czwartek, 1 grudnia 2016

Projekt denko, odc. 44

U mnie przez ostatni miesiąc nic się nie zmieniło: zbieram kosmetyczne śmieci i... byle do wiosny. 


W listopadowym worku z odpadami cudownego rozmnożenia dokonały produkty Rituals. Niedługo opublikuję wpis z minirecenzjami tego, co nakupiłam, więc zużywam w pierwszej kolejności i na gorąco notuję wrażenia. Poza Ritualsem uzbierało się sporo innego odpadu. Zapraszam do lektury.


Dermacol – Aroma Ritual, żel pod prysznic, wersja Black Cherry – bardzo lubię żele pod prysznic czeskiego Dermacolu i gdy tylko będę w zasięgu cieszyńskiego DM-u, zrobię zapas. Są niedrogie (kilka złotych), mają dużą pojemność i bardzo ciekawe, zazwyczaj udane, zapachy. Wersja Black Cherry pachnie owocowo, z marcepanową nutą (taką od pestek). Niestety, pod koniec zaczęła śmierdzieć, więc albo za długo przetrzymałam ją w zapasach (nie było daty), albo dłuższy pobyt pod prysznicem jej nie służy. W każdym razie 1/5 zawartości musiała zderzyć się z dnem śmietnika. Niedługo będzie zbiorcza recenzja różnych wersji zapachowych. Są dostępne w Polsce w sprzedaży internetowej.

Rituals – Hammam Delight – pianka pod prysznic – najkoszmarniej pachnący produkt myjący, jaki sobie przypominam. Nawet mój akceptujący różne śmierdziele mąż wymiękł. Nie daliśmy rady zużyć do końca. Więcej niebawem.

Rituals – The Ritual Of Dao i Happy Buddha – pianki pod prysznic (wersje mini) – na szczęście dużo lepsze zapachowo pianki, ale miniatury starczają tylko na kilkanaście myć (a nie są to bezpłatne miniatury – producent życzy sobie za sztukę 4,5 euro!). Mimo wszystko miło jest myć się piankami. Zielona pięknie pachnie, taki przyjemny uniseks.

Bodyfarm – Cocoa Cookies Shower Gel – stało i stało w kabinie prysznicowej, a ja nie mogłam zużyć. Wreszcie, z pomocą męża, dałam radę. Coś się stało z moim nosem lub moją głową. Jeszcze rok temu kochałam ciasteczkowy zapach Bodyfarm (bardzo prawdziwy, myjecie się czymś, co autentycznie zasuwa zmielonymi ciastkami), a teraz jednak wolę upiec ciastka i je zjeść, niż katować się ich aromatem, a potem... umyć zęby miętową pastą. Dla mojego wyglądu nie jest to może zbyt korzystne, ale o wiele lepiej działa na psychikę. Wolność dla prawdziwych ciastek!


Carex – antybakteryjne mydło do rąk w wersji Splash – bardzo lubię mydła Carex, bo ładnie pachną, dobrze się pienią, a dodatkowa ochrona w okresie gryp żołądkowych i innych paskudnych wirusów zawsze mile widziana. Niestety, moje obawy się sprawdziły: regularne używanie dość poważnie wysusza dłonie. Kremy do rąk poszły w ruch, a ja muszę w łazience dostawić drugi dozownik ze zwykłym mydłem. Antybakteryjnego będziemy używać tylko po powrotach z szeroko pojętego zewnątrz.  

Perfecta Mama – Probiotyczny żel do higieny intymnej – bezzapachowy, wydajny, tani, nigdy mnie nie zawiódł. Chwilowo używam Tołpy w wersji podróżnej i też jestem zadowolona. Kto wie, czy nie zrobię zmiany na jakiś czas, bo już mi całkiem zbrzydła etykieta Perfecty. Poza znudzeniem wciąż nie dostrzegam wad tego produktu. Ma dobry skład, a jedna butla wystarcza na ok. 4 miesiące.   

Essence – Cookies & Cream – krem do rąk – pochodzi z limitowanej edycji, więc karmelowo pachnąca wersja ciasteczkowa nieprędko wróci do oferty marki. Mimo wszystko warto przyglądać się kolejnym kremom do rąk Essence, bo jak do tej pory każdy dawał moim dłoniom odpowiednią dawkę nawilżenia. Niesamowite jest też to, że tubkę Cookies & Cream miałam przez ok. 2,5 roku i krem do końca nie zmienił zapachu ani właściwości. 

Yasumi – Emerald Cooling Mist – płyn chłodzący, odświeżający i łagodzący, któremu znalazłam zastosowanie na wyjazdach w góry. Mgiełka łączy w sobie zarówno moc, jak i odór kamfory i mentolu. No nie wiem, mnie zapach kamfory nie orzeźwia, ale po kilkunastogodzinnym chodzeniu w górę i w dół nogi były zadowolone z chłodzącego efektu. Był tylko jeden problem: po całodziennej wyprawie nie chciało mi się pryskać nóg kamforo-mentolem. Wolę po prostu wziąć prysznic. Z tego względu nie planuję powrotu. 

Do torby denkowej trafiła też pamiątkowa świeca z Secrets Of Beauty, której miałam na razie nie wypalać, ale kiedy zabrakło mi świec w pewien ponury, listopadowy wieczór, nie zawahałam się jej użyć. Producentem są Polskie Świece. Całkiem długo się paliła, wystarczyła na trzy długie razy. 


Yves Rocher – Lissage Smoothing Shampoo – to szampon wygładzający z ziarnami gombo. Czymkolwiek jest gombo, w połączeniu z innymi składnikami, naprawdę umie wygładzać! Szampon jest kremowy, tworzy gęstą pianę, ładnie pachnie. Nadawał moim włosom mięsistości – miałam wrażenie, że są grubsze i jest ich więcej (dla cienkowłosej blondynki to naprawdę fajna wiadomość). Niestety, nie przedłużał świeżości czupryny, może nawet o pół dnia ją skracał, dlatego nie mogę go nazwać idealnym dla lekkich, cienkich, przetłuszczających się i wiecznie oklapniętych włosów. Ale pierwszego dnia po umyciu: bajka!

Batiste – suchy szampon w wersji Fresh – zapach trochę za bardzo zmierzał w stronę kostki do kibla, ale działanie jak zawsze OK.

Batiste – suchy szampon i lakier 2w1, XXL Volume (miniatura) – to po pierwsze lakier do włosów, a po drugie: suchy szampon. Na pewno nie odwrotnie. Rzadko potrzebuję lakieru, ale parę razy mnie uratował.

Orientana – Ajurwedyjski tonik do włosów – do bani to moje wcieranie w skórę głowy. Choćbym sobie postanowiła, że w nagrodę za regularne wcieranie kupię trzy nowe pomadki MAC-a, i tak nic z tego nie wychodzi. Orientanę zużywałam od wiosny, takimi kilkudniowymi rzutami. Efekty? Tonik nie zadziałał (a to niespodzianka), a ja i tak mam trzy nowe pomadki MAC-a...


Dermacos – Tonik antybakteryjny – mocno pachnie olejkiem z drzewa herbacianego, ale jest fajny do zmywania kosmetyków po nocy. Więcej będzie w zbiorczej, tonikowej recenzji już niebawem.

Uroda – Melisa – Tonik bezalkoholowy do cery delikatnej – o nim też napiszę więcej już za chwilę, a tu tylko wspomnę, że ładnie pachniał, miło się rozprowadzał, ale trochę rozczarował mnie jego skład. Ogólnie: niezły tonik za niewielkie pieniądze.

Caudalie – pianka myjąca do twarzy – powrót po latach. Wcześniej miałam ją w mniejszej pojemności i pod koniec użytkowania zaczęła zalatywać przepoconą skarpetą, więc obiecałam sobie nie kupować nigdy dużej pojemności. Ale kupiłam, bo promocja. Okazało się, że tym razem ani śladu skarpety! To bardzo przyjemny, delikatny produkt. Nie byłam tylko zadowolona z połączenia pianki z Foreo Luna. W tym wypadku wolę tradycyjny żel myjący.

Gąbka konjac (niestety, nie pamiętam, jakiej marki, wywaliłam opakowanie) – konjac to moje tegoroczne wielkie odkrycie! Ta gąbka jest idealna do zmywania masek z twarzy, a do tego ma delikatne działanie eksfoliujące i jest odpowiednia również dla wrażliwszej cery (przynajmniej moja jeszcze dawała radę). Nie podoba mi się, że się złuszczała i farfocle zostawały mi na twarzy/dłoniach. Jestem ciekawa, czy te z Sephory, które niedawno kupiłam, okażą się lepsze, czy taka uroda konjaców.

Rituals – Rice Scrub – Calming Body Scrub (mini) – delikatny peeling pod prysznic. Więcej niedługo we wspólnej recenzji kosmetyków Rituals.

Rituals – Magic Touch – Ultra Rich Whipped Body Creme (mini) – nie nazwałabym tego kremu „ultrabogatym”, ma raczej lekką formułę i niespecjalnie odżywia skórę.

The Body Shop – Vineyard Peach – masło do ciała – pisałam o nim niedawno, recenzja podlinkowana pod nazwą produktu. Całkiem niezły, mocno pachnący, ale aromat mnie nie porwał, podobnie jak działanie. Następnym razem wybiorę inną TBS-ową wersję.

Biolove – mus do ciała, wersja Mango – bardzo ładny zapach, daje skórze doskonałe nawilżenie i odżywienie, ale straszliwy z niego tłuścioch. Nie nadaje się do porannej pielęgnacji. Teraz używam wersji ciasteczkowej, która ma nieco inny skład i jest mniej tłusta. Zapachowo wolę mango, ale ciastek fajniej się używa. 

Dermika Pharmatherapy – Hydratic – Emulsja do nawilżania i łagodzenia – droga Dermiko, spadaj na bambus. Albo nie, na wełnę szklaną. Tylko najpierw posmaruj się sokiem z ogórków kiszonych. Ta emulsja absolutnie zachwyciła moją skórę – była idealna pod makijaż, świetnie nawilżała mimo lekkiej formuły. Używałam jej z największą przyjemnością, potem podetknęłam mężowi, który znowu szukał idealnego kremu do twarzy z ŁZS. Mąż również się zachwycił, bo to był pierwszy krem, który dał radę utrzymać jego trudną cerę w dobrym stanie. Po męża się-w-kremie-zakochaniu szybko pobiegłam do internetu zamówić zapas. Mężowi bardzo zależało, żeby zachować ciągłość tej nowej, świetnej pielęgnacji. I co? Jajco. Hydratic zniknął, linia profesjonalna Pharmatherapy przestała istnieć. Dermiko, kiedy już wytarzasz się w wełnie szklanej, nie zapomnij napić się soku pomarańczowego z porcją zmielonych żyletek.

Bielenda – Super Power Mezo Serum, wersja korygująca – naczytałam się kiedyś tu i tam, że to serum jest fantastyczne, więc wczesną wiosną rozpoczęłam kurację. Potem była kilkutygodniowa, letnia przerwa i we wrześniu wróciłam do tego kosmetyku. O tym, czy się sprawdził, przeczytacie już niebawem w oddzielnym poście. Powiem tylko, że bardzo miło wspominam to kosmetyczne spotkanie.

Sally Hansen – Nail Rehab X – moja ulubiona odżywka do paznokci, która zwykle robi u mnie za bazę pod manikiur. Na początku użytkowania może trochę pogorszyć stan paznokci (rozdwajanie, te sprawy – u mnie nic się nie działo), ale potem powinno być już super. Mam wrażenie, że kiedyś działała lepiej, potem już mniej szałowo (nie przedłużała trwałości manikiuru, a głównie na tym mi zależało). Wciąż uważam, że to bardzo dobry produkt, tylko może moje paznokcie powinny od niej odpocząć? Na razie zamieniłam ją na Silk Wrap z Inglota. Zobaczymy.

Benefit – Gimme Brow – odcień 01 – jasny, delikatny odcień, wyłącznie dla blondynek. To już kolejne opakowanie (jeszcze w starej wersji). Ostatnio szukam innych rozwiązań, bo trochę mi szkoda kasy na produkt, który dość szybko się zużywa, ale obiektywnie to bardzo dobry żel (z zagęszczającymi włóknami). Teraz przerzuciłam się na nowy, sporo ciemniejszy odcień 03 i bardzo sobie chwalę. Niedługo go Wam pokażę.

Ale się nazbierało...

38 komentarzy:

  1. Patrząc na zdjęcia byłam przekonana, że niebieski Rituals będzie pachniał nieziemsko...a tu taki smrodek :P Ja miałam tylko wersję czerwoną Yogi Flow i pięknie pachniała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciemnoniebieski pachnie ślicznie (to męska wersja), ale ten jasny... sadzi eukaliptusem. Nie pachnie, naprawdę WALI RÓWNO. :D
      Yogi Flow też miałam, masz rację, to bardzo bardzo udana kompozycja.

      Usuń
  2. faktycznie troché sié tego nazbierało :)
    nie nie mam cierpliwosci do kolekcjonowania pustych opakowań po pielęgnacji ;) opornie mi to trochę idzie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj szkoda, bo lubię czytać takie szybkie recenzje i szukać typów dla siebie :)

      Usuń
  3. widze kilka fajnych rzeczy :D

    Ja tez juz swoją wypaliłem (tą mniejszą nearzie) bo tą wielką jeszcze mam w całości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałam tylko jedną świecę. Bardzo ładnie pachniała, chociaż delikatnie jak na moją sporych wymiarów sypialnię.

      Usuń
  4. Zawsze byłam ciekawa tych żeli Dermacol, chętnie przeczytam zbiorczą recenzję :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Sporo się nazbierało! Bardzo ciekawe denko! Znam Ritualsowe pianki, ale wolę ich olejki pod prysznic
    Małam Kiedyś tąpiankę Caudalie i fajnie ją wspominam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam pomarańczowy olejek, faktycznie bardzo miły kosmetyk, chociaż nie powalił mnie zapachem na tyle, żeby znowu specjalnie po niego wybierać się do holenderskiego sklepu :)

      Usuń
  6. ojej ale spora gromadka, szczególnie się nie wypowiem, bo używałąm tylko suchych szamponów z twojej listy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może udało Ci się odnaleźć coś ciekawego wśród moich śmieci?

      Usuń
  7. Przy historii z Dermiką prawie popuściłam z radości :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wcale nie jest śmieszne! Przecież zniknął z rynku genialny kosmetyk! :P

      Usuń
  8. A mnie się nie chciało robić denka. Obfociłam i może zrobię zbiorczy w grudniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zawsze wolę mieć to szybko z głowy :). Szkoda, że tak się zmęczyłam przy opisywaniu mojego worka śmieci, że aż straciłam wenę na tydzień ;)

      Usuń
  9. Właśnie się czaję na jakiegoś ritualsa, już będę wiedziała, żeby nie brać tego niebieskiego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz wziąć niebieski, jeśli zapachem Twojego życia jest eukaliptus :)
      Polecam czerwoną i zieloną linię.

      Usuń
  10. Miałam kiedyś tonik Urody i miło go wspominam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie przyjemny, ale mam do niego pewne uwagi.

