poniedziałek, 21 marca 2016

Świąteczny zestaw Too Faced z bliska + pierwsze testy kosmetyków marki

Ha, myślałyście, że będzie o zajączkach Too Faced, które uroczo prężą zadki, trzymając w pyszczkach nowe, limitowane szmineczki? Ależ nie, dziś pokażę Wam zestaw, który był w sprzedaży w Sephorach... przed Bożym Narodzeniem. Podobno lepiej późno, niż wcale. Miałam sobie darować opowiadanie o moim słodkim, różowym pudełku, ale zmieniłam zdanie, bo przyszło mi do głowy, że możemy potraktować ten wpis jak relację z pierwszego spotkania z marką Too Faced. Tak właśnie było – gdy dostałam Le Grand Palais de Too Faced, pomacaliśmy się i obwąchaliśmy sobie zadki ten pierwszy raz. W sumie miło, że oprawa była iście królewska.



Ten niezwykły kosmetyczny cudak trafił do mnie za sprawą uważnie słuchającego męża, który po raz kolejny uszy miał otwarte szeroko niczym Dumbo w czasie lotu. „Ojeeeeej, jakie słodkie schoooodki! I ten różowy pokoiiiiiik!” – hm, najwyraźniej Le Grand Palais po prostu sobie wypiszczałam. Dobra moja, bo nie miałam wcześniej do czynienia z produktami Too Faced. Nie dałam się porwać blogerskim masowym zakupom Chocolate Barów, a jednak ciągle gdzieś przewijała się myśl: a może przegapiam coś naprawdę fantastycznego? Właściwie to wiecznie mam takie wrażenie – wystarczy mała przebieżka po zaprzyjaźnionych blogach i już jestem przekonana, że omija mnie Bardzo Wiele Istotnych Rzeczy. Sądzę, że ten stan umysłu wkrótce uzyska swą nazwę medyczną (blogogorączka?) i kod ICD-10. 


Świąteczny zestaw to paleta cieni, różów i produktów do konturowania, maskara Better Than Sex, pomadka w kremie Melted i baza pod cienie Shadow Insurance. Zestaw ciekawy (choć niezbyt spójny) kolorystycznie i naładowany po brzegi brokatem. Ma być gwiazdkowo, wyjściowo, elegancko. I jest! 


Cienie są miękkie i dobrze napigmentowane, chociaż niektóre kolory rozczarowały mnie już przy swatchowaniu. Większość cieni bardzo się osypuje, część szybko traci moc przy rozcieraniu... No nie wiem. Są jakieś... nie-takie-jak-trzeba. Najbardziej rozczarowujący jest pięknie prezentujący się w palecie, granatowy, brokatowy Midnight In Paris, który po przeniesieniu na rękę zmizerniał i przy bliższym kontakcie okazał się praktycznie niezdatny do użytku. Podejrzewam, że może dałoby się odzyskać sensowność tego cienia, aplikując go (nie łudźmy się: i tak z wielkim trudem) na kleistą bazę do brokatów. Niestety, producent nie dołączył  takowej do zestawu, mimo że w ofercie Too Faced jest coś takiego jak Shadow Insurance Glitter Glue. Wśród cieniasów mamy jeszcze sąsiada Midnight In Paris – szaro-oliwkowy cień Eiffel (tępy, tracący pigment przy najmniejszym roztarciu), biało-srebrny brokat String Of Lights (nierozcieralny, osypujący się, bezsensowny) i Moon On Their Wings – śliczny, beżowo-złoty brokatowy cień, który przy przenoszeniu na powiekę całkowicie się dezintegruje: brokat sobie, reszta sobie – wszystko nie trzyma się kupy. 

Pozostałe cienie lepiej dają sobie radę w kontakcie z moimi tłustymi, opadającymi powiekami, choć i tak nie zachęcają mnie do sięgnięcia po słynne Chocolate Bary. Wykorzystałam tę paletę może ze trzy razy, a potem wrzuciłam do szuflady i jakoś od tego czasu nie miałam ochoty do niej wracać. Nie dała mi tego, czego się po niej spodziewałam, więc zakładam, że nasze dni są policzone.  


