twój pomysł jest lepszy, niż mój, znaczy żeby robić system mieszany. To jest genialne! Ja przy moich obczajaniach pomyślałam tak: zużyję to, czego nie lubię, a zostanie to, co lubię najbardziej, ale czytając co napisałaś uświadomiłam sobie, jak bardzo masz rację, że jeśli będę zużywać to, co mniej lubię, to potem to, co lubiane też się zepsuje, więc z dwojga złego chyba wolę, żeby używać 3 lubiane szminki na 2 nielubiane, niż 5 nielubianych, a lubiane się kurzą. Wtedy nawet jak jakieś tam nielubiane na końcu się zepsują, to będę wiedziała, że i tak więcej tych fajnych zużyłam, a można je przecież zawsze odkupić. Masz łeb, Kobieto! Dziękuję za oświecenie:) Wybiorę se 5 mieszanych :D
      U mnie tragedia jest tylko z różami i z pomadkami. Tego mam najwięcej. Podkładów mam w sumie też 7 czy 8, ale wg moich obliczeń z ostatnich lat zużywam około 5 rocznie, a przeważnie wszystkie co mam kupiłam w zeszłym roku, lub pod koniec 2015, także jeszcze wszystko jest spoko i część trochę zużyta, więc z podkładami jestem ok. Jeno róże i pomadki, no i rozświetlaczy tyle też nie potrzebuję, ale to się da:)
      Kochana, na pewno taki Diorek by się znalazł zarówno w mojej jak i Twojej kolekcji, tylko w innej formulacji trochę i w innym opakowaniu. Do tej pory z tej serii Diorków mam tylko jednego i uwielbiam, konsystencja jest genialna, cudowny zapach, opakowanie super. Bardzo polecam tą Diorkową serię :) Aleeeee mam inne podobne odcienie, a on nie jest limitowany, więc można poczekać, aż coś zużyję i jak zużyję 10 pomadek, to kupić sobie tego jednego, żeby więcej "wychodziło" niż "wchodziło". Bo wiesz, też jest coś takiego, że przecież nie możemy sobie wszystkiego odmawiać, jakieś małe przyjemności być muszą, a że mnie najbardziej cieszą te kosmetyczne, to nie chcę sobie całkowicie odmawiać, jednak rozsądne wybory i ograniczenie zakupów wyjdzie mi tylko na dobre :) Marzy mi się, żeby tak za 2-3 lata mieć już te kosmetyki opanowane :D

      Usuń
  8. Jestem straszną bałaganiarą. I zbieraczem. Moim przekleństwem była dobra pamięć - moja mama i siostra robiły generalne porządki połączone z zapełnianiem kontenera zawsze kiedy ilość rzeczy i nieład nie pozwalał im czegoś znaleźć. Ale nie ja. Ja pamiętam gdzie coś odłożyłam. Pamiętam, że japonki na basen są w plecaku, z którym jechałam na Jarocin. Co z tego, że w 2014. Wiem gdzie je znaleźć więc nie muszę sprzątać. Ale w listopadzie postanowiłam się trochę ogarnąć. Sprzątnęłam biurko (pierwszy raz od ponad dwóch lat widać blat), sprzątnęłam stół do pracy twórczej, tak że wreszcie można coś na nim tworzyć, sprzątnęłam szafę, w której połowa ciuchów była już zbyt znoszona żeby wyjść w nich do ludzi, ale cały czas w za dobrym stanie, żeby je wyrzucić i tak rosła sterta 30 bluzek do chodzenia 'po domu'. Nie wyrzuciłam ich, powędrowały na strych w kartonie wyjazdowym - będę je stopniowo zabierać na wyjazdy i wtedy zamiast przywozić brudne do domu po prostu wyrzucać i robić miejsce na różne pamiątki i takie tam.
    Moją główną inspiracją była moja dwuletnia siostrzenica. Okazało się, że nie szkoda mi większości moich rzeczy, które mała porwie do zabawy i nieubłagalnej destrukcji. A skoro mi ich nie szkoda to ich nie potrzebuję.
    Na święta udało mi się osiągnąć wizualny ład ( co było sporym zaskoczeniem dla całej mojej rodziny, nie tylko domowników). Do ogarnięcia zostały już tylko papiery i książki, ale to na razie za dużo dla mnie. Czekają na przypływ weny. Może przed Wielkanocą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym ja miała taką wspaniałą pamięć jak Ty... toby mi się teraz nie chciało sprzątać :D. U mnie niestety w drugą stronę, więc ułatwianie sobie żywota mile widziane.

