środa, 2 listopada 2016

Projekt denko, odc. 43

Październikowe zużycia wreszcie przypominają standardowe kosmetyczne śmieciowisko ludzi zrównoważonych. Dobra moja.





Organique – Eternal Gold – Golden Sugar Peeling – zapach tej linii kosmetyków Organique jest jednym z piękniejszych, jakie dane było wdychać mojemu mocno wybrzydzającemu nosowi. Aromat trudny do opowiedzenia, bo to już kompozycja perfumiarska (sorry, powinnam napisać: olfaktoryczna, brzmi bardziej hipstersko) – nawet nie umiem stwierdzić, ile w nim orientalnych nut, a ile ziołowych czy kwiatowych. Warto się zapoznać przy okazji wizyty w Organique. Sam peeling jest dosyć zwyczajnym, cukrowym tłuściochem. Drobinki cukru taplają się w oleju sojowym i maśle shea, co sprawia, że po użyciu nie trzeba dodatkowego nawilżacza, ale resztki potrafią nieźle upierniczyć prysznic (lub wannę). Na pewno nie każdemu przypadnie do gustu taka formuła. Ostatnio stawiam na mniej oleistych towarzyszy eksfoliacji, bo łatwiej sobie z nimi poradzić, a ja i tak w sezonie grzewczym nie zaniedbuję skóry i po każdej kąpieli dostarczam jej porządną dawkę nawilżenia. Peeling bardzo polubił mój mąż, co równie bardzo mnie zdziwiło. Po tym doświadczeniu mam ochotę sprawdzić inne kosmetyki z serii Eternal Gold – tak bardzo oczarował mnie zapach tego peelingu.

Yves Rocher – Mango Coriander – Energizing Body Lotion – mleczko Yves Rocher również miało cudowny aromat: świeżo przyrządzonego mango lassi – i tylko z tego powodu chętnie do niego wracałam. Właściwości pielęgnacyjne poniżej przeciętnej, ale z mleczkami zwykle tak bywa: wchłaniają się ekspresowo, zostawiają otulającą chmurkę zapachu na kilka chwil i... tyle. W składzie baza wodno-glicerynowa, oleje, masło shea, a w działaniu zupełnie tego nie widać. W przyszłości raczej do niego nie wrócę, bo moja skóra potrzebuje więcej, ale z przyjemnością ponowię zakup żelu pod prysznic.

Biały Jeleń – Hipoalergiczny szampon do włosów Naturalny – dla skóry wrażliwej ze skłonnością do alergii (miniatura) – zafundował moim włosom zaskakująco ładny wygląd: były sypkie, nieźle się układały, nie było przyklapu. Chętnie wypróbuję pełen wymiar, bo Jeleniowa cena na pewno będzie niewysoka, a ciekawa jestem, co ten szampon potrafi przy bardziej regularnym stosowaniu.


PZ Cussons – Carex Pure Blue – antybakteryjne mydło do rąk (zapas) – nadszedł sezon chorobowy, dlatego coraz chętniej do mycia rąk używam mydła antybakteryjnego. Daje większy komfort mojej przerażonej wirusami makówce, a wersja Pure Blue dodatkowo oferuje świeży, rześki zapach.

Le Petit Marseillais – Biała Brzoskwinia i Nektarynka – żel pod prysznic – dawno, dawno temu przez blogi przelała się fala sponsorowanych zachwytów nad żelami Le Petit Marseillais i przyznam, że mimo wszystko owe zachwyty trafiały do mnie bez pudła. Tak się jednak złożyło, że w moich mocno już skurczonych zapasach na swoją kolej czekały hektolitry substancji myjących, więc francuskiemu żelowi niełatwo było się wbić w zapchany grafik. Gdy już się udało, szybko nadeszło rozczarowanie: wersja brzoskwiniowo-nektarynkowa bardzo ładnie, świeżo pachnie, ale żel jest tak rzadki, że 250 ml zużyłam w ok. dwa tygodnie. Jakość vs. cena jest więc porównywalna z niekremowymi, yvesrocherowymi Jardins du Monde. Przyjemne doświadczenie, ale majtki mi nie spadły z wrażenia.

Rituals – Fortune Oil – olejek pod prysznic (miniatura) – powoli testuję kolejne produkty z mojego wielkiego ritualsowego zamówienia, które złożyłam w firmowym sklepie w lipcu. Czasem coś mnie miło zaskoczy (np. szampon do włosów), innym razem zdruzgocze (miniatura pianki myjącej, która skończyła się, zanim na dobre się zaczęła – i to w momencie, gdy byłam najbrudniejsza i najbardziej śmierdząca w tegorocznym górskim sezonie). Olejek był przyjemny, ale nie widzę w nim niczego na tyle nadzwyczajnego, żeby po raz kolejny bawić się w zamawianie z Holandii. Za jakiś czas możecie spodziewać się zbiorczej recenzji produktów marki.


