czwartek, 28 kwietnia 2016

New love: Biolove. Body Mousse Mango, czyli 100% naturalnego szczęścia

Markę Biolove przyuważyłam jeszcze przed Bożym Narodzeniem i zbiegło się to w czasie z przyuważeniem drogerii Kontigo w podziemiach Dworca Centralnego*. Od razu bardzo spodobało mi się zrobione z surowych desek i juty stanowisko Biolove, testery uwiodły zapachami, a opakowania ucieszyły gały. Kupiłam kilka kosmetyków nieznanej mi marki z myślą „może dam komuś w prezencie gwiazdkowym”, ale nigdy do tego nie doszło, bo po powrocie do domu nie wytrzymałam, wywąchałam wszystko dokładnie i uznałam, że nie ma szans, bym te moje słoiczki komukolwiek oddała



wtorek, 26 kwietnia 2016

Meet Beauty po raz drugi

Ach, cóż to była za sobota! Tak bardzo intensywna, że gdy minęła 22:00, razem z Gosią ziewałyśmy nad XXL drinkami, a potem – zamiast uderzyć do Capitolu na afterparty – grzecznie oddaliłyśmy się w stronę naszych barłogów. Może to starość, a może jednak wyczerpały nam się bateryjki od nadmiaru wrażeń? O ile pierwsza edycja Meet Beauty miała pewne niedociągnięcia, tym razem wyszłam z konferencji cała w skowronkach, wróblach i innych bocianach. No dobra, bez bocianów. Zdecydowanie bez nich. 


Na początek wspomnę o tym, że przeprowadzka z Babki Do Wynajęcia na Stadion Narodowy to pozytywna zmiana jakościowa. Przestrzeń konferencyjna stadionu jest lepiej zorganizowana, a nieporównywalnie przyjemniejsza akustyka sprawiła, że nikt nikomu nie przeszkadzał, niczego nie zagłuszał i nie było takich sytuacji, jak przy poprzedniej edycji, kiedy to trudno było się zorientować, czy jest się na warsztatach makijażowych, czy może paznokciowych, bo do mózgu docierały na zmianę treści o podkładach do gęby i podkładach do lakieru. Tu zero problemu: sala wykładowa była dobrze odseparowana od korytarza (mimo otwartego wejścia), a warsztaty odbywały się za zamkniętymi drzwiami w salach konferencyjnych, a nie za kotarą, jak to miało miejsce w ubiegłym roku. Mam wrażenie, że atmosfera też była lepsza, ale może po prostu to ja poczułam się pewniej za tym drugim razem.

Spójrzcie, Balbina Ogryzek zrobiła dla nas ciasteczka! Były maślane, pyszne i w ogóle rozczulające.  A w Warszawie wreszcie wiosna! Doskonała pora na urealnienie kilku miłych internetowych znajomości.

środa, 20 kwietnia 2016

Wpadnij na blogowe urodziny i wybierz sobie prezent!

Na początku kwietnia wydarzyło się coś ważnego. Och, czy to możliwe, że jestem tu już z Wami od trzech lat? Trzy piękne lata taplania się w kosmetykach i relacjonowania, co z tych kąpieli wyszło! Gdyby nie było bloga, ciekawe, jakbym miała tłumaczyć sama przed sobą zakup szesnastego podkładu i sto osiemdziesiątej szminki. A tak, człowiek stoi przed tą szafą w Rossmannie z naklejkami -49% i myśli: kupić? nie kupić? Kupić! PRZECIEŻ TO DO TESTÓW. I już, rozgrzeszenie instant. Można w spokoju wyjść ze sklepu z siateczką. 

No cóż, wygląda na to, że mi tu wspaniale. Nie zamierzam się wyprowadzać. A wszystko dzięki Wam. Brzmi tandetnie, ale to prawda i powie to każdy, kto kiedykolwiek pisał bloga. Człowiek zaczyna pisać dla siebie, a potem – nie wiedzieć kiedy – pisze dla swoich Czytelników. I już nie umie inaczej. I pragnie, by oni byli. I wie, że gdyby ich nie było, najpewniej przestałby pisać. I kupować kosmetyki na tony. Hmm, to nie byłoby takie złe. No ale przecież mi tu wspaniale...



niedziela, 17 kwietnia 2016

Zmywanie lakierów według Sephory

Zmywacze do paznokci z Sephory – musicie to mieć. Są dosyć drogie, jeśli porównacie je ze zwykłymi butelkami acetonu lub bez-acetonu, ale w kwestii wygody i skuteczności wygrywają wszystko.



środa, 13 kwietnia 2016

Kobo – Matte Lips nr 402 Saint Tropez

No i co, miałam nie kupować pomadek, bo po szufladach walają się tryliony, ale wystarczyła jedna, mała, głupia promocja w Naturze i już poleciałam obślinić się przed szafą KOBO. Cud, że zakupy były niewielkie (pokazywałam je swego czasu na FB, naprawdę nic szczególnego), bo to był wyjątkowo zakupowy dzień. Z tych najzakupowszych. 


Kolekcja Matte Lips składa się z 6 kolorów. Kiedy ładowałam moją Saint Tropez do koszyka, była świeżutka jak pizza z pieca węglowego, ale, no cóż, taka ze mnie blogowa pierdoła, że dopiero udało mi się zająć tym tematem. Mimo wszystko liczę na brawa, jeszcze niedawno raczyłam Was tekstami o rzeczach wycofanych, trudno dostępnych i przeterminowanych, więc postęp jest ogromny.


Pewnie już wiele blogerek Wam o tym nakablowało, ale ja też muszę, dla porządku: Matte Lips wcale nie są takie w 100% matte. Pomadka jest kremowa i ma satynowe wykończenie, dopiero czas działa na korzyść matu. A propos czasu: upływa i upływa, a Saint Tropez tkwi dzielnie na ustach, może tylko trochę bledszy. Super, jakość porównywalna do Golden Rose i słynnej serii Velvet Matte. Aha, jeśli bardzo zależy Wam na szybkim matowym wykończeniu, uprzejmie donoszę, że odciśnięcie nadmiaru w papier toaletowy lub chusteczkę pomaga. Ja lubię satynę, więc zazwyczaj niczego nie odciskam (i przez to zostawiam stempelki na szklankach).


Niezła z niej żarówa. Nie widać tego może w tym wyrwanym kontekście, ale kiedy jest na ustach, oczy automatycznie kierują się w stronę Saint Tropez. Także jeśli macie brzydkie zęby, nie polecam :D. Kolor określiłabym jako żywy róż z rodziny koralowców. Fantastyczny, wiosenno-letni odcień, który nada się zarówno na co dzień, jak i na co_wieczór (randka, te sprawy).
Ma dużo mniej wysuszającą formułę od Velvet Matte, może to za sprawą emolientów z pestek moreli i wosku z palmy kopernicji? Nie wiem, ale jest dobrze. W ogóle pod każdym względem. Lepszą trwałość widziałam tylko w MAC-u – kolekcja Pro Longwear (i moja ukochana Unlimited), ale różnica wcale nie jest aż tak wielka, mimo że to inna półka cenowa.

Na koniec jeszcze raz o trwałości: po ośmiu godzinach noszenia cień koloru wciąż jest widoczny na ustach, a sama szminka w ciągu dnia ściera się estetycznie i równomiernie, mimo jedzenia i picia. Jestem z niej bardzo zadowolona i niewykluczone, że wybiorę się do Natury po jeszcze jakiś odcień (o nie, powiedziałam to!).

Ile: 4,5 g
Cena: 15,99 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: drogerie Natura

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Wiosenne porządki w kolorówce /post dla wytrwałych/

Już prawie udało mi się odgruzować mój kosmetyczny świat. Sztuka wywalania ma niestety dwa oblicza: z jednej strony cieszę się z miejscowych przejaśnień w szufladach i szafkach, a z drugiej – jest mi trochę smutno, że czas się rozstać z niektórymi skarbami. Każdy kosmetyk ma swoją historię, kojarzy mi się z różnymi momentami w życiu i... hmm, chyba jestem trochę sentymentalna, bo autentycznie żal mi, że taka kolekcja nie może trwać wiecznie.


