czwartek, 31 marca 2016

Kneipp – Radość życia – aromatyczny płyn pielęgnujący pod prysznic /recenzja/

Żel pod prysznic Kneipp trafił w moje skromne progi, ponieważ – drodzy producenci i sprzedawcy – warto rozdawać próbki. Jedną taką tłuściutką (6 ml) próbeczkę żelu dostałam gdzieś_tam do jakichś_tam zakupów, zabrałam ją na którąś_tam weekendową wyprawę i... zachwyciłam się. Próbka Kneipp pozwoliła mi wyprać wszystkie swoje członki (na członki pozostałych członków rodziny niestety nie wystarczyło, no ale przecież to tylko jedna mała saszetka, nie mam więc żelu żalu). W każdym razie tak to się robi. Rozdaje się próbki i czeka, aż cyferki na koncie zaczną się kręcić. 


Ja i Kneipp – typowa miłość od pierwszego niuchnięcia. Mój nos jest tak wyczulony na wszelkie fałszywe nuty w kosmetykach, że już nawet zaczęłam snuć przypuszczenia, jakoby prawdziwie piękne kompozycje zapachowe nie istniały w przyrodzie. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że od dłuższego czasu zużywam zapasy, czyli zbiór mniej lub bardziej przypadkowych kosmetyków, które zasilały szafki dawno temu, często w sposób nieprzemyślany lub w wyniku otwarcia jakiegoś szajni czy innego glossi boksa. Te czasy minęły, ale spuścizna pozostała i wciąż ma się dobrze. 

Kneipp ocalił mnie i mój nos. Kupiłam go niedawno, zupełnie niespontanicznie, właśnie w wyniku wywąchania wspomnianej saszetkowej próbki. Myślę, że magia tego zapachu tkwi w tym, że przy pierwszym kontakcie kompletnie nie spodziewamy się siły rażenia, jaką przewidział dla nas producent. Ja byłam w szoku, kiedy wylałam na dłoń zawartość mojej próbki. Zapach żelu Enjoy Life, który po przetłumaczeniu na polski brzmi dość idiotycznie, zgodnie z obietnicą producenta zaraża cytrusowym optymizmem. W środku beznadziejnej jesienio-zimy do moich nozdrzy dotarła totalnie intensywna woń skórki cytrynowej, którą producent uzyskał dzięki prostej i oczywistej kompozycji dwóch aromatycznych olejków: z werbeny (tu tajemniczo opisanej jako guzik komukolwiek mówiąca litsea cubeba) i... ze skórki cytrynowej. Takie proste połączenie, a jakie skuteczne!

Skład dla bardziej wnikliwych ode mnie.

Cytryna z butelki Kneipp jest na tyle słodka, że przypomina mi cukierki z gęstą, owocową masą w środku (klimat nimm2) albo oranżadę z papierowych torebek, którą w latach 90. wszyscy zżeraliśmy brudnymi paluchami prosto z opakowań, bo po wymieszaniu z wodą traciła cały swój pierwotny urok. Mogłoby to oznaczać, że zapach jest chemiczny, ale to nieprawda. Jest równie chemiczny co świeżo starta skórka posypana cukrem, a do tego bardzo intensywny, rześki i energetyzujący. Dla mnie bajka.

Jeśli chodzi o właściwości tego żelu, zwanego przez polskiego dystrybutora „aromatycznym pielęgnującym płynem pod prysznic”, tu też nie ma się do czego przyczepić – Radość życia jest z tych średnio gęstych – wydostaje się z butli w sposób w pełni kontrolowany i nie robi przy tym problemu użytkownikowi, a stojąca na głowie, wygodna butelka z miękkiego plastiku sprawia, że użytkowanie jest bardzo przyjemne. Po SLeS w składzie spodziewałam się tylko nieco intensywniejszej piany, ale pewnie nie można mieć wszystkiego, a poza tym w duecie z plastikową myjką pieniło się to wszystko konkretnie, więc zupełnie nie mam na co narzekać.

Po tym oszałamiającym doświadczeniu jestem ogromnie ciekawa, jak prezentują się pozostałe zapachy i produkty Kneipp. Sądząc po tym, co pisze Ania z bloga Kosmetykoholizm.pl, jest się w czym zakochiwać :)

Pojemność: 200 ml
Cena: 14–18 zł
Ocena: 6/6
Dostępność: marka dostępna jest w drogeriach Natura, Rossmannach i Super-Pharmie, ale tylko w tym ostatnim widziałam recenzowany płyn pod prysznic.


wtorek, 29 marca 2016

Szwajcarski szarak: Mavala nr 152 – Mauve Cendré

Zanim wiosna rozkręci się w pełni, pokażę Wam jednego z moich ulubionych lakierowych smutaśników. Akurat ja używam tego typu odcieni przez cały rok, ale wiem, że na blogach w słoneczne miesiące królują wszystkie kolory tęczy, a bardziej stonowanych, ciemniejszych i nudniejszych egzemplarzy należy poszukiwać w półroczu jesienno-sraczkowo-zimowym.


Wiecie, że kolekcja miniaturowych lakierów Mini Color szwajcarskiej Mavali ma 54 lata? Sama firma jest jeszcze bardziej emerycka, bo już w 1959 roku wprowadziła na rynek swój pierwszy, rewolucyjny (przynajmniej jak na tamte czasy) utwardzacz do paznokci, który do dziś pozostaje bestsellerem marki. Mavala specjalizuje się w artykułach do manikiuru, ale sprawy zaszły tak daleko, że przyszedł moment, w którym na rynek posypały się produkty pielęgnacyjne do twarzy i ciała, akcesoria, a nawet szminki. Szaleństwo, chociaż zastanawiam się, czy firmie wyszło to na dobre i czy opłacało się inwestować w nowe kosmetyczne technologie i receptury w czasach, gdy konkurencja jest ogromna, a marka kojarzy się wyłącznie z produktami do paznokci. No ale to jakby nie mój problem.

Na stronie producenta można obejrzeć kolekcję prawie 200 lakierów Mini Color w różnych kolorach i wykończeniach, a numeracja kończy się na 399, co pozwala przypuszczać, że dokładnie 399 formuł zostało wypuszczonych na rynek przez te wszystkie lata (brawo, geniuszu, jak na to wpadłaś?). Dużo. Fajnie. Czy warto się zainteresować? Mój szarak podpowiada mi, że tak. 


Do malowania paznokci jestem totalnie niezdolna, dlatego szczególnie ważne są dla mnie: wygodny pędzelek, nielejąca formuła i szybkie wysychanie. Mavala oferuje wszystkie niezbędne luksusy –  pędzelek jest wąski, idealnie przycięty i łatwy w obsłudze, a lakier ma odpowiednią gęstość i schnie w przyzwoitym tempie, szczególnie jeśli wspomożemy go przyspieszającym wysychanie top coatem. Na dnie pływają zawsze chętne do pomocy dwie stalowe kulki, a lakier przez dwa lata mieszkania w mojej szufladzie nie zmienił koloru ani gęstości. Postanowił się też nie rozwarstwiać. Miło z jego strony, prawda?

Odcień Mauve Cendré to taki kremowy, nieoczywisty szarak, który bardzo przypomina mi mojego innego ulubieńca – Chinchilly od Essie. Jest szaro-brązowy, przełamany fioletem, a przy nieoptymalnym świetle potrafi zmienić się nawet w czekoladowy brąz. Pasuje do wszystkiego, co mam w szafie (nietrudno się dopasować, bo w mojej szafie mieszkają głównie ciemnogranatowe rurki i pełno czarnych bluzek różnego typu) i mogę pomalować paznokcie raz a dobrze, a potem przestać się nad nimi zastanawiać. Nie rozpraszają – to dodatkowa zaleta.

Nie wiem, czy powinnam wypowiadać się na temat trwałości, bo na moich paznokciach rzadko który lakier dobrze sobie radzi, a już absolutnie każdy migusiem ściera się z końcówek. Ten końcówkom też nie odpuszcza, ale często pokazuję mu faka i obcinam paznokcie na krótko. Jeżeli końcówki nie istnieją, a więc nie dają się wytrzeć, Mauve Cendré trzyma się co najmniej trzy dni. Zwykle zmywam go w okolicach dnia piątego, co naprawdę dobrze o nim świadczy, a nieco gorzej świadczy o mnie, bo lakier, niestety, nie wygląda już wtedy najlepiej.

Ciekawe, czy na sali jest jeszcze jakaś miłośniczka takich mało emocjonujących kolorów. Jeśli tak, niech da znać i uściśnijmy sobie dłonie. 

Pojemność: 5 ml
Cena: 29 zł
Dostępność: Douglas.pl

sobota, 26 marca 2016

Mój ulubiony nie-ideał: Guerlain – Tenue de Perfection /recenzja/

Z podkładem Tenue de Perfection była taka historia: poszłam do perfumerii po Lingerie de Peau, o którym naczytałam się wiele pozytywów i miałam wielką ochotę wypróbować go na własnej skórze, a wyszłam z Tenue, ponieważ przemiła pani ekspedientka całkowicie wybiła mi z głowy LdP po tym, jak usłyszała o mojej mieszanej cerze. Gdy wychodziłam z perfumerii z Tenue de Perfection, byłam przekonana, że mój pierwotny pomysł był równie idiotyczny, co dobranie sobie podkładu w odcieniu tan do cery ivory lub popicie obiadu ketchupem. Ale im bliżej byłam domu, tym bardziej się wkurzałam na samą siebie, bo stało się to, czego zazwyczaj unikam: ktoś mi coś wcisnął, a ja przyjęłam to z wdzięcznością i jeszcze na odchodnym pomerdałam wesoło ogonkiem.


Przyznać jednak trzeba, że owo wciskanie nie było tak całkiem bez sensu. Moja cera bardzo mocno przetłuszcza się w strefie T, mam na skórze mnóstwo nieestetycznych zaczerwienień (z tego miejsca pragnę pozdrowić moje płytko umiejscowione naczynka), a podkład Guerlain ma za zadanie matować, porządnie ukrywać wszelkie skórne obciachy i jeszcze przy okazji nie obciążać. Wiele obietnic, ale podkład z półki premium łaski robić nie powinien.

Do tej pory miałam niewielkie doświadczenie z fluidami w cenie 70+ złotych, dlatego od pierwszej chwili urzekło mnie estetyczne, dopracowane opakowanie Guerlain. Ładnie wyprofilowana butelka z ciężkiego szkła, z precyzyjną pompką – no łał, luksus, przynajmniej w porównaniu z MAC-ami i śmieszniutkim, plastikowym Benefitem


Niewątpliwą zaletą Tenue de Perfection jest jego ochrona przeciwsłoneczna. SPF 20 i PA++ to już poziom, dzięki któremu nie boję się wyjść na ulicę bez kremu z filtrem. Oczywiście w sezonie słonecznym zawsze staram się traktować skórę SPF pięćdziesiątką, ale kiedy mi się spieszy, podkład zapewniający przynajmniej o połowę mniejszą ochronę jest bardzo pożądanym zjawiskiem w kosmetyczce, bo choć trochę zmniejsza ryzyko nabycia profesjonalnie świnkowej opalenizny oraz paru nowych zmarszczek w gratisie. 

Mój odcień to 01 Beige Pâle. Kupiłam go rok temu wczesną wiosną i – jak mi się wydawało – całkiem nieźle pasował do bladej po zimie skóry (zresztą to najjaśniejszy odcień z palety, więc jeśli chciałam wypróbować Guerlain, nie miałam nic do gadania). Zaaplikowałam go na twarz, zgrał się z cerą super (przy okazji: ślicznie pachnie!), a potem oddałam się czynnościom matczyno-kurzo-domowym. Pół godziny później zerknęłam w lusterko, żeby sprawdzić, czy podkład dobrze się uleżał i... i okazało się, że uleżał się wybitnie źle. Co najmniej o jeden ton gorzej, niżbym sobie tego życzyła. Nie spodziewałam się, że coś, za co zapłaciłam prawie 250 złotych, może się tak brzydko i mocno utleniać na twarzy. Już na zdjęciu poniżej możecie zauważyć, że wyschnięty brzeg mojej próbki na dłoni wyraźnie ściemniał względem wciąż mokrej reszty. No słabo. Aha, pani w perfumerii po spojrzeniu na moją skórę fachowym okiem poleciła mi numer 02. To ja się uparłam, że chcę jedynkę. Może czegoś nie wiem i – wbrew wszelkim prawidłom kosmetycznego świata – dwójka byłaby jaśniejsza?* 


No więc wiecie już, że Tenue de Perfection wcale taki perfekcyjny nie jest. Właściwie po pierwszej aplikacji uznałam, że jest beznadziejny i wpakowałam go niezbyt głęboko do szuflady z zamiarem puszczenia dalej w świat. Dzięki namowom pewnej rozsądnej istoty postanowiłam zatrzymać TdP do lata i sprawdzić, co się wydarzy, gdy zacznę go stosować na ocieploną słonecznymi promykami twarz.
Lato nadeszło i... szok. Beige Pâle pasuje idealnie! Przy aplikacji trochę za jasny, ale po paru minutach na twarzy tssssst, szybkie tlenowe przypiekanie i oto mamy fresz bejkt Agatę w odcieniu zupełnie standardowym, naturalnym i właściwym. Et voilà!

Sam podkład wydaje się dość ciężki jak na wakacyjną smażalnię, ale zaskoczył mnie trwałością. Używałam go w zeszłym roku w trakcie tatrzańskiego urlopu i przez resztę miejskiego lata. Zrobiłam też coś nietypowego (przynajmniej dla siebie) i któregoś dnia postanowiłam wypaćkać się rano przed wyjściem na szlak. Delikatna, cienka warstwa zapewniła mi całkiem przyzwoite pamiątkowe fotografie – pierwszy raz w życiu nie byłam różowa na zdjęciach z górskich szczytów! – choć oczywiście przy dużym wysiłku fizycznym i/lub wysokiej temperaturze potrafił się trochę zetrzeć z nosa, brody czy z okolic kości policzkowych. Wiadomo, że w idealnym świecie sportowców w ogóle nie powinno go być na mojej twarzy, ale pierwszego dnia byłam ciekawa, jak się zachowa odrobina tapety w tych nietypowych okolicznościach przyrody, a potem już nie widziałam powodu, by nie nakładać Tenue de Perfection (przy okazji spełniał funkcję ochronną przed agresywnymi atakami słońca).

Bardzo podoba mi się jego krycie, które można budować od średniego do mocnego, i jednoczesny brak efektu maski. Dotychczas świat podkładów wydawał mi się zero-jedynkowy: albo miałam na twarzy coś lekkiego i lekko kryjącego, albo tradycyjną szpachlę typu Revlon Colorstay, która ukrywała wszystko, włącznie z rysami twarzy. Tu mamy coś pośredniego: niezbyt ciężki fluid, który zakryje większość niedoskonałych miejsc na twarzy, ale nie rozwiąże wszystkich skórnych problemów. Kolejny plus: nie zapycha. Podkładowi nie mogę też odmówić właściwości matujących – oczywiście w upale czarodziejskie moce nie wystarczają na długie godziny, ale ewidentnie jest to podkład, który rozumie, o co chodzi w zmatowieniu cery. Gdyby nie zbyt ciemna paleta kolorów, używałabym Tenue de Perfection przez okrągły rok, bo według mnie w chłodnych miesiącach spisywałby się jeszcze lepiej.

To nie jest podkład dla każdego – widziałam w internecie różne opinie na jego temat – ale w duecie z bibułkami matującymi staje się mocnym zawodnikiem. Choć nie jest idealny (przecież paskudne ciemnienie prawie go zdyskwalifikowało!), w tym sezonie bardzo chętnie do niego wrócę.

Ciekawostka na koniec: kilka miesięcy później zakupiłam Lingerie de Peau i... jest dobrze! Szczegóły niebawem.

Pojemność: 30 ml
Cena: ok. 250 zł
Ocena: 4/6

*A propos nieprawidłowości w tym, co winno być prawidłowe: Guerlain też trochę komplikuje nam życie, bo jasne odcienie to zarówno 01, jak i 12 – ten drugi to Rose Clair, jasny podkład z różowymi tonami. 

poniedziałek, 21 marca 2016

Świąteczny zestaw Too Faced z bliska + pierwsze testy kosmetyków marki

Ha, myślałyście, że będzie o zajączkach Too Faced, które uroczo prężą zadki, trzymając w pyszczkach nowe, limitowane szmineczki? Ależ nie, dziś pokażę Wam zestaw, który był w sprzedaży w Sephorach... przed Bożym Narodzeniem. Podobno lepiej późno, niż wcale. Miałam sobie darować opowiadanie o moim słodkim, różowym pudełku, ale zmieniłam zdanie, bo przyszło mi do głowy, że możemy potraktować ten wpis jak relację z pierwszego spotkania z marką Too Faced. Tak właśnie było – gdy dostałam Le Grand Palais de Too Faced, pomacaliśmy się i obwąchaliśmy sobie zadki ten pierwszy raz. W sumie miło, że oprawa była iście królewska.



Ten niezwykły kosmetyczny cudak trafił do mnie za sprawą uważnie słuchającego męża, który po raz kolejny uszy miał otwarte szeroko niczym Dumbo w czasie lotu. „Ojeeeeej, jakie słodkie schoooodki! I ten różowy pokoiiiiiik!” – hm, najwyraźniej Le Grand Palais po prostu sobie wypiszczałam. Dobra moja, bo nie miałam wcześniej do czynienia z produktami Too Faced. Nie dałam się porwać blogerskim masowym zakupom Chocolate Barów, a jednak ciągle gdzieś przewijała się myśl: a może przegapiam coś naprawdę fantastycznego? Właściwie to wiecznie mam takie wrażenie – wystarczy mała przebieżka po zaprzyjaźnionych blogach i już jestem przekonana, że omija mnie Bardzo Wiele Istotnych Rzeczy. Sądzę, że ten stan umysłu wkrótce uzyska swą nazwę medyczną (blogogorączka?) i kod ICD-10. 


Świąteczny zestaw to paleta cieni, różów i produktów do konturowania, maskara Better Than Sex, pomadka w kremie Melted i baza pod cienie Shadow Insurance. Zestaw ciekawy (choć niezbyt spójny) kolorystycznie i naładowany po brzegi brokatem. Ma być gwiazdkowo, wyjściowo, elegancko. I jest! 


Cienie są miękkie i dobrze napigmentowane, chociaż niektóre kolory rozczarowały mnie już przy swatchowaniu. Większość cieni bardzo się osypuje, część szybko traci moc przy rozcieraniu... No nie wiem. Są jakieś... nie-takie-jak-trzeba. Najbardziej rozczarowujący jest pięknie prezentujący się w palecie, granatowy, brokatowy Midnight In Paris, który po przeniesieniu na rękę zmizerniał i przy bliższym kontakcie okazał się praktycznie niezdatny do użytku. Podejrzewam, że może dałoby się odzyskać sensowność tego cienia, aplikując go (nie łudźmy się: i tak z wielkim trudem) na kleistą bazę do brokatów. Niestety, producent nie dołączył  takowej do zestawu, mimo że w ofercie Too Faced jest coś takiego jak Shadow Insurance Glitter Glue. Wśród cieniasów mamy jeszcze sąsiada Midnight In Paris – szaro-oliwkowy cień Eiffel (tępy, tracący pigment przy najmniejszym roztarciu), biało-srebrny brokat String Of Lights (nierozcieralny, osypujący się, bezsensowny) i Moon On Their Wings – śliczny, beżowo-złoty brokatowy cień, który przy przenoszeniu na powiekę całkowicie się dezintegruje: brokat sobie, reszta sobie – wszystko nie trzyma się kupy. 

Pozostałe cienie lepiej dają sobie radę w kontakcie z moimi tłustymi, opadającymi powiekami, choć i tak nie zachęcają mnie do sięgnięcia po słynne Chocolate Bary. Wykorzystałam tę paletę może ze trzy razy, a potem wrzuciłam do szuflady i jakoś od tego czasu nie miałam ochoty do niej wracać. Nie dała mi tego, czego się po niej spodziewałam, więc zakładam, że nasze dni są policzone.  


Oprócz średniej jakości cieni mamy tu dwa matowe róże – chłodny Skyline i ciepły, koralowy Stardust. Są w porządku, nie robią plam i nieźle się trzymają policzków. Puder rozświetlający Flush daje delikatny, przyjemny efekt. Myślę, że nadawałby się zarówno do podkreślania kości policzkowych, jak i aplikacji na całą twarz, choć tego drugiego nie próbowałam, bo i bez rozświetlacza mogę się radować niesłabnącym blaskiem sebum przez caaaaaaluteńki dzień, miesiąc, rok. Mój osobisty smalec jeszcze nigdy mnie nie zawiódł – towarzyszy mi dzielnie zarówno na twarzy, jak i na biodrach, brzuchu i w paru innych strategicznych miejscach. Kończąc wątek pudrów do twarzy: żałuję, ale nie przyda mi się bronzer Sun Bunny. Jest zdecydowanie za ciepły i nawet na powiekach nie wyglądałby u mnie ładnie, w razie gdybym zapragnęła zamienić go w cień. Teksturę ma obiecującą, no ale. 


Melted Liquified Long Wear Lipstick to już nieco inna historia. Do zestawu producent dołączył odcień Melted Peony, który jest konkretnym, rzucającym się w oczy różem o satynowym wykończeniu (na moich zdjęciach nie widać tej mocy, ale możecie mi wierzyć na słowo – to nienaturalny, wyrazisty róż). Faktura tej kremowej pomadki kojarzy mi się z wycofaną już serią matowych Manhattanów Soft Mat Lipcream, a z tych bardziej współczesnych – z Rouge Edition Velvet od Bourjois. Melted Peony jest na ustach bardzo intensywna i zwraca uwagę. Nie czuję się dobrze w takich Barbie-kolorach, ale obiektywnie jest to dobrej jakości kremowa pomadka, którą miło się aplikuje i nosi. Nieodciśnięta w chusteczkę, będzie zostawiać ślady na szklankach, sztućcach i wszystkim, co tylko. Ściera się wolno, przyzwoicie. Nie będę pewnie wracać do tego odcienia, ale chętnie wypróbuję jakiś inny z gamy Melted. Swoją drogą nie rozumiem, czemu producent dodał do tego zestawu akurat Melted Peony. No tak, ten intensywny róż pasuje do idei pokoju księżniczki, ale za to nie chce się komponować z cieniami z Le Grand Palais. Coś tu nie gra.

Przy okazji możecie podziwiać osypujący się z cieni brokat. 

Tusz do rzęs o obiecującej nazwie Better Than Sex ma robić wszystko: podkręcać, wydłużać i jeszcze zwiększać objętość. Do tego producent zachwala jego intensywny czarny pigment. Obietnic jest dużo, ale czy mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością? Eeee, trochę. Czerń faktycznie jest piękna i głęboka, podobnie jak w maskarze Sephory Outrageous Curl w odcieniu Ultra Black. Szczotka wygląda jakoś tak... chaotycznie? Podobno jej kształt ma przypominać klepsydrę, a klepsydra – nawiązywać do kobiecej figury (doprawdy nie wiem, po kiego melona). Jestem zadowolona z efektu, chociaż i tak nie poleciałabym po niego do sklepu w podskokach, zważając na fakt, że pełnowymiarowe opakowanie kosztuje 95 złotych. Szczotka nieźle wyczesuje, dodaje też nieco objętości (o podkręcaniu się nie wypowiem, bo mam naturalne wywijasy). Niestety, problemy zaczynają się później: tusz stopniowo znika z rzęs i ma tendencję do osypywania (im dłużej otwarty, tym mu gorzej). Za prawie 100 złotych mam prawo oczekiwać zdecydowanie lepszej jakości. Jeżeli dla kogoś to jest better than sex, szczerze współczuję. 


Nie wypowiem się na temat bazy pod cienie, bo jeszcze jej nie otworzyłam. Opinie ma obiecujące, więc może to ona uratuje honor Too Faced. Na razie szału nie ma. Delikatnie mówiąc.

wtorek, 15 marca 2016

Pszczela Dolinka: w zgodzie z naturą, ale... czy z moją?

Moje zakupy w Pszczelej Dolince zdarzyły się pod wpływem impulsu (taak, taaak, zawsze to samo). Gosia opisała bosko pachnące mydło z bananem i kokosem, a mnie pociekła ślina od brody do czubków butów. To bardzo moje zapachy, BARDZO! I mimo że na co dzień nie używam mydeł w kostce, postanowiłam zrobić w Pszczelim sklepiku niewielkie zakupy. Działo się to w listopadzie, więc wymyśliłam, że takie naturalne kosmetyki będą też ciekawym pomysłem na prezenty gwiazdkowe. Uff, jest dobry powód, więc można w spokoju wydawać. 


Ostatecznie w koszyku znalazły się trzy mydła bananowo-kokosowe, od których zaczęła się cała historia, a do tego mazidełka do ust i balsamy do skórek wokół paznokci. Wszystkie kosmetyki z Pszczelej Dolinki mają bardzo zachęcające składy, są bogate w oleje i – przynajmniej teoretycznie – powinny dobrze pielęgnować skórę. Krótkie daty ważności przypominają o naturalnym INCI, a amatorskie opakowania – o tym, że kosmetyki wytwarzane są ręcznie i powstają w małym świętokrzyskim gospodarstwie, a nie na bezdusznej taśmie produkcyjnej. Moje zdjęcia z kolei przypominają, że jestem pierdołą, bo nie uwieczniłam kosmetyków bez folii i z odkręconymi słoiczkami. To nic, to nic, wszystko Wam zaraz opowiem.

Jaka Pszczela Dolinka jest, każdy (hmm, mniej więcej) widzi, a jak z działaniem?


Banan i kokos – mydło naturalne owocowe

Zapach mnie nie rozczarował... przynajmniej na początku. Po otwarciu przesyłki odfrunęłam do Krainy Kosmetycznej Szczęśliwości i w ogóle nie planowałam powrotu. Wysypałam moje skarby na talerz i postawiłam na stole w salonie. No serio. Nie chciałam się rozstawać z tym aromatem nawet na chwilę i nie miałam nic przeciwko, żeby unosił się od blatu aż do sufitu. Trochę zdziwił mnie wygląd mydlanych kostek – u Gosi na wierzchu zanurzone były pociemniałe plastry bananów, a w mojej partii zamiast bananów, znalazłam suszone kwiatki. Bananowy pozostał skład: receptura zawiera bananową pulpę, ekstrakt z banana, a jakby komuś było mało, to jeszcze bananowy olejek (czyżby to on odpowiadał za ten oszałamiający zapach?!). Drugim ważnym składnikiem mydła bananowo-kokosowego jest też... tak, brawo: kokos! Tutaj w postaci oleju i wiórków, mających delikatne właściwości peelingujące. Chociaż nie, o ścieraniu naskórka nie ma tu mowy, co najwyżej o jego masowaniu – to przecież tylko wiórki, niewiele potrafią, takie małe ciapy z nich. Mimo zapewnień producenta o działaniu silnie nawilżającym, odżywczym i wygładzającym, niestety, nie jestem zadowolona z właściwości tego mydła. Kiedy myję nim dłonie lub ciało, zmydla się słabo, a aksamitną pianę udało mi się wytworzyć tylko wtedy, gdy używałam go do szorowania pędzli (w tej roli całkiem nieźle się spisało, ale nie powinno do tego służyć, bo w środku są różne, nie tylko kokosowe, farfocle). Poza tym ujmujący, słodki bananowo-kokosowy zapach wyraźnie osłabł już po kilkunastu dniach na talerzu. Miałam jeszcze nadzieję, że powróci do mnie w trakcie użytkowania, przynajmniej gdy mydło będzie namoczone i spienione, ale nie... im więcej piany i moczenia, tym mniej kokosa i banana, które prawie natychmiast ustąpiły miejsca zwykłemu zapachowi mydła toaletowego w kostce za dwa złote. Próba prysznicowa z bananem i kokosem wypadła przeciętnie – słabo spienione mydło umyło mnie... jakoś, ale do euforii czy jakiejkolwiek przyjemności było daleko. Nie wysuszyło mi skóry, ale też nie nawilżyło, a już na pewno nie „silnie”. Ostatecznie zużyłam moją kostkę tylko do mycia rąk, podczas gdy obok na umywalce stała butla mydła w płynie, z którego korzystała na co dzień rodzina. Z tygodnia na tydzień mycie rąk mydłem bananowo-kokosowym stawało się coraz większą karą i tęsknie spoglądałam na chemiczny, ale ładnie pachnący mydlany żel, który pięknie się pieni, uwodzi zapachem i cieszy oko estetycznym opakowaniem. Moim zdaniem kostka Pszczelej Dolinki jest niestety zupełnie przeciętna, a fakt, że nie jest cięta nożem, tylko wyciągana jako pomarszczony kocmołuch z oddzielnej foremki, też nie dodaje jej uroku. Doceniam pomysł autorki na linię bananowo-kokosową, bo jest naprawdę ciekawy. Mam nadzieję, że kolejne partie mydeł będą coraz lepszej jakości.

/12 zł za ok. 110 g/


Mazidełko miodowe do ust ręcznie wyrabiane

Czas na łyżkę miodu w tej beczce dziegciu. Łyżkę miodu w sensie całkiem dosłownym. W sklepie Pszczelej Dolinki kupiłam dwie wersje miodowego mazidełka do ust: Owoce i shea oraz Shea, kakao i awokado. Oba produkty mają tę samą bazę: wosk pszczeli, masło shea i miód, różnią się nieco smakiem, zapachem i konsystencją. Jako pierwsza na moje usta trafiła wersja owocowa, której działanie... absolutnie mnie zachwyciło. Do słoika dołączono malutką, przezroczystą szpatułkę (wygląda trochę jak chochla do zupy dla lalki Barbie), co daje nam możliwość przynajmniej częściowego zachowania higieny w tak niehigienicznym opakowaniu jak słoik. Mazidełka z Pszczelej Dolinki przywiodły mi na myśl mój ukochany balsam do ust z Nuxe – konsystencja wersji owocowej jest bardzo podobna, a nawet lepsza, bo gładka (w Nuxe często można trafić na miodowe kryształki). Mazidełko świetnie i łatwo rozsmarowuje się po ustach, pozostawia tłustą, przyjemnie słodką warstwę, która stanowi dobrą ochronę w mroźne i wietrzne dni, a na co dzień skutecznie pielęgnuje spierzchnięte, poobgryzane wargi. Pachnie bardzo delikatnie – suszem z polnych kwiatów. Przetestowałam to mazidełko w warunkach naprawdę ekstremalnych – najpierw na sylwestrowym wyjeździe na Słowację (minus pierdylion stopni i wiatr), potem w czasie konkretnej naustnej posuchy, a ostatnio po nieszczęśliwym wypadku mojego syna, którego śliczne, delikatne usteczka niefortunnie zderzyły się z gorącym rondlem. W tym ostatnim przypadku naprawa oparzonej skóry była oczywiście dużo bardziej skomplikowana (antybiotyk, gencjana, hydrożel), ale w późniejszej fazie gojenia i regeneracji mazidełko z woskiem, shea, a także olejami: brzoskwiniowym, żurawinowym i z pestek arbuza, okazało się nieocenionym pomocnikiem. Jedyne, co mi w nim nie pasuje, to ogórkowy posmak (to przez te arbuzowe pestki), ale wybaczam, bo naprawdę dobrze działa.

Mazidełko numer dwa – z shea, masłem kakaowym i masłem awokado – miałam przekazać dalej w świat, ale w końcu skitrałam je dla siebie, bo byłam ciekawa, jak wypadnie w porównaniu z poprzednikiem. Najpierw zaskoczyła mnie twardsza konsystencja – ta wersja jest już daleka od balsamu Nuxe, a zbliża się do masełek w blaszanych puszkach od Nivei (a może nawet jest jeszcze bardziej zbita?). Wciąż łatwo się wsmarowuje i daje na ustach podobny efekt, więc dobra nasza. Zapach ma ledwo wyczuwalny, ale nie umiem go określić. Nie jest zbyt miły, za to naprawdę bardzo dyskretny, więc nie stanowi żadnego problemu. Najbardziej cieszę się, że ten balsam nie ma posmaku ogórka – to było dosyć męczące doznanie. Smakuje tak samo neutralnie jak pachnie i chyba słodycz miodu jest mniej wyczuwalna niż w wersji owocowej. Nie mogę powiedzieć z całą pewnością, że jest tak samo skuteczny jak poprzednik, bo na razie nie był wystawiany do podobnie hardkorowych zadań, ale skład pozwala mi wierzyć, że na nim też mogę polegać – w czasach pokoju i niewielkich problemów skórnych jeszcze mnie nie zawiódł.

/12 zł za 10 ml/


O balsamach do skórek się nie wypowiem, bo zgodnie z pierwotnym założeniem, przekazałam je Świętemu Mikołajowi, żeby sobie wkomponował w prezenty gwiazdkowe. Przygoda z Pszczelą Dolinką pozostawiła mieszane uczucia: zniechęciła do dalszych testów kostek mydlanych, ale bardzo pozytywnie nastawiła do produktów na bazie wosku pszczelego i miodu. Muszę jeszcze wypróbować podobny kosmetyk z Lawendowej Farmy i porównać ich jakość. Jeśli kiedyś się to wydarzy, na pewno dam Wam znać.

czwartek, 10 marca 2016

Subtelne rozświetlenie: M・A・C – Naked Lunch

Marzec... jego mać. Dziecię mi bardzo choruje, wcześniej chorował mąż, teraz sama się czuję... no tak. W związku z bessą na rynku zdrowia dziś będzie krótko o jednym takim uniwersalnym froście z MAC-a – Naked Lunch


Cień dosyć popularny, ja dostałam go w prezencie urodzinowym rok temu od kochanej mateczki, która poszła do salonu, poprosiła o parę skarbów (Mama w salonie MAC-a: mistrz!) i ten został jej polecony jako bardzo uniwersalny prezentowy pewniak. I taki właśnie jest: uniwersalny


Cienie o wykończeniu Frost są twarde, niezbyt mocno napigmentowane, a przez to w makijażu dają półtransparentny efekt z możliwością dobudowy intensywności za pomocą kolejnych warstw. A, no i mniej lub bardziej połyskują. Naked Lunch jest cielistym, delikatnym odcieniem z bladoróżową poświatą. Zero brokatu, tylko pięknie odbijająca światło tafla (napisałabym: perła, ale to pewnie odstraszy 50% potencjalnie zainteresowanych). Przy pierwszym kontakcie byłam rozczarowana twardością i brakiem kolorystycznego wypierdu, ale teraz obie te cechy doceniam. 

W makijażu w wersji express można użyć tego cienia na całą powiekę i już mamy idealny dodatek do tuszu do rzęs. Odświeża spojrzenie, rozświetla, swobodnie upiększa. Dobrze by było mieć do tego powiekę, która nie opada, ale jak się nie ma, co się lubi, to się i tak ładuje Naked Lunch. Tak jak ja na fotkach niżej: 


Tutaj był nałożony prawie na całą powiekę, a potem dołożyłam któryś z cieni z palety UD Naked Basics 2. Bardzo trudno było mi uchwycić piękny efekt, jaki daje ten niepozorny MAC. To nienachalne rozświetlenie możecie zobaczyć na tej maciupkiej fotce w prawym dolnym rogu. Odbił te pół promyka słońca, jaki udało mi się złapać w ostatnich tygodniach.

Naked Lunch pięknie wykończy każdy mocniejszy makijaż oka, któremu brakuje blasku. Można nim przejechać w wybranym przez siebie miejscu powieki na sam koniec malowania i w ten sposób wykorzystać jego półprzezroczystość. Dobra rzecz, mocno napigmentowane cienie nie zawsze są naszymi przyjaciółmi. Mnie na przykład takie mocne pigmenty zawsze wprowadzają w stan „o nie, jestem w dupie”, kiedy próbuję subtelnie rozświetlić wewnętrzny kącik. Zawsze jest za bogato, za mocno, za szeroko. Naked Lunch wiele wybacza makijażowym ciapom.

Bardzo go polubiłam i chyba za rzadko wracam. Czas na przeprowadzkę w bardziej widoczne miejsce. Na przykład do codziennej kosmetyczki.

Ile: 1,5 g
Cena: 75 zł w opakowaniu, 57 zł za wersję Pro Palette Refill Pan
Dostępność: salony MAC i sklep internetowy

sobota, 5 marca 2016

Uważajcie na Truskawkowych zakupach!

Dwa lata temu zachwyciłam się sklepem Strawberrynet.com, który mimo wkurzającej szaty graficznej (teraz jest nowa, w sumie niewiele lepsza), zauroczył mnie nieskończenie wielką ofertą i świetnymi promocjami. Wszyscy, którzy poznali Truskawkę, wiedzą, że można się po niej spodziewać darmowej wysyłki, wielu rabatów, dobrego programu lojalnościowego i mnóstwa kosmetyków  niedostępnych w Polsce. Raj dla zakupo- i kosmetykoholiczek. 

Niestety, im dłużej obserwowałam ten sklep, tym mniej mi się podobał. Zdarzyło mi się nabyć tam m.in. całkiem wysuszony tusz do rzęs bareMinerals i zjełczałą pomadkę niedostępnej u nas Laury Dorf. Często można tam znaleźć limitki kolorówki sprzed dwóch i więcej lat, co najpierw mnie cieszyło (trafiają się fajne rzeczy w dobrej cenie, które przegapiłam lub wcześniej o nich nie słyszałam), ale potem zaczęło zastanawiać, bo choć w przypadku kosmetyków kolorowych, szczególnie tych pudrowych, nie trzymam się sztywno dat ważności, zrozumiałam, że nie taka piękna Truskawka, jak ją malują.

Przy okazji ostatnich porządków w moich malejących na szczęście zapasach, zainteresowałam się paroma kremami, które czekały na otwarcie nawet kilkanaście miesięcy. Tak oto wyłuskałam z folii ochronnej matujący, przeciwstarzeniowy krem na noc Lierac i postanowiłam się za niego zabrać. Nie znalazłam daty ważności na opakowaniu, ale szybki skan poczty pokazał mi, że zakupu dokonałam pod koniec 2014 roku. No cóż, najwyższy czas go zużyć, prawda? Warto wspomnieć o zasadzie, która mówi, że kosmetyki niemające podanej daty ważności są zdatne do użytku przez pięć lat od chwili, gdy zeszły z taśmy produkcyjnej. To zadziwiająco dużo czasu, prawda? 


Krem wyglądał estetycznie, zrobiłam mu bardzo wyjściowe zdjęcia i zabrałam się za wklepywanie. Jedyne, co mi się nie podobało, to jego niesympatyczny zapach. Nie był to jednak aromat starej skarpety, konsystencja też była normalna, więc zaaplikowałam go wieczorem, potem następnym, jeszcze jednym, aż minął tydzień. Nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków na skórze, ale po tygodniu – z powodu zapachu – zaczęłam mieć wątpliwości, czy na pewno wszystko okej z tym lierakiem. Poszukałam opinii w internecie i odkryłam dwie rzeczy: nikt nie narzeka na brzydki zapach Mat-Chrono, a poza tym... tej linii już nie ma w sprzedaży. I wtedy mnie oświeciło. Przypomniałam sobie, że jest strona, na której można sprawdzić datę produkcji wielu kosmetyków na podstawie numeru partii. Wpisałam mój krem i... padłam.


Dwa tysiące KTÓRY?! W kwietniu 2007 jeszcze nie zeszłam się z mężem (to miało nastąpić dopiero kilka miesięcy później), zostały trzy lata do katastrofy w Smoleńsku, pisałam pracę roczną z historii literatury na UW i nawet nie wpadłam na to, że mogłabym kupować jakiś specjalistyczny krem do nocnej pielęgnacji. Wystarczały mi malutkie słoiczki Ziai, a od czasu do czasu biała wersja kremu Nivea. Szeroko pojęty kosmetyczny świat miałam dość głęboko w anusie, a ten nieszczęsny Lierac już wtedy pojawił się na świecie i czekał cierpliwie, aż go kupię.

Dziewięcioletni Mat-Chrono na mojej twarzy, a wszystko dzięki Truskawce. Nawet gdybym zużyła go zaraz po zakupie, byłby grubo po dacie ważności. To odkrycie sprawiło, że zaczęłam grzebać w szafkach i szufladach i wyciągać wszystko, co kupiłam na Strawberrynet. Nie znalazłam wprawdzie niczego podobnie antycznego, ale w kilku (szczególnie kolorówkowych) przypadkach daty produkcji były i tak odległe. Na szczęście odnalazłam też kilka kosmetyków pochodzących zdecydowanie z naszej epoki, w tym serum John Masters Organics, którego obecnie używam. Uff, co za ulga.

Tu swatch pomadki, która miała idealny odcień brudnego różu i śmierdziała łojem na kilometr.

Truskawka często kusi nas promocjami -70% lub sprzedaje w okazyjnych cenach produkty, które nie mają oryginalnych opakowań (że niby pochodzą z opakowań zbiorczych lub pudełka zniszczyły się w magazynie). Jeśli mogę Wam coś poradzić: nigdy nie korzystajcie z tego typu promocji, bo podejrzewam, że właśnie na tych wirtualnych półkach znajdziecie najwięcej staroci. Niestety, nigdzie nie ma gwarancji, że produkty nieprzecenione będą świeże. O, na przykład zatrzymajmy się przy serii Mat-Chrono. Na stronie na szczęście nie ma już mojego kremu, ale jest nawilżająco-matujący żel do twarzy – w dodatku w zupełnie niepromocyjnej cenie. Możliwe, że mieści się w pięcioletniej dacie „półkowej” ważności, ale ja... na pewno nie wrzucałabym go do koszyka.

Nie mam zamiaru całkowicie zniechęcać Was do zakupów na Truskawce. Sama też pewnie jeszcze od czasu do czasu skorzystam z ich oferty (o, na przykład chętnie ponowię zakup podkładu Guerlain Parure de Lumiere w odcieniu 01 – niedostępnym w polskich drogeriach). Zalecam jednak dużą ostrożność i nieporywanie się na kolejne „promocje życia”. Zanim wrzucicie do koszyka krem za jedną trzecią jego ceny rynkowej, sprawdźcie, czy przypadkiem nie został wycofany z produkcji w czasach, gdy kosmetyki z zagranicy kupowało się w Baltonie.


EDIT: Przy sprawdzaniu dat produkcji możecie skorzystać ze strony CheckFresh. Wydaje się jeszcze bardziej pomocna, na przykład przy niektórych kodach zaznacza, że producent powtarza numerki co 10 lat (taka informacja wyskoczyła mi, kiedy sprawdzałam – na szczęście świeży! – tusz Collistar).

środa, 2 marca 2016

Projekt denko, odc. 35

Papa, luty – obrzydliwy, zimno-wietrzno-ponury obesrańcu. Marzec pewnie będzie równie atrakcyjny, ale przynajmniej napawa nadzieją na wiosnę. Za trzy tygodnie młodzież wyfrunie na wagary, utopi marzannę, wypije nielegalne napoje, a ja będę rozmyślać o roślinach, które w tym sezonie zasiedlą mój ursynowski balkon z widokiem na inne balkony. Wiosno, czekam i tęsknię po tobie. Przyłaź prędko z łaski swojej. 


Jako że przez ostatnie cztery tygodnie było mi zimno, źle i okropnie (i panicznie bałam się fruwającej w powietrzu świńskiej grypy oraz wszelkich odmian jelitówek), miałam plan: pielęgnować ciało i zmysły z największą możliwą starannością. Potem jednak przyszedł nowy plan: powykańczać pootwierane kosmetyki. Efekt? Zamiast czułej pielęgnacji zmysłów, babrałam się w smutnych resztkach. Czemu człowiek to sobie robi? W marcu będzie lepiej. Na pewno. 

Z kwestii technicznych: podlinkowałam recenzje i minirecenzje w nazwach opisywanych kosmetyków. Tymczasem dziś żegnamy:


Fa – Magic Oil – Pink Jasmine – żel pod prysznic przytargany z Meet Beauty. Okazał się bardzo fajny, bo ładnie pachniał kwiatami, dobrze się pienił, a do tego miał cudną żelowo-olejkową konsystencję. Po kąpieli nie czułam potrzeby wypaćkania się kremem, a to nie zdarza się często. 

Holika Holika – Aloe 92% Shower Gel – aloes świetnie nawilża i łagodzi, a butelka z żelem Holika Holika zwróciła moją uwagę, bo taka jakaś inna (choć czy na pewno fajna, nie wiadomo). 92% aloesu oznacza, że myjemy się prawie samym aloesem, co powinno dawać wyborne efekty i być może daje, ale trudno mi na nie zwrócić uwagę, kiedy czuję na ciele zapach ogórka ze świeżo posiekaną natką pietruszki. Nie znoszę pietruszki. I kto normalny posypuje nią ogórki?? Zawód razy milion. I pomyśleć, że kiedyś Wam pisałam, że uwielbiam jedzeniowe zapachy w kosmetykach... 

Equilibra – Strengthening Anti Hair-Loss Shampoo – ograniczył wypadanie na chwilę, a potem zaczął przesuszać skalp. Włosy wyglądały po nim bosko, dlatego szkoda, że nam się nie ułożyło. 

Farmona – Radical Med – Szampon przeciw wypadaniu włosów – on też ograniczył wypadanie na chwilę, a potem wysuszył skalp na wiór, tak że włosy zaczęły się przetłuszczać po jednej dobie, a ja zaczęłam się drapać, jakbym miała wszy. Szkoda x2 – po nim też włosy wyglądały zacnie. 


Sue Devitt – Microquatic Oxygen Infusion Masque – nie wiem, czy ta maska działała, ale uwielbiałam jej używać, bo była ślicznie niebieska, miała konsystencję żelu do golenia Gillette, a potem roztarta na twarzy zamieniała się w pianę, która w przyjemny sposób uwalniała miliony bąbelków i mile łaskotała skórę. Świetna zabawa, ale już nie wróci, bo Sue Devitt wycofała się z produkcji kosmetyków.

Dermalogica – Gentle Cream Exfoliant – peeling enzymatyczny, który czyni cuda. Pierwszy tak skuteczny niemechaniczny zdzierak, jakiego używałam. Jego skuteczność może być wręcz zabójcza: jest w stanie wypalić pół twarzy, jeśli zapomni się go zmyć na czas. Szkoda, że taki drogi (ok. 160 zł za 75 ml).

Bielenda Professional – Aloesowa maska algowa do twarzy – ogólnie polecam maski algowe, bo świetnie nawilżają i koją skórę, a w upały nawet chłodzą. Moje ulubione są z Organique, ale aloesowa z serii profesjonalnej Bielendy też dobrze działa, a na pewno bardziej się opłaca (190 g Bielendy kosztuje ok. 45 zł, a 30 g saszetka Organique – 19,90 zł). 

Natura Dla Piękna – Hydrolat z dzikiego bzu – niespecjalnie przypadł mi do gustu. Używałam go przez większość czasu jako toniku i pod tym względem nie mam mu nic do zarzucenia, ale nie spodobał mi się zapach (spodziewałam się czegoś choć trochę ładniejszego, kwiatowego, a aromat był ziołowy – z tych niemiłych). Wolę hydrolat oczarowy z Biochemii Urody, który też pachnie ziołowo, ale nieporównywalnie przyjemniej.

Daiso – Sake Skin Toner – nie mam pojęcia, czy Daiso to nazwa firmy, czy to tylko na czyjeś zlecenie. W ogóle nie mam pojęcia, co jest napisane na tej flaszce, którą dostałam od mojej przyjaciółki mieszkającej w Japonii. Kiedy postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o tym toniku (?) do twarzy i znalazłam serwis z wieloma jego recenzjami, spotkało mnie to: klik. Marto, jesteś niesamowita, że mówisz płynnie po japońsku. Naprawdę Cię podziwiam. Ja powiem tylko, że zużywałam zawartość tej butelki jako tonik oczyszczający, bo w składzie ma alkohol denaturowany i bałam się, że zamiast nawilżyć, wysuszy. No i w ogóle się bałam. Trochę.

Vichy – Normaderm – żel głęboko oczyszczający – może wysuszać skórę – pod recenzją dostałam od Was kilka takich sygnałów – ale mojej twarzy nic złego się nie stało, wręcz przeciwnie: była świetnie oczyszczona, bez spektakularnych parchów, gładka i zadowolona. Ale oczywiście po każdym myciu dostawała dawkę kremu nawilżającego. Warto wspomnieć, że ten żel ma zabójczą wydajność – zużywałam go wiele miesięcy. 


Palmer's – Coconut Body Butter – spodziewałam się szałowo pachnącego kokosowego masełka, a dostałam śmierdziela, przy którym zatykałam nos, na wszelki wypadek wsadzając palce głęboko do środka i dociskając watą. Lubię kokosowe kosmetyki – zarówno te pachnące chemicznie, jak i bardziej naturalnie czy w klimacie piña colady. Tego kolesia ledwo zniosłam i zużyłam pół słoika tylko dlatego, że naprawdę świetnie nawilża i odżywia. Teraz odkryłam, że się przeterminował i z ulgą wywaliłam do kosmetycznych ścieków. 

The Body Shop – Frosted Plum Body Butter – zupełnie nieświąteczna, świeża śliwka z kwiatowymi nutami, która była przedświąteczną limitką, ale podobno wróci pod koniec roku. Mnie zauroczyła nie tylko zapachem, ale też bajeczną konsystencją, szybkim wchłanianiem i niezłymi właściwościami nawilżającymi. Nie dla sucharów, ale dla lubiących się rozpieszczać – jak najbardziej. Wypatrujcie jej za kilka miesięcy!

L'Occitane – Bonne Mere Gentle Cream, wersja Milk – z jakiegoś powodu mój mózg jest zaprogramowany w ten sposób, że kiedy widzę kosmetyki, mające w nazwie „mleczny” (albo jeszcze lepiej: mleko z miodem!), od razu mam na nie ochotę. Spodziewam się nie wiadomo jak pięknego aromatu (prawdopodobnie jak zwykle – aromatu pysznego, słodkiego żarcia, które ma milion kalorii) i niezwykłych właściwości, tak jakby mleko z krowiego cycka było najlepszym nawilżaczem i wygładzaczem znanym ludzkości. Dobrze wiemy, że tak nie jest. Niestety, coraz bardziej dociera do mojej głowy, ze również mleczny zapach oznacza w większości wypadków aromat popularnie zwany toaletowym. Słowem (a nawet trzema): absolutnie nic ciekawego. Ten krem, wraz z miodowym kolegą, pani w salonie L'Occitane wygrzebała dla mnie z szuflady, gdy już dawno zszedł z półek i został zastąpiony innymi liniami. Bo dopytywałam. Bo mi się marzył jeden z drugim. No i klops. Totalna przeciętność – zarówno zapachowa, jak i pielęgnacyjna. Można go było używać do ciała, rąk i twarzy (a nawet do dzieci), ale dwa ostatnie sobie darowałam. Kto wie, jak bardzo był przeleżały w tej szufladzie?

L'Occitane – Bonne Mere Gentle Cream, wersja Honey – o nie, nie nie nie nie nie nie. Marzę o tym, by jak najszybciej zapomnieć ten zapach, ale niestety tuż przed wrzuceniem do siatki z kosmetycznymi śmieciami znowu wsadziłam weń nos i... o nie, nie nie nie nie nie nie nie. Wiecie, czym to sadzi? Szaletem publicznym gorszego sortu (typ: mała stacja benzynowa na odludziu), w którym śmierdzi uryną spsikaną jakimś zapachem. No wiecie, że zrobili psik psik, zamiast posprzątać. Kto by się chciał grzebać w takim sraczu na swojej zmianie? 

Yves Rocher – Les Plaisirs Nature – Noix de Coco – w przeciwieństwie do masła Palmer's, balsam Yves Rocher pachniał zacnie. Dokładnie tak, jak kokos w kosmetyku pachnieć powinien, czyli nie za mocno, nie za sztucznie, po prostu apetycznie. Zwykle od balsamów wolę kremy i masła, ale ten z przyjemnością zużyłam (przyjemność zaczęła się, gdy dokupiłam pompkę do butelki, w której oryginalnie jest wielka dziura; ach ta ekologia). Był lekki, szybko się wchłaniał, mojej niewymagającej skórze wystarczył nawet w trudnym sezonie grzewczym. Długo stał otwarty, naprawdę wiele miesięcy, więc podejrzewam, że mógł się w międzyczasie przeterminować (nie było daty, a numer partii się rozmazał). Nawet jeśli to zrobił, ani trochę mu to nie zaszkodziło, bo do końca nie zmienił właściwości ani zapachu. Resztkę wyrzuciłam wyłącznie dla przyzwoitości. Pompka zostaje dla następnych pokoleń.


Organique – Eternal Gold – krem pod oczy – chętnie opiszę ten krem w recenzji, bo zrobiłam mu śliczne zdjęcia, ale wiecie, po drodze zmienił etykietę i nie wiem, czy producent nie pogrzebał w składzie. Jeśli wiecie coś na ten temat, koniecznie dajcie znać, zanim znowu napiszę do Was o prehistorycznym kremie, który nikogo już nie obchodzi. Jedno zaznaczę już teraz: ta seria ślicznie pachnie!

Nuxe – Contour des Yeux Prodigieux – krem pod oczy – o, a recenzję tego kremu to już nawet mam napisaną! Nie opublikowałam jej dlatego, że... zmienił nie tylko skład, ale nawet nazwę. Brawo ja. A przecież zdążyłam Wam napisać o tym, jak bardzo jestem nie na czasie...

Pat&Rub – Otulający balsam do ciała (próbka) – po linii Hipoalergicznej to mój ulubiony zapach P&R, balsam ma podobną konsystencję do masła, w sezonie jesienno-zimowym ten aromat to poezja!

Sesderma – C-Vit serum (próbka) – wystarczyła na ok. 10 użyć i bardzo zachęciła mnie do wypróbowania pełnego wymiaru. Serum nie jest kwaśne, nie jest lepkie i mam przeczucie, że wypadnie dużo lepiej od Aurigi Flavo C, z której przecież byłam zadowolona.

Corine de Farme – Krem przeciwzmarszczkowy 2w1 – bardzo fajny krem, który w przyrodzie już nie istnieje w formie 2w1. Zapasy, ach, zapasy. Asiu, dziękuję, że mi go kiedyś podarowałaś – razem z tym kremem stanowiliśmy bardzo zgrany duet. Mam nadzieję, że nowa wersja jest równie fajna, bo chciałabym kiedyś ją kupić i przetestować. 

Lierac – Mat-Chrono – krem matujący na noc – to, co mam Wam do powiedzenia na temat tego kremu i okoliczności jego zakupu, wymaga osobnego tekstu. Rzecz dotyczy Strawberrynet i dat ważności. Do teraz jestem w szoku i drżę na myśl, że Mat-Chrono w ogóle wylądował na mojej twarzy. 

Auriderm XO – używałam tego żelu bardzo dawno temu, więc wyrzucam ponad połowę tuby. Miał unicestwić naczynka (zawiera witaminę K), ale tego nie zrobił, poza tym jest na bazie alkoholu i alkoholem capi, więc nie dla mnie on. Niektórym pomaga. 

La Roche-Posay – Rosaliac AR Intense – zbyt mało regularnie aplikowałam to serum. Miało potencjał, ale nie doczekałam się widocznych efektów ukojenia naczynkowej cery. