sobota, 4 czerwca 2016

Projekt denko, odc. 38

To już czerwiec? To naprawdę on? Hurra dla czerwca! Panuj nam, czerwcu, i z łaski swojej bądź umiarkowanie ciepły, maksymalnie leniwy i doprowadź nas szczęśliwie do lata. Przesyłam ci buziaczki.

Tymczasem zajrzyjmy dziś sobie do mojej ufaflonionej torby z pustymi-i-nie opakowaniami, które winny dawno smażyć się na wysypisku, ale postanowiłam przedtem zrobić im sesję zdjęciową (ach, te głupiutkie blogereczki i ich nietęgie pomysły). W pomajowej torbie niespodziewanie znalazła się mocna reprezentacja DM-owej Balei. Kto by pomyślał, że jeszcze tyle jej zostało w moich przepastnych zbiorach?


Balea – Dusche & Creme – Vanille & Cocos – zgodnie z zupełnie przypadkową tradycją denkową zaczynam tę niekończącą się opowieść od produktów do mycia cielska. Waniliowo-kokosowy żel pod prysznic był doskonały – kremowa formuła wykluczała nieprzyjemne uczucie wysuszenia i ściągnięcia, wydajność była bardzo przyzwoita, a delikatnie słodki aromat waniliowo-kokosowego deseru dopieszczał należycie. Jeśli już po coś wracać do DM-u, to na pewno po ten żel! 

Planeta Organica – Organic Oblepikha Shower Gel – rokitnikowy kolega ze Wschodu też zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Duże opakowanie z pompką to doskonałe rozwiązanie pod prysznicem, a przyjemny, lekki i świeży zapach w połączeniu z niezbyt obfitą, ale sensowną pianą, okazał się strzałem w dziesiątkę. Szkoda, że żel nie doczekał lata i upałów, bo na pewno dobrze by współgrał z chłodnym prysznicem, ale na pewno jeszcze się spotkamy, szczególnie że ma dobrą cenę i jest bardzo wydajny.

Balea – Creme Seife – Milch & Honig – kolejne opakowanie uzupełniające mojego ulubionego mydła w płynie. Mleko z miodem w wydaniu Balei nie męczy miodową nutą, jest idealnie wyważoną kompozycją, która uprzyjemnia tę mało pasjonującą czynność higieniczną (hym, to znaczy mało pasjonującą dla mnie – Tomasz uwielbia taplać się w wodzie, więc mycie rąk potrafi przeciągać się w nieskończoność, a jego napompowane z radości i satysfakcji pyzy mówią same za siebie). 


Balea, Balea i jeszcze więcej Balei. O peelingu myjącym z limitowanej edycji jabłkowo-cynamonowej nie ma sensu się rozpisywać, bo nie dość że już niedostępny, to jeszcze koszmarny. Zapach to jakaś pomyłka, a drobinek jak na lekarstwo. Wywalam prawie całe opakowanie, bo na szczęście kończy mu się termin ważności i już nie musi stać na podprysznicowej półce, udając, że może jeszcze się do czegoś przyda. Nie przydasz się, jesteś nędzny! Papa, niedopieczona szarlotko. 

Żel myjący do twarzy z ekstraktami z lotosu i bambusa to już nieco inna para kaloszy. Pochodzi ze stałej oferty marki Balea, a producent przeznaczył go dla wrażliwych cer normalnych i mieszanych. Chętnie używałam tego żelu, chociaż posiadał jedną nieprzyjemną cechę zaprzeczającą idei służenia wrażliwcom: od czasu do czasu wywoływał pieczenie skóry w trakcie mycia (szczególnie w duecie z myjącym dyskiem Sephory), co było nieprzyjemne, ale na szczęście niegroźne, bo pieczenie przechodziło natychmiast po spłukaniu kosmetyku. Z uwagi na wspomniane efekty specjalne nie planuję powrotu, bo znam dobre żele myjące, które nie robią takich numerów, więc po co się męczyć? Aha, całkiem dobrze spisywał się w roli detergentu do mycia pędzli – w taki właśnie sposób spokojnie dobił dna.