      Jak Ci się podoba nowo odkryty blat biurka? :))))
      Pomysł z zostawianiem brudnych ciuchów na wyjeździe bardzo mi się podoba. Rozumiem, że miałby to być wyjazd do dzikiej puszczy, a nie np. wyprawa do Monte Carlo ;). Chociaż... to drugie mogłoby być interesującym doświadczeniem :D.

      Usuń
    2. Blat biurka super. Sama nie pamiętałam jak mi się białe szkło podoba. I mogłabym robić minimalistyczne zdjęcia.
      Ja wyjeżdżam głównie do dzikiej puszczy, ale jak jadę jednak gdzie indziej to zazwyczaj biorę ciuchy pół na pół, albo tam się pozbywam zniszczonych skarpetek i tym podobnych. Propaguję też ten zwyczaj wśród znajomych i razem wyglądamy jak menele/hipstrzy/aspirujący artyści.

      Usuń
    3. Kiedy to tak pięknie opisujesz, od razu mam ochotę się z Tobą spotkać :D. Jakbyś przypadkiem w najbliższym letnim sezonie wyjeżdżała w swoich zestawach menelsko-hipstersko-artystycznych w Tatry, koniecznie daj znać, może spotkamy się na jakimś szlaku. Wyrzucanie skarpetek zamiast prania ich już praktykowałam. Głównie wynikało to z zapachu po całym dniu wędrówek, nie ze stopnia zniszczenia. Teraz mam lekkie trekkingowe buty i wszystko zwożę do domu, bo i smrodu jakoś brak. A taki był swojski – człowiek CZUŁ, że poszedł naprawdę wysoko i daleko ;).

      Usuń
    4. Widzisz jak się ludzie potrafią dogadać w internecie, ale mnie niestety ani w Tatrach ani żadnych innych górach nie spotkasz, a jeżeli nawet to będę płakała, krzyczała i klęła więc łatwo mnie poznasz :D

      Usuń
    5. To gdzie się zaszywasz? z żubrami w puszczy? :D

      Usuń
    6. W lesie nad jeziorem. Ale z żubrami też pewnie by było fajnie

      Usuń
  9. Też mnie przytłaczał nadmiar rzeczy, ale od jakiegoś czasu systematycznie odgruzowuje przestrzeń.

    OdpowiedzUsuń
  10. Trzymam kciuku Agata i mocno kibicuję! Sama w ubiegłym roku rozpoczęłam u siebie podobną zmianę i małymi kroczkami próbuję ją wprowadzać w życie. Z tym, że mi też do minimalizmu daleko - po prostu swój zakupoholizm przerzuciłam z kosmetyków na świeczki (mają dłuższy termin ważności) :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie tak mi się zdawało, że odpłynęłaś do krainy bieli i niewielkich zasobów, a potem JEB, słynny wpis z kolekcją świeczek. Teraz wszystko jest spójne i znowu rozumiem moją ulubioną Anię ;). W nowym roku życzę Ci samych pięknych zapachów!

      Usuń
  11. jeśli chodzi o przedmioty należące do mnie, mam bałagan kontrolowany. co 2-3 miesiące robię przegląd szafy i toaletki, oddaję przeczytane książki, po które już nie sięgnę. niestety mam faceta o naturze hoardera i mimo wielu rozmów, próśb i nalegań efektów nie ma :((( niemniej, kiedy za kilka lat przyjedziemy na stałe do Polski, nie będzie mógł zabrać ze sobą tej bezsensownej kupy bezsensownych rzezy i wtedy uwijemy sobie naprawdę przytulne gniazdko *_*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz jak mądrze z tymi książkami! Też mam nadzieję, że u mnie na tym się skończy. Że jak mi zbrzydnie kindle i zapragnę retroklimatów, to sobie będę od czasu do czasu kupować nowe, piękne, pachnące pozycje, czytać je, a potem puszczać dalej w świat. W ogóle mam wrażenie, że książki są od tego szczęśliwsze :).

