czwartek, 14 lipca 2016

Pierwsze spotkanie z Origins – Starting Over – odmładzający krem pod oczy z mimozą /recenzja/

Piszę do Was z Zakopanego, choć niestety – wszystko, co dobre, kończy się migusiem i już niedługo przywita mnie ursynowskie blokowisko oraz balkon udający kurort. Cóż, cieszmy się chwilą (i balkonem w sumie też). Korzystając z deszczowego dnia, postanowiłam dać odpocząć mięśniom i przysiąść nad recenzją kremu pod oczy Origins, którego używam od kilku tygodni i który zabrałam ze sobą na mój tatrzański wyjazd. 


Odmładzający krem pod oczy Starting Over kupiłam w Sephorze przy okazji jednej z wielu akcji rabatowych, dlatego bez wielkiego wysiłku udało mi się urwać 20% ze 169 złotych. Nie wiem, ile ten krem kosztuje w salonie Origins, ale jeśli wyszłam na moim interesie jak Zabłocki na mydle, to bardzo Was proszę, nie informujcie mnie o tym. Szczęśliwi ci, którzy nie wiedzą i głupio się radują, choć świat wie, że nie ma się czym podniecać.   



Tytuł tego wpisu właściwie podpowiada Wam, że to pierwszy kosmetyk Origins, z jakim przyszło mi się zmierzyć. Może dlatego zdziwiła mnie niekończąca się lista składników, z których ukręcono ten mimozowy specjał. Gdzieś z tyłu głowy tliła się wizja krótkiego, lekko chemicznego INCI z solidną porcją drogocennych olejów i ekstraktów, nie przekreśliłam jednak Starting Over, bo fakty są takie, że nieraz zachwycił mnie kosmetyk, którego INCI miało objętość nowelki Prusa. Po prostu te drzewa w logo mnie zmyliły, a prawda jest taka, że Originsowi bliżej do Kiehl'sa niż do Phenome. Nie zmienia to faktu, że wysoko na liście składników, oprócz tytułowej mimozy, widnieją tacy mocni zawodnicy, jak: olej z pestek moreli, oliwa z oliwek, ekstrakt z kadzidłowca, kurkuma czy ekstrakt z nasion kopru włoskiego, który zazwyczaj pomaga ludziom się wypierdzieć, ale tutaj ma pomóc w walce z nierównościami na powiekach. Przyroda bywa zaskakująca, prawda? Jeśli wczytacie się w skład, odkryjecie jeszcze wiele innych modnych lub nieznanych wyciągów roślinno-warzywnych, co w sumie powinno dać pięknie działającą miksturę. Powinno. 

Obietnica age-erasingu, czyli odjęcia mojej skórze pod oczami co najmniej kilku lat, wydała mi się bardzo kusząca, tym bardziej że coraz więcej zdjęć robionych w niekorzystnym świetle uświadamia mi, że tereny pod-oczne mają się gorzej, niż mi się wydaje, gdy uskuteczniam rytualne, poranne tapetowanie. Worki i coraz wyraźniejsze zmarszczki od krzywienia się na przesadnie słoneczne słońce to sygnał, że skóra pod oczami jest daleka od bycia wypoczętą, a lata świetności ma już za sobą. Uwierzyłam mocno w to originsowe „zaczynanie od nowa”, a pierwsze dni z moim kremem wspominam jako bardzo obiecujące.


Konsystencja jest maślano-idealna, zapach słabo wyczuwalny, a wchłanianie nadzwyczaj prędkie. Skóra wypija wszystko, co dostaje, a człowiek cieszy się, że teraz już dobrze, już w porządku, głask głask, skóro. Świetne jest też to, że w kilka chwil po aplikacji kremu można swobodnie zarządzać korektorem pod oczy i absolutnie nic się nie zroluje tudzież w inny sposób skaszani – jest i-de-al-nie. W moim przypadku zaraz po aplikacji występuje delikatne uczucie rozgrzania, ale szybko mija, więc ani to podrażnienie, ani coś, nad czym warto się dłużej zastanawiać. Po pierwszych zachwytach nie pozostaje nic innego, jak tylko wklepywać regularnie krem i czekać na to starting over. Czekam i czekam. I czekam. I co? No nic właśnie.

Skóra po kremie Starting Over jest nawilżona, makijaż wygląda świetnie, ale poza tym brak jakichkolwiek oznak poprawy. Wory jak były, tak są, zmarszczki mają się dobrze, nie widzę rozświetlenia, świeżości, poprawy jędrności, a zmieniło się tylko to, że coraz trudniej jest mi wydobywać krem z niezbyt wygodnego, choć estetycznego wizualnie słoiczka. Zastanawiałam się przez chwilę, czy skóra nie jest bardziej napięta, ale nie – to było tylko wysuszenie po tym, jak zapomniałam się któregoś dnia posmarować. Starting Over jest w obiegu dwa razy dziennie. Wieczorem nakładam go sporo, dlatego przez kilka tygodni zużyłam już ponad pół opakowania (wydajność należy jednak zaliczyć do wysokich). Rano skóra jest przyjemnie nawilżona, ale więcej dobrego zrobił krem Kiehl's z awokado używany w ten sam sposób, poza tym Starting Over ma przecież nie tylko nawilżać, prawda?

