poniedziałek, 2 stycznia 2017

Nowy rok, stare śmieci, czyli projekt denko, odc. 45

Witajcie w nowym roku. Tak wyszło, że koniec 2016 spędziłam z dala od blogów. Ominęły mnie podsumowania, wishlisty, życzenia świąteczne i noworoczne, brokatowe manikiury i makijaże (niestety, nie wszystkie – słynny sylwestrowy trend, zaprezentowany przez wyjątkowo utalentowaną panią w telewizji śniadaniowej, dotarł również do mnie). Dwa tygodnie przed Świętami rozpoczęłam pewien duży i skomplikowany projekt oczyszczania Lebensraum, o którym niedługo Wam opowiem. A tymczasem pora rozprawić się z czterdziestym piątym (sic!) workiem śmieci, który specjalnie dla Was kolekcjonowałam grzecznie przez cały, długi, beznadziejny grudzień. 



W nowym roku z radością pozbywam się kolejnych kosmetycznych zwłok i z nadzieją patrzę w stronę coraz sensowniej wyglądających zbiorów, których niedługo nie będę już musiała wstydliwie nazywać zapasami. 

Wreszcie rozprawiam się z miniaturami, które przez wiele miesięcy radośnie gromadziłam wraz z pudełkami Sephory i innymi zakupowymi „promocjami życia”. Wersje mini wysokopółkowych produktów to jedyne sensowne narzędzie decyzyjne w sprawie drogich zakupów pielęgnacyjnych – szkoda, że nie występują w przyrodzie przy standardowych zakupach, a zamiast nich możemy liczyć jedynie na smętne saszetkowe próbki. 


W grudniu swoje ostatnie kremowe pierdnięcia wydały dwa lekkie produkty pod oczy: Clinique Smart Custom-Repair Eye Treatment i Shiseido Ibuki Eye Correcting Cream. Oba okazały się nadzwyczaj wydajne: Shiseido używałam przez cały listopad i kawałek grudnia, a Clinique dokładnie odwrotnie: służył mi przez cały grudzień, a otworzyłam go pod koniec listopada. O kremie pod oczy Shiseido i jego nawilżającym koledze z serii Ibuki więcej już niebawem w oddzielnym wpisie, a tymczasem skupię się na produkcie Clinique. Smart Custom-Repair Eye Treatment to lekki krem-żel, który dobrze sprawdził się jako baza pod korektor, ale nie zauważyłam żadnego sensownego działania na skórę w dłuższej perspektywie (no i nie nadawał się na noc). Dla mnie jest chyba po prostu za lekki, słabo nawilża, ale plus za to, że mimo żelowej konsystencji nie rolował się. Moim zdaniem nie jest wart 225 zł za 15 ml. Co ciekawe, Sephora sprzedaje online moją miniaturę za 29 zł, co oznacza, że jeśli wrzucicie do koszyka trzy sztuki, zapłacicie za pełen wymiar niecałe 90 zł. Fajnie, prawda? Ale zaraz, zaraz, czy oni przypadkiem nie sprzedają miniatur, które miały być rozdawane klientkom w ramach gratisów do zakupów? Pewności nie mam, ale ani Douglas, ani sklep internetowy Clinique nie mają w ofercie 5-mililitrowego opakowania. Taki miniaturowy krem można kupić wyłącznie w zestawie. Co najmniej zastanawiające...


Dno zaliczył w grudniu Hialuronowy krem nawilżająco-normalizujący Norel dr Wilsz /recenzja/, którego używałam z przyjemnością latem, a potem nieregularnie jesienią i zimą. To dobry, wydajny krem pod makijaż, który moim zdaniem mniej nawilża, a bardziej normalizuje – to drugie u mnie było bardzo widoczne przy regularnym stosowaniu – strefa T miała się latem lepiej niż kiedykolwiek. 