      Przy facecie zbieraczu faktycznie musi być ciężko skutecznie ogarnąć chaos, ale widzę, że myśl o wiciu przytulnego gniazdka bardzo Cię ożywiła! To co, jaki jest plan? Za ile lat wracacie? :)

      Usuń
    2. w marzeniach za 3. ale trzeba być realistą, więc pewnie za około 7. w każdym razie najlepiej by było zanim Viktoria skończy 10 lat, żeby jeszcze tu nie miała zapuszczonych korzeni.

      a o swoim gniazdku marzę i śnię *_* umówmy się, że obecne lokum nie jest idealne i nie będziemy w nie inwestować, skoro docelowo tu nie zostaniemy ;)

      Usuń
    3. Czas szybko leci, dasz radę!

      Usuń
    4. pewnie, że dam; nie ma innego wyjścia :)

      Usuń
  12. Jestem sentymentalna i nie umiem łato pozbywać się rzeczy, nawet tych, których nie używam.... może jeszcze kiedyś się przydadzą.
    Natomiast bardzo dobrze poszło mi pozbywanie się nadmiaru mazideł, które ubierałam dla samego tylko chciejstwa. Po odzyskaniu znacznej sumy, która mnie dosyć mocno poraziła robię zakupy w inny sposób, zawsze podchodząc ze zdrowym rozsądkiem. I uprzednio przeglądając aktualne zapasy :-P Ten sposób działa. Zresztą może również z racji wieku, wyrosłam już z chciejstw wszelakiej maści i lubię tylko oglądać, a nie muszę już koniecznie posiadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z radością odkryłam w sobie zmianę w tym temacie. Też ciężko mi było się pozbywać rzeczy, bo może się przydadzą, a teraz... z radością wydaję je w inne ręce. Lub do paszczy śmieciowego kontenera. Co innego pamiątki. Tu moja sentymentalna dusza pozostaje nieporuszona: zamiast wywalać, szukam dla nich wygodnego miejsca :).

      I chyba też mi się na starość trochę odechciało wiecznego podążania za nowościami. Masz rację, oglądanie też jest fajne!

      Usuń
  13. U mnie nigdy na wigilie się nie daje prezentow doroslym , tylko maluchom ale w tym roku na odwrot pierwszy raz ja zrobilam kazdemu , milo bylo patrzec na ich zdziwienie ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to widzę, że u Ciebie radar szczęścia podąża w przeciwnym kierunku :D

      Usuń
    2. e tam, miło było ale sie skończyło bo tylko ja dawałam ;D a im było głupio że nic nie mają ;D

      Usuń
  14. Trudny temat, trudne wyzwanie i trzeba dużo samozaparcia, żeby doprowadzić sprawę do końca i nie zacząć tego samego od nowa...szczerze życzę powodzenia!
    Mi z porządkowaniem dupereli dopomogła przeprowadzka :)))) też oddaliśmy kilka kartonów książek :) w nowym mieszkaniu bardzo dbam o to, by nie zagracać przestrzeni nadmiernie (bo troszkę jednak lubię :D, ale niedużo).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama jestem siebie ciekawa. Czy mi się uda i czy na koniec będzie tak fajnie, jak zakładam. Lekkie zagracanie, o którym wspominasz, to mój ideał :). Zobaczymy, co z tego wyjdzie!

      Usuń
  15. Takie ogólne porządki i odgracanie to dobra sprawa :) Choć ja też chyba nadmiernie gromadzę przedmioty :) Ale z kolorówką rozprawiłam się przed świętami i znaczna jej część wylądowała w koszu, bez sentymentów :) Co do porządków ze zdjęciami, to gdzieś kiedyś przeczytałam radę, że jeśli ma się problem z zabraniem za uporządkowanie archiwum, to żeby choć zacząć katalogowanie od teraz :) I powiem Ci szczerze, że okazało się to strzałem w dziesiątkę :) Od tamtej pory zaczęłam katalogować zdjęcia na bieżąco, olewając stare archiwa. Teraz mniej więcej od ponad roku, każdy folder ze zdjęciami opisany mam datą i słowem kluczowym, dzięki czemu łatwo mogę wszystko znaleźć, a i nowe zapasy do segregowania się nie zbierają :) Polecam :D i Obserwuje :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I trzymam kciuki za półkę :D

      Usuń
    2. Dobry pomysł z tym segregowaniem zdjęć na bieżąco. Teraz jest nawet łatwiej - nowy rok i nowy, czyściutki katalog 2017 :). Mimo wszystko wciąż zamierzam rozprawić się z dawną kolekcją – żeby już o tym nie myśleć i żeby przyjemniej się wracało do tamtych chwil.