Nie żebym zużyła w ciągu miesiąca pięć opakowań kremów i balsamów do ciała. Gdyby tak było, musiałabym je chyba zjadać. W maju zabrałam się za wykańczanie tego, co pootwierane, i wywalanie tego, co marne. Tak oto udało się pozbyć kilku niewygodnych towarzyszy codziennych rytuałów.

Balea – Bodybutter Kakao – masło do ciała dla sucharów, zbita konsystencja, tłustawy film na skórze, ale działanie bardzo dobre. Zapach mógłby być ładniejszy, bo ten ma w sobie coś cierpkiego, jakąś fałszywą nutę, ale ogólnie na plus. Nie będę do niego wracać, bo znam lepsze. 

The Body Shop – Body Butter w wersji Moringa (mini) – bardzo lubię rozmaite warianty zapachowe kosmetyków TBS, ale ta przyprawiała o ból głowy. To ładny, ale ekstremalnie intensywny kwiatowy aromat, trudny do zniesienia nawet dla mnie – tej, która uwielbia mocne zapachy w kremach i balsamach do ciała. Działanie poprawne, ale – jak to w przypadku maseł TBS często bywa – wielkiego szału w temacie nawilżenia nie było, dlatego zupełnie odradzam inwestowanie w ten wariant. 

Lirene – Stop Cellulit 5 – Aktywny balsam antycellulitowy – tego balsamu w ofercie Lirene już nie ma i to akurat dobrze, bo miał w sobie dużo parafiny (co musiało poważnie ograniczać przepuszczalność składników aktywnych), a do tego opakowanie było koszmarne. Butelka z bardzo sztywnego plastiku, z której od początku ciężko było wydusić gęsty balsam (który – btw – nazwałabym prędzej kremem lub masłem niż balsamem, no ale), odbierała chęć do smarowania się czymkolwiek. Z powodu ogólnej niechęci usuwam z mojego życia 2/3 zawartości.

Organique – Shea Butter Body Balm w wersji Magnolia – cudowny zapach, bardzo dobra odżywka dla skóry, ale ci, którzy nie znoszą tłustych kosmetyków pielęgnacyjnych (w dodatku takich z grudkami), wykończyliby się przy tym maśle. To tłuścioch przeraźliwy. Kiedyś sama nie wyobrażałam sobie, że mogłabym się smarować czymś takim, ale uzależniający zapach i dobre działanie skutecznie zachęcały mnie do kolejnych aplikacji. Niewielki słoik okazał się podejrzanie wydajny, ale cieszę się, że przekonałam samą siebie do tego typu pielęgnacji, bo Organique ma przecież tyyyyyle cudownych wersji zapachowych (i wciąż wypuszczane są pięknie pachnące limitki!).  

Clarena – Caviar Slim Balm (miniatura) – balsam wyszczuplający z kropelką kawioru – no cóż, ta spora miniatura nie zrobiła na mnie wrażenia. Kosmetyki polskiej Clareny pachną jakoś staroświecko i obciachowo (czyli babcinym pudrem), nie oferując w zamian nadzwyczajnych właściwości (a przynajmniej ja nie trafiłam na ich dobry produkt, choć przyznaję uczciwie – nie zgłębiałam tematu pielęgnacji twarzy). Pełen wymiar wyszczuplającego balsamu, czyli 200 ml, kosztuje 55 złotych, ale nie wygląda, jakby miał ocalić ludzkość przed cellulitem i nadmiarem tkanki tłuszczowej, a nawet gdyby to umiał, nie chce mi się tego sprawdzać. 


Batiste – suchy szampon w wersji Cherry – wróciłam, szanuję, a wersja Cherry pachnie na tyle nieinwazyjnie, że zyskała moją szczególną sympatię. Co ciekawe, do suchych szamponów przekonała się również wybitnie przetłuszczająca łepetyna mojego małżonka. Kolejny kosmetyczny postęp na natolińskich włościach!

Nivea – Dry Comfort Plus – pięknie pachnąca i niezawodna kulka, której nie mam ochoty zmieniać na nic innego, bo cena, wydajność i działanie całkowicie mnie satysfakcjonują. Jedyne, co jeszcze mogłoby mnie zainteresować, to słynna zielona kulka Vichy. Zakładam, że działa podobnie, więc nawet kupiona w promocji za 25 zł w Super-Pharmie nie będzie miała większego sensu, ale jak znam siebie, kiedyś w końcu ją capnę. Może zapach będzie miłą odmianą od niveowej – było nie było –nudy? 