Nie zabrakło w mojej pielęgnacji kulki Nivea Dry Comfort Plus, która niezmiennie zachwyca mnie zapachem i działaniem, chociaż od pewnego czasu coraz bardziej przeszkadza mi fakt, że temat mojego nie-śmierdzenia ogarnia aluminium chlorohydrate – bloker potu, który przy regularnym stosowaniu może być i najprawdopodobniej jest szkodliwy dla zdrowia. Od kilku tygodni testuję naturalny dezodorant w kremie, który kiedyś polecała u siebie Angel /klik/. Efekt jest niestety odległy od tego, do którego jestem przyzwyczajona, dlatego jeszcze nie zrezygnowałam z magicznych mocy Nivei – używam jej, gdy mam ważne wyjście, a w pozostałych dniach grzecznie paćkam pachy miksturą od Pony Hütchen. 

Postanowiłam wspomnieć w denku o olejku zapachowym The Body Shop w wersji Satsuma, czyli pięknie cytrusowym, mandarynkowo-pomarańczowym aromacie. Olejek przeleżał w moich zbiorach parę ładnych lat (wolę nie liczyć, ile dokładnie) i do samego końca nie zmienił zapachu, nie zjełczał, nie stało się z nim absolutnie nic złego. Warto zwrócić uwagę na olejki przy okazji wizyty w TBS – jeszcze żadna wersja mnie nie rozczarowała. 


Zdaje się, że większość z Was słyszała już o głośnej schizmie w obozie Aromedy. Dla tych, którzy nie wiedzą, mała ściąga: Lubiane przez Was kosmetyki Pat&Rub w niezmienionej postaci są obecnie sprzedawane pod międzynarodowym brandem Aromedy: Naturativ. Kinga Rusin, która w niemiłych okolicznościach rozstała się z Aromedą, zabrała ze sobą prawa do nazwy Pat&Rub i firmuje swoim nazwiskiem zupełnie nowe receptury. Masło do ciała z serii Otulającej widoczne na zdjęciu to stare Pat&Rub, więc jeśli pragniecie lekkiego, świetnie nawilżającego masła do ciała o słodkim, ale nieprzesłodzonym karmelowo-waniliowym aromacie z nutą cytrusową, szukajcie go w ofercie Naturativ. Ja je uwielbiam i na pewno wrócę. 

Zdecydowanie mniejszą sympatią darzę masło waniliowe z The Body Shop. Zdaje się, że to była ubiegłoroczna limitowana edycja świąteczna, więc nie musicie zawracać sobie nim głowy. Zapach był niezły, ale dla mojego nosa chyba zbyt waniliowy, a zbyt mało waniLINowy. Masło miało bardzo przyjemną konsystencję nutelli, ale nawilżało przeciętnie, więc nie będę za nim tęsknić. Minus za opakowanie bez folii ochronnej. 

Dr Irena Eris – Body Art – Ujędrniająco-wygładzający krem do ciała to sporych rozmiarów miniatura, którą zabierałam na wyjazdy weekendowe i służyła mi całkiem długo, jak na produkt niepełnowymiarowy. Nawilżenie było całkiem przyjemne, ale pudrowy, przeciętny zapach nie zachęcał mnie do sięgania po ten produkt. O właściwościach ujędrniająco-wygładzających na podstawie miniatury się nie wypowiem.

Ostatni na rodzinnej fotografii Essence 24h Hand Protection Balm był moim ulubieńcem, którego przez dwa lata nosiłam w torebce, aż w końcu dokonał żywota. Do ostatniej aplikacji pachniał i działał równie dobrze jak na początku. Nie rozglądałam się ostatnio za kremami do rąk Essence, ale jeśli wyjdzie kolejna limitowana edycja o jakimś smakowitym zapachu, nie bójcie się wrzucić jej do koszyka. Z dużym prawdopodobieństwem będziecie zadowoleni. 