Oprócz średniej jakości cieni mamy tu dwa matowe róże – chłodny Skyline i ciepły, koralowy Stardust. Są w porządku, nie robią plam i nieźle się trzymają policzków. Puder rozświetlający Flush daje delikatny, przyjemny efekt. Myślę, że nadawałby się zarówno do podkreślania kości policzkowych, jak i aplikacji na całą twarz, choć tego drugiego nie próbowałam, bo i bez rozświetlacza mogę się radować niesłabnącym blaskiem sebum przez caaaaaaluteńki dzień, miesiąc, rok. Mój osobisty smalec jeszcze nigdy mnie nie zawiódł – towarzyszy mi dzielnie zarówno na twarzy, jak i na biodrach, brzuchu i w paru innych strategicznych miejscach. Kończąc wątek pudrów do twarzy: żałuję, ale nie przyda mi się bronzer Sun Bunny. Jest zdecydowanie za ciepły i nawet na powiekach nie wyglądałby u mnie ładnie, w razie gdybym zapragnęła zamienić go w cień. Teksturę ma obiecującą, no ale. 


Melted Liquified Long Wear Lipstick to już nieco inna historia. Do zestawu producent dołączył odcień Melted Peony, który jest konkretnym, rzucającym się w oczy różem o satynowym wykończeniu (na moich zdjęciach nie widać tej mocy, ale możecie mi wierzyć na słowo – to nienaturalny, wyrazisty róż). Faktura tej kremowej pomadki kojarzy mi się z wycofaną już serią matowych Manhattanów Soft Mat Lipcream, a z tych bardziej współczesnych – z Rouge Edition Velvet od Bourjois. Melted Peony jest na ustach bardzo intensywna i zwraca uwagę. Nie czuję się dobrze w takich Barbie-kolorach, ale obiektywnie jest to dobrej jakości kremowa pomadka, którą miło się aplikuje i nosi. Nieodciśnięta w chusteczkę, będzie zostawiać ślady na szklankach, sztućcach i wszystkim, co tylko. Ściera się wolno, przyzwoicie. Nie będę pewnie wracać do tego odcienia, ale chętnie wypróbuję jakiś inny z gamy Melted. Swoją drogą nie rozumiem, czemu producent dodał do tego zestawu akurat Melted Peony. No tak, ten intensywny róż pasuje do idei pokoju księżniczki, ale za to nie chce się komponować z cieniami z Le Grand Palais. Coś tu nie gra.

Przy okazji możecie podziwiać osypujący się z cieni brokat. 

Tusz do rzęs o obiecującej nazwie Better Than Sex ma robić wszystko: podkręcać, wydłużać i jeszcze zwiększać objętość. Do tego producent zachwala jego intensywny czarny pigment. Obietnic jest dużo, ale czy mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością? Eeee, trochę. Czerń faktycznie jest piękna i głęboka, podobnie jak w maskarze Sephory Outrageous Curl w odcieniu Ultra Black. Szczotka wygląda jakoś tak... chaotycznie? Podobno jej kształt ma przypominać klepsydrę, a klepsydra – nawiązywać do kobiecej figury (doprawdy nie wiem, po kiego melona). Jestem zadowolona z efektu, chociaż i tak nie poleciałabym po niego do sklepu w podskokach, zważając na fakt, że pełnowymiarowe opakowanie kosztuje 95 złotych. Szczotka nieźle wyczesuje, dodaje też nieco objętości (o podkręcaniu się nie wypowiem, bo mam naturalne wywijasy). Niestety, problemy zaczynają się później: tusz stopniowo znika z rzęs i ma tendencję do osypywania (im dłużej otwarty, tym mu gorzej). Za prawie 100 złotych mam prawo oczekiwać zdecydowanie lepszej jakości. Jeżeli dla kogoś to jest better than sex, szczerze współczuję. 


Nie wypowiem się na temat bazy pod cienie, bo jeszcze jej nie otworzyłam. Opinie ma obiecujące, więc może to ona uratuje honor Too Faced. Na razie szału nie ma. Delikatnie mówiąc.

31 komentarzy:

  1. Ja z tej marki mam paletkę Semi Sweet i bronzer taki mini - z obu jestem zadowolona. W zapasie mam jeszcze ten sexy tusz, się okaże...
    Szkoda, że szału nie ma bo na wygląd wydawało się fajne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja mam jeszcze kilka miniatur z boxów Sephory, ale niestety widzę, że i bronzer, i podkład będą dla mnie za ciemne :(

      Usuń
  2. wygląda cudnie, tak uroczo :) ja mam róż do policzków i pomadkę w płynie z obu produktów jestem zadowolona :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale kiszka. Mam wrażenie, że takie giftesety są robione trochę na odpierdol - ma ładnie wyglądać z zewnątrz i tym się sprzedać. Szkoda, zwłaszcza tych granatowych cieni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No sama zaczęłam się nad tym „odpierdolem” zastanawiać, ale z drugiej strony wszystko się ze sobą dobrze komponuje poza pomadką. Tylko zastanawiam się, czy te cienie z limitki pokazują prawdziwą jakość Too Faced, czy może są właśnie takim strzałem szybkich, nieprzemyślanych receptur.

      Usuń
  4. Bazę używam od wielkiego dzwonu, w sumie to trzymam ją w miniaturowych wersjach ze względu na podróże. Nie przebija mojej ulubionej bazy z Narsa.
    Szkoda, że tusz robi takie kuku.

    Pomysł zestawu jest fajną koncepcją dla osób, które lubują się w takich klimatach :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam dwie tubki tej bazy, ale otwarte trzy inne, więc czekają na swoją kolej, bo mam już dosyć tego marnotrawstwa ;).

      Usuń
  5. ja z Too Faced mam taką malutką paletkę z jakiejś starszej kolekcji świątecznej. nazywa się ładnie, jingle all the way :) i ma dużo metalicznych i glitterowych cieni, bo w grudniu wiele osób zdaje się na takie wykończenia stawiać :) cienie są OK, choć do Zoevy np. im daleko, za to różu z tej paletki praktycznie nie używam (nie mój kolor), a bronzer jest zbyt zbyt zbyt ciepły, pomarańczka normalnie :/

    macałam Chocolate Bary i one wydały mi się dobre - ładna pigmentacja i spójna kolorystyka, no i brak nietrafionego różu/bronzera/rozświetlacza...

    co do pomadki, powiem Ci, że moim zdaniem bardzo ładnie zgrywa się z kolorem Twojej cery. mnie się podoba :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ten bronzer tutaj też zupełnie nie dla nas i w ogóle po co oni takie ciepłe w grudniu dokładają, nawet cieplejsze, ciemniejsze karnacje są wtedy wybielone :)

      Też macałam Chocolate Bary i najbardziej spodobała mi się filozofia dokładania większych cieni bazowych, które przecież najszybciej się kończą i sprawiają, że paleta przestaje być samowystarczalna.

      Usuń
  6. Też szału moim zdaniem nie ma.Ba powiedziałabym, że jedynie opakowanie jakoś szczególnie przypadło mi do gustu. Za słaba pigmentacja jak dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poza pewnymi wyjątkami pigmentacja jest naprawdę dobra, tylko sporo tu jasnych odcieni, niezbyt dobrze widocznych na skórze.

      Usuń
  7. A tak ładnie wyglądało:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten zestaw nie jest tak całkiem beznadziejny, ale na pewno niewart swojej ceny.

      Usuń
  8. Wygląda świetnie ale jak sama piszesz ta pigmentacja nie powala, no i te osypywanie, tego chyba nie lubię najbardziej. Szkoda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wobec osypywania sama jestem bezsilna. Nie jestem Maxineczką, żeby sobie dobrze z tym radzić, niestety :/

      Usuń
  9. Zapowiadało się obiecująco. Jak dla mnie Too faced zrobiło wokół siebie za dużo szumu, a jakość ich produktów nie jest adekwatna do ich ceny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest, choć pewnie jeszcze dam im szansę, bo pomadka mnie zachęciła.

      Usuń
  10. Może cienie lepiej będą sprawować się na bazie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na oczach testowane były na bazie, tylko nie na tej z Too Faced :)

      Usuń
  11. Baza pod cienie jest świetna. To moja dwa pewniaki razem z Urban Decay.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że tak mówisz – milej mi się myśli o dwóch tubkach tej bazy, które na mnie czekają :)

      Usuń
  12. Czytałam, że dużo dziewczyn nie było zadowolonych z tego tuszu :D Nawet którąś z nich napisała, że ciekawie jaki seks miał producent, skoro uważa, że ta maskara jest lepsza niż seks haha :) A co do pomadki Melted to też by mi kolor nie odpowiadał, chociaż u kogoś mi się podoba taki róż Barbie :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Marka zrobiła wokół siebie dużo szumu i kusi na prawo i lewo :P

    OdpowiedzUsuń
  14. Z tej firmy mam jedynie miniaturę bronzera i jestem z niej zadowolona marzy mi sie jeszcze miniatura Melted, cieniami i reszta sie nie jaram i te ich paletki które wychodzą mi z lodowki niemalże nie chce i juz ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. W too faced nie mam kosmetyków, ale przez ich urocze opakowania mam ochotę na każdy ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. jeszcze nie miałam nic ich firmy :(

    OdpowiedzUsuń