      Aha, półka dziękuje i pozdrawia.

      Usuń
  16. Gorąco Ci kibicuję! Wiem jakie to trudne przebrnąć przez te wszystkie porządki, ale tez przyjemne i oczyszczające na duszy. Ja pozbyłam się ponad 700 rzeczy, później już przestałam liczyć ile tego było. Teraz trwam w nie kupowaniu, tzn. kupuję bardzo niewiele, bo całkowicie nic nie kupować to się po prostu nie da. Trzymam kciuki i liczę na więcej postów o Twoich zmaganiach:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, efekty dają niezłego kopniaka i dosłownie uskrzydlają!

      Usuń
  17. Ja tez czuje sie zmęczona natłokiem rzeczy u mnie dochodzi jeszcze kupowanie w szmateksach dla siebie i rodziny - rzeczy mam masę a i tak grzebanie w tych sklepach przynosi mi sporo satysfakcji jak juz cos znajdę fajnego. Kosmetyki zwykle oddaje rzadziej sprzedaje. Moja najwieksza jolacZka jest to ze nie umiem wyrzucać do śmieci, najlepiej jakby ktoś przyszedł, zabrał i obiecał używać. Nie znoszę marnotrawstwa na zasadzie użyje raZ nie podoba mi sie to wywalam do kosza. Mnie nadmiar rzeczy plwszelakich przytłacza ale moze ruszę jakoś z porządkami, polecam książki typu sztuka sprzątania z tym ze czytaj po kawałkach a nie w jedna noc wtedy po kolei bedziesz działać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że mnie szmaty nie kręcą. Jestem naprawdę szczęśliwa, że przynajmniej ta jedna choroba psychiczna mnie nie dopadła :D. A w szmateksach to już w ogóle nie umiem nic odnaleźć, nie wiem nawet, od czego zacząć szukanie. Hej, tylko przypadkiem mnie nie ucz! Zachowaj swą tajemną wiedzę dla siebie :P.

      Też mnie wkurza wyrzucanie, ale zauważyłam, że chęć oddawania wszystkiego nie wniosła niczego dobrego – rzeczy "do oddania" zalegały miesiącami w przedpokoju, piwnicy, szafie... wszędzie. Teraz daję sobie kilka chwil na sprzedaż lub oddanie danej rzeczy/grupy rzeczy, a jak nie zejdzie, to gdzieś zawożę lub po prostu stawiam w śmietniku w ciągu dnia, tak żeby potencjalny zainteresowany łatwo odnalazł moje wciąż zdatne do użytku przedmioty.

      Książka o sprzątaniu pewnie mi się przyda – sporo się poprawiło w tej materii przez lata, ale wciąż pewne sprawy mnie przytłaczają.

      Usuń
  18. Aa kiedyś napisałam posta minimalizm w moim domu czy jakiś tak i pokazałam pudła z ikei gdzie trzymam cześć ciuchów i kosmetyków cześć z tego uprzatnelam ale pojawiły sie nowe zamienniki :) i mam znowu roboty od groma

    OdpowiedzUsuń
  19. O, Agato, która smarujesz! Nie wiem, jak wdarłaś się do mojej głowy, ukradłaś wszystkie moje przemyślenia a w międzyczasie zrobiłaś screen'a moich folderów ze zdjęciami(czy przestraszy Cię informacja, że w folderze pt. 'Do Ogarnięcia!!!!' mam 3 na 6 takich samych tytułów folderów? Co prawda, nie wykazujemy się kreatywnością i 'dane różne' 'zdjęcia z telefonu' i 'do uzupełnienia' są raczej standardowymi przykładami nieogarniuchów komputerowych.), ale jestem pod wrażeniem, naprawdę, bez ściemy. Co drugie zdanie miałam ochotę zaklaskać, czego nie robiłam tylko dlatego, że spać mi się chce i rąk podnosić nie mam siły. Ale to takie zabawne! U mnie też zaczęło się od kosmetyków, choć ja nie mam takiego zamiłowania do kolorówki, tylko do pielęgnacji, więc miałam łatwiej. Ale już wyszłam kosmetycznie na prostą (czas trwania akcji odgruzowania: ok dwa lata) z wszystkim oprócz lakierów do paznokci :D ale to i tak jest świetnie jak na mnie. Dzięki temu czuję się o sto kg lżejsza. No co tu dużo pisać, trzymam kciuki, żebyś doszła do takiego momentu, żeby Ci dobrze było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 <3 <3