Po zupełnie nieudanym spotkaniu z olejkiem do demakijażu MAC-a /recenzja/, przyszedł czas na zalegający w zapasach Bobbi Brown Soothing Cleansing Oil w wersji mini. MAC zmywał słabo, rozmazywał, słowem: przeszkadzał mi, zamiast pomagać. Olejek Bobbi Brown spisał się o niebo lepiej, chociaż mój sposób użytkowania go nadałby się do umiarkowanie zabawnego sitcomu o tępej blondynce. Używałam go wyłącznie pod prysznicem. Wylewałam na dłoń, a potem maczałam jedno i drugie oko, rzecz jasna: zamknięte. Po kilku sekundach rozmasowywałam olejek na rzęsach i powiekach, spłukiwałam i gotowe! Skuteczne, ale niespecjalnie wygodne rozwiązanie. Olejki wylewane na wacik jakoś u mnie nie działają. Soothing Cleansing Oil spisał się dobrze, ale żeby od razu lecieć do sklepu po pełen wymiar za 195 zł? Eeeee tam... 

Puder do mycia twarzy Yasumi najpierw mnie ucieszył, a potem szybko wkurzył i to wkurzenie już nie przeszło, dlatego po wielu miesiącach oglądania wkurzającego pudełka w końcu dojrzałam do tego, by je wyrzucić, z jaśnie pudrem w środku. Co poszło nie tak? Połączenie dziurek wielkości tych od zasypki do dziecięcych tyłeczków z wilgocią. Coś, co jest pudrem do mycia twarzy, który zadziała w kontakcie z wodą i/lub wilgotną skórą, NIE MOŻE mieć takiego opakowania. A ma. Dziurki ekspresowo się zatykały, puder wyłaził opornie nawet z tych niezatkanych, a ja szybko uświadomiłam sobie, że nowinka do mycia twarzy rodem z Azji jest zupełnie bez sensu i że producenci kosmetyków myjących do twarzy mają dobry powód, by tak rzadko decydować się na pudrową formułę. 

Mydło do rąk Palmolive Aquarium absolutnie pięknie pachnie i z tego powodu warto je kupić. To rześki, uniseksowy aromat, który po prostu nie może się nie podobać. 


Antybakteryjne mydło do rąk Carex Splash też ma rześki zapach i z przyjemnością go używam, ale już przy poprzednim opakowaniu Carexa zorientowałam się, że nie można zastąpić nim zwykłego mydła w płynie, bo przy regularnym stosowaniu wysusza dłonie. Żadna to niespodzianka, a jednak się zdziwiłam. Teraz na umywalce stoją dwa pojemniki: jeden ze zwykłym mydłem i jeden z antybakteryjnym. Mydlane zen osiągnięte. 

Dermacol Aroma Ritual w wersji rabarbarowo-truskawkowej to jeden z najfajniejszych żeli pod prysznic, jakich używałam w ostatnim roku. Zapach ciasta lub kompotu rabarbarowego – bardzo realistyczny. Dodatkowo zachęca niewysoka cena i duża pojemność. Recenzja zbiorcza tu: klik.

Szampon do włosów tłustych Seboravit od Farmony to śmierdzący klasyk, ale myślę, że warto się poświęcić i go wypróbować. Dobrze domywa włosy i skalp, pozostawia włosy miękkie i sypkie. Szkoda tylko, że nie był w stanie trwale przedłużyć świeżości mojej fryzury, mimo że początkowo wyglądał na takiego, co umie. 


W końcu przechodzimy do ostatniej części denkowego programu, czyli do kolorówki. Z szuflady lakierowej lecą do kosza: świetny, bardzo skuteczny zmywacz gąbkowy do brokatu Sephora Instant Nail Polish Remover For Glitter, którego używam na co dzień do zwykłych lakierów, a szorstki kawałek gąbki wewnątrz tylko przyspiesza całą operację /recenzja/; dwa korektory do manikiuru od Essence i Peggy Sage, które wyschły, na wiór, ale gdy były w formie, działały bez zarzutu; brązowy lakier do paznokci Vipery z serii Creation, który kupiłam kiedyś w... Butiku (tym różowym, z ubraniami) i byłam całkiem zadowolona z jakości. 


