wtorek, 15 marca 2016

Pszczela Dolinka: w zgodzie z naturą, ale... czy z moją?

Moje zakupy w Pszczelej Dolince zdarzyły się pod wpływem impulsu (taak, taaak, zawsze to samo). Gosia opisała bosko pachnące mydło z bananem i kokosem, a mnie pociekła ślina od brody do czubków butów. To bardzo moje zapachy, BARDZO! I mimo że na co dzień nie używam mydeł w kostce, postanowiłam zrobić w Pszczelim sklepiku niewielkie zakupy. Działo się to w listopadzie, więc wymyśliłam, że takie naturalne kosmetyki będą też ciekawym pomysłem na prezenty gwiazdkowe. Uff, jest dobry powód, więc można w spokoju wydawać. 


Ostatecznie w koszyku znalazły się trzy mydła bananowo-kokosowe, od których zaczęła się cała historia, a do tego mazidełka do ust i balsamy do skórek wokół paznokci. Wszystkie kosmetyki z Pszczelej Dolinki mają bardzo zachęcające składy, są bogate w oleje i – przynajmniej teoretycznie – powinny dobrze pielęgnować skórę. Krótkie daty ważności przypominają o naturalnym INCI, a amatorskie opakowania – o tym, że kosmetyki wytwarzane są ręcznie i powstają w małym świętokrzyskim gospodarstwie, a nie na bezdusznej taśmie produkcyjnej. Moje zdjęcia z kolei przypominają, że jestem pierdołą, bo nie uwieczniłam kosmetyków bez folii i z odkręconymi słoiczkami. To nic, to nic, wszystko Wam zaraz opowiem.

Jaka Pszczela Dolinka jest, każdy (hmm, mniej więcej) widzi, a jak z działaniem?


Banan i kokos – mydło naturalne owocowe

Zapach mnie nie rozczarował... przynajmniej na początku. Po otwarciu przesyłki odfrunęłam do Krainy Kosmetycznej Szczęśliwości i w ogóle nie planowałam powrotu. Wysypałam moje skarby na talerz i postawiłam na stole w salonie. No serio. Nie chciałam się rozstawać z tym aromatem nawet na chwilę i nie miałam nic przeciwko, żeby unosił się od blatu aż do sufitu. Trochę zdziwił mnie wygląd mydlanych kostek – u Gosi na wierzchu zanurzone były pociemniałe plastry bananów, a w mojej partii zamiast bananów, znalazłam suszone kwiatki. Bananowy pozostał skład: receptura zawiera bananową pulpę, ekstrakt z banana, a jakby komuś było mało, to jeszcze bananowy olejek (czyżby to on odpowiadał za ten oszałamiający zapach?!). Drugim ważnym składnikiem mydła bananowo-kokosowego jest też... tak, brawo: kokos! Tutaj w postaci oleju i wiórków, mających delikatne właściwości peelingujące. Chociaż nie, o ścieraniu naskórka nie ma tu mowy, co najwyżej o jego masowaniu – to przecież tylko wiórki, niewiele potrafią, takie małe ciapy z nich. Mimo zapewnień producenta o działaniu silnie nawilżającym, odżywczym i wygładzającym, niestety, nie jestem zadowolona z właściwości tego mydła. Kiedy myję nim dłonie lub ciało, zmydla się słabo, a aksamitną pianę udało mi się wytworzyć tylko wtedy, gdy używałam go do szorowania pędzli (w tej roli całkiem nieźle się spisało, ale nie powinno do tego służyć, bo w środku są różne, nie tylko kokosowe, farfocle). Poza tym ujmujący, słodki bananowo-kokosowy zapach wyraźnie osłabł już po kilkunastu dniach na talerzu. Miałam jeszcze nadzieję, że powróci do mnie w trakcie użytkowania, przynajmniej gdy mydło będzie namoczone i spienione, ale nie... im więcej piany i moczenia, tym mniej kokosa i banana, które prawie natychmiast ustąpiły miejsca zwykłemu zapachowi mydła toaletowego w kostce za dwa złote. Próba prysznicowa z bananem i kokosem wypadła przeciętnie – słabo spienione mydło umyło mnie... jakoś, ale do euforii czy jakiejkolwiek przyjemności było daleko. Nie wysuszyło mi skóry, ale też nie nawilżyło, a już na pewno nie „silnie”. Ostatecznie zużyłam moją kostkę tylko do mycia rąk, podczas gdy obok na umywalce stała butla mydła w płynie, z którego korzystała na co dzień rodzina. Z tygodnia na tydzień mycie rąk mydłem bananowo-kokosowym stawało się coraz większą karą i tęsknie spoglądałam na chemiczny, ale ładnie pachnący mydlany żel, który pięknie się pieni, uwodzi zapachem i cieszy oko estetycznym opakowaniem. Moim zdaniem kostka Pszczelej Dolinki jest niestety zupełnie przeciętna, a fakt, że nie jest cięta nożem, tylko wyciągana jako pomarszczony kocmołuch z oddzielnej foremki, też nie dodaje jej uroku. Doceniam pomysł autorki na linię bananowo-kokosową, bo jest naprawdę ciekawy. Mam nadzieję, że kolejne partie mydeł będą coraz lepszej jakości.

/12 zł za ok. 110 g/


Mazidełko miodowe do ust ręcznie wyrabiane

Czas na łyżkę miodu w tej beczce dziegciu. Łyżkę miodu w sensie całkiem dosłownym. W sklepie Pszczelej Dolinki kupiłam dwie wersje miodowego mazidełka do ust: Owoce i shea oraz Shea, kakao i awokado. Oba produkty mają tę samą bazę: wosk pszczeli, masło shea i miód, różnią się nieco smakiem, zapachem i konsystencją. Jako pierwsza na moje usta trafiła wersja owocowa, której działanie... absolutnie mnie zachwyciło. Do słoika dołączono malutką, przezroczystą szpatułkę (wygląda trochę jak chochla do zupy dla lalki Barbie), co daje nam możliwość przynajmniej częściowego zachowania higieny w tak niehigienicznym opakowaniu jak słoik. Mazidełka z Pszczelej Dolinki przywiodły mi na myśl mój ukochany balsam do ust z Nuxe – konsystencja wersji owocowej jest bardzo podobna, a nawet lepsza, bo gładka (w Nuxe często można trafić na miodowe kryształki). Mazidełko świetnie i łatwo rozsmarowuje się po ustach, pozostawia tłustą, przyjemnie słodką warstwę, która stanowi dobrą ochronę w mroźne i wietrzne dni, a na co dzień skutecznie pielęgnuje spierzchnięte, poobgryzane wargi. Pachnie bardzo delikatnie – suszem z polnych kwiatów. Przetestowałam to mazidełko w warunkach naprawdę ekstremalnych – najpierw na sylwestrowym wyjeździe na Słowację (minus pierdylion stopni i wiatr), potem w czasie konkretnej naustnej posuchy, a ostatnio po nieszczęśliwym wypadku mojego syna, którego śliczne, delikatne usteczka niefortunnie zderzyły się z gorącym rondlem. W tym ostatnim przypadku naprawa oparzonej skóry była oczywiście dużo bardziej skomplikowana (antybiotyk, gencjana, hydrożel), ale w późniejszej fazie gojenia i regeneracji mazidełko z woskiem, shea, a także olejami: brzoskwiniowym, żurawinowym i z pestek arbuza, okazało się nieocenionym pomocnikiem. Jedyne, co mi w nim nie pasuje, to ogórkowy posmak (to przez te arbuzowe pestki), ale wybaczam, bo naprawdę dobrze działa.

Mazidełko numer dwa – z shea, masłem kakaowym i masłem awokado – miałam przekazać dalej w świat, ale w końcu skitrałam je dla siebie, bo byłam ciekawa, jak wypadnie w porównaniu z poprzednikiem. Najpierw zaskoczyła mnie twardsza konsystencja – ta wersja jest już daleka od balsamu Nuxe, a zbliża się do masełek w blaszanych puszkach od Nivei (a może nawet jest jeszcze bardziej zbita?). Wciąż łatwo się wsmarowuje i daje na ustach podobny efekt, więc dobra nasza. Zapach ma ledwo wyczuwalny, ale nie umiem go określić. Nie jest zbyt miły, za to naprawdę bardzo dyskretny, więc nie stanowi żadnego problemu. Najbardziej cieszę się, że ten balsam nie ma posmaku ogórka – to było dosyć męczące doznanie. Smakuje tak samo neutralnie jak pachnie i chyba słodycz miodu jest mniej wyczuwalna niż w wersji owocowej. Nie mogę powiedzieć z całą pewnością, że jest tak samo skuteczny jak poprzednik, bo na razie nie był wystawiany do podobnie hardkorowych zadań, ale skład pozwala mi wierzyć, że na nim też mogę polegać – w czasach pokoju i niewielkich problemów skórnych jeszcze mnie nie zawiódł.

/12 zł za 10 ml/


O balsamach do skórek się nie wypowiem, bo zgodnie z pierwotnym założeniem, przekazałam je Świętemu Mikołajowi, żeby sobie wkomponował w prezenty gwiazdkowe. Przygoda z Pszczelą Dolinką pozostawiła mieszane uczucia: zniechęciła do dalszych testów kostek mydlanych, ale bardzo pozytywnie nastawiła do produktów na bazie wosku pszczelego i miodu. Muszę jeszcze wypróbować podobny kosmetyk z Lawendowej Farmy i porównać ich jakość. Jeśli kiedyś się to wydarzy, na pewno dam Wam znać.

31 komentarzy:

  1. "pomarszczony kocmołuch z oddzielnej foremki" lepiej bym tego nie określiła, niestety ale do mnie wygląd nie przemawia. Wręcz odstrasza ;) choć własną przygodę z Pszczelą Dolinką zaliczyłam.

    Mazidło do ust niby kusi, lecz dawno temu miałam identyczne z Lawendowej Farmy i nie byłam zadowolona tak do końca. Zresztą od kiedy zaczęłam kupować balsamy na bazie lanoliny wszystkie inne poszły w odstawę. U mnie rządzi Lanolips i Dr. Lipp przynosząc oczekiwane działanie plus ochronę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz, że Lawendowa wypada średnio? Hmm, to może powinnam zostać przy sprawdzonych balsamach... ale wiadomo, ten blogerski zapał do poznawania nowości! ;P

      Zaciekawiłaś mnie lanoliną, nigdy świadomie jej nie używałam na usta. Dzięki za trop!

      Usuń
    2. Wiesz, ja mam wyśrubowane wymagania jeżeli chodzi o produkty pielęgnacyjne do ust i lubię określone formuły/działanie. Mazidło z LF zużyłam do skórek, zadziałało - za to na ustach szału nie było. Do lanoliny wróciłam po latach, z tym że warto zwracać uwagę na skład produktu - lanolina lanolinie nie jest równa. Ponoć Ziaja ma jakiś produkt z lanoliną, nie znam szczegółów ;) poszłam tropem tego co mam na miejscu, choć oba produkty można kupić online.

      Hehehe blogerski zapał :D czasem i odzywa się we mnie, po czym w większości przypadków wracam do starych, sprawdzonych produktów. Z drugiej strony jak nie wypróbujesz na sobie, to się nie dowiesz ;)

      Usuń
  2. Przyznam szczerze, że mi słabe zmydlanie nie przeszkadzało w pszczelej dolince, ale to oczywiście rzecz indywidualna. Mazidełka mają bardzo fajne :) i woreczki zapachowe bardzo lubię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, że to, czy słabe zmydlanie jest czymś dobrym, czy złym, jest kwestią indywidualną. Na pewno zwiększa wydajność :). Na woreczki nawet nie zwróciłam uwagi w sklepie Pszczelej Dolinki – mówisz, że błąd?

      Usuń
    2. Ja bardzo lubię ich woreczki zapachowe :) mają piękne zapachy, ale można je też samemu doprawić olejkami, jak już przestaną pachnieć, fajnie wyglądają :)
      świece też uwielbiam - one zauroczyły mnie bardziej niż mydła nawet.

      Usuń
  3. Ja mialam cynamonowe i bylo bardzo fajne, acz faktycznie wyglad jest nie do konca atrakcyjny;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następnym razem pozwiedzam sklep Ministerstwa Dobrego Mydła, jak będę miała ochotę na... dobre mydło ;). Ale mazidełka do ust naprawdę polecam :)

      Usuń
  4. Kurde! Czuję się winna poniekąd...jakoby hmm
    mnie się podobało, nie przeszkadzał ani wygląd ani słabe zmydalnie się...a latem nie potrzebowałam balsamu po użyciu mydełka ..ech :/ teraz się będę bała odezwać hyhy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No coś Ty, dla samego zapachu warto było kupić te mydła :D poza tym dzięki temu odkryłam bardzo fajne smarowidła do ust, więc nie ma tego złego... :)

      Usuń
  5. Mimo że mydło Ci się nie sprawdziło, mnie się bardzo dobrze czytało. :)
    Nuta ciekawa, wykonanie i działanie już nie za bardzo - szkoda

    OdpowiedzUsuń
  6. moim zdaniem w kwestii mydeł Lawendowa Farma wygrywa z Pszczelą Dolinką. kawowe mydło peelingujące z Lawendowej jest naprawdę dobrym (prawie hardkorowym) zdzierakiem o pięknym cynamonowym zapachu, podczas gdy kostka kawa z mlekiem z Pszczelej masuje przy pierwszym myciu, po czym w głębszych warstwach mydła fusów już nie ma, a zapach też nie jest szczególnie powalający. zawiodłam się :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OOoo, kawowe powiadasz? Uwielbiam takie zapachy w kosmetykach! (chyba nadrabiam fakt, że nie piję kawy :)).

      Usuń
    2. ja piję kilka kaw dziennie :]
      mydło kawowe z LF nie pachnie kawą, a cynamonem, ale zawiera w sobie mnóstwo kawowych fusów, które naprawdę porządnie skrobią naskórek :)

      Usuń
  7. Dla mnie wygląd tych mydeł to atut, za to nie przemawiają te cięte z bloku. Banan-kokos u mnie świetnie się sprawdza, a zmiana plastrów banana na kwiaty jest zdecydowanie na plus.
    Miałam kilka mydeł z Lawendowej Farmy i wypadają kiepsko w porównaniu z PD.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, każdy lubi coś innego – fajnie, że Tobie się podoba i że te brzydkie kaczątka też znajdują swoich odbiorców :). Ale fakt – zamiana bananów na suszki też moim zdaniem pozytywna.

      Usuń
  8. i tak bym sprawdziła te produkty, wydają się być przyjemne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te miodowe mazidełka polecam z czystym sumieniem!

      Usuń
  9. Ja mam problem z ich nazwą. Nie mogłabym zaufać niczemu spod szyldu Pszczelej Dolinki. No błagam. Pszczela D o l i n k a. NIE.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kiedyś byłam taką zdrobnieniową faszystką, ale od kiedy jest Tomasz, trochę mi się poprawiło.

      Usuń
    2. Miałyśmy z kumpelą takie faszystowskie wakacje. Doszłyśmy do etapu Kuby Puchacza.

      Usuń
    3. powinien być Jakub Puchacz!

      Usuń
  10. Ja mam idnich miód który chętnie zajada synek właściwie juz została 1/5 opakowania i pachnotka ktora zarekwirowała do siebie moja mama w ten sposób w jej szafie pachnie pięknie lawenda naprawdę te akurat produkty moge polecić, innych nie miałam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miód-miód? Oo, nawet nie wiedziałam, że można kupić :). Chętnie wypróbuję kiedyś zapach do szafy, szczególnie że lubię zapach lawendy.

      Usuń
  11. Zniszczyłaś moje marzenia o bananowym mydełku - już mi się odechciało :P :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, przepraszam! No ale możesz kupić sobie kostkę, trzymać zamkniętą w puszce i otwierać od czasu do czasu dla samego zapachu :D

      Usuń
  12. Wygląd średnio ładny :P Mówiąc ładnie :P Sama bym się na takie mydełko skusiła, bo kokos i banan to dla mnie przyjemne zapachy :)

    OdpowiedzUsuń
  13. no szkoda, ja ostatnie mydła kupiłam chyba 3 lata temu albo coś takiego. od tamtej pory chcę wypróbować różne rzeczy i chyba jesienią ogarnę. przez wiosnę i lato uda mi się chyba zużyć większość produktów myjących, które mam w zapasach. nie ma tego dużo, ale trochę jest. kilka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze jest trochę, co? :D Mnie się odechciało kostek na razie, więc i Ministerstwo Dobrego Mydła poczeka. U nich to jakieś inne smakołyki chętnie wypróbuję w bliżej nieokreślonej przyszłości.

      Usuń