wtorek, 2 sierpnia 2016

Projekt denko, odc. 40

Co miesiąc, gdy zaglądam do mojej torby z kosmetycznymi śmieciami, nie mogę uwierzyć, że żegnam aż tyle kosmetyków. Wciąż w tle jest projekt pt. „uszczuplam zapasy”, ale z radością odkrywam, że w szufladzie z kosmetykami na później już prawie nie ma tych wszystkich ultrastaroci, które straszyły mnie przez długie miesiące krótkimi datami ważności. Początki blogowania i związanego z tym szału zakupowego do dziś odbijają mi się czkawką, ale wreszcie dochodzę do momentu, na który bardzo długo czekałam: zaczynam kosmetyków używać, zamiast je... zużywać. W lipcowej torbie zobaczycie jeszcze kilka zawieruszonych gdzieś staruszków, ale oprócz nich jest całkiem sporo smarowideł kupionych współcześnie, których zaczęłam używać od razu, zamiast bezsensownie wtrynić do szafki i czekać, aż zestarzeją się niegodnie.


Pod koniec lipca zrobiłam też kolejny przegląd kolorówki. Zaczęło się od wywalenia paru makijażowych seniorów i o nich przeczytacie już dziś. W weekend przejrzałam wszystko raz jeszcze na spokojnie (ekhem, na razie nie zaglądałam do lakierów...) i okazało się, że staruszków do terminacji jest tyle, że wystarczy na oddzielny wyrzutkowy post. Możecie spodziewać się go wkrótce. 



Estetica – Spa Sea Bath&Shower Gel, wersja Peach & Mango – to idealny kosmetyk na prezent. Wygląda ślicznie, nie kosztuje fortuny, ozdobi każdą łazienkę. Ja również dostałam mój żel w prezencie i stwierdzam, że: to świetny kosmetyk pod prysznic, ale w najgorszej możliwej oprawie. Butelka jest szklana, a więc śliska i możliwa do rozbicia. Mycie się było więc... stresujące. Sam żel miał przyjemną, nieco żelkową konsystencję i śliczny zapach brzoskwiniowego kisielu. Nie wysuszał, dobrze się pienił – same plusy. Szkoda, że przyjemność użytkowania zabijał fakt, że sięgałam po niego drżącą ze stresu ręką, bo pod naszym prysznicem butelki spadają z metrowej półki. No, przynajmniej – jak widać – na strachu się skończyło. Butelka leci do kosza cała i zdrowa. 

Korres – Bergamot Pear Showergel (miniatura) – to było jedno z większych zakupowych rozczarowań porównywalne do sytuacji, gdy w głębokich latach 90. mój tata zamówił gdzieś za granicą espresso, licząc na kawę z ekspresu, a dostał... esencję w naparstku. „Co to ma być? Kawa dla krasnoludków?!” – jęknął do nie mniej zdziwionych kobiet swojego życia. Wtedy w Polsce nie znano jeszcze americany, a w każdym szanującym się domu z boazerią i meblościanką pito kawę parzoną po turecku. Jeśli chodzi o Korresa, poczułam się podobnie. Kupiłam online butelkę żelu bergamotkowo-gruszkowego za 11 zł i spodziewałam się czegoś... no cóż, większego. Moja wina – czego można oczekiwać po pojemności 40 ml? Zapach tej wersji Korresa cofnął mnie do czasów wczesnoszkolnych. Któryś z kosmetyków domowych pachniał w ten sposób (obstawiam szampon Palmolive). Mało wyszukany aromat, ale przyjemnie było się spotkać po latach. Szkoda tylko, że te 40 ml ledwo wystarczyło nam na weekendowy wypad w góry. 

La Roche-Posay – Lipikar Syndet – łagodzący krem-żel pod prysznic – takie prezenty lubię! 100 ml tego kremo-żelu dostałam przy okazji jakichś aptecznych zakupów i przez ponad pół roku Lipikar służył mi jako wyjazdowy kosmetyk do wszystkiego. Myłam nim ciało, twarz i parę razy również okolice intymne. Chyba nawet zdarzyło się polać nim głowę i nic strasznego się nie zadziało. Sama nie kupiłabym takiego kosmetyku, bo moje żele pod prysznic koniecznie muszą pachnieć, no i fajnie, jeśli dobrze się pienią. Tutaj mamy kosmetyk wybitnie łagodny – totalnie bezzapachowy, o kremowej, gęstej konsystencji, dający raczej marną pianę. Podejrzewam, że z powodzeniem można nim podlewać siebie, swoje niemowlę i psa z atopowym zapaleniem skóry. Nie ma absolutnie nic przyjemnego w korzystaniu z Lipikar Syndet, ale jeśli ktoś ma skórę wredną i swędzącą, powinien przytulić tubę LRP z czułością i pogłaskać ją po zgrzewie. 

The Body Shop – Vineyard Peach Shower Gel – butelka o pojemności 250 ml dwóm osobom wystarczyła na dwa tygodnie, co uważam za raczej marny wynik. Żel był z tych rzadkich, zapach ani trochę mnie nie urzekł. Brzoskwinia TBS pachniała jak któraś z gum do żucia (Turbo lub Donald), więc umówmy się, że nie był to aromat, jakiego oczekiwalibyśmy po TBS. Do zapomnienia. 


YOPE – Figowe mydło w płynie – kupiłam to mydło, nie mając pojęcia, że nowa polska marka YOPE zaczyna robić szał w blogosferze. Spodobało mi się opakowanie (podobnie jak cały sklep z naturalnymi kosmetykami, który mam pod domem) i duża pojemność. Cena też nie była wielce odjechana. Mydło jest bardzo łagodne, zarówno w sprawach myjących, jak i zapachowych. Figi moim zdaniem nie pachną jakoś szczególnie, więc tu też mamy aromat bliżej nieokreślony (ale przyjemny!). Wydajność dobra, piana raczej nędzna, ale za to mydło nie wysusza rąk. Ciekawe, jak tam inne wersje. 

Carex Splash – antybakteryjne mydło w płynie – niedawno pisałam w denku o tych mydłach. Cieszę się, że istnieją. Od kiedy mam Tomasza dysponującego wybitnie fajdającymi się rączkami, takie kosmetyki są na wagę złota. Żele antybakteryjne poza domem ratują nam tyłek, ale na chacie warto używać czegoś, co skutecznie eliminuje zarazy, a jednocześnie nie wysusza. I jakie piękne, rześkie zapachy mają w ofercie! Brawo, Carex. 

Dax Cosmetics – Perfecta Mama – probiotyczny żel do higieny intymnej – nie zmieniam go od wielu lat i nie zamierzam, bo w temacie żelów okołocipkowych jestem bardzo ostrożna. Jeden fałszywy ruch i już mogę spodziewać się terapii flukonazolem. Ten jest bezzapachowy, ma fajny skład i DZIAŁA. Cena śmieszna (kilkanaście złotych), jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że jedna flaszka wystarcza na cztery miesiące. 


The Body Shop – Ginger Anti-Dandruff Shampoo – szampon dostałam w prezencie i od razu zaznaczam, że nie jest przeznaczony dla mojej głowy, bo nie mam żadnych problemów z łupieżem, za to ogromne z przeraźliwie tłustym skalpem. Imbir TBS faktycznie capi świeżym korzonkiem, jest trochę za rzadki, dobrze się pieni. Nie wiem, czy działa na łupież, ale nie pomógł mi w utrzymywaniu skalpu w przyzwoitym stanie przez co najmniej dwa pełne dni. Nie mam żalu, bo został wytypowany przez producenta do innego zadania, ale oczywiście byłoby miło, gdyby głowa nie przetłuszczała się w dobę po umyciu. Powrotu nie będzie, ale spokojnie, na pewno daleko mu do poziomu najgówniańszego szamponu w historii, czyli TBS-owego Rainforest Volume Shampoo. 

Nivea – Hydro Care – szampon nawilżający do włosów normalnych (miniatura) – ta maleńka buteleczka pochodzi z zestawu miniatur Nivea, który w ubiegłe wakacje dostałam przy zakupach w Hebe. Był zupełnie przeciętny, nie pomagał mi ogarniać smalcu na głowie. Przydał się w czasie weekendowych wypadów w góry, ale nie mam po co do niego wracać. 

Fitomed – Szampon ziołowy do włosów tłustych – kupiłam z myślą o mężu, ale w końcu zużyliśmy go na spółę, bo bardzo lubię kosmetyki Fitomedu i byłam ciekawa, czy szampon też da radę. Dał, bo skutecznie pomagał ogarnąć przetłuszczający się skalp, ale nie przebił doskonałego kolegi z Pilomaxu, który dłużej utrzymuje włosy w dobrym stanie, a do tego zostawia je idealnie sypkie i ładnie odbite od nasady. 

Pilomax Wax Angielski – Daily Wax – Szampon codzienny do przetłuszczających się włosów i skóry głowy – moja głowa przez cały okres użytkowania (a warto zaznaczyć, że wydajność jest bardzo przyzwoita), była tak szczęśliwa, że z tej radości dużo mniej się przetłuszczała, a włosy wyglądały świetnie. Pełna recenzja na blogu. Wrócę na pewno! 


The Body Shop – Camomile Sumptuous Cleansing Butter – uff, wreszcie kosmetyk TBS, który mogę pochwalić. Masło do demakijażu okazało się strzałem w dziesiątkę w mojej pielęgnacji. Zamieszkał pod prysznicem, zmywałam nim każdy, najbardziej betonowy makijaż oczu, twarz szorowałam żelem myjącym i wychodziłam z kąpieli idealnie czysta. Cera wymaga po takim zestawie tylko toniku i już można zabrać się za aplikację wieczornej pielęgnacji. Myślę, że gdybym używała masła TBS nad umywalką, tylko by mnie wkurzało. Pod prysznicem – ideał. Już jest ze mną kolejne opakowanie w nieco odświeżonej szacie graficznej. Aha: masło jest bajecznie wydajne! 

Make Up For Ever – Sens'Eyes – mleczko do usuwania wodoodpornego makijażu (miniatura) – ta mała buteleczka trafiła do mnie jako gratis od  Sephory. Przeleżała kilka miesięcy w szufladzie, bo raczej nie używam mleczek/emulsji do zmywania oczu, ale postanowiłam zabrać ją ze sobą w góry. To był duuuży błąd – produkt powodował okrutne szczypanie i zaczerwienienie oczu, co oznaczało natychmiastową dyskwalifikację i przymusowe zakupy. W związku z powyższym użyłam go tylko dwa razy i 3/4 miniatury leci do kosza. 

Nivea – Stress Protect – antyperspirant – od bardzo, bardzo dawna używam kulki Nivea Dry Comfort Plus (Esy, M. – jeszcze raz dzięki za polecenie!), która jest moim ideałem: pięknie pachnie i nigdy nie zawodzi. Nie wiem, co mnie skusiło do zakupu wersji Stress Protect, może potrzeba zmiany? No cóż, najwyraźniej niektórych kosmetyków zmieniać nie warto. Ta wersja bardzo źle pachnie – już po pierwszej aplikacji miałam wrażenie, że smaruję moją świeżo umytą pachę wyciągiem z czyjejś pachy przepoconej. Zapach kojarzył mi się z nieświeżością i to wrażenie nie opuszczało mnie przez 2/3 butelki. Poza tym okazało się, że i skuteczność jest marna, więc próbowałam używać tego czegoś wieczorem. Ostatecznie się poddaję i po wielu miesiącach prób zużycia Stress Protect z prawdziwą ulgą oddaję to paskudztwo do utylizacji. 

Sylveco – Odżywcza pomadka peelingująca – bardzo fajny kosmetyk dla leniuchów. Faktycznie pomaga wygładzać usta, chociaż wygoda ma swoją cenę: sztyft szybko jełczeje, a ja nie jestem w stanie zużyć całości w wyznaczone 3 miesiące. Tak czy inaczej będę wracać, bo przydatności nie można mu odmówić.

Bath & Body Works – żel antybakteryjny Pocket Bac w wersji Ocean For Men – nagadałam już tyle złych rzeczy na temat nowych Pocket Baców, że postanowiłam w końcu napisać coś miłego. Ocean For Men cudnie pachnie facetem, jest to zapach mocny i trwały. Z przyjemnością dezynfekowałam zarówno swoje, jak i Tomaszowe ręce. Na pewno wrócę, mimo że obecne ceny są totalnym zdzierstwem. 


Batiste – Dry Shampoo, wersja Eden – dla mnie za mocno i za długo pachnie, ale nie można odmówić temu zapachowi uroku. Działanie jak zwykle super.

Apis Professional – Grejpfrutowa sól do rąk z mocznikiem – nie wiem, co mam Wam powiedzieć na temat tej soli, bo nie załapałam jej geniuszu. Moczenie dłoni w soli ogólnie słabo do mnie przemawia. Co miałoby się stać po wytaplaniu rąk w takim roztworze solno-mocznikowym? Robiłam sobie od czasu do czasu spa dla dłoni, które obejmowało sól (zapach okej, ale grejpfrut chyba trudno spieprzyć), peeling, a potem maskę nawilżającą, ale strasznie dużo z tym zachodu, korzyści niewiele, więc postanowiłam w przyszłości trzymać się zwykłego kremu do rąk – byle regularnie. 

Isana – mydło do rąk Mango & Pomarańcza (zapas) – jeden z moich zapachowych ulubieńców, w dodatku tani i wydajny. Same zwycięstwa. 


Balea – Bodycreme Cocos – nie wiem, czy ta wersja jeszcze jest dostępna, ale jeśli nie, to nie szkodzi. Właściwości pielęgnacyjne jak zwykle bez zarzutu, zapach też w porządku (taki przyjemny, w miarę łagodny kokosek), ale nie odnalazłam w tym słoiku niczego szałowego, więc po prostu będę go sobie miło wspominać. 

La Roche-Posay – Hydraphase UV Intense Legere – wow, pisałam o nim w listopadzie 2015, a już wtedy był w użyciu od wielu tygodni. Niedawno znalazłam go w wyjazdowej kosmetyczce, posmarowałam się i... wciąż był w takim samym stanie skupienia, zapachu i wszystkiego. Miło, że taki on trwały, a teraz zastanówmy się, które chemikalia w INCI za to odpowiadają :D. No dobrze, niech będzie, że to zasługa higienicznego opakowania z dozownikiem. Krem jest lekki i tłusty zarazem, moja mieszana w kierunku tłustej cera niespecjalnie go polubiła, nie podobał mi się też zapach. Właściwości ma dobre, bo naprawdę potrafi nawilżać, ale nie dla mnie on. Może sucharki reflektują? Aha, żeby nie było: wywalam niewykończony. Nie chcę zgadywać, jak bardzo jest nieważny.

Vichy – Ideal Soleil SPF 50 – w ostatnich dwóch letnich sezonach filtr Vichy był Tym Jedynym, ale w AD 2016 pozwoliłam sobie na eksperymenty. Nie mam mu nic do zarzucenia, jest świetny, skuteczny i nie wzmaga świecenia, ale z ciekawości szukam czegoś odrobinę lżejszego. Myślę, że z Ideal Soleil (niegdyś: Capital Soleil) jeszcze nieraz się spotkam. 

Nuxe – Huile Prodigieuse – suchy olejek do ciała, twarzy i włosów – o, a z tym kolegą to chyba nigdy się nie rozstanę (to już kolejna butla, a następna czeka). Uwielbiam jego zapach i to w sumie tyle, bo właściwości suchych olejków są jednak nieco oddalone od moich pielęgnacyjnych ideałów, Nuxe i tak jest z tych lepszych, z pewnością potrafi walczyć z przesuszeniem. Na rozgrzanej słońcem skórze jest niezwykle elegancki i nastrojowy (ha, zgadnijcie, na co nastraja!), zimą cudownie otula. Szybko się wchłania, jak na dobry suchy olejek przystało, tylko nie najlepiej u niego z wydajnością. Nie próbowałam na twarzy, a do olejowania włosów nie mam serca, więc zdarzyło się ze dwa razy (niestety, nie pamiętam rezultatów). 


Na koniec w wielkim skrócie o wyrzutkach kolorówkowych. Nadszedł czas na pozbycie się paru produktów do ust, w tym brązowej, utkanej brokatem i zjełczałej pomadki Joko (mimo wszystko miło ją wspominam – jesienią uwielbiam takie brązy). Podobny kolor i wykończenie miała szminka ArtDeco z serii Glam Stars Lipstick, której użyłam tylko kilka razy i też niestety straciła świeżość. Na załączonej pamiątkowej fotografii widzicie jeszcze: klejący błyszczyk Essence Stay With Me, którego nigdy nie miałam ochoty aplikować, aż w końcu zaczął się rozwarstwiać, więc z czystym sumieniem wywalam; dwa błyszczyki MySecret – oba wciąż w dobrej formie, ale policzyłam na palcach lata wspólnego pożycia i skierowałam je natychmiast do uroczystego pochówku; błyszczyk Laury Mercier w odcieniu Cherub – śliczny, mało klejący, pisałam o nim tu: klik; pozbywam się też próbki jakiejś niezbyt twarzowej szminki Hean – brawa za takie fajne, sensownej wielkości testery. 

W tym odcinku żegnam dwa ulubione lakiery do paznokci: zużyty nudziak z Yves Rocher (jeden z niewielu, który pasuje do trudnego odcienia moich dłoni) i czterolatka szaraka Moroccan Mud z kolekcji Joko Find Your Color – wyjątkowo udanej serii trwałych, dobrze kryjących i szybko schnących lakierów. 

Tusze do rzęs wysyłam w ostatnią drogę, bo Essence Multi Action jest już tak stary, że nikt nie widział go w szafach Essence od kilku sezonów (a wciąż dobrze działa!). Lumene Blueberry Volume Mascara otworzyłam niedawno i od początku był do wywalenia. Przeleżał w cholernych zapasach wiele miesięcy i zasechł (był zafoliowany, więc ciekawa jestem, w którym roku go wyprodukowano – przecież nie jest powiedziane, że kupiłam świeżynkę). 

Na koniec żegnam dwa dobre produkty, chociaż jeden z nich nie wywołał u mnie specjalnych zachwytów. Puder bambusowy z Biochemii Urody swego czasu był soczyście chwalony na blogach, ale nie zapałałam do niego głębokim uczuciem, bo doprowadzało mnie do szału skrzypiące, łamiące się opakowanie, występujące w duecie z okrutnie pylącym, białym proszkiem. Dużo lepiej się u mnie sprawdziły pudry ryżowe, więc do bambusa BU nie będę już robić kolejnych podejść. Najbardziej mi żal czarnej kredki do oczu Max Factor Liquid Effect Pencil, która nie tylko jest idealnie miękka i idealnie czarna, ale też ma idealną gąbeczkę do rozcierania, z czego chętnie korzystam za każdym razem, kiedy mam ochotę zrobić makijaż z mocniej zaznaczoną dolną linią rzęs w wersji smokey. Uff, wciąż widnieje na stronie Max Factor. Mam nadzieję, że spotkam ją również na żywo. 


Na koniec dwie próbki bardzo istotnych dla mnie produktów: filtra pięćdziesiątki i kremu pod oczy z serii Rosa Arctica Eye. Ofertę Kiehl's wciąż mało znam, ale widzę, że czas na bliższy kontakt, bo oba kosmetyki zapowiadają się świetnie.

W ten sposób gładko dobrnęliśmy do końca. Bardzo jestem ciekawa, czy Wasze torby ze śmieciami w tym miesiącu są równie okazałe. Kto się już wyspowiadał z denkowania, śmiało może linkować w komentarzu. Chętnie poczytam!

42 komentarze:

  1. brawo! ja też doszłam do etapu, w którym kosmetyki używam, a nie zużwam zapasy :) fajne uczucie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda! mam nadzieję, że już nigdy nie doprowadzę do takiego bałaganu z toną kosmetyków w szufladach :)

      Usuń
  2. Też wolę używać niż zużywać. Ostatnio uzbierało mi się trochę do włosów, ale uszczęśliwiłam sąsiadki, tym bardziej że nie mogłam znieść zapachu :) Same perełki tu widzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się nauczyłam wywalać to, co się nie sprawdza. To duży postęp :D

      Usuń
  3. będę musiała kiedś kupic ten szampon Pilomax :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez go uwielbiam szkoda tylko ze nie wszędzie można go dostać

      Usuń
    2. to fakt, z dostępnością nie najlepiej, ale widuję coraz częściej markę Pilomax w aptekach sprzedających dermokosmetyki na szerszą skalę, więc myślę, że potencjalny regularny dostawca jest do odnalezienia :)

      Usuń
  4. Dużo kolorówki i z denka chętnie spróbowałabym kilku produktów :) szklanej butli bym nie wyrzucała taka ładna :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ładna, ale staram się ograniczać rzeczy niepotrzebne :)

      Usuń
  5. jaka urocza kawowa anegdota :) ach ci tatowie <3

    kocham filtr Vichy i mile wspominam maskarę Essence :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo żałuję że Essence dawno wycofało maskary z tej serii – nowych już mi się nie chce testować, skoro i tak mają potem zniknąć :(

      Usuń
  6. Z tego całego denka miałam jedynie balea kokos:) ale bez szału. Jak sie dokładnie nazywa wasza osłonka balkonowa ? I gdzie ja kupiliście bo ja swoją kupiłam na Allegro i wyglada jakby przeszła wylinkę. A tak w ogóle to tisane wypuściło peeling do ust :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, jak się nazywa osłonka, bo to teściowa aranżowała nasz balkon i dostarczyła wszystkie komponenty, ale wiem, że została zakupiona w Castoramie w dziale ogrodniczym. To było dwa lata temu, ale możliwe, że wciąż można ją tam dostać.

      Usuń
  7. Świetne denko! :-) Znam jedynie pomadkę pilingującą Sylveco - super sprawa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę mnie tylko denerwuje, że pomadka robi się potem taka rozpaćkana, ale i tak lepsze rozpaćkane Sylveco od samodzielnego kręcenia – komu by się chciało regularnie uskuteczniać DIY ;)

      Usuń
  8. Też nieźle Ci poszło w lipcu :-)
    Krem z Kiehls'a pod oczy też miała próbkę i bardzo mi się podobał :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo jestem ciekawa, jak Kiehl's wypadnie w porównaniu z wersją awokado. To jednak dwa zupełnie różne kremy.

      Usuń
  9. Yope jest super, wykończyłam goździkowe (seria kuchenna, ale używałam do ciała), teraz mam figę i faktycznie jest różnica w stanie skóry po myciu. No i kocham ich balsam do rąk (yyy bergamotka?) w ogromnej butli, która starczy mi chyba na sześć lat ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiedziałam, że Yope ma serię kuchenną :-O. Taką butlę kremu do rąk miałam z Balei. Nie udało mi się zużyć całości, niestety :)

      Usuń
  10. spore denko :) kiedyś używałam tego tuszu z Essence i pamiętam, że był świetny ! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielka szkoda, że już do nas nie powróci!

      Usuń
  11. Nie ma to jak porządki w kosmetycznych zbiorach - całe szczęście mam to już za sobą :D Dzisiejsze denko będzie już bardziej na "czysto" z nikłą ilością wyrzutków po terminie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porządki w zbiorach = prawdziwe katharsis :D

      Usuń
  12. Mi standardowo nie chce się opisywać denka, więc sobie dojrzewam... dopóki znowu nie zaczną się wysypywać ;) Gratuluję zużycia tylu kosmetyków oraz uszczuplenia zapasów. Zabawne, bo z całej tej gromady miałam tylko olejek Nuxe i również bardzo miło go wspominam ze względu na zapach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to akurat szkoda, że Ci się nie chce, bo bardzo mnie interesują Twoje zużycia i szybkie opinie :)

      Usuń
  13. W czasie czytania zaznaczałam sobie "w głowie" o czym chciałabym napisać w komentarzu,a teraz zapomniałam :D
    U mnie z Pilomaxu bardzo dobrze sprawdzała się odżywka w sprayu, nawet moja mama była zadowolona i pytała się, gdzie takie cudo można kupić. :D
    Początkowo ten cudak do mycia twarzy z TBS mnie nie przekonywał, ale teraz nabrałam ochoty do zakupienia go .:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja droga, ja do komentatorskich praktyk używam notepada! Dzięki temu nic mi nie umyka :D

      A cudaka z TBS warto wypróbować, ale polecam go właśnie tylko w takim podprysznicowym scenariuszu. Zniszczy cały makijaż oczu bez niepotrzebnego pocierania i naciągania delikatnej skóry wokół oczu.

      Usuń
  14. Cały miesiąc kibicuję Ci w zużywaniu i używaniu, ponieważ nie mogę doczekać się Twojego kolejnego denka - uwielbiam Cię czytać :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. Fantastycznie opisane denko. Pięknie piszesz. Ze swadą:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne opisywanie śmieci – ciekawe, czy to umiejętność, którą należałoby się szczycić, czy jednak powinnam rozwijać się w innych dziedzinach sztuki ;). Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa, sisi!

      Usuń
  16. Ależ pokaźne denko :) Mnie kokosowy krem Balea też nie powalił na kolana. Był ok, ale są lepsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego nie będziemy sobie nim już zawracać głowy, prawda? :)

      Usuń
  17. Yope....moja wielka trauma i rozczarowanie. Niestety :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielka szkoda, ale wiesz, ja też nie chcę przesadzać z zachwytami. Lubię pięknie pachnące kosmetyki, szczególnie tego typu, więc umówmy się, że delikatny zapach Yope nie jest czymś obezwładniająco czarującym :).

      Usuń
    2. Mój wariant to także Figa i podsumować mogę krótko, figa z makiem LOL
      Niemniej jednak, by nie być zbyt czepliwą zamówiłam sobie jeszcze dwa produkty (aczkolwiek nie liczę na zmianę zdania) i obsmaruję firmę. Ogólnie czuję się mocno zawiedziona przede wszystkim sztucznym "hajpem" w social media i nie tylko.

      Usuń
  18. Próbowałam znaleźć coś lepszego niż matujący Vichy, ale zawsze wracałam do niego z podkulonym ogonem. Za to wersja do ciała jest koszmarna, nie dość, że działa gorzej niż Lirene, to jeszcze ma alkohol wysoko w składzie. Wysusza, a nałożenie go na przypalony przedziałek było czystą torturą.
    Wpisuję żel do higieny intymnej na listę zakupów - każde obniżenie odporności i/lub zbyt mocny żel to dla mnie murowany nawrót infekcji, więc dobry żel jest na wagę złota :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wolę mieć Vichy w zasięgu, ale w tym roku na razie nie poleciałam po niego do sklepu. Wygląda na to, że pięćdziesiątka MAC-a jest całkiem spoko :D

      Usuń
  19. Uwielbiam zapach olejku z Nuxe (miałam jakiś czas temu próbkę). Po zaaplikowaniu go, nie miałam potrzeby, by dodatkowo użyć perfum:). Tak się rozpanoszył na skórze;).
    Poza tym świetnie się sprawdził w olejowaniu włosów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o tak, ten zapach jest cudowny! mój ulubiony spośród wszystkich suchych olejków (idzie łeb w łeb z Caudalie Divine Oil, ale jednak Nuxe u mnie zapachem wygrywa)

      Usuń