Ze smutkiem żegnam Manhattan Wake Up Concealer – świetny, lekki korektor rozświetlający, który pod oczy, do równie lekkiego podkładu, pasował idealnie. Do zakrywania niedoskonałości twarzy się nie nadawał, bo krycie miał co najwyżej średnie, ale pięknie się wtapiał, nawilżał i jeszcze pachniał różą. Jeżeli jest wciąż dostępny, a szukacie takiego lekkiego kosmetyku pod oczy, ten mogę z czystym sumieniem polecić. Nie zgłębiałam tematu, ale podobno ma dobry skład. 

Lancôme – Hypnôse – Volume-à-porter – nie wiem, naprawdę nie wiem, o co chodzi, ale Lancôme mnie oszukał! Dostałam kiedyś do zakupów ten tusz do rzęs w wersji mini i byłam nim zachwycona, potem kupiłam pełnowymiarowe opakowanie i... to zupełnie inny produkt. Tamten przy demakijażu schodził z rzęs w formie gumowych farfocli (za co, jak sądzę, odpowiadał lateks). Ten zmywa się zwyczajnie, ma zupełnie inną formułę i inaczej wygląda na rzęsach. To wciąż bardzo przyzwoity tusz, ale NIE TEN SAM! Chlip, chlap, chlup.  

Bardzo spodobał mi się pomysł marki Gosh, żeby bazę pod cienie uformować w wygodny sztyft. Niestety, dla moich tłustych powiek ten produkt okazał się niewystarczający – po kilku godzinach cienie zbierały się w liniach, więc nie było mowy o przedłużeniu trwałości makijażu. Szkoda, mogło być tak pięknie. Do denkowego worka trafiła jeszcze japońska kredka do brwi Daiso, której nie używałam zbyt często, bo była bardzo twarda i minimalnie za jasna. 


A to, co widzicie na zdjęciu powyżej, to efekt kolejnego, tym razem poświątecznego nalotu na moje szuflady z kolorówką. Na emeryturę przeszło kilka fajnych produktów, m.in.: Super Liner L'Oréal w niedostępnej już wersji z fioletowym pigmentem; moje ulubione duo do brwi z Catrice, które kupię znowu przy najbliższej okazji; cienie w kredce Eyemazing marki Manhattan, które miały ciekawe odcienie, ale zbyt szybko schodziły z powiek; podkład Revlon Colorstay w odcieniu, który jest dla mnie dobry tylko latem, ale przeleżał na tyłach szuflady dwa sezony i najwyższy czas się rozstać. Reszta to mniejsze lub większe niewypały, z których – jak zakładam – najciekawszy jest dla Was koreański rozświetlacz SkinFood All Over Muffin Cake Finish. Cieszyłam się, gdy go kiedyś kupiłam, ale potem okazał się mało użyteczny. Od początku był zbyt twardy i miałam wielkie problemy z aplikacją, a gdy już udało mi się go zaaplikować, efekt i tak był subtelny. Nie było sensu się z nim siłować, dlatego odleżał swoje w szufladzie, a teraz leci do kosza, bo producent był uprzejmy zaznaczyć na nim datę ważności.

Ufff, to tyle. Zużywam i (prawie) nie kupuję. Jest dobrze.

41 komentarzy:

  1. Znam tylko masło otulające Pat&Rub i serum Clinique, niestety też z miniaturki. Dobra opcja te miniaturki, ale też się często zastanawiam, dlaczego ich nie dodają do zakupów gratis. Kupowałoby się chętniej pełnowymiarowe wtedy. Dużo zużyłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy brak sensownych miniatur do zakupów to wina sprzedawców kitrających próbki dla siebie, rodziny i/lub Specjalnych Klientek, czy może wina kogoś wyżej i jakichś głupich decyzji z góry. Naprawdę rzadko kiedy jednomililitrowa próbka jest w stanie zachęcić mnie do zakupu kosmetyku. Po zużyciu miniaturowego opakowania nieraz decydowałam się na pełen wymiar, więc masz rację, taki marketing działa.