Alpa – Luna – Vlasova Voda Bylinna – wcierka z czeskiego DM-u, po której włosy rosną w sposób nieco zwariowany, ale wysoka zawartość alkoholu uniemożliwia swobodną radość z tego faktu. Więcej w recenzji, a ja tylko dorzucę niusa: gdy próbowałam wylać przestarzałą resztkę do zlewu (nie żebym cheatowała z denkiem, po prostu opakowanie nie ma zamknięcia) i lekko nacisnęłam butelkę, ta pękła w kilku miejscach. Plastik okazał się cienki i sztywny – zupełnie, jakby przeleżał z pięćdziesiąt lat w słońcu na skraju sosnowego lasu. Także gdyby ktoś miał ochotę się zaopatrzyć w tę taniutką i – mimo wszystko – skuteczną wcierkę, warto pamiętać o delikatnym obchodzeniu się z opakowaniem.


John Masters Organics – Bearberry Skin Balancing Face Serum – zdjęcia są, kopia robocza czeka, ale nie ma jej kto wypełnić treścią, bo moja głowa jeszcze nie wymyśliła, co Wam powiedzieć na temat tego serum. Sprawa nie jest prosta, ale miejmy nadzieję, że rozwiązanie nadejdzie niebawem. Na pewno jest w nim COŚ. 

Caudalie – Polyphenol C15 – krem pod oczy i na kontur ust – o, a w tym, dla odmiany, nie ma NIC. Nie szczególnego, zachwycającego, czy nawet dobrego. Przeciętny do bólu i zdecydowanie za drogi na tę swoją bolesną przeciętność. Wielka szkoda, bo to przecież Caudalie!

Bioderma – Sébium Mat – krem nawilżająco-matujący – oj nie, to nie zasługuje nawet na pół ocha i ćwierć acha. Kiedyś wydawało mi się, że to dobry krem matujący, ale gdy wróciłam do niego po przerwie, okazało się, że działanie matujące jest o wiele za krótkie jak na poświęcenie w postaci braku nawilżenia (no właśnie, bo to guzik prawda, że nawilża). Z tej firmy i tej serii do matowania polecam Pore Refiner

Yves Rocher – Omega 3-6-9 – balsam do twarzy intensywnie rekonstruujący na dzień i na noc – nie ma sensu się rozwodzić na jego temat, bo w przyrodzie już nie występuje. Otworzyłam go niedawno, bo zalegał w zapasach i zostało mu około pół roku do się_zepsucia, ale po tygodniu wywaliłam do denkowej torby, bo zaczął mnie zapychać. 

Jeśli chodzi o próbki, to hydrolipidowa, dyniowa maseczka do twarzy z Organique wykonała całkiem niezłą pracę w temacie nawilżająco-odżywiającym, ale na razie nie planuję zakupu, bo obecnie bliżej mi do lekkich, wodnistych formuł. Takim lekkim czymś była nowość Lancome, ale zupełnie nie przypadła mi do gustu po jednorazowym spotkaniu, więc nie zamierzam zgłębiać tematu. 


Sephora – Instant Nail Polish Remover For Glitter – o mojej miłości do zmywaczy gąbkowych Sephory napisałam już wiele pochwalnych peanów. Zdanie podtrzymuję, a kolejna butelka została już wzięta w obroty. Płyn wlany do butelki z gąbką jest piekielnie skuteczny, a jeśli trafi się wyjątkowo upierdliwy lakier, rozprawia się z nim dodatkowa szorstka gąbka (którą w razie większych ubrudzeń można wyjąć, umyć i włożyć z powrotem). Jedyny minus – jak to przy gąbkowych zmywaczach bywa – jest taki, że gdy używacie dużo ciemnych odcieni, szybko będzie trzeba zmywacz podmienić na nowy. To cena, jaką płacimy za skuteczność i wygodę.

Sally Hansen – Continuous Treatment Hardening – odżywka do paznokci, która najwyraźniej została wycofana z produkcji, bo od dawna jej nie widuję, ale moich stałych czytelników na pewno to nie zdziwi. W końcu ją uwielbiałam! Świetny, mleczny odcień nadawał się do noszenia solo, ale był też dobrą bazą pod manikiur. Wylewam łzy rozpaczy, że już do siebie nie wrócimy.

Maybelline – Dream Matte Mousse, odcień 020 Cameo – nie udało mi się zużyć całego opakowania, bo po pierwsze: mam trochę za dużo otwartych podkładów i skaczę między nimi w zależności od okoliczności, a po drugie: gdy już powoli widać było prześwit na dnie, przybyła moja Mama nr 2 i wręczyła swój świeżutki, ledwo napoczęty słoiczek Dream Matte Mousse, w tym samym odcieniu (dla niej za jasny). Nie myśląc wiele, mój wywaliłam do denkowej torby, a kolejny egzemplarz z ciężkim westchnięciem wrzuciłam do szuflady z podkładami... Dream Matte Mousse ma na blogu swoją recenzję, więc napiszę tylko krótko, że matuje, a mimo różowych tonów dobrze stapia się z moją nielubiącą świnkowych klimatów cerą, ale wybitnie irytuje mnie tym, że zostawiam go na telefonie, t-shircie męża i wszystkim tym, o co oprę się czołem, policzkiem lub brodą.

Absolute New York – Eyeshadow Primer – kiedy w pradawnych czasach zdarzało mi się zamówić pudełko BeGlossy, w jednym z takowych przybyła do mnie baza pod cienie zupełnie nieznanej marki. Baz miałam wtedy pod dostatkiem, więc tą wrzuciłam na dno szuflady i zapomniałam na wiele długich miesięcy. Pod koniec zimy wpadła mi w ręce i okazało się, że jest całkiem w porządku – wygodna forma gąbkowego, błyszczykowego aplikatora w połączeniu z ładnie wyrównującą koloryt skóry paćką działały, jak należy. Ale to wszystko nie ma już znaczenia, bo w międzyczasie Absolute New York zamieniło się w Nicka K New York, a obiecująca baza za dwie dychy rozpłynęła się w kosmetycznym niebycie.

Busy Bee – Caramel Apple – przy okazji nie mogę nie wspomnieć o najbezsensowniejszych woskach zapachowych marki Busy Bee. To woski sojowe, które mają wiele wariantów, tylko jest z nimi jeden maciupeńki problemik: wszystkie pachną IDENTYCZNIE. Nie różnią się między sobą absolutnie niczym. Wariant Caramel Apple, podobnie jak pięćdziesiąt pozostałych, pachnie ciastkowo-karmelową bazą, sponad której nie jest w stanie wybić się żaden inny akcent. Sama baza pachnie za to tak intensywnie, że mała kostka jest w stanie zaczadzić moją, wcale niemałą, sypialnię w trzy do pięciu minut. Zapach jest przyjemny, ale uczciwiej by było, gdyby producent zmienił strategię i zaczął sprzedawać te woski pod wspólną nazwą: „Busy Bee Caramel Something” wraz z dopiskiem: „and from now on we do not fuck with our clients at all”.

26 komentarzy:

  1. A mi z kolei masło kakao bardzo odpowiadało więc żałuję, że je wycofali dając w zamian orzechowe. Na mydła Balea od dawna mam chęć, ale zawsze jak ktoś mi przywozi Baleę to trochę mi głupio poprosić też o mydło bo to taka całkiem zwyczajna rzecz, najbardziej podstawowy kosmetyk:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się bardziej podoba kakaowy zapach z Palmer's – podobna nuta, ale jednak przyjemniejsza od tej Balei. Nie wiedziałam, że kakao już nie ma :( a orzech zły? ja lubię takie aromaty :)

      Usuń
  2. No trochę poszalałaś z tymi zużyciami :) Waniliowo-kokosowy żel Balea i masło kakaowe chętnie bym wypróbowała, szkoda, że do DMu mi nie po drodze, ale może się zepnę i kiedyś w końcu popełnię jakieś zamówienie online. Co do Biodermy i serii Sebium to ja lubiłam krem Sebium AKN, używałam go przez kilka lat i dobrze się sprawdzał na mojej spryszczonej buźce ;) Sebium Serum z kwasem glikolowym też było niczego sobie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tę wanilię z kokosem bardzo, bardzo polecam – pachnie jak najpyszniejszy deser, w ogóle nie jest to odurzający, intensywny aromat. Sebium AKN nie próbowałam, ale też nie mam problemów z trądzikiem, więc raczej nie dla mnie on.

      Usuń
  3. Sporo Ci się tego nazbierało ;) Gdzieś w zapasach mam ten podkład z Maybelline, jednak jeszcze nie próbowałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już przestałam kitrać kosmetyki kolorowe na później, bo czas tak szybko leci i potem się okazuje, że jakieś podkłady sprzed kilku lat i coraz mniej świeże pomadki leżą i nie mogą się doczekać :)

      Usuń
  4. Jak ładnie! Uwielbiam Batiste- miałam już kilka wersji i każdą lubię równie mocno. Nie wiem która jest moją ulubioną. :) Często sięgam też po kosmetyki z Balei :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moim pierwszym Batistem jest właśnie ten wiśniowy i chętnie wypróbuję inne wersje

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie widzę nic, co bym znała ;) Chociaż nie, miałam kiedyś tę wersję Batiste :) Generalnie wszystkie wersje bardzo lubię, miałam już sporo suchych szamponów, ale jednak zawsze wracam do Batiste :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie znoszę podkładów w musie! bleeeeeeeee ;D mam mini tego Batiste ale nam nie po drodze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam stosunek nieokreślony, bo na razie tylko jeden wypróbowałam na sobie :)

      Usuń
  8. Ja w ogóle nie lubię konsystencji musu w kosmetykach kolorowych. Poza tym u mnie ani mama numer 1 ani teściowa nie używają podkładów wiec niestety nie mam komu oddać swoich czy choćby wziąć próbki. Pewnie stad ta moja mania kupowania ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sobie tłumacz tę manię :P
      Ja musów się trochę boję, na przykład róż w takiej formie mnie przeraża, a podobno nie ma się czego bać, bo pięknie się rozprowadza :)

      Usuń
  9. Mam podobne zdanie dotyczące żelu peelingującego Balea. Za to wersja zapachowa "wanilia i kokos" jest moją ulubioną. Mam dwa opakowania w zapasie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, to piona! ta waniliowo-kokosowa Balea to jeden z najfajniejszych kosmetyków pod prysznic, z jakimi miałam do czynienia :)

      Usuń
  10. kiedyś bardzo lubiłam ten musowy podkład Maybelline. Ale jakoś nasze drogi się rozeszły. Obecnie mam inna wersję musu Maybelline, jest to nowość od niedawna, Velvet wersja i teoretycznie ma być nawilżająca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ciekawe, wypadałoby sprawdzić, żeby przynajmniej wyrobić sobie ostateczne zdanie na temat takiej formuły.

      Usuń
  11. Wow, Balea króluje u ciebie :) Podkład w musie Maybelline to był mój pierwszy w życiu podkład, więc zawsze będę go darzyła sympatią :)
    Zielona seria z Caudalie mnie również rozczarowała, a szkoda, bo lubię kosmetyki tej marki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie wiem, czemu tak wychodzi z tą Baleą – nie byłam w DM-ie już parę miesięcy, rozdałam tego towaru sporo w rozdaniach i znajomym, a tu ciągle Balea i Balea :D

      Usuń
  12. całkiem przyzwoita gromadka:) Zele Balea maja niesamowite aromaty... nie miałam, ale wywąchałam w DM-ie;)
    :*

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja mam przeciwne zdanie co do Biodermy - u mnie sprawdza się świetnie, zwłaszcza pod makijaż. Fluid nie spływa, twarz się nie błyszczy i jeszcze zaskórniki znikają.

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziękujemy za opinię na temat naszego Caviar Slim Balm. Zdanie Klientów jest dla nas bardzo ważne i pomaga w doskonaleniu naszych kosmetyków :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Denko konkret, ale nic z niego jeszcze nie miałam :)

    OdpowiedzUsuń