Miałam nadzieję na wielkie lub przynajmniej średnie łał, a wyszło... zbyt przeciętnie. To nie jest zły krem, a skóra młodsza i mniej pogryziona zębem czasu od mojej ma prawo się zachwycić, bo jeśli potraktujemy Starting Over jako lekki krem pod oczy na dzień i pod makijaż, trudno będzie się tu do czegoś przyczepić. Nie wiem tylko, czy jest sens takiej młodej, pięknej skórze fundować tak drogi krem, skoro te pięć razy tańsze wykonują w sumie podobną pracę. Normalnie nie mam w zwyczaju wierzyć producentom, którzy oferują działanie przeciwzmarszczkowe na już istniejące zmarszczki, ale tutaj muszę się najeżyć, bo krem został nazwany odmładzającym, a nie odmładza nawet metodą zalepienia zmarszczek silikonami i rozświetleniem za pomocą brokatu. No szkoda bardzo.

Pojemność: 15 ml
Cena: 169 zł (w Sephorze), 41$ na stronie origins.com
Ocena: 3/6
Dostępność: Sephora, salony Origins

18 komentarzy:

  1. tej wersji kremu nie znam, ale bardzo polubiam GinZing :) ale jedynie na dzien, bo to krem rozswietlajacy i na noc dla mnie niestety za slaby

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też ostrzyłam zęby na GinZing, szczególnie że zauroczył mnie zapachem. Ale teraz... no, poczekam :D

      Usuń
  2. Szkoda, że tak słabiutko wypadł. Wiesz po wielu testach wolę dołożyć i kupić sprawdzony krem z Shiseido niż marnować kasę na coś pośredniego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Shiseido kupiłam kiedyś mamie, wygląda super - konsystencja masełkowa, taka jak lubię najbardziej. Mówię o Benefiance, czy jak jej tam :)

      Usuń
  3. Nie znam tego kremu, ale znam GinZing i mam podobne odczucia do Twoich :/ Nic szczególnego, a wydajność jest tutaj minusem bo to krem (teoretycznie) tylko na dzień, posiada rozświetlające drobiny, zamiast obiecanego porannego ożywienia jest mrowienie i właściwie tylko nawilżenie - ale nie jakieś spektakularne :/
    No nic - trzeba sobie zatem odpuścić kremy pod oczy Origins ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydajność w sensie, że powinno się go zużyć w pół roku - ja chyba nie dam rady :/ Bo i sięgać po niego nie bardzo lubię. Otworzyłam nawilżający Phenome - wg mnie lepszy :)

      Usuń
    2. Ja jeszcze nic z Phenome nie dotykałam, ale czas się zmierzyć z ich ofertą. Dość błądzenia po perfumeriach!

      Usuń
  4. Nie znam ani tej marki, ani tego kremu. Cena jak dla mnie zaporowa biorąc pod uwagę słabe działanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Któż mógł to wiedzieć, że działanie będzie marne... Gdybym wiedziała, tobym kupiła Jaśmin Ziai z 10 złotych :D

      Usuń
  5. dzięki za ostrzeżenie. nie dla mnie taki produkt :)

    heh, wczoraj wieczorem posiedziałam dłużej niz zwykle i w drodze do łóżka mijając lustro prawie nie rozpoznałam tego zombiaka! zmary i wory pod oczami były monstrualne :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie, my to tam sobie olejki i masełka powinnyśmy wklepywać, prawda? :D

      Usuń
    2. Heh, zeby to wystarczalo...

      Usuń
  6. Przepraszam, ale muszę to napisać... Lubię czytać recenzje zdecydowanie za drogich kosmetyków, które okazują się być bez szału. Portfel nie panikuje, a używając kolejnych testowanych mazideł za kilkadziesiąt zł (zwykle bliżej 30 niż 90) nie mam w tyle głowy myśli, że gdzieś tam czeka cud za 160 zł ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, polecam się na przyszłość. Chętnie wypróbuję jeszcze kilka cienizn, żeby kochane Czytelniczki mogły uniknąć wtopy! :D

      Usuń
  7. Kocham kiedy telefon mi skasuje komentarz grr. Mój fridge pod oczy zaraz wyzionie ducha wielka szkoda. Ostatnio oglądałam caroline hirons i ona w deblu pokazywała kilka kremów pod oczy chyba z 60 ml łącznie wiec musze chyba bardziej sie przyłożyć do tej czynności

    OdpowiedzUsuń
  8. Czyli ten krem to taka... mimoza?
    (HE HE HE.)

    OdpowiedzUsuń