piątek, 21 października 2016

Blogerki urodowe i ich dewiacje

Dzisiaj będzie mały hall of shame. Prawdziwa gratka dla tych, którzy mają na końcu języka: potrzaskało je. Cóż, spójrzmy prawdzie w oczy: blogerki urodowe bywają poważnie uszkodzone. Blogosfera pozytywnie odmieniła moje życie, ale poczyniła też pewne trwałe szkody w mózgu. I o tych szkodach chciałam Wam tu dzisiaj w kilku zdaniach...

przykładowy zbiór kosmetycznych śmieci z 2014 roku

Po pierwsze: denkowanie


Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że zużycie kosmetyku do ostatniego pierdnięcia butelki może być sprawą tak wielkiej wagi. Potem poznałam blogi urodowe. I projekt denko. Nagle okazało się, że niezużycie czegoś do końca jest w złym tonie, a po wykończeniu wielu kosmetyków (lub choćby jednego do makijażu) można otrzymać gratulacje! Nigdy wcześniej nie przetrzymywałam pustych opakowań po kosmetykach (chyba że w przedszkolu – bawiłam się w sklep). Teraz w każdym miesiącu zbieram cały worek. Co gorsza, gdy już uzbieram, zaczynam po kolei wyjmować śmieci z mojego tymczasowego śmietnika i... robić im zdjęcia. A potem to wszystko upubliczniam. Wpisy denkowe mają co miesiąc najwięcej odsłon. Takie rzeczy tylko w blogosferze!


Siedemdziesiąty ósmy rozświetlacz poproszę


Dawno, dawno temu, w epoce przedblogowej (kiedy to było??), nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak rozświetlacz. A nawet jeśli byłam świadoma istnienia pewnej grupy kosmetyków, nigdy nie wpadłam na to, że mogłyby mi się przydać. Dawno, dawno temu, w epoce przedblogowej, miewałam po JEDNEJ sztuce bronzera, różu, pudru. Kiedy to było...? Dzięki blogom dowiedziałam się zupełnie nowych rzeczy na swój temat. Na przykład, że w moim makijażu potrzebne są następujące kroki: zakrycie podkładem przebarwień, dokładne zmatowienie tego, co mam na twarzy, a następnie... zaaplikowanie produktu, który sprawi, że... znowu będę się błyszczeć. Tylko wiecie, tak inaczej błyszczeć. Błyszczeć PRO. Odkryłam też, że kupowanie kolejnych pudrów rozświetlających (i innych też!) z pięknymi tłoczeniami bardzo mnie uszczęśliwia i mimo że prawdopodobnie nigdy żadnego nie zdenkuję (patrz wyżej), POTRZEBUJĘ kolejnych. Patrzę na nowy, piękny rozświetlacz /  róż / puder brązujący / zestaw cieni (niepotrzebne skreślić), popiskuję z zachwytu i po prostu muszę... na początek przynajmniej dotknąć. Kiedyś taki efekt wywoływały głównie szczeniaczki.  

Przetestuję, gdy zużyję zapasy


To magiczne zdanie często widuję w komentarzach nie tylko u siebie, ale też u koleżanek blogerek. Jestem ostatnia do rzucania kamieniem/błotem/gównem, bo i mnie się zdarzało takie pisać. Zacznijmy od podstaw: co to w ogóle są zapasy? Jak można mieć w domu nieotwarte kosmetyki, które Czekają Na Swoją Kolej? Dawno, dawno temu, w epoce przedblogowej, nie miałam najbledszego pojęcia, że takie zjawisko występuje w przyrodzie. Dziś jestem wstydliwie spuszczającą wzrok posiadaczką szuflady wypełnionej kosmetykami, które są na później. Warto zauważyć, że to już mocno odchudzona kolekcja, bo od wielu miesięcy nie robię kompulsywnych zakupów, ale na początku blogowania działo się, oj. Chciałam wypróbować wszystko, co wymyśliła ludzkość i sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że tak się nie da. Szczerze mówiąc, nadal jest mi trochę smutno, że to niemożliwe, ale więcej w tym filozoficznych rozważań o życiu (coś jak: smutno mi, że nie zdążę przeczytać wszystkich interesujących mnie książek, zanim zejdę) niż realnego buntu z tupaniem nóżką w tle.


Limitowany, świąteczny zestaw Too Faced Le Grand Palais. Paleta cieni okazała się beznadziejna.