      Usuń
    2. dokładnie, dokładnie. dlatego nie lubię tych małych, bezsensownych saszetek... najlepsze są te z balsamami do ciała, gdzie ilość wystarcza na wysmarowanie jednej nogi ;) :P

      Usuń
    3. o ile masz szczupłą nogę :D :D :D

      Usuń
  2. Hahah, tak samo Lancome mnie oszukał...łobuzy i dranie.. Nie bój się, wkrótce dowiemy się jak wspaniałe są kosmetyki P&R - widziałam, że wybrane blogerki już dostały lok :D
    Wiesz, że nie umiałam się posługiwać tym zmywaczem od Sephory :/ kosmetyczny analfabetyzm?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przy tym samym tuszu?! O co tu chodzi??
      No wiesz, może nowe kosmetyki P&R faktycznie są wspaniałe – w końcu robi je ten sam technolog, prawda? :)

      A co poszło nie tak z tym zmywaczem? Wsadzasz palec, kręcisz lekko w lewo i w prawo, wyjmujesz i już, zmyty :>

      Usuń
  3. Muffinka od SkinFood u mnie skończyliśmy podobnie. A Revlon colorstay wlasnie nabyłam ...i juz się boje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed wyrzuceniem zauważyłam, że SkinFoodem prosto z pudełka fajnie się smaruje całe ciało :D. Cóż, pozostaje mi żałować, że nie chodzę na imprezy karnawałowe i nie tańczę z gwiazdami – taki blask mógłby się przydać ;)

      Usuń
  4. O jaaa miałam ten krem do rąk z Essence ale myślałam ze już nigdy więcej go nie zobaczę ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, u mnie możesz liczyć na powroty do epoki kamienia łupanego ;)

      Usuń
  5. Jak zdenkuję Biodermę Sensibio (cudna!), to chyba w końcu sięgnę po tę Niveę, bo wychwalasz ją pod niebiosa...
    Miałam epizodzik z antyperspirantami Crystal (są w Rossmannie) i były w porządku, ale na chłodne zimy. Na pewno nie na temperatury plusowe i ciągły stres, w jakim żyje moja biedna osóbka. Twoja zresztą też.

    A propos tuszy, testowałaś kiedyś Maybelline Rocket? Skusiłam się ostatnio i jestem powalona na łopatki. (Ale musi przeschnąć). Ciekawe, czy przypadłby Ci do gustu.

    Zamierzasz spróbować kiedyś hybryd?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sensibio kulka? Jest coś takiego? Maybelline Rocket nie, przynieś go i pokaż. Hybrydy mnie nie interesują, przynajmniej na razie, a dlaczego?

      Usuń
    2. Tak! I jest bardzo fajną kulką.
      Przyniosę w czwartek.
      A z ciekawości, królowo!

      Usuń
  6. chyba nic nie znam, ale sporo tu ciekawych kosmetyków :)

    OdpowiedzUsuń
  7. wszedzie ulubiency, a u Ciebie smieci ;)
    chyba jedynie znam podkład Revlon i dezodorant Nivea :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Odpowiedzi
    1. Ty to w ogóle znasz... dużo produktów, nie? ;)

      Usuń
  9. Miałam tylko podkład z Revlonu, ale nie byłam z niego zadowolona :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam zamiar zgapić od Ciebie pomysł z dwoma mydłami w łazience. Może to zatrzyma galopującą przeziębieniową sztafetę, która trwa u nas od dwóch miesięcy i co jedno się wyliże, to kolejne już zaczyna smarkać... Mam wrażenie, że nasza rodzina samodzielnie napędza cały przemysł farmaceutyczny.
    Denko jak zwykle super! Uwielbiam u Ciebie te wpisy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 dziękuję za miłe słowo!