Norel Dr Wilsz – Body Care – Krem-żel ujędrniający biust/szyja/dekolt – nie umiem nic powiedzieć o tym kosmetyku, bo używałam go bardzo nieregularnie. Może tylko tyle, że zwykle moja skóra nie lubi kremów-żelów, ale tu akurat nie miała nic przeciwko.

MAC – Cleansing Off Oil Tranquil – do demakijażu zupełnie się u mnie nie sprawdził (za każdym razem perfekcyjnie rozmazywał tusz do rzęs po całej twarzy i nigdy nie udało mi się dojść do szczęśliwego, pozbawionego resztek końca). Robiłam do niego wiele podejść, a w końcu połowę butelki zużyłam do mycia pędzli (tu pełen sukces!). Cieszę się, że wreszcie dobił dna, bo już za chwileczkę, już za momencik będę miała sześć gotowych pustaków do wymiany na nową pomadkę w akcji Back2MAC!

Sephora – Super Regenerating Oil-serum (miniatura) – nie zauważyłam żadnych pozytywnych zmian po kilkutygodniowych, regularnych aplikacjach wieczornych. Zauważyłam za to zmianę negatywną: zaczęły pojawiać się pojedyncze bolące gule na brodzie i czole. Resztka honorowo domyła uwalonego ciężkim podkładem flat topa i zapominamy o sprawie. Nawet aromat nie był szczególnie interesujący.

Balmi – truskawkowy balsam do ust – na początku wydawało mi się, że to dobry balsam, bo na wiele godzin pozostawiał usta otulone tłustą kołderką. Szybko okazało się, że właściwości pielęgnujące są zerowe, to tylko taka tłusta powłoka ochronna – przydatne przy silnym wietrze i mrozie. Truskawka jest chemiczna, opakowanie szybko się wyrabia, a im dłużej używamy, tym trudniej to coś aplikować, w dodatku tłusta maź zaczyna wydostawać się poza kontur uroczej, plastikowej kostki. Nie na moje nerwy, a już na pewno nie za 20 złotych.

Mizon – Let Me Out – Blackhead Peel-Off Mask – niewiele udało mi się tym plastrem wyciągnąć. Wnioski mogą być dwa: albo to kiepski produkt, albo mój nos jest już tak doskonale oczyszczony :).


Kolastyna – Emulsja do opalania SPF30 – Ochrona + opalenizna – nie używałam Kolastyny od czasu, gdy jeździłam na kolonie. Nie będę liczyć dokładnie, ale możecie mi wierzyć, że było to bliżej epoki kamienia łupanego, niż epoki smartfonów i blogów urodowych. Po latach marka pozytywnie mnie zaskoczyła. Emulsja łatwo się rozprowadzała, a wiosną faktycznie miałam wrażenie, że jakoś podejrzanie łatwo i ładnie chwyta mnie słońce (mimo dość wysokiego filtra SPF). Wcale nie byłam różową świnką, co przecież zdarza się ZAWSZE. Nie dałam rady zużyć całości, ale akcja z Kolastyną zaczęła się w ubiegłym roku, a filtry chemiczne podobno nie lubią długiego leżakowania po otwarciu, dlatego czas się rozstać.

Dove – Go Fresh – Granat i werbena – dezodorant – dość przypadkowy powrót po długiej przerwie. Na co dzień używam kulki Nivea Comfort Dry Plus, ale byłam ciekawa, czy nie fajniej będzie znowu trochę się popsikać. Fajniej? E tam. Ale działa prawidłowo, więc jeśli lubicie e-tam-aerozole, mogę polecić.

Balea – Urea Lippen Balsam – bardzo skuteczny balsam ochronny, u mnie przydatny głównie zimą. W przeciwieństwie do cieniasa z Balmi, ten naprawdę COŚ robi. Usta długo pozostają natłuszczone, ale po wchłonięciu/starciu mają się o wiele lepiej niż po truskawkowym nieszczęściu. Używałabym go dalej w tym sezonie, ale niestety zaczął niefajnie pachnieć. Sprawdziłam datę: ważność minęła dwa tygodnie temu. A skoro już nieważność i smrodność, nie pozostaje nic innego jak wywalić.


Na koniec dwa pustaki broniące honoru niezużywalnej kolorówki:

Rimmel – Extra WOW Lash – jest całkiem fajny, a do tego niedrogi. Trochę się ostatnio osypywał, ale może po prostu za długo leżał (i w sklepie też za długo, i przed sklepem...). Muszę kiedyś ponowić zakup i sprawdzić, czy niesilikonowa szczotka mnie nie oszukała i czy naprawdę nawiązuje do wspaniałej tradycji starodawnych tuszów, które po prostu malowały jak trzeba, zamiast obiecywać efekt odchudzający i pomoc w sznurowaniu butów.

Flormar – Perfect Coverage – korektor w odcieniu 02 – bardzo lubię korektory Flormar i żałuję, że firma prawie całkiem zwinęła się z Polski. Na szczęście w Katowicach jest jeszcze jeden salon (który – jak się dowiedziałam – należy do... Yves Rocher), oby został z nami jak najdłużej, bo marka ma kilka ciekawych kosmetyków, a i ceny nie zabijają. Perfect Coverage jest dość ciężkim, przyjemnie kryjącym korektorem, ale jeśli nałożymy go pod dobrze nawilżoną skórę pod oczami cieniutką warstwą, pięknie przykryje wszystko, czego nie chcielibyśmy pokazywać światu. Świetnie nadaje się do tuszowania wizualnych nieprzyjemności na innych częściach twarzy. Odcień 02 jest dosyć ciemny, 01 podszyty różem, ale w katowickim salonie pani pokazała mi numer 04, który jest jaśniejszy od dwójki (nielogiczne, ale prawdziwe). Kupiłam, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Jeżeli macie dostęp do salonu w Katowicach, to przynajmniej go pomacajcie. Czuję, że Maxineczka byłaby zachwycona jego poziomem krycia :). Jedyne, co może się nie podobać, to pudrowy, babciny zapach.


Tak oto dobrnęliśmy do ostatniego kosmetyku z denkowej torby. W najbliższym czasie możecie spodziewać się relacji z fantastycznego blogerskiego weekendu w górach. Secrets Of Beauty w sercu Beskidu Żywieckiego? Takie rzeczy tylko z Michałem!



21 komentarzy:

  1. Maz używa peelingów ? Musze zatem pokazać posta swojemu dla przykładu :) a filtry ponoc warto do zamrażarki schować na zimę i potem latem wyjąc i mozna używać z taka sama skutecznością

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był jego pierwszy peeling, skusił go zapach :D nie liczę tych do twarzy. Zuch!

      Usuń
  2. Ja lubię żele LPM, jak na drogeryjne są naprawdę spoko, tylko ja akurat nie trafiłam na żaden tak rzadki. Ale i tak ogarniam zapasy i przerzucam się na coś przyjaźniejszego skórze, jakieś mydła lub delikatniejsze żele :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ogarniam zapasy" – no to po SoB na pewno będzie Ci łatwiej ;)

      Usuń
  3. ten balsamik do ust z BALMI ma urocze opakowanie ;) ciekawe czy lepszy niż EOS

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie znam EOS, ale – jak możesz przeczytać w moim tekście – Balmi jest cienki jak dupsko węża

      Usuń
  4. Ne lubię żeli LPM. Ogólnie nie mogę przekonać się do tej marki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie miałam okazji niczego użyć :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nieźle :-) Ja nadal zbieram produkty do denka :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. miałam peeling Eternal Gold, zapach obłędny a działanie bardzo dobrze, skóra po nim była niesamowicie gładka i pachnąca :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Peeling Organique Eternal Gold uwielbiam, to mój ulubiony peeling ever :D A zapach ma faktycznie obłędny! Za to Balmi okazało się być i u mnie niezłym bublem :P

    OdpowiedzUsuń
  9. Linia Eternal Gold Organique bardzo mnie kusi, rzeczywiście pachnie przepięknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. krem pod oczy był bardzo przyjemny, taki maślany!

      Usuń
  10. Ja się znowu powymądrzam o Flormarze: cała marka od co najmniej 3-4 lat należy do Yves Rocher ;) Dobrze, że są jeszcze w Katowicach, ja się zawiodłam nie widząc ich sklepu na Woli, a specjalnie po to zaplanowałam wycieczkę na ten koniec świata. Może jeszcze Łódź się uchowała, ktoś wie? Zrobili nas w penisa wchodząc do Polski bez pośredników: wyrolowali dystrybutora na Polskę i sobie poszli (tu kilka niecenzuralnych słów). Ostatecznie znalazłam stoisko w centrum handlowym w Podgoricy, gdzie ceny były takie jak u nas hurtowe :#

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sensie światowym należy? No wow, nie miałam pojęcia! Teraz to ma sens :D Nie kumałam, jak to się stało, że YR zostało właścicielem Flormaru. Salony obok siebie... kombinowałam, że może dogadali się po sąsiedzku ;P

      Usuń