W pogoni za limitowaną edycją


O istnieniu limitowanych edycji kosmetyków kolorowych dowiedziałam się również w czasach blogowych. W ten sposób moje życie zaczęło obfitować w nowe przygody: naukę drogeryjnej topografii okolicy; czytanie newsletterów (niegdyś newsletter służył wyłącznie do usuwania); wzdychanie do kosmetyków, które już są, ale nie wiadomo gdzie, więc prędko, prędko, bo zaraz znikną; i tak dalej, i tak dalej... Ważnym elementem pogoni za limitkami jest wzdychanie_do. Najpierw należy odnaleźć na jakimś blogu zapowiedź kolekcji, następnie odpowiednio się oślinić, wystawić pełen zachwytu i rytmicznych omdlewań komentarz, a potem ruszyć w pogoń za wymarzonym kosmetykiem. Jak wiadomo, szesnasty chłodny bronzer i dwudziesty ósmy lakier do paznokci w odcieniu zgaszonego różu są nam niezbędne do życia – tak myśli również kilkaset innych osób w okolicy, dlatego zabawa jest przednia, a wyścig pasjonujący. Teraz pozostaje już tylko warczenie z niezadowolenia na widok pustych standów w drogeriach, dopytywanie o najbliższą dostawę, a w finałowej scenie zdobycie upragnionego produktu i odkrycie, że i tak wszyscy go już mają w anusie, bo w międzyczasie ukazała się... kolejna limitka. I tak historia zaczyna się od nowa. Let's go hunting. Woof woof.


To, co mam, jest najlepsze, ale... poszukam dalej


Kiedy dawna ja znalazła idealny kosmetyk, kupowała go do momentu, aż został wycofany (hmm, w moim przypadku to czasem bardzo krótki okres – stali czytelnicy już to wiedzą :)). Czasami zdarzały się zmiany, drobne zdrady na rzecz innego kosmetyku, ale ostatecznie chodziło o to, by odnaleźć to, co najlepsze, a potem korzystać i nie zawracać sobie głowy tematem. Współczesna ja potrafi napisać hymn pochwalny na cześć jakiegoś kosmetyku, potem zapłakać nad tym, że tak szybko się zużył, a następnie... kupić zupełnie inny. Bo ciekawe, jaki on, bo limitowany, bo polecała go Jadwiga oraz dwie Magdaleny. Współczesna ja nie może nie zawracać sobie głowy szukaniem, bo... w tej zabawie chodzi właśnie o to, by tę głowę regularnie sobie pozawracać.


Jeżeli któryś punkt brzmi Wam znajomo, wpisujcie miasta.
Za wszystkie grzechy żałuję umiarkowanie i jeszcze nie udało mi się postanowić poprawy.

51 komentarzy:

  1. Przeczytałam całe i kurde to jest takie głupie, a takie prawdziwe ;D:P Z denek co prawda zrezygnowałam bo to nudne, na limitki nie mam wielkiego parcia, ale poza tym sporo się zgadza. Zwłaszcza to ostatnie i też mam coś w rodzaju kiedyś vs teraz:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, takie głupie, że aż śmieszne i trudno mi uwierzyć, że piszę o własnych doświadczeniach i że wspięłam się na te wyżyny głupoty :D. Ja z limitkami też już wyluzowałam, w ogóle doszłam szczęśliwie do momentu, w którym mam już naprawdę dużo kosmetyków kolorowych i skupiam się na radowaniu nimi ;). Ale droga była długa i pokręcona, jak widać :)

      Usuń
  2. Denko! czasem mi sie nie chce ale robię chociaż nowości mają jeszcze więcej odsłon ;D Reszta mnie nie tyczy: zapasy zużywam na bieżąco, za limitkami nie gonie ;D i mam jeden rozświetlacz i ani jednego bronzera ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja jakoś nigdy nie pokazuję nowości. Hmmm, a fejm ucieka bokiem! :P

      Usuń
    2. Zacznij to robić ;D zobaczysz statystyka wzrośnie ;D

      Usuń
  3. Błyszczenie inaczej czyli pro - doskonale to ujęłaś. Padłam :-P I najlepsze w tym wszystkim jest to, że to najprawdziwsza prawda. :-P no u mnie może poza limitkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może na suchej cerze to jeszcze nie wyglądałoby tak abstrakcyjnie, ale przy mocno przetłuszczającej się strefie T używanie rozświetlacza faktycznie przypomina wywoływanie smalczyku zaraz po jego przypudrowaniu ;)

      Usuń
  4. Winna trzech z czterech postawionych zarzutów. Nie dotyczy mnie jedynie pogoń za limitkami, reszta zgadza się w 100%! W ogóle nie wiem, jak mogłam funkcjonować i, co gorsza, pokazywać się ludziom w czasach przedblogowych, kiedy cały mój kosmetyczny asortyment ograniczał się do podkładu, pudru i tuszu. To musiały być jakieś straszne, Mroczne Dni...
    Będę tylko bronić denka! Chociaż kolekcjonowanie kosmetycznych śmieci brzmi absurdalnie, dla mnie to też najbardziej ulubione i użyteczne posty.
    Pozdrówki!
    Iga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wielu rzeczy z przeszłości obecnie nie mogę pojąć. Na przykład tego, jak mogłam nosić grubą czarną kreskę na dolnej linii rzęs i jednocześnie nie przyciemniać krzaczastych blond brwi :D

      Usuń
  5. Bardzo ciekawy post pierwszy raz czytałam coś takiego :D
    carolineworld123.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Uśmiałam się czytając tego posta i trzeba przyznać, że jest świetny. ^^ Ostatnio się nad tym wszystkim zastanawiałam i doszłam do wniosku, że chyba dobrze byłoby się cofnąć do tej epoki przedblogowej. ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Magdo :)
      A co do powrotu do przeszłości, to powiem Ci, że ja właśnie bardzo chwalę sobie współczesność, mimo tych różnych dziwactw :)). Poznałam wiele fantastycznych kosmetyków, ładniej się maluję, moja cera jest w dużo lepszej formie... same plusy – mam raczej poczucie zmarnowanych lat ;)

      Usuń
  7. Agato, ten post jest w 100% o mnie!
    <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihi, tak myślałam, że będzie Ci brzmiało znajomo :D:D

      Usuń
  8. Świetnie to ujęłaś :) zgadzam się z większością - jakoś nie gonię za limitkami i nie mam zbyt dużych zapasów, ale reszta - winna :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też już mniej się ślinię do limitek, ale kiedyś to był szał!

      Usuń
  9. Jakie to wszystko prawdziwe :D zgadza się całkowicie ;) a swoje rozświetlacze już przestałam liczyć i ta sama historia u mnie jest z pomadkami :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, pomadek też mam pół szuflady, już nie chciałam się wdawać w szczegóły... ;)

      Usuń
  10. O matko... Nie jestem blogerką ale też tak mam. W dodatku moje robienie zapasów i mania testowania (bo a nuż znajdę coś lepszego) na nic się nie przekładają i nikomu nie pomagają - w odróżnieniu od Twoich recenzji.
    Walczę z tym, rozdaję ten trzeci rozświetlacz i siódmy róż, ale nadal mam zapas kosmetyków wystarczający na lata. Pocieszam się tylko tym, że kupuję kosmetyki w rozsądnych cenach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kingo... może to już czas... założyć bloga?! :D

      Usuń
  11. Uwielbiam wszystkie Twoje kolekcyjki, nie tylko rozświetlaczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam zauważyć, że dawno ich nie oglądałaś!

      Usuń
  12. Nie wiem, jak mogłaś tak publicznie ujawnić wszystkie najgorętsze sekrety blogosfery urodowej... I to w jednym poście! Teraz dostaniemy etykietki wariatek i staniemy się pośmiewiskiem większym od szafiarek :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Sama prawda :D Człowiek się z sam siebie śmieje i jeszcze mu z tym dobrze :D Co te blogi z nami robią!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że mimo wszystko... robią z nami wiele dobrych rzeczy ;)

      Usuń
  14. Odpowiedzi
    1. Jak sobie czasem myślę, ile tekstu już tu wyprodukowałam, to obstawiam, że starczyłoby na jakieś grube tomiszcze :)

      Usuń
  15. Mój chłopak nawet wie co to denko i dla niego również to normalne, choć kiedyś nie było. zabawny wpis. Piszę o tym, że „może to wypróbuję jak zużyję zapasy lub ich cześć” na blogach koleżanek bo taka jest prawda. Nawet gdy nie miałam bloga to jakieś zapasy zawsze tak. Lubiłam kosmetyki i to się u mnie z czasem potęguje. lubię je jeszcze bardziej i mam więcej. pielęgnacji, bo kolorówka mnie średnio interesuje, tu jestem normalna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, z moim mężem jest tak samo! Oświeceni faceci przestali nawet zauważać, że to trochę jakby... nienormalne? :).

      Usuń
  16. Co do denka - to cóż masz w 100% rację. :) Mnie pogięło konkretnie.
    Bardzo przyjemny post

    OdpowiedzUsuń
  17. Mnie się kompletnie znudziły denka, ani ich nie wrzucam, ani nie czytam u innych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się już chyba wypaliłam z pisaniem denek, ale wciąż lubię czytać je u innych, więc grzecznie produkuję własne ;)

      Usuń
  18. "Co gorsza, gdy już uzbieram, zaczynam po kolei wyjmować śmieci z mojego tymczasowego śmietnika i... robić im zdjęcia."
    Zaśmiałam się bardzo bardzo mocno, dziękuję.
    I już wiem, co jest największą zaletą tego bloga - masz dystans do siebie i tego, czym się tutaj zajmujesz. Za to *serduszko*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 <3 <3 Dziękuję, pozdrawiam i całuję czule :)

      Usuń
  19. Aaaaa dobre dobre :D Poza rozświetlaczem i limitkami - zgadzam się z tekstem w 100% :D

    OdpowiedzUsuń
  20. Za przeproszeniem, ze mnie taka blogerka, jak z koziej dupy trąba, a też jestem winna kilku grzechów z listy (róże! rozświetlacze! to jest dobre, poszukam innego!), więc wiesz. Kompulsje chodzą grupami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Ciebie jest bardzo dobra blogerka, z kozią dupą może więcej ma wspólnego tylko częstotliwość pisania o kosmetykach ;).

      Usuń
  21. I to tłumaczenie mężowi ze ten bronzer przecież ma inne wykończenie niż tamten. I pomysleć ze kiedyś miałam jeden puder, jeden tusz i konturówke i denkowalam je i kupowałam to samo a teraz większość leży odłogiem ale nie oddam bo to moje berła hehe czas chyba sie leczyć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nic nie tłumaczę, na szczęście nie muszę, bo w kilku przypadkach mogłabym powiedzieć tylko tyle, że różnią się firmą i opakowaniem :D

      Usuń
  22. U mnie największy problem jest z eyelinerami i tuszami do rzęs.
    Juz jakiś czas temu znalazłam zwój tusz idealny, ale bez promo kosztuje 100 pln i przy każdym zakupie mój wewnętrzny żyd płacze. I tak mam kilka tuszy po 50 pln każdy, bo może w końcu jakiś okaże się równie dobry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to idealna ekonomia – kupowanie takich za kilkadziesiąt złotych, które okazują się przeciętne, zamiast tego idealnego za 100 :D. Ale spoko, rozumiem!

      Usuń
  23. Uśmiałam się :D

    Natomiast jeżeli chodzi o "projekt denko", to niestety jego idea została wypaczona, ponieważ założenie było zupełnie inne od tego, które panuje w ogólnym przekonaniu LOL

    Zapasy zawsze miałam i mieć będę, po prostu. Dla mnie to ma sens, jeżeli używam czegoś i się sprawdza, to nie zaprzątam sobie głowy pierdołami, tylko wyciągam z szuflady bez biegania do sklepu na przedwczoraj ;) I tak mam ze wszystkim, nie tylko z kosmetykami. Nie wyobrażam sobie pustej lodówki/zamrażarki itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, ja zapasów też się nie pozbędę, ale niektóre niestety są idiotyczne – np. kilkanaście butelek żelów pod prysznic – bo tak się jakoś uzbierało. Co innego mieć ROZSĄDNE zapasy właśnie po to, żeby nie musieć biegać co chwilę do sklepu. Do takich rozsądnych dążę – wciąż z bardzo różnym skutkiem :).

      Usuń
  24. Hmm ciekawy wpis :D Musze stwierdzić, że z większością się zgadza. Firmy zapewniły sobie darmową reklamę od blogów i youtuberów (czasem też płatną, ale nikt nie zaczyna od współprac), a ludzie wciąż jeszcze im wierzą bardziej niż telewizorowi :D
    Nie przepadam za denkami. Nie czytam (prawie nigdy), nie oglądam, nie piszę. Nie zwracam uwagi na żele pod prysznic czy szampony tak bardzo jak blogerki beauty.
    Kremów do rąk mam faktycznie dużo, ale potrafiłam zrobić przerwę w kupowaniu i zużyć w tym czasie dwa, więc myślę, że nie jest ze mną najgorzej :D
    Hmm kosmetyków mam sporo, chociaż lakierów dużo więcej, ale zawsze dbam, żeby nic nie było do siebie podobne :P Na razie mi wychodzi, a więc chyba tak bardzo dużej kolekcji nie posiadam.
    Na limitowanki nie zwracam uwagi. Paletę Too Faced ze zdjęcia mam, bo dostałam na Święta i bardzo lubię :O Nie wiem, co masz do tych cieni. Moim zdaniem czarny jest najlepszym czarnym na świecie. Brokaty są idealne na sylwestra, a brązy nadają się na co dzień. Beż jedynie mógłby być mocniej napigmentowany.
    Co do zapasów... Posiadam takie z lakierów do paznokci, ale to miałam już daaawno zanim w ogóle wchodziłam na jakiekolwiek blogi.
    Super, że napisałaś taki wspis :) Może ktoś zastanowi się, w jakim kierunku zmierza.
    ~Wer

    OdpowiedzUsuń