poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Wiosenne porządki w kolorówce /post dla wytrwałych/

Już prawie udało mi się odgruzować mój kosmetyczny świat. Sztuka wywalania ma niestety dwa oblicza: z jednej strony cieszę się z miejscowych przejaśnień w szufladach i szafkach, a z drugiej – jest mi trochę smutno, że czas się rozstać z niektórymi skarbami. Każdy kosmetyk ma swoją historię, kojarzy mi się z różnymi momentami w życiu i... hmm, chyba jestem trochę sentymentalna, bo autentycznie żal mi, że taka kolekcja nie może trwać wiecznie.


Postanowiłam nie dokładać moich wyrzutków do marcowego denka, bo chyba nikt nie strawiłby tej pasjonującej lektury w postaci jednej blogowej zapiekanki. Przyjrzyjmy się więc, co zalegało w moich szafkach i potęgowało poczucie winy przy każdym kolejnym makijażowym zakupie.


Na początek Beauties Factory – paleta do wszystkiego, bo zawiera zarówno cienie, jak i róże, coś przypominającego rozświetlacz i jakiś ciemnobrązowy puder, który prawdopodobnie miał być bronzerem, ale nigdy nie użyłam go w tej funkcji. Producent poprosił mnie (sic!) na opakowaniu, abym zużyła jego produkt do października 2013 roku, co zauważyłam dopiero przy okazji porządków i co jest o tyle interesujące, że paletę kupiłam w jednym ze znanych, rodzimych sklepów internetowych późną wiosną 2013. Tak, tak, wiadomo, że pudrowa kolorówka psuje się o wiele później, niż wskazywałaby na to data ważności, ale to chyba ja powinnam oceniać, czy będę paćkać się przeterminowanym produktem – nie potrzebuję, żeby nieświeże kosmetyki podtykał mi sprzedawca. Tak czy siak chyba udało mi się nie używać tych cieni po 2013, bo jak zobaczyłam ich jakość, to zapał mi opadł. Pachną akwarelami (pamiętacie ten charakterystyczny zapach farb szkolnych?) i mimo ładnych, intensywnych kolorów w opakowaniu, na powiece zostaje niewiele. Standardowo: perły są bardziej napigmentowane (ale się osypują), a maty – słabiutkie. Kupiłam tę paletę, bo chciałam poeksperymentować z kolorami, czegoś się nauczyć i sprawdzić, w czym mi ładnie, a czego powinnam unikać. Niestety, po tym doświadczeniu magistrem samoupiększania nie zostałam. 


Pamiętacie mój szok w trampkach po tym, jak odkryłam, że używam prehistorycznego kremu Lieraca? Tę radosną wycieczkę ku historii sprezentował mi sklep Strawberrynet.com i to właśnie ona była impulsem do przegrzebania zapasów pielęgnacyjnych oraz szuflad z kolorówką. Niestety, moje odkrycia momentami doprowadziły mnie do drżenia brody i ocierania ukradkiem łezek przy każdym kolejnym pizgnięciu zbyt starego kosmetyku do siatki ze śmieciami. Tak właśnie było w przypadku pojedynczych matowych cieni Benefit. Ból anusa jest tym większy, że przyszło mi pozbyć się matów, które są idealne, a Benefit już ich nie produkuje. Kiedyś_tam na Truskawce kupiłam trzy sztuki, bo były po 20-kilka złotych (cóż za wyborna cena, tylko idiota by się nie skusił!). Jako pierwszy sprawdziłam różowy Blushing Bride i on akurat zrobił na mnie najmniejsze wrażenie. Ot, jasny róż, który bardziej kwalifikował się do bycia różem do policzków niż różem na moje powieki. Raz użyłam, odłożyłam i zapomniałam. Dużo, dużo później wróciłam do moich brązowych Benefitów, w tym widocznego na zdjęciu Soft Shoulder i... szok, niedowierzanie. Ich konsystencja była genialna! Coś pomiędzy pudrowym a kremowym cieniem, który idealnie się nabiera i przenosi na powiekę, nie pyli i jest bardzo mocno napigmentowany. Nic dziwnego, że producent nazwał je Silky Powder Eye Shadow (czyli że jedwabiste). Dziwne, że je wycofał. A już najdziwniejsze, że Truskawka wciąż je sprzedaje (i to bez promocji, po ok. 70 zł za sztukę), ponieważ jestem pewna, że pochodzą z tej samej partii, co moje, a tak się składa, że moje zostały wyprodukowane w czerwcu... 2007. Fajnie, że ciągle są na chodzie, ale... serio? Dwa tysiące SIÓDMY? Co ciekawe, numery partii w przypadku Benefitu powtarzają się co 10 lat, co oznacza, że jeśli wspomniane cienie przekiblują w magazynach jeszcze rok z kawałkiem, a potem ktoś je kupi i sprawdzi datę produkcji na Check Fresh, okaże się, że są świeżutkie. Że to właściwie nowość, która jest tak bardzo nowa, że nie ma jej jeszcze na stronie producenta.  