      Jak skomentowałaś wpis Esa, to właśnie chciałam Ci odpowiedzieć: „Hej, nie musiałaś nic pisać, bo ja napisałam za Ciebie!” :). Myślę, że „dane różne” to najbardziej uniwersalny ze wszystkich katalogów. U mnie jest jeszcze (niewidoczny na screenie) katalog „vrs”, czyli various, czyli obsrakane wszystko :D.

      Wyciągnięcie się z piekieł pielęgnacyjnych zapasów mi też zajęło ze dwa lata. Widocznie miewałyśmy podobnie udane zakupy! A lakiery od wielu miesięcy na zmianę zużywam, wyrzucam i rozdaję, ale na razie końca nie widać. I to jest ta najśmieszniejsza część – ani ich nie pokazuję na blogu, ani nawet nie lubię malować paznokci. Zbiory pochodzą jednak z „okresu lakierowego”, kiedy wciągnęłam się w wybieranie kolorowych buteleczek i jakoś dziwnie się rozpędziłam. Okres lakierowy, okres szamponowy, okres ogólnopielęgnacyjny i jeszcze najdłuższy – okres okołoblogowego zatracenia w zakupach. No nic, było, minęło, oby nie wróciło! Wysyłam Ci wirtualnego przytulaska, a jak będzie okazja na żywo, to chętnie z Tobą porozmawiam o Twojej wersji odgruzowywania świata :).

      Usuń
  20. Dumna jestem:)jak cholera! Agata pisz książkę.Wciągasz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, już mam w planach książkę, gdzieś tam wyżej napisałam w komentarzu: „Cosmetics Management For Dummies” :). To będzie mocno wyspecjalizowana pozycja, wyłącznie dla koneserów ;). A jak już wszystko wysprzątam i wymyślę, to Cię tu ściągnę i będziesz podziwiać efekty!

      <3

      Usuń
  21. trzymam kciuki :)
    ja ałe szczęście co kilka miesięcy przeprowadzam w domu akcję "odgracanie" :) uwielbiam to uczucie PO :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, jak oddawałaś jakiś czas temu na blogu nieużywane rozświetlacze. Pomyślałam sobie wtedy: zwariowała, tyle świetnych kosmetyków puszcza w świat! :D. Dobrze, że kilka z nich miałam w swojej kolekcji, bo jeszcze przyszłoby mi do głowy, żeby o nie zawalczyć ;).

      Usuń
    2. wiesz, ja siebie przy odgracaniu zawsze pytam "co zabrałabym ze sobą do nowego domu". Tak teoretycznie. Wiadomo, nie ma na razie nowego domu, ale przy przeprowadc się robi generalne porzadki i nie chce ze sobą na nowe miejsce zabierać gratów...

      Usuń
    3. to prawda :) kosmetyki tez odgracam :)nie plnuję jednak minimalizmu, to nie dla mnie, ale staram się, by nic się nie zmarnowało :) na razie się udaje :)

      Usuń
    4. Sam w sobie minimalizm często skłania ludzi do przesady, tu chodzi o jakiś zdrowy rozsądek raczej :). Zdrowy rozsądek i ład.

      A Twoje pytanie, nawet czysto teoretyczne, to faktycznie dobry miernik przydatności przedmiotów.