      Mam nadzieję, że dwa mydła poprawią u Was sytuację :). Tych antybakteryjnych preparatów też nie można używać za dużo, bo niszczą naturalną mikroflorę. No i na pewno nie ma sensu myć rąk Carexem po każdym sikaniu ;). Zwykłe mydło będzie równie dobre, za to Carex chroni nieźle np. tych, którzy zbyt krótko szorują ręce zwykłym mydłem. I po powrocie do domu też czuję się bezpieczniej, jak użyję czegoś antybakteryjnego :)

      Usuń
  11. Widzę u Ciebie też czystki :D Czuję się skuszona żelem rabarbarowo-truskawkowym ;) Ode mnie TBS też ma minusa za brak folii ochronnych w masłach :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, u mnie czystki i wielkie porządki w całym domu. W średniowieczu podobno królowie po obesraniu i usyfieniu zamku... budowali sobie nowy. My nie mamy tak łatwo, więc trzeba samodzielnie odgruzowywać przestrzeń wokół siebie :D

      Usuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  13. tez mamy w lazience dwa mydla w plynie na umywalce plus trzecie w kostce z boku:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kostka to już nie na moje nerwy ;) Chyba że do mycia pędzli :D

      Usuń
  14. Znam tylko podkład z Revlonu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A znasz go w nowej wersji z pompką? Podobno oprócz dodania pompki producent zmienił też formułę.

      Usuń
  15. Co do Nivea masz rację, ale także nie znalazłam nic lepszego a do tego naturalnego.
    A u mnie do wygrania wybrany wosk YC jeśli masz ochotę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety krem na bazie oleju kokosowego nie pomaga w ogóle, kiedy wpadasz z lodowatego dworu do gorącej galerii handlowej i próbujesz kupić sobie sweter... Próbowałam ostatnio i wstyd mi było tak śmierdzieć :P

      Usuń
  16. Niezłe sprzątanie :) Ja też mały detox sobie zrobiłam przed i w czasie świąt. Nawet ten sławetny makijaż sylwestrowy dotarł do mnie z dużym opóźnieniem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ważne, że już wiemy, jak powinnyśmy się malować w karnawale! :D

      Usuń
  17. Cześć, dziękuje za fajny wpis :) ostatnio też natknęłam się na info, że to tylko Naturativ oferuje te same dobre kosmetyki co dawniej P&R i tylko oni maja certyfikat natrue. Jestem zaprawdę wielką miłośniczką kosmetyków naturalnych a N się plasuje w top 3 :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dziękuję, że mnie odwiedziłaś :). Z certyfikatem Natrue to prawda, dobrze, że o tym przypomniałaś!

      Usuń
  18. Wow, sporo tego :) Nie miałam jednak nic z tych kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
  19. Spore to denko :D a teraz idę sprawdzić do łazienki czy mój dezodorant też ma ten niebezpieczny bloker potu w składzie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko czy istnieją takie, które nie mają i dobrze chronią? mam nadzieję!

      Usuń
    2. Jak na zawołanie instagram wywalił mi posta z tym: http://www.rossmann.pl/Produkt/CD-Lilia-Wodna-dezodorant-roll-on-50ml,401050,5647 i chyba spróbuję, bo temat aluminium trochę mnie podgryza od jakiegoś czasu. Podejrzewam, że codziennym-od-lat stosowaniem antyperspirantu mogłam sobie coś przestawić w organizmie i przeskok na dezodorant sprawi, że się zleję potem, ale kurde - chyba trzeba. Element Żeński polecał kiedyś deokulkę z Nuxe, opinie na Wizażu ma średnie, ale pewnie dlatego, że "obiecuje ochronę", ale nie pisze przed czym, więc laski spodziewają się ochrony przed potem jak od hardkorowego antyperspirantu, a nie brzydkim zapachem (ale bardzo, bardzo wymyślam teraz, gdyż mam komentarzowe adhd i nie sprawdzam informacji, które podaję ;))

      Usuń
  20. Ja osobiście nie przepadam za The Body Shop. Moim zdaniem większość ich produktów jest kiepska.

    OdpowiedzUsuń