      Usuń
  11. ładne denko, ale chyba nic nie znam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że coś Cię zaciekawiło :)

      Usuń
  12. ale karę dla Dermiki wymyśliłaś *_*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogłabym jeszcze 100 innych kar im wlepić za to, co zrobili!

      Usuń
  13. U mnie tez denko i tez konjac z tym ze mój sie nie złuszczal i był rewelacyjny a wywalam z czystej przyzwoitości ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I całe szczęście, że inne się nie łuszczą. Szkoda, że nie pamiętam, jakiej marki był ten.

      Usuń
  14. Ja chyba ze 2 tyg temu kupiłam swoją pierwszą gąbeczkę konjac i jeszcze nie zaczęłam używać - muszę najpierw znaleźć i przymocować haczyk, zeby sobie konjac wieszać w pobliżu umywalki, a że po 2 przeprowadzkach haczyki zapadły się jak kamień w wodę, to coś kiepsko to widzę ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na szczęście mam podwójny haczyk na ręcznik do wycierania rąk, więc znalazło się idealne miejsce dla konjaca :)

      Usuń
  15. niezły zastęp kosmetyków Rituals :-) uwielbiam Biolove, ale tylko w nocnej pielęgnacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, jeszcze trochę tych ritualsowych miniatur zostało! Robię, co mogę ;)

      Usuń
  16. Te żele z Benefit są cudowne, niestety ta cena mnie dobija...
    Bo nie uśmiecha mi się wydawać tyle kasy na parę miesięcy, też szukam zamiennika- niestety bezskutecznie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak napisałam, mam ten sam problem :(
      Miło jest po raz pierwszy wydać nawet większą kwotę, kiedy kosmetyk jest nowy, a my jesteśmy ciekawe jego działania. Niestety, jeśli postanawiamy do niego wracać, jakoś każda ta prawie-stówa boli bardziej niż za pierwszym razem. Też na razie nie znalazłam godnego następcy :(

      Usuń
  17. Jestem wierna Intimie, ale Biały Jeleń do higieny intymnej też był przyjemny.
    Ej, mi Carex nie wysusza dłoni, a wręcz mam wrażenie, że są przyjemniejsze niż po zwykłym mydle! A może to fatamorgana przez brak bakterii spowodowana...
    Ten tonik Dermacos to już na pewno kupowałyśmy razem w Naturze.
    Widziałaś już świąteczne zapachy TBS? JAGODY, rzygawiczne.
    Spróbuj tego L'oreala do brwi. Fajski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No fajna ta Twoja Intima, nie powiem. Ale znowu dziś kupiłam dwie butelki Perfecty, więc jeszcze sobie tę kretyńską etykietę pooglądam. Carex wysusza łapy jak cholera. Normalnie mam... normalne, a teraz stał od paru tygodni w łazience jako jedyny, i zrobiła mi się suszarnia.

      Jagody TBS już kiedyś były rzygawiczne, więc nie spodziewam się, że świąteczne będą lepsze. Czy oni już naprawdę nie potrafią wymyślić nowego, pięknego zapachu???

      Usuń
  18. Ciekawe i duże to denko :). Zainteresowały mnie Ritualsy, tego jeszcze nie miałam. A mój conjac się nie siepie i nie zostawia farfoclów (mam z Yasumi).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, żebym ja pamiętała, skąd był mój konjac... tobym Wam wszystkim odradziła :)

      Usuń
  19. Pokaźne denko. I ja muszę sobie w końcu sprawić tą sławetną gąbeczkę konjac. Moim odkryciem jest serum firmy Liqpharm z 15% witaminą C, jest świetne. Myślę, że jeszcze coś sobie wyszukam wśród Twoich produktów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak tak, konjaca bardzo polecam. Ostatnio w sklepie spożywczym bardzo się zdziwiłam, jak się okazało, że można się nie tylko myć konjakiem, ale też go... jeść. Konjacowy makaron! 0 kalorii, świat zwariował :D

      Usuń