      Usuń
  22. Wspaniały wpis :) Zaskoczył, ale to mu tylko dodaje uroku :)

    Ja nie mam raczej problemu z rzeczami bo tułam się po świecie i mieszkamy też nie na swoim więc w momencie pakowania potrzebnych rzeczy do pudeł po raz n-ty, masa rzeczy trafia do wora, no i przy każdym powrocie do Polski przywozimy rzeczy do oddania rodzinie, w ten sposób pozbywam się np. mało używanych kosmetyków (których i tak jakoś magicznie nie ubywa :D) i wszelkich kiedyś-przydasiów :P

    Trzymam kciuki i, jak wszyscy, czekam na rozwinięcie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa :)
      Skoro masz tak często przeprowadzki, to masz wspaniały naturalny motywator do regularnych porządków – tylko pozazdrościć! Chociaż samego tułania chyba nie zazdroszczę – zwiedzanie świata to fantastyczna sprawa, ale ja z tych przywiązujących się. Jak sobie uwinę gniazdko, to już jest kochane, moje i ciężko przeskoczyć na kolejny kwiatek.

      Usuń
  23. Moim "minimalizmem" standardowo obdarowuje znajomych i nadal mam tego minimalizmu jak dla gwardii narodowej. Książek, muzyki, filmów, ubrań (o zgrozo!), kosmetyków mam mnóstwo. Jest tego tak wiele, że chyba muszę przytyć ze 120 kg aby zwiększyć powierzchnie do smarowania i wcierania a przy okazji zdzierania łachów. Mimo posiadania pierdyliarda przedmiotów kocham biel, szarości, kontrasty i minimalne kompozycje, ale nie jest to moda... zawsze tak miałam od kiedy porzuciłam w 2008 gotyckie klimaty stale byłam maniaczką Ikea i tych papierowych białych mebelków. Ból sięgnął zenitu kiedy moda na to co lubię zapukała do społeczności pod koniec 2014. Pisałam już u Esa o tym, zaciskać piąstki aby przeminęła jak najszybciej, bo czuje się obnażona z prywatności i taka nijaka w chwili kiedy wszyscy "kochają" to co moje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, jak mi się marzy stan, w którym nie mam czego ludziom rozdawać :D
      Ale chyba jestem na dobrej drodze. Przytycie 120 kg byłoby bardzo praktyczne, przyznaję. A jakbyś już wszystko wsmarowała, tobyś sobie schudła, nie? :)

      Jak byłam młodsza, to mi bardziej przeszkadzało to, o czym mówisz – ten zamach na wyjątkowość. Irytowało mnie to do tego stopnia, że ludzie wokół swoją fascynacją czymś, co było tak bardzo moje, potrafili zepsuć mi całą przyjemność i nawet sprawić, że zmieniałam obszar zainteresowań. Dziwne te człowieki i ich mózgi, co? Teraz już tak nie świruję, może mam duszę starego mędrca, a Ty wciąż trzpiotka? Nic, tylko się cieszyć :)

      Usuń
  24. Słuszny post! :) Na moich 39m niewiele da się zmieścić, dlatego wszelki nadmiar oddaję rodzinie, sąsiadkom i znajomym. Nie przyjmuję każdej współpracy, bo pewnie życia by mi zabrakło, a ja wolę używać to, do czego mam zaufanie, że mi skóra nie odpadnie. ;) Co do bałaganu, to jednak mam talent niesamowity, też muszę to jakoś ogarnąć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, branie wszystkich współprac to prosta droga do krytycznego zagracenia sobie życia. Też by mi było szkoda skóry!

      Usuń
  25. Zmiana już zaszła, więc plan się powiódł - gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! nie wiem jeszcze tylko, czy ten wspaniały stan się utrzyma :)

      Usuń
  26. Kibicuję półce i nie tylko :) jakiś spory kawałek czasu temu zrobiłam u siebie dokładnie to samo, generalnie mają mnie otaczać tylko takie przedmioty, które mi się podobają, doszło do tego, że jak jestem dłużej poza domem, źle się czuję, ciśnienie mi skacze, mam palpitacje, serio, i teraz to wiem na pewno, bo biorę na to tabletki :) ale wystarczy dwa, trzy dni w moim pokoju i wszystko wraca do normy. Chaos i gromadzenie to wrogowie dobrego samopoczucia. Serio, serio. Tak więc trzymam kciuki za przemianę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, to Twoja psycha i otoczenie przemieniły się chyba bardziej, niż było w planach, co? :) Przynajmniej jak mało kto rozumiesz powiedzenie HOME SWEET HOME!

      Usuń
  27. Kibicuję i trzymam kciuki!