Podkład w kompakcie timeBalm od theBalm (odcień clair/light) to z kolei efekt polowania w znikającym z Polski Marionnaudzie (rzecz działa się wiosną 2014). W sumie nie dziwię się, że firmie nie udało się przetrwać na naszym rynku, bo mimo że mieszkam w Warszawie, do mojej świadomości jakoś nigdy nie dotarło, że poza Sephorą i Douglasem mogę szukać kosmetyków i perfum jeszcze tam. Gdyby ktoś mnie zapytał na ulicy, co sprzedaje się w Marionnaudach, najpewniej rzuciłabym z głowy: „yyy, jakieś ubrania?”. Ewidentnie z marketingiem coś poszło nie tak, a w ramach karniaka zamykające się perfumerie pozbywały się towaru w bardzo przyjemnie promocyjnych cenach. Tak oto pod mój dach trafiły dwa kosmetyki theBalm: podkład timeBalm i krem tonujący Balm Shelter. TimeBalma nie udało mi się poznać, bo przy pierwszym użyciu okazał się za ciemny (oczywiście nie tak pioruńsko, jak na dołączonej gąbeczce), a potem odłożyłam go do szuflady i już nigdy do niego nie wróciłam. Chętnie dałabym mu szansę w tym roku, latem, ale niestety, również jego datę produkcji postanowiłam wyśledzić i kiedy wyskoczył mi rok 2011, uznałam, że jednak czas się pożegnać. 


Balm Shelter (odcień Light) to krem tonujący, który jest bardzo dobrej jakości i ma całkiem niezły kolor (dla cer bardzo bladych pewnie będzie za ciemny, ale z drugiej strony i tak go prawie nie widać). Nie używałam go zbyt często, bo potrzebuję porządniejszego krycia, a on tylko delikatnie wyrównuje koloryt skóry i nie jest w stanie ukryć niczego, co zwykle próbuję zamiatać pod dywan. Próbowałam go używać jako bazę pod sypki podkład Lily Lolo, ale szybko się okazało, że to rozwiązanie się nie przyjęło. W większości przypadków wybierałam po prostu krem na dzień, który akurat był w obiegu, i moja przygoda z Balm Shelter jakoś sama rozeszła się po kościach. Nie powiem jednak o tym kremie nic złego, bo dobrze nawilża, ma fajną, nielejącą i nie za gęstą konsystencję, a tuba zawiera aż 64 ml. Mogę przyczepić się do niego tylko za pomocą stwierdzenia, że skoro już nie kryje, to mógłby mieć lepszy filtr – SPF 18 szału nie robi, a od magików z Azji wiemy, że da się do takiego kremu upchać nawet pięćdziesiątkę. Żegnam się z nim, bo – podobnie jak kolega wyżej – został wyprodukowany w 2011 roku, a twarz mi jeszcze miła (w końcu mam tylko jedną).  


Usunąć z mojego życia postanowiłam jeszcze cztery produkty L'Oréal. Pierwszy od lewej to sypki cień do powiek z minerałami Color Minerals w odcieniu 04 Beige Crystal, który na dłoni prezentuje się ciekawie, ale na powiece znika i w ogóle ma problem z przyczepnością. Wbudowany aplikator do niczego się nie nadaje, a ja – mając w szufladzie dziesiątki prasowanych cieni – nigdy nie wybiorę tego niesfornego sypańca, bo w rankingu fajności jest na saaaaaamym końcu.

Zielonej bazy Studio Secrets nie używam i używać nie będę, bo wolę zatuszować zaczerwienienia odpowiednio kryjącym podkładem. Po prostu. Baza jest bardzo rzadka i to właściwie dobrze, ale dla mnie bez różnicy, bo i tak nie zamierzam. Decyzję o usunięciu jej z mojego życia ułatwia fakt, że Studio Secrets urodziła się w 2011. Miło będę za to wspominać korektor La Touche Magique Accord Parfait, ale tylko w roli ukrywacza pojedynczych niedoskonałości. Kupiłam go z myślą o upiększaniu strefy pod oczami, ale do tego kompletnie się nie nadawał z powodu zbitej, topornej konsystencji. Ze swoimi właściwościami kryjąco-betonującymi o wiele bliżej mu do kamuflażu Catrice niż do lekkich, rzadkich korektorów rozświetlających spojrzenie.

Nie ma sensu trzymać dalej pudru rozświetlającego w odcieniu 02 Rose Radieux. Swego czasu bardzo pragnęłam go mieć, ale powstrzymywała mnie cena i obawa, że może rozświetlanie mojej przetłuszczającej się strefie T wcale nie jest potrzebne. W końcu dostałam swój egzemplarz od wakacyjnej Magdy, która kupiła, wypróbowała i nie była zadowolona z trwałości. U mnie puder też szybko znika z twarzy, a do tego nieciekawie się prezentuje (to chyba przez ten róż). Wyleczona z zachcianki, posyłam go w diabły. 


Ach, Astor, moje brązujące (nie)szczęście! Deluxe Bronzer Spring Kiss to pierwszy puder brązujący (i jeszcze z różem w środku!), który kupiłam kilka lat temu, gdy nieśmiało zaczęłam zwracać się ku bardziej wysublimowanemu makijażowi niż tylko tusz + czarne grube kreski na dolnej linii rzęs. Nic dziwnego, że wtedy moja miłość do konturowania nie rozkwitła, skoro wybrałam tak ciepłe odcienie brązu. Nic dziwnego x2: próbowałam konturować tym psitkiem dołączonym do zestawu. Co ciekawe, bronzer, mimo że pradawny, trzymał się współczesnych trendów, bo zarówno on, jak i róż są idealnie matowe. Podejrzewam, że przy opalonej skórze i  dobrym pędzlem dałoby się wyczarować coś przyzwoitego (ciemniejszy odcień jest trochę chłodniejszy), ale nie dane mi będzie sprawdzić, bo jak widzicie na swatchu, kosmetyk nie nadaje się już do użytku – z prasowanego zamienia się w sypki, a jak coś zmienia stan skupienia, to znak, że należy się pożegnać.

Kulki brązujące L'Oréal Glam Bronze Minerals w wersji dla blondynek kupiłam na początku blogowania, kiedy odkryłam, że w internecie są sklepy z o wiele tańszymi kosmetykami niż te na drogeryjnych półkach. Kulki mają ciepły odcień, więc nie nadają się do konturowania, ale za to pięknie ocieplały twarz i naprawdę bardzo podobały mi się na skórze. Pewnie używałabym ich z większą namiętnością, gdyby nie fakt, że niedługo po moim zakupie zaczęło się blogowe szaleństwo zakupowe i znosiłam do domu kosmetyki workami. Kulki ukrywały się w szufladzie coraz głębiej i głębiej, aż do teraz. Sprawdziłam datę ich produkcji: wrzesień 2010. To oznacza, że kupiłam je w Wyjątkowo Okazyjnej Cenie w momencie, gdy miały na liczniku już trzy lata. Uważajcie na te wszystkie promocje życia – jak widać, kosmetyki mają dobry powód, by być mocno przecenione. 


A tu takie mydło i powidło, którego z różnych powodów bardzo żal mi się pozbywać. Cień Benefitu Creaseless Cream Shadow w odcieniu R.S.V.P. kupiłam w Sephorze jako świeżynkę niecałe dwa lata temu, użyłam tylko kilka razy, a ona już zaschła na amen i nie nadaje się do użytku. Na swatchu to ten lewy odcień. Jest mocno połyskujący i należy do rodziny bladoróżowych, przez co niełatwo mi było znaleźć dla niego dobre zastosowanie. Po latach dużo lepiej trzyma się cień Laury Mercier (to ten prawy na nadgarstku) z serii Metallic Cream Eye Colour w odcieniu Pink Gold. Ładny, ciekawy, ale w moim przypadku mało użyteczny i niestety wcale dobrze nie wyglądał na powiece. Grafitowy kajal The Body Shop z pradawnej limitowanej kolekcji trzymałam w zbiorach z czystego sentymentu, bo używać już się bałam (mimo że dopiero niedawno coś zaczęło tej kredce dolegać).  Najbardziej będę tęsknić za cieniem w kremie Catrice Made To Stay Long Lasting, bo to była prześwietna kolekcja kremowych metalików i każda sztuka, która wypada z obiegu, bardzo mnie smuci. Na szczęście jeszcze kilka ocalało, ale wiem, że rychłe rozstanie jest nieuniknione.


Zestaw korektorów Catrice nie jest wcale głupi, bo każdy znajdzie tu dla siebie coś miłego, ale prawda jest taka, że używałam tylko dwóch najjaśniejszych odcieni (swatche na dole ręki), a reszta gnębiła mnie okresowymi wyrzutami sumienia. Zostawiłam moją piątkę, żeby porównać ją ze słynną szpachlą Catrice w słoiczkach. Dwa odcienie Catrice Camouflage kupiłam dopiero trzy tygodnie temu, jak mi się cera popsuła i... no cóż, bez porównania. Korektory z palety są miękkie i nie zasychają dobrze na twarzy, przez co łatwo je zetrzeć. O kamuflażach na pewno już wiecie wszystko z tryliarda blogów, więc nie muszę rozwodzić się nad tym, jak zastygają i trwają, ukrywając wszystkie nędzne wypryszczenia i plamy, jakie udało Wam się pozbierać w bieżącym tygodniu. Mimo wszystko fajnie, że Catrice wypuściło taką paletę, bo dzięki niej dowiedziałam się, że bez różowych i zielonych korektorów mogę żyć. Ciekawe, jak wypada w porównaniu z kółkiem Kobo Magic Corrector Mix.

A teraz hit: ten ciemny brąz (pierwszy z prawej) to... kamuflaż Glazel Visage. Produkt był dołączony do któregoś z kosmetycznych boxów i naprawdę nie mogę pojąć, jak firma może sobie w taki bezsensowny sposób strzelać własnym marketingiem w kolano. Nie wiem, czy jest sens wchodzić w szczegóły, że konsystencja jest zbita, że korektor ładnie pachnie... użyteczność tego kosmetyku w tej szerokości geograficznej zdaje się być zerowa. 


Z kredkami jakoś zawsze smutno mi się żegnać, jeśli nie są zużyte, bo ciągle w głowie tli się myśl, że może jeszcze do czegoś się przydadzą, ale na szczęście jedna ma zły odcień, a dwie pozostałe śmierdzą, więc rozstanie przebiega spokojniej, niż się spodziewałam. O brązowym Manhattanie pisałam dawno temu, więc tylko wspomnę, że wywalam, bo miałam jej używać do brwi, ale ostatecznie wydała mi się za ciepła, a ja mam do stylizacji brwi dużo fajniejsze rzeczy. Czarna wykręcana kredka Ruby Rose od początku nie pachniała dobrze, więc albo producent tych tanioch dolewa do swoich receptur za dużo asfaltu, albo kupiłam ją w wersji zepsutej (kosztowała złoty z kawałkiem, więc jakoś przeżyję). Czerń była dobra, mocna, a kredka przyjemnie miękka. Mam jednak opory przed malowaniem okolic oczu czymś, co śmierdzi, dlatego sobie odpuszczam tę prawie-dziewicę. Czarna wykręcana kredka z W7 jest jeszcze fajniejsza: to smolista czerń, miękka, idealna do rozcierania (Małgorzata Halber byłaby nią zachwycona). Niestety, zaginęła w pudle z kredkami, a teraz już ma podejrzany zapach, więc znowu: papa. 


Tusz Manhattan Eyemazing Volume Mascara jest niebieski i to wcale nie w fajny, odjechany sposób. Bliżej mu nawet do granatu, co sprawia, że staje się dla mnie bezsensowny i bez żalu wrzucam go do mojego śmieciowiska. Błyszczyk Bourjois Effet 3D w odcieniu 1 Beige élastic czas pożegnać, bo wiem, że nie będę już do niego wracać. Jest za jasny i zbyt metaliczny, obecnie zupełnie nie moje klimaty. Temu z Artdeco nic się nie dzieje, ale mam drugi podobny, oba mają swoje lata, więc jednego mogę się pozbyć bez żalu. Seria Glamour Gloss to brokatowe klejuchy, które bardzo przypominają mi Dazzleglass Lip Gloss z MAC-a. Dla koneserów, ale ja czasem lubię sobie zapodać coś takiego. Obok Artdeco leży intensywnie napigmentowany, brązowy błyszczyk Bourjois La creme, do którego nie wracałam tak zawzięcie, że w końcu rozwarstwił się w tubie. Sweet Splash Gloss Stick z NYC rozczarował mnie już na samym początku, bo bardzo szybko znika z ust, a do tego ma miękki sztyft, który od początku się ruszał. Zupełnym niewypałem okazała się też pomadka NYC Ultra Last Lipwear w odcieniu Peach Fizz. Kupowałam ją w sklepie internetowym (zdaje się, że nie ma innego sposobu w PL) i nie miałam pojęcia, że na żywo jest perłowym, zupełnie nietwarzowym koralem, a raczej nawet po prostu perłową pomarańczą. Niniejszym kończę eksperymenty z tanim NYC. Nie ma sensu. Do pomadki Soft Mat Lipcream Manhattanu pewnie część z Was westchnie z rozrzewnieniem, bo seria została wycofana, a miała wiele miłośniczek. Uspokoję: do mojego egzemplarza nie ma po co wzdychać, bo to brzydki, ciepły, rudziejący brąz. 


Dumałam, dumałam, jak znaleźć uzasadnienie dla kilku cieni Essence w moich zbiorach i ostatnim razem, gdy Wam o nich pisałam, zostawiłam prawie wszystkie. Po kolejnej weryfikacji ostały się może dwa, trzy – reszta leci do kosza, bo: różowy jest perłowy i go nie używam, szarakowi rozwaliło się pudełko i przez to nie chce mi się do niego zaglądać, a nie jest jakiś wyjątkowy (choć ładny i ładnie się rozciera), a holograficzny – mimo że najniezwyklejszy – nie jest używany NIGDY. Opakowanie też ma połamane, więc żegnam się właściwie bez większego żalu. Swoją drogą: co te plastiki i zawiasy takie marne?? Nie rzucam cieniami, nie przewalam ich po kosmetyczce, tylko grzecznie leżą w szufladzie. Rozumiem, że nie są drogie, ale jest na rynku jeszcze kilka innych tanich marek z podobnymi cieniami mono i żadna nie robiła mi takich niemiłych niespodzianek. 


Na koniec pozbyłam się kosmetyku, który bardzo mi się podobał. Nieistniejąca już marka Sue Devitt przygotowała primer pod oczy Microquatic Prime Target, który miał świetny, gumowy aplikator, wyborną emulsyjną konsystencję i dyskretne drobinki rozświetlające. Lubiłam go używać rano pod makijaż zamiast kremu, ale na dłuższą metę zżerały mnie wyrzuty sumienia, że olewam ważny krok pielęgnacji, jakim jest porządne nawilżanie konturu oka. Podobnie jak w przypadku wielu innych kosmetyków, które Wam dziś pokazałam, ten również trafił do mnie dzięki Strawberrynet.com. Nie znam daty jego produkcji, ale doświadczenie podpowiada mi, że skoro marki Sue Devitt od dłuższego czasu nie ma już na rynku, to mój primer nie jest pierwszej świeżości. Delikatnie mówiąc. Oczywiście sporo kosmetyków Sue wciąż jest dostępnych na Truskawce, więc uprzejmie nie polecam Wam ich kupować.

Ufff. Koniec opowieści, mogę w spokoju to wszystko wywalić. Ciekawe, jak Wam idą porządki w kolorówce i czy też już do Was dotarło, że z kosmetyków kolekcji zrobić się nie da :).

30 komentarzy:

  1. Możnaby rzec wielkie rozstanie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niech spadają i robią miejsce na nowe ;)

      Usuń
  2. Sporo tego poszło :) też powinnam zrobić porządki w kolorówce ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlatego ja się bardzo pilnuję przy zakupach, bo nienawidzę takich sytuacji, że muszę wyrzucać jakiś produkt :-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja sobie już przynajmniej darowałam truskawkowe zakupy.

      Usuń
  4. Niezłe sprzątanie. Wiele osób niepotrafi rozstać się z kosmetykami, nawet tymi przeterminowanymi. To że kupowałaś "starsze" / przerteminowane rodukty to granda, nie powinno się tak dziać.
    Ja w tym momencie nie posiadam ani jedenj rzeczy która mi nie odpowiada, mój zbiór jest bardzo mały (no może jeśli chodzi o cienie to nie aż tak minimalny) ale wiem że za co nie chwycę to będę zadowolona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie dojrzałam do takiego minimalizmu, ale myślę, że ostatecznie tak to się u mnie skończy. kiedyś :)

      Usuń
  5. Nie dalej jak wczoraj na youtube oglądałam vlog Oli ktora kupiła w sephorze stacjonarnie zafoliowane perfumy Lancome czy innej firmy. Po odparowaniu kiedy okazało sie ze śmierdzą gazem i spalenizna naszło ha zeby sprawdzić datę i co ? TAdaam 2004 rok :) takZe ten .. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany, to dopiero piękna historia. Muszą mieć niezły burdel u siebie, że takie kwiatki wychodzą.

      Usuń
  6. Uuuuu!!!! Sporo tego
    Ja mam kilka takich perełek, które już długo u mnie leżą ale się jeszcze sprawdzają więc nie wyrzucam.
    Ale kilka produktów, szczególnie kremowych, jakiś czas temu już się pozbyłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się zaczęłam zastanawiać, po ilu latach realnie powinno się wywalić taką pudrową kolorówkę, bo już zgłupiałam. Te cienie Benefitu naprawdę są w świetnej formie, ale mimo wszystko mam opory przed aplikowaniem na powieki prawie 10-latków...

      Usuń
  7. Wow nie spodziewałam się tak długiej listy. Ale jesli nie teraz,to i tak przyszła by na nie pora. Przynajmniej poluzowało się w twoich szufladach ;) Ja mam wszystko powiedzmy na 'wierzchu'. Kolorówkę przechowuję w akrylowych szufladkach dzięki czemu łatwiej jest mi kontrolować co mam i czego nie powinnam kupować. Ostatnio trochę użalałam się nad jednym z ulubionych cieni z maybelline rozsławionego tatuażu 24h on and bronze czy jakoś tak. Nie jest już pierwszej świeżości,nie jest tak łatwy w aplikacji,ale nie zużyłam nawet połowy słoiczka. Podobnie jest z jego bratem turkusem,kolor mnie uwiódł tyle,że oprócz swatchy na bloga to nie miałam go na oczach ani razu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, poluzowało się bardzo :). Tatuaże przynajmniej możesz kupić ponownie, więc może nie ma co płakać? Ja zawsze najbardziej jestem smutna, jak wywalam coś, czego nie da się przywrócić.

      Usuń
  8. Chyba sama powinnam zrobić takie porządki.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wow sporo tego wyrzuciłaś aż mam ochote przejrzeć swoje kosmetyki po raz drugi ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Tyle perełek ;c ech nie tylko idiota kupiłby cienie Bene za 20 zł bo ja tez ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja przecież napisałam, że tylko idiota by NIE KUPIŁ ;)))

      Usuń
  11. Niedawno zrobiłam małe porządki i oddałam przyjaciółce rzeczy, które jeszcze nadają się do użytku ale nie pasują mi kolorystycznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, tak trzymaj, nie ma sensu chomikować, ja właśnie się z tego leczę.

      Usuń
  12. Świetnie, przez ciebie sprawdziłam, czy moje najukochańsze cienie z palety Puposhka jeszcze się nadają do użycia i okazało się, że nie. A zostawiałam je na specjalne okazje (największa bzdura ze wszystkich bzdur, nie róbcie tak). Thanks, Oba... Agata! *foch*

    (swoją drogą, daję głowę, że gdyby złośliwy producent nie umieścił cieni w jednej przegródce z błyszczykiem, to wszystko by było lepsze)

    OdpowiedzUsuń
  13. Tyyyle rzeczy do wywalenia! :D Ja staram się robić porządki na bieżąco więc jak na razie nie mam nic do wywalenia :)

    OdpowiedzUsuń
  14. "dla cer bardzo bladych pewnie będzie za ciemny, ale z drugiej strony i tak go prawie nie widać" ale mnie rozwaliłas tym tekstem :DDD

    OdpowiedzUsuń