Postanowiłam nie dokładać moich wyrzutków do marcowego denka, bo chyba nikt nie strawiłby tej pasjonującej lektury w postaci jednej blogowej zapiekanki. Przyjrzyjmy się więc, co zalegało w moich szafkach i potęgowało poczucie winy przy każdym kolejnym makijażowym zakupie.

piątek, 8 kwietnia 2016

Projekt denko, odc. 36

Moje śmieci w tym miesiącu spóźnione, bo zamiast je opisywać, odbywałam 30-kilometrowe spacery po Trójmieście i zajmowałam się szeroko pojętym bumelanctwem. Bardzo odświeżające wydarzenie sportowo-kulturalno-randkowe. W dodatku gdzieś między Gdynią a Sopotem przywitała nas prawdziwa wiosna z przebłyskami lata. Miło sobie powspominać w ten kolejny zimny dzień, których, kochana wiosno, masz coraz mniej do zużycia! 


Powót do domu był trudny, wszystko mnie w środku bolało i wołało: zawracajcie! jeszcze tyle jest miejsc do odwiedzenia! Niestety, zamiast nich, czekały mnie już tylko odwiedziny na prywatnym kosmetycznym śmieciowisku i z tej właśnie wyprawy zdam Wam dziś relację. Zakładam, że z Waszej perspektywy to ciekawsze od widoczków z Gdyni i Helu, więc zabieram się do pracy. 


Po pierwsze: Balea. Wydawało mi się, że baleowe szaleństwo już za mną, ale nie, daleka droga – na szczęście nie przez mękę. Radosne opakowania DM-owych kosmetyków wciąż mnie tak samo cieszą – to dobra, niemiecka szkoła etykietowania. Zapasy już się mocno skurczyły, ale kilku reprezentantów czeskich DM-ów wciąż czeka na swoją kolej. 

Balea – Sheabutter Arganöl Handlotion – rzadkie, ale treściwe mleczko do rąk, które polubiłam za zapach (znany wcześniej z kremu do ciała z tej samej serii) i za fajne opakowanie z pompką. Gdy leżało w szafce, nie używałam prawie wcale. Po przeprowadzce na łazienkową półkę wystrzelało się do ostatniej pompki. Nie jest to jakiś mocny nawilżacz, ale przy regularnym używaniu poprawił stan dłoni. Gdyby miał konto na fejsie, z pewnością dałabym mu lajka. 

Balea Professional – More Blond Spülung – odżywka do włosów – właściwie linia profesjonalna w dużej, popularnej drogerii trochę mnie dziwi, bo przecież DM sprzedaje dla ludu, a nie dla wysoko wykwalifikowanych pracowników kosmetycznych upiększalni. Nie sądzę, żeby jakiś specjalista z branży włosowej postawił akurat na te kosmetyki w swoim salonie, ale może czegoś nie wiem o świecie? Odżywka do włosów naturalnie i nienaturalnie jasnych pachniała pięknie, kwiatowo, miała odpowiednio gęstą konsystencję, zapach utrzymywał się na włosach zachęcająco długo, ale niestety, okazała się dla mnie za ciężka. Ładnie wygładzała włosy i dodawała im mięsistości, ale w moim przypadku wyglądało to jak nieszczęście już po kilku chwilach od umycia głowy. 

Balea – Caribbean Dreams – pianka do golenia – pianka o właściwościach piankowych: po naciśnięciu... pianą się staje. Gęstą, bo to pianka do golenia. Pianka pomaga golić. Cóż więcej mogę napisać poza tym, że zapach ładnie kokosowy, a wydajność przyzwoita?

Balea – Atem Pause  – relaksujący żel pod prysznic – ładny, elegancki aromat, którego nie da się z niczym porównać, bo to autorska kompozycja Balei, więc rozmowa o zapachu przypominałaby śpiewanie o czarnym kwadracie na białym tle. Żel pienił się zacnie jak zwykle, był dosyć rzadki, zużyłam go z przyjemnością, ale specjalnie tęsknić nie będę. 


Perfecta Mama – Probiotyczny żel do higieny intymnej – mimo zmian, jakie zaszły w portfolio firmy kilka miesięcy temu (Perfecta poszerzyła ofertę żeli do mycia cipek o kilka nowych produktów), to wciąż mój ulubiony żel do higieny intymnej. Bezzapachowy, nie podrażnia, nie uczula, nie utrudnia. Wystarcza mi na 3-4 miesiące, a opakowanie z pompką bardzo dekomplikuje użytkowanie. To wersja przeznaczona dla matek świeżynek, więc trochę się postarali, żeby skład był odpowiedni. I jest. I w ogóle warto. A jeśli wolicie żele cipkowe z zapachem, przyjrzyjcie się ofercie niematkowej – do wyboru, do koloru. 