    Ja jestem zorganizowana i porządna, wszystko mam posortowane i podpisane, i bardzo rzadko kupuję coś, co nie jest mi naprawdę potrzebne (wyjątkiem chyba są wycieczki do ikei, gdzie po prostu nie da się nie zwariować), więc problem mnie nie dotyczy. Ale rozumiem taką potrzebę zmiany i ogarnięcia się. Fajnie, że wsłuchałaś się w siebie i zaczęłaś działać!

    A z doświadczenia wiem, że sytuacją, która w naturalny sposób wymusza na nas tego typu zmiany jest przeprowadzka (ja niby nie gromadzę, ale przy ostatniej przeprowadzce wyrzuciłam na śmietnik tyle samo rzeczy, ile przewiozłam do nowego mieszkania...). Ale nie, nie będę wam życzyła przeprowadzki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jesteś jak... mój tata! On ma wszystkie papiery zamknięte w idealnie opisanych segregatorach. Jest segregator z umowami, z rachunkami, gwarancjami, jest też taki z instrukcjami do różnych urządzeń – i to dopiero genialne, nigdy nie wiem, co z tym zrobić i gdzie trzymać. Kolekcja filmów jest ułożona alfabetycznie, buty równiutko w szafce, itd. itd. Niedościgniony ideał ;)

      Żadna z dwóch przeprowadzek niestety nic mi nie dała. Chyba nie byłam gotowa :D

      Usuń
  28. Doskonale rozumiem, zgadzam się i podzielam twoje zdanie. Właśnie takie podejście do minimalizmu czy jakby to tam nazwać jest zgodne z tym, co myślę i co staram się wtloczyc w życie ;-)
    Wiesz, dla mnie takim momentem zwrotu był fakt, że w łazience pod prysznicem (nie biorę uwagi szafki z zapasami) stało 14 żeli, pianek itp! A poza tym wszędzie walały się kremy, szminki itp., często nie tanie, których absolutnie nie byłam w stanie zużyć. Poza tym mam szafę przeładowaną ciuchami. I mimo to ciągle mi się zdarzało stać przed tą szafą i dumać, bo nie mam co ubrać. Więc trzeba iść na zakupy. W końcu zaczął cierpieć stan konta.
    W końcu zakasałam rękawy, wyniosłam z domu kilka worów ciuchów, których nie nosiłam od lat. Przeselekcjonowałam kolorówkę, część sprzedałam (bo często były to kosmetyki prawie nowe), część podarowałam bratowym.
    W tej chwili nie jest jeszcze zupełnie idealnie, ale jest dużo lepiej i ja lepiej się czuje i mogę powiedzieć - dosyć. Oczywiście mam swoje słabości - są to torebki. Kocham je i nie potrafię mieć jednej, dwóch lub trzech ;-) Ale staram się mieć to, co naprawdę używam. I widzę, że takie podejście do powiedzmy odgruzowania jest dla mnie po prostu dobre i wskazane.
    Wszystko więc zależy, jak postrzegamy ten cały minimalizm. Dla jednego będą to białe ściany, stół, dwa krzesła i szafka, jedna szminka i tusz. Dla innych to bardziej dążenie do porządku i do ładu. Aby cieszyć się tym, co mamy ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 14 otwartych sztuk? To robi wrażenie :)
      Problem z zawaloną ciuchami szafą i „nie mam się w co ubrać” jest niestety powszechny. Mnie najbardziej rozwala, że człowiek niby zostawia wszystkie ubrania, które będzie nosił, a jak przyjdzie co do czego, bierze pierwsze z góry, czyli to, co przed chwilą było uprane, a gdy zaczyna grzebać głębiej, to się okazuje, że w tej bluzce wyglądam grubo, ta musi być zawsze w komplecie z czymś tam, a tej nie założę, bo... nie (więc po co je trzymasz, durna pało?). U mnie ubrania to mniejszy problem obecnie, największy to zdecydowanie kosmetyki. Plus wiele innych gratów w szafkach, do których nigdy nie zaglądam, ale jak już zajrzę, to się okazuje, że ojej, łał, jakie fajne rzeczy, na pewno ich nie wyrzucę. A może jednak powinnam, skoro tak dobrze mi się żyje, nie pamiętając o nich?

      I tak, to jest najważniejsze: żyć w ładzie i cieszyć się tym, co mamy. Jak mawiają: to rzeczy mają nam służyć, a nie my rzeczom :)

      Usuń
  29. Oj wysypały się rzeczywiście te posty zapasowo-porządkowo-przmyśleniowe. Na moim kompie również panuje chaos, głównie ze zdjęciami. Zawsze znajdzie się coś ciekawszego/ważniejszego/przyjemniejszego i porządki odchodzą w zapomnienie. Teraz jeszcze dobija mnie to, że w listopadzie trafiłam ciekawą okazję na Gruponie na 3 fotoksiążki w fajnej cenie. Wybuliłam więc stówę, po miesiącu z wielkim bólem udało mi się stworzyć jedną fotoksiążkę - to trwa kurde ładnych kilka godzin! Wczoraj wybrałam zdjęcia do drugiej fotoksiążki i opadłam z sił. Dzisiaj zamiast ją tworzyć to co robię? Łażę po blogach :) A została jeszcze trzecia fotoksiążka. I tylko sześć dni żeby zmieścić się w terminie, bo mi Grupon przepadnie! Wrrr...
    W szafie sprzątam. Ależ oczywiście, że sprzątam! No słowo honoru! Porządki robię, segreguję, układam. Ale tego nie wyrzucę bo się przyda, do tego jeszcze kiedyś schudnę, a to przecież ulubiona koszulka z czasów liceum. A tak poważnie to od kilku miesięcy obiecuję sobie zrobić prawdziwą czystkę w szafie (ostatnia taka miała miejsce trzy lata temu przy przeprowadzce). No ale wiesz... Zawsze jest coś ciekawszego/ważniejszego/przyjemniejszego :P
    Kosmetyki... W miarę ogarniam. W MIARĘ. Ale przynajmniej nie mam oporów żeby pożegnać się z kolorówką, co jakiś czas wyrzucam albo rozdaję :) Chociaż tyle :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie też zawsze było coś ciekawszego/ważniejszego/przyjemniejszego od porządków w zdjęciach, ale też od porządków w danych, ebookach itd. Po wielu latach omijania trudnego tematu tym razem coś kliknęło w głowie i uznałam, że to właśnie jest najważniejsza sprawa na świecie! Niech to trwa, niech to trwa.

      Bardzo mnie urzekła Twoja historia! Widzę, że jeszcze wiele trudów przed Tobą, zanim dokończysz to epickie fotodzieło w trzech tomach. Trzymam kciuki :D

      Usuń
    2. Ha! Uzewnętrzniłam się u Ciebie i poleciałam tworzyć. Tworzyłam do 1.30 w nocy, a o 6 wstawałam do pracy. Wczoraj usiadłam jeszcze raz i ostatecznie trzy fotoksiążki się robią i czekam na przesyłkę ;)
      Może jak jeszcze trochę pogadam o szafie to też się w końcu zmobilizuję i ją ogarnę.

      Usuń
  30. W domu mam chaos.mieszkanie małe ale dziwnie pojemne.zapasy mam ale głownie pielęgnacyjne bo kolorówkę ostatnimi czasy mocno przetrzebiłam.gorzej tonę w dokumentach ostatnio 2 dni je sprzątałam a tam np.rachunki z '98r.anegdotka taka Mama moja schowała tak żelazko ,że nie znalazło się to kupiła nowe potem szukałam czegoś w szafie w korytarzu wsadziłam rękę aż po łokieć a tu niespodzianka zaginione żelazko.

    OdpowiedzUsuń
  31. Jak ty pięknie piszesz... Poradniki typu " Jak sprzątać poprawnie " czy coś w tym stylu - się kryją! ( przeglądałam jednym okiem, więc wiem :) ) Jesteś na dobrej drodze Agato, brawo :) A tak naprawdę, liczy się to, aby dobrze się czuć w swoim " otoczeniu " ( czyt. przestrzeni ). Nie wiem o co chodzi z tym minimalizmem ( chyba coś przeoczyłam ) ale powiem, że tak na prawdę liczy się komfort - duchowy, życiowy, przestrzenny i t.p. Fajnie jest wracać do domu, który lubimy, niezależnie czy jest sterylnie czysty, czy umiarkowanie zabałaganiony, czy wręcz zawalony " ulubionymi rzeczami ":)

    OdpowiedzUsuń