sobota, 3 września 2016

Projekt denko, odc. 41

Wrzesień? Niech będzie. Młodzież wraca do szkół i przedszkoli, a my... wreszcie mamy kilka wolnych dni. Ciągiem. Bez Tomasza. Urlop we wrześniu to już prawie jak wagary, a ja... postanowiłam zacząć, jak na matkę Polkę przystało, od porządków. Na szczęście te akurat są przyjemne. 

Sierpień był pierwszym miesiącem od nie-pamiętam-kiedy, w którym moja torba z kosmetycznymi odpadami nie przepełniła się. To chyba znaczy, że już niewiele kosmetyków zalega na półkach i w szafkach. Czyli że się wreszcie ogarnęłam. Zanim odtrąbię zwycięstwo nad swoim kosmetyczno-zakupowym chaosem, obejrzyjmy wspólnie, co tam w sierpniu wyzionęło ducha. 


Yves Rocher – Mango Coriander – żel pod prysznic – to był baaaaardzo przyjemny zapachowo żel z odświeżonej linii Les Plaisirs Nature. Przez większość butelki pachniał mi bardziej truskawkami niż mango, ale uwierzcie, były to najpiękniejsze, najnaturalniejsze truskawki, jakie kiedykolwiek wywąchałam w jakimkolwiek kosmetyku! Dopiero pod koniec zapach nieco się zmienił – truskawka zniknęła, zostało mango z wyczuwalną nutą kolendry, której na początku w ogóle nie było czuć. Żel dobrze się pienił, nie wysuszał skóry, był idealny na lato. Na pewno do niego wrócę. 

Rituals – Yogi Flow – pianka pod prysznic (wersja mini) – niedawno zrobiłam zakupy w sklepie Ritualsa, bo już nie mogłam dłużej czytać zachwytów nad marką bez sprawdzenia na własnym odwłoku, czy są uzasadnione. Za co naród kocha Ritualsa? Przede wszystkim za pianki pod prysznic. Nie mogłam się zdecydować na jakieś, powiedzmy, dwie czy trzy wersje zapachowe pełnowymiarowych pianek, dlatego postanowiłam iść na całość, obdarowując samą siebie m.in. trzema zestawami prezentowymi z miniaturami produktów. Zestaw czerwony to linia Yogi Flow – bardzo ładnie pachnąca czymś, co według mojego nosa zupełnie nie przypomina mieszanki różano-migdałowej. Aromat mi się podobał, był elegancki, podobny zupełnie do niczego i stanowił miłą odmianę od tradycyjnych, mniej wyszukanych zapachów kosmetyków pod prysznic, ale niestety, Rituals zrobił mnie w jajo. Zabrałam świeżo otwartą piankę na weekend w góry i... drugiego wieczoru nagle się skończyła. Pikanterii całej historii dodaje fakt, że miejsce, w którym mieszkaliśmy, nie oferowało nawet miniaturowych mydlanych kostek, a ja – żeby jeszcze bardziej nas pogrążyć – nie zabrałam z domu pełnowymiarowych szamponów, tylko saszetki z próbkami. Nie dało się więc uratować szamponem. Ani niczym. Nie mieliśmy NIC myjącego. Rozważałam umycie się pastą do zębów, ale zniechęcił mnie potencjalny dojmujący chłód po kąpieli :P. Dobrze, że tego dnia nie byliśmy w górach – dzięki temu zapach naszych ciał był do zaakceptowania. Morał? Nie kupujcie wersji mini. Sama pianka była przyjemna, ale czy warto gnać po nią aż do Holandii, to już temat na inną opowieść. 

Luksja – Creamy – nawilżające mydło w płynie, wersja Cotton Milk & Provitamin B5 (zapas) – poprawne mydło w płynie, dobrze się pieni, pachnie bardzo generycznie, ale miło. Miało przyjemną, odpowiednio gęstą konsystencję i nie wysuszało skóry. Chętnie wrócę. 


Fitokosmetik – Glinka biała anapska z jonami srebra – glinki na mojej cerze zazwyczaj sprawdzają się dobrze. Niektóre wywołują tymczasowe podrażnienie (w trakcie zabiegu i chwilę po nim), ale nigdy nic strasznego ze strony glinek mnie nie spotkało. Ta była bardzo dresiarska i od początku szukała zaczepki: najpierw przy otwieraniu obsypała mnie i pół łazienki, potem okazało się, że proporcje wody i proszku podane na opakowaniu nie dają odpowiedniej konsystencji (maska była za rzadka), a w trakcie seansu skóra piekła (to jednak wybaczam, bo: patrz wyżej). Po zabiegu cera była rozjaśniona i wyglądała świeżo, ale nie skrzypiała z czystości, jak to bywało w innych przypadkach. A skoro nie skrzypiała, to jak w przyszłości znaleźć motywację do babrania się w niesfornym proszku? Ostateczny kuksaniec nadszedł następnego dnia rano: na twarzy pojawiło się kilka czerwonych, bardzo bolących gul. Jeśli tak ma działać oczyszczanie anapską glinką, to ja jednak podziękuję. Reszta radośnie pofrunęła do kosza.  

Clarins – Daily Energizer Cleansing Gel (miniatura) – ten żel był bardzo polecany na kilku blogach, które lubię i odwiedzam, dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy w jednym z boxów Sephory odnalazłam sporych rozmiarów wersję mini. Żel przeleżał swoje w szufladzie i bardzo się przydał w całym naszym sezonie górskim. Chyba nie dostrzegłam jego geniuszu, ale przyjemnie się używało – był odpowiednio gęsty, delikatny, miał miły, subtelny zapach i bardzo dobrze oczyszczał, mimo że myłam twarz bez dysku z Sephory, do którego jestem tak bardzo przyzwyczajona. Nie wykluczam zakupu pełnego wymiaru. 

Dr Beta – Naturalny olejek drzewa herbacianego – moja mama ma fisia na punkcie olejku z drzewa herbacianego. Był czas, kiedy na każdy mój kosmetyczny lub medyczny problem reagowała poleceniem swojego cudownego olejku. Miałam już tego po wszystkie dziurki i obudziła się we mnie przekora: konsekwentnie olewałam jej dobre rady i ratowałam się wszystkim, byle nie NIM. Któregoś razu dopadł mnie wyjątkowo upierdliwy pryszcz, który nie chciał zniknąć. Poszłam do apteki z rozbudowaną sekcją zielarską i pani poleciła mi... no tak. Kazała rozcieńczać, ale... no tak. Piekło, ale pomogło. Migusiem. Od tego czasu już się nie wzdragam na hasło „olejek herbaciany”, bo nie chce być inaczej: to ekstremalnie antybakteryjna substancja, która zasusza wszystkie paskudne wypryski. Olejek jest też dobry na odetkanie zagluconego nosa (ma intensywny, specyficzny zapach) i z pewnością skutecznie zdezynfekuje Wasz kibel. Mamusiu, wybacz! Miałaś rację. 

Origins – Starting Over – krem pod oczy – poprawny krem, który jest za drogi na bycie poprawnym. Nie roluje się, wchłanianie jest ekspresowe, przeciętnie nawilża. Więcej w recenzji. 


Garnier – Fructis Fresh – szampon wzmacniający do włosów normalnych, szybko przetłuszczających się – powrót po latach. W epoce przedblogowej długo używałam zielonych Garnierów, bo mają piękny, owocowy zapach, świetnie się pienią i mimo że nie jest to nigdzie napisane, są hybrydą szamponowo-odżywkową. W epoce blogowej poznałam kilka dobrych kosmetyków, które potrafią przedłużyć świeżość moich mocno przetłuszczających się włosów, więc Fructis Fresh nie zrobił wejścia smoka. Wciąż jednak wydaje mi się lepszy od większości popularnych, łatwo dostępnych szamponów. Przynajmniej niczego nie robi ewidentnie źle.

Batiste – suchy szampon, wersja Original – kolejna butelka najbardziej neutralnej wersji Batiste. Lubię, kiedy mój zapach zawiewa od szyi i nadgarstków, a nie od opryskanych wysysaczem tłuszczu włosów, dlatego najczęściej wybieram właśnie Original. Chociaż może trochę poluzuję galoty w tej kwestii, bo ostatnio kupiłam wersję Fresh i nie drażni mnie zapachem.


Yves Rocher – Vanille Noire – Secrets d'Essence – perfumowane mleczko do ciała – bardzo rzadkie, za rzadkie. I trochę się lepi, zanim wyschnie. Pachnie ładną, subtelną wersją wanilii, ma za zadanie pielęgnować skórę, jednocześnie dopasowując się zapachem do perfum Yves Rocher Vanille Noire. Wszystko fajnie, ale pielęgnacja jest znikoma. Moja skóra woli sensowniejsze nawilżacze, a zapach mnie nie zachwycił na tyle, żeby ponowić zakup. Jeśli już mam wsmarowywać takie lekkie, niewiele robiące kosmetyki, niech przynajmniej pachną jak wspomniane wcześniej, truskawkowe mango z kolendrą.

Organique – Shea Butter Body Balm, Orange & Chilli – sporo ostatnio u mnie pielęgnacyjnych tłuściochów. Są skuteczne, ale wymuszają aplikację wieczorem lub chodzenie po domu na golasa. To drugie nieszczególnie mi się widzi, dlatego grzecznie wcieram treściwe masła i oleje wieczorami. Właściwości Orange & Chilli są takie same jak recenzowanej przeze mnie Magnolii. Zapach też jest śliczny. To dobre kosmetyki dla wytrwałych. Jeśli nie lubicie ekstremalnych, odżywczych tłuściochów, wybierzcie z oferty Organique lżejsze formuły. 

Nivea – Dry Comfort Plus – antyperspirant – niezawodny, pięknie, niveowo pachnący, łatwo dostępny. Kolejne butelki pojawiają się w mojej łazience z wzorową regularnością i na razie nie planuję zmian.

Nair Hair Remover – Face & Eyebrow Wax Roll-On – przykład nieudanej promocji z Rossmanna. Wosk pochodził z kosza z odpadami, które od czasu do czasu widuję za plecami sprzedawczyń. Kupiłam go sobie za 1 (słownie: jeden) grosz. Czyli że w sumie to był za darmo. No i tu mam problem, bo niby darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale co, jeśli jednak zajrzymy i wyda się, że koń... nie ma zębów? Mojemu woskowi brakowało pasków do zrywania. Wszystkich. Mimo sugerowanego zastosowania nagębnego, spróbowałam wyrwać sobie włosy z paluchów (no, rosną mi kępki, jak u chłopa) za pomocą bawełnianych płacht z TBS, ale efekty były marniutkie. Czy to wina materiału, czy samego produktu – nie sposób orzec. Na miejscu Rossmanna nie kompromitowałabym się wciskaniem klientom takich wybrakowanych gówienek. Nie lepiej po prostu zutylizować?


Po kolejnych większych porządkach w kolorówce denko pozostało prawie nieskażone odpadami do makijażu. Pozbywam się tylko jesiennej pomadki z Essence, bo próbowałam jej ostatnio używać, ale pigment rozprowadzał się nierównomiernie (ma już kilka lat i pochodziła z koszyka z mocno przecenionymi resztkami, więc może to dlatego?). Do kosza leci też w końcu tusz Too Faced – Better Than Sex (wersja mini), na który jestem jeszcze bardziej wkurzona niż w momencie pisania recenzji. Pod koniec żywota malował moje rzęsy najpiękniej na świecie – zresztą tylko dlatego go używałam. Niestety, w temacie osypywania nic się nie zmieniło: zostawia pod oczami czarny pyłek absolutnie za każdym razem. Spróbuję zachować szczotkę i przetestować ją z innymi maskarami. Kto wie, kto wie...

To tyle w dzisiejszym śmieciowym odcinku. Teraz mogę spokojnie wyruszać do Gdyni!

38 komentarzy:

  1. Mam pełnowymiarową piankę Rituals, ale jeszcze nie używałam. Mam nadzieję, że będzie bardziej wydajna:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kupiłam jedną pełnowymiarową, niestety ma najgorszy zapach z całej gromady (wersja z eukaliptusem) :(. Wygląda, jakby miała posłużyć długo.

      Usuń
  2. Piszesz absolutnie doskonale:).
    Piankę chetnie bym wypróbowała, a że zawsze gonię w ogonie, to nawet nie wiedziałam że istnieje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I znowu mi dorobiłaś dwa skrzydełka :D

      Usuń
  3. Nie miałam tych kosmetyków ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno przetestować wszystko, co wymyśliła ludzkość :)

      Usuń
  4. Nie znasz się tam, Rituals jest cudowny z prostej przyczyny - jest trudniej osiągalny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to na pewno plus sto punktów do fajności :D

      Usuń
  5. uwielbiam zapachy kosmetyków do włosów fructis, a batiste używam aby podnieść włosy u nasady, nie dla samego ich odświeżania choć to też się przydaje . w pracy mam wersję Original

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi Batiste służy przy unoszeniu moich przyklapów.

      Usuń
  6. Szkoda, że tak Ci glinka zaszkodziła:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to tylko kaolin, nie wiedziałam, że może tak mi robić :/

      Usuń
  7. ale żeby gule po glince? w głowie się nie mieści :/

    ej, będziesz w Gdyni? bo ja przylatuję do Pl we wtorek! jak dlugo zostajesz w Trójmieście?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem teraz, ale na krótko :( w czwartek rano uciekamy, ale daj znać, jak będziesz i się ogarniesz, może uda się coś wymyślić... :)

      Usuń
  8. Fajne zużycia, lubię Batiste, Garnier i żele z Yves Rocher :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja szczególnie te ostatnie, szczególnie w nowych wersjach zapachowych!

      Usuń
  9. Uwielbiam żele pod prysznic Yves Rocher, a ich nowa gama zapachowa jest po prostu obłędna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, praktycznie same udane kompozycje :)

      Usuń
  10. Lubię ten tusz lepszy niż seks ale w jednej wersji ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja od razu robię dwie i jest pięknie, ale nie mogę wybaczyć tego wykruszania :(

      Usuń
  11. Tusz Too Faced i mnie zawiódł niestety :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiam się, jak to jest, że niektórym się NIE osypuje?

      Usuń
  12. Niechciane włoski na palcach potraktuj depilatorem po kilku razach znikną na zawsze ewentualnie silnym rozjasniaczem :) fructis to dla mnie największe zło robi mi ze skory głowy masakrę wiec nawet nie spoglądam na te firmę w sklepie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam depilatora, bo boję się wrastających włosków hmmm, a jak działa ten rozjaśniacz? Bo wiesz, te włosy są naturalnie blond, ale rozumiem, że to ma je jakoś chemicznie załatwić?

      Usuń
    2. Tak chemicznie je powinien załatwić tylko
      Mocny firma bylejaka

      Usuń
  13. Też miałam trudną relację z tuszem Too Faced ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda bardzo, bo efekt jest fantastyczny!

      Usuń
  14. U mnie tusz się sprawdził bardzo dobrze:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Z tego zapachu Organique mam mydło i zbyt ostry dla mnie zapach ma. Masło mam w innym zapachu ale jeszcze nie używałam, a nie lubię długo czekać na wchłonięcie :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to nie będziesz zadowolona z masła. Naprawdę długo się wchłania, choć i tak krócej niż musy Nacomi i Biolove.

      Usuń
  16. bye bye :)
    Twoje zapasy to chyba już się uszczypliły maksymalnie :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Po Rituals nie trzeba jechać aż do Holandii, kosmetyki są dostępne też w Niemczech :)

    OdpowiedzUsuń
  18. już tyle dobrego o kosmetykach Rituals czytałam, że mam wielką ochotę coś wypróbować :-)

    OdpowiedzUsuń
  19. Tak szczerze to sporo zuzyłaś :)
    Z przyjemnością zostaję u ciebie :)

    OdpowiedzUsuń