Carex – Pure Blue – mydło antybakteryjne w płyniemoja droga Luizka ubóstwia te mydła, ponieważ nie może znieść faktu, że świat zdominowany jest przez mikroby. Do tej pory myślałam, że do zachowania higieny rąk wystarczy mi zwykłe mydło, ale Lu wyprowadziła mnie z błędu. Jako że okres chorobowy trwa w naszym kraju około sześciu smętnych miesięcy, a srakorzygowirusami i innymi paskudami łatwo zarazić się między innymi poprzez nieodpowiednio zdezynfekowane dłonie, postanowiłam zwiększyć nasze szanse w tej nierównej walce z wirusami i na koniec jesienio-zimy dołączyłam do domowej antybakteryjnej pielęgnacji mydła Carex. Czyn był chyba słuszny, bo czuję się jakoś bezpieczniej, kiedy takie mydło stoi na umywalce obok zwykłego. A że do tego ładnie, rześko pachnie i dobrze się pieni, to już w ogóle szał macicy. Będą następne, na pewno. 

Isana – Mango & Pomarańcza – mydło do rąk w płynie – okazuje się, że wcale nie trzeba szukać mydlanego szczęścia za czeską czy niemiecką granicą, bo w polskich Rossmannach mieszka opakowanie uzupełniające płynnego mydła w przyjemnej dla nosa wersji z mango i pomarańczą. Nie jestem pewna, czy czuć tam faktycznie to mango, ale efekt końcowy jest bardzo dobry, a do tego cieszy mnie stan dłoni po regularnym użytkowaniu (zupełnie jak po płynie do mycia garów w glutowatej wersji balsam). Śmieszna cena również zachęca do powrotu, dlatego kolejne spotkanie wydaje się być nieuniknione. 


Ziaja – Tonik ogórkowy do cery suchej i normalnej – znany od lat przeciętniak, którego kupiłam z braku innych sensownych rozwiązań na jakimś weekendowym wyjeździe. Tonik Ziai krzywdy mojej cerze nie robi, ale też nie czyni jej nie wiadomo jakich wspaniałości. Do zachwytów daleko i nie jestem pewna, czy ogórkowy zapach jest super, czy do bani. W ogóle niczego nie jestem pewna w przypadku tego toniku. Plus za to, że nie lepi się po nim skóra.

Bioderma – Sensibio H2O – płyn legenda. Zmywa wszystkich, wszystko i w dowolnych okolicznościach, ale odkryłam dwie jego wady, które przeszkadzają mi w nazwaniu go ideałem. Po pierwsze: gorzki smak, o którym wielokrotnie wspominałam. Nie, zazwyczaj nie popijam miceli z gwinta, a jednak dociera do mnie ta gorycz. Po drugie: są takie dni, kiedy pozbywanie się wyjątkowo opornego makijażu oczu jest nieprzyjemne, bo trwa długo i kończy się lekkim pieczeniem, zupełnie jakbym ścierała tusz i kredkę tarką do stóp, a nie wacikiem. No ale może za mocno trę, prawdopodobieństwo jest spore, bo z natury jestem niecierpliwa i jak coś łatwo nie schodzi, to pewnie podświadomie wykonuję nerwowe ruchy i trę tak, jakbym wycierała kupę z tyłka Tomasza. Tak, tak, zdecydowanie jest taka możliwość. Bioderma jest przecież świetna i wszyscy to wiedzą.

Yves Rocher – Sebo Végétal – serum zwężające pory – w międzyczasie zmieniło opakowanie i kto wie, może też skład. Robiłam do niego wiele podejść, ale ostatecznie wywalam pół butelki, bo nie umiaem znaleźć mu dobrego zastosowania. Serum po wchłonięciu zostawia skórę pięknie matową, ale a) nie na długo, b) nie da się na nią nałożyć podkładu – wszystko się roluje. Na noc też nie było sensu aplikować czegoś takiego (mimo że producent to zaleca), bo wieczorami inwestuję w głębokie nawilżanie i odżywianie, a nie w jakieś rolujące się mazie, przypominające wykończeniem zasypkę do niemowlęcego tyłka. Wątpię, żeby to serum realnie zwężało pory. U mnie efekt wygładzonej skóry wynikał raczej z zatkania ich tą tajemniczą substancją. Myślę, że przy regularnym używaniu może zapychać. Ale zapach piękny.

Organic Therapy – Pore-Minimiser Face Serum – tu właściwie podobna sytuacja jak u kolegi wyżej. Marzyły mi się zwężone pory, lubię kosmetyki w formie serum, ale wygląda na to, że to się jakoś słabo komponuje. Serum rosyjskiego Organic Therapy ma lepszy skład od YR, wydaje się też lżejsze, ale niestety, nie dało mojej skórze niczego pozytywnego. Rolowało się tak samo intensywnie jak Sebo Végétal, a przy tym nie dawało matu ani ściągnięcia porów. Zero wygranych w tym losowaniu. 


Yves Rocher – Tradition de Hammam – balsam do ciała – pisałam o nim przed chwilą, więc nie ma sensu się powtarzać. Kosmetyk do zapomnienia. 

Yves Rocher – Pure Camille – krem do ciała i twarzy – fajny, mały słoiczek do zabrania w podróż,  konsystencja przyjemna, bo maślana, działanie raczej przeciętne, a zapach fatalny (w sumie zalatuje kwiatem gorzkiej pomarańczy, zupełnie jak koleś wyżej). Do ciała wystarczył na cztery razy, do twarzy nie próbowałam. Dawno niedostępny, bo to edycja limitowana.

Vichy – Aqualia Thermal – nawilżający krem do twarzy w wersji light dla skór wrażliwych – to wszystko brzmi pięknie i zachęcająco, a ja dałam się porwać jakiejś odjechanej promocji w Super-Pharmie i kupiłam go za mniej więcej 1/3 ceny, nie wchodząc w szczegóły. Dotychczas zupełnie nie było mi po drodze z pielęgnacją Vichy (dłuższą przygodę zaliczyłam tylko z żelem do mycia twarzy Normaderm, a i to zdarzyło się stosunkowo niedawno), dlatego ucieszyłam się, że dzięki dzikiemu rabatowi poznam którykolwiek z produktów do twarzy. Krem od początku zachwycił mnie cudnym, estetycznym, ciężkim słoikiem ze szkła, leciutką formułą i piękną, kwiatową nutą zapachową, ale niestety, przez te kwiaty przebijał się aromat alkoholu. Szybki rzut oka na skład i wszystko jasne. Jest mój wielki wróg. Zaraz po wodzie i glicerynie. Zapał opadł bezpowrotnie, zresztą zaraz okazało się, że alkoholowa formuła – zgodnie z przewidywaniami – nie działa dobrze w praktyce. Moja mieszana w kierunku tłustej cera szybko świeciła się jak psu jajca, a krem zdecydowanie nie nadawał się z tą swoją flaszką spirytusu dla wrażliwej lub/i podrażnionej cery. Smutna dyskwalifikacja, 2/3 słoika leci do kosza, co oznacza, że zapłaciłam pełną kwotę za zużytą część. 

Nuxe – Nirvanesque Light – krem do twarzy (miniatura) – zapowiadał się super, bo był naprawdę lekki i jednocześnie przyjemnie nawilżał. No ale Nuxe zmieniło w międzyczasie logo, nazwy swoich produktów i składy tych starych, dlatego nie ma o czym mówić, tylko trzeba wypróbować nową odsłonę. 

Na zdjęciu nieśmiało wychyla się wosk zapachowy Organique w wersji grejpfrutowej, który dostałam kiedyś od M., ale może lepiej niech się nie wychyla, bo był cienki, mało intensywny i ogólnie rozczarowujący. Ciekawostka: jako jedyny wypadł z kominka sam – nie musiałam korzystać z pomocy zamrażalnika. 


Na koniec szybki rzut oka w stronę wywalanej (bo przecież nie zużytej) kolorówki. Po pierwsze, postanowiłam rozstać się z kolekcją flamastrów do ust, które były moim chwilowym kaprysem, ale na dłuższą metę się nie sprawdziły. Inny niż zwykle efekt nie był w stanie wygrać z faktem, że malowanki schodziły z ust bardzo nierównomiernie i na dłuższą metę bardzo wysuszały. Obok flamastrów do ust widać czarny flamaster NYC do kresek – pomysł jeszcze gorszy od poprzedniego. W praktyce produkt NYC nie różni się niczym od zwykłego, ostro zakończonego markera. Nie da się go ani poprawić, ani zmyć – zachowuje się prawie jak makijaż permanentny. Do kosza idą też dwa podkłady: Revlon Colorstay w wersji Whipped, który wypada o wiele gorzej od normalnego Colorstaya i White Perfect Pearl od L'Oréal. Możliwe, że kupiłam Colorstaya w wersji do skór normalnych i suchych, bo na mojej tłustej bardzo źle leżał, z kolei White Perfect Pearl był w odcieniu ceglastej pomarańczy (Nude Beige – po nazwie nie spodziewałam się takiego dramatu), więc nie ma dla mnie absolutnie żadnego zastosowania. Oba podkłady kupiłam przez internet, w ciemno, w którymś z tanich sklepów typu eZebra, i wiem już, że nie należy tego czynić. Na zdjęciu widzicie jeszcze: wyschnięty czarny eyeliner żelowy z Sephory (kupiony na wyprzedaży, wysechł bardzo szybko); zupełnie nieużywany, sypki puder mineralny L'Oréala, który po sprawdzeniu na Check Fresh okazał się być z 2009 roku; jakieś totalnie kupowate rozświetlająco-brązujące kulki Glazel (?) z ShinyBoxa (nie dało się ich używać, były KOSZMARNE); zepsutą pomadkę Joko w odcieniu idealnie nudziakowym (kupiona przez internet, zaczęła śmierdzieć łojem po trzech miesiącach); pomadkę Clinique High Impact Lip Colour w niemodnym, brokatowo-złoto-brązowym kolorze Metallic Sand (kupiona dwa lata temu, pochodzi z 2010) i wreszcie mój ukochany korektor do twarzy i pod oczy Smashbox Second Skin Longwear Concealer, który leży u mnie zdecydowanie za długo, więc ze smutkiem go żegnam (zdaje się, że bezpowrotnie).

Wyrzutki kolorówkowe to dopiero początek. Niezależnie od denka zebrałam torbę kolejnych i zamierzam Was z nimi zapoznać już za chwileczkę oraz momencik. Tymczasem miłego weekendu, smyki! Wiecie, że mój blog skończył niedawno trzy lata? Będzie impreza :D


środa, 6 kwietnia 2016

Yves Rocher – Tradition de Hammam – balsam odżywczy z olejkiem arganowym i kwiatem pomarańczy /recenzja/

Yvesrocherowy słój niedawno dobił dna, więc czas podzielić się wrażeniami. Aż się zdziwiłam, że ten balsam wciąż jest w sprzedaży, bo ja tu sobie powoli zużywam zapasy, których duża część to gratisy z pradawnych zamówień w sklepie Yves Rocher, a tymczasem marka stopniowo i cichcem przewala swój asortyment. Zmienia składy, nazwy, wycofuje całe linie, wprowadza nowe... Świat idzie do przodu i inne tararara, a ja jak zwykle ledwo nadążam. 


Z balsamem z serii Tradition de Hammam zdążyłam się elegancko rozprawić zarówno w kontekście daty ważności (halo, zostało jeszcze parę miesięcy do oficjalnego się_zepsucia, jest postęp!), jak i bycia na czasie: mieniący się złotem i brązami kartonik ze słoikiem w środku wciąż wdzięczy się do nas na półkach w salonach Yves Rocher! To niewątpliwy sukces, dalej nie poszło już tak dobrze: używam obecnie kremu pod oczy i kremu na dzień z serii Ovale Lifting i w międzyczasie dowiedziałam się, że te kosmetyki oficjalnie już nie żyją – Ovale Lifting została zastąpiona linią Serum Végétal*, która – sądząc po kilku przeczytanych recenzjach – wcale lepsza nie jest. Delikatnie mówiąc.  

Wróćmy do Hammamowej tradycji. Na pewno warto pochwalić estetykę opakowań, które cieszą oko i zachęcają do zanurzania nosa i paluchów w tych wszystkich orientalnych smakołykach. No właśnie, jeśli o Oriencie mowa – spodziewałam się, że po wsadzeniu nosa w słoik dotrą do mnie piękne, korzenne nuty. Niestety, zamiast nich do nozdrzy doleciał cierpki zapach kwiatu pomarańczy (który nie ma absolutnie nic wspólnego z zapachem owocu). Wygląda na to, że nie przepadam za kwiatem pomarańczy, ma w sobie coś z lat 90. Może pachnie jak świeżo podlane pelargonie? Albo jakieś szpetne wiechcie, które stroiły nam peerelowskie wnętrza? Nie mogę sobie teraz przypomnieć, ale to bardzo nie mój aromat. To nie są oczywiście jakieś odrażające nuty, ale jakbym powąchała coś takiego w sklepie, nigdy nie zdecydowałabym się na zakup akurat tego kosmetyku. Tyle jest na świecie atrakcyjniejszych kompozycji. W sumie nie powinnam się dziwić, że poległam w starciu: imagination vs. reality, bo to nie pierwszy raz (tylko drugi). Po spotkaniu z maseczką do twarzy i włosów z tej samej serii byłam podobnie rozczarowana, tyle że tam zderzyłam się z dużo ładniejszym zapachem pieczonego jabłka (bez cynamonu, naprawdę zero konotacji ze Wschodem). 
Skoro zapach nie taki, dla uratowania honoru balsamu odżywczego YR wypadałoby zachwycić się resztą. Tylko że to trudne. 


Jak widać na załączonym obrazku, skład daleki jest od natury, więc te wszystkie pierdoły Yves Rocher o naturalnych kosmetykach są bardzo mocno na wyrost. To znaczy oni pewnie nie kłamią i składniki aktywne faktycznie pochodzą z ekoupraw, ale nie wiem, po co właściwie ten wysiłek, skoro konsumenci, którym zależy na ekologii i bliskich spotkaniach z naturą, i tak odrzucą tego typu kosmetyk po obejrzeniu INCI (a bo parabeny, a bo PEG-i, a bo alkohol denaturowany, itd. itp.). Dla mnie trochę wszystko jedno, bo używam zarówno mikstur naturalnych, jak i napakowanych chemią po kokardy, ale świadomi eko-naturalni wyborcy będą raczej zniesmaczeni. Na plus: woda różana zaraz po wodzie zwykłej i olej arganowy w trzeciej, a nie w ostatniej linijce. Hmm, tylko dlaczego olejek z kwiatu gorzkiej pomarańczy, który jest tu obok arganowego flagowym składnikiem balsamu, znajduje się na najostatniejszym z ostatnich miejsc? Odpowiedź brzmi: bo może.

Niespecjalnie podoba mi się też połączenie szerokiego, ładnego słoja z bardzo lejącą konsystencją. Kilka razy balsam wylądował na naszej niewydarzonej desce barlineckiej, bo ześlizgnął się z palców w czasie lotu na moje cielsko. No ale podobno najważniejsze jest działanie. I tu mam najlepsze wieści. Balsam wchłania się szybko, nie zostawia tłustej warstwy okluzyjnej, za to zostawia skórę świeżą i zadbaną. Poziom nawilżenia prawdopodobnie nie będzie szałowy dla klasycznego suchara, ale mniej wymagająca skóra powinna być usatysfakcjonowana. U mnie balsam działał dobrze, ale w tym sezonie grzewczym nie miałam problemów z utrzymaniem dobrego poziomu nawilżenia nóg i ramion (zwykle tam bywało najnędzniej).

Biorąc pod uwagę wady balsamu Tradition de Hammam, cena regularna 67 złotych wydaje się być paskudna. Promocje w Yves Rocher oczywiście hulają aż miło, ale według mnie to wciąż za dużo (halo, pojemność to tylko 150 ml! sporo mniej niż w standardowych kosmetykach do pielęgnacji ciała). Ogólnie chyba nie warto. Tyle innych wspaniałości na tym świecie.

Pojemność: 150 ml
Cena: regularna 67 zł, ale YR oferuje klientom niekończące się promocje i rabaty (obecnie ten balsam można kupić w promocji za 47 zł)
Ocena: 3/6


*To nie koniec złych wiadomości. Nie ma też z nami mojej ulubionej linii do cery wrażliwej – Active Sensitive. Została zastąpiona serią Sensitive Végétal, w której nie ma już żadnego toniku dla wrażliwców, a ja właśnie darzyłam wielkim uczuciem tonik Active Sensitive i nie mam go czym zastąpić. Mojej mamie YR zabrało jakiś czas temu ulubiony podkład i zastąpiło go innym, dużo ciemniejszym. Czy mi się wydaje, czy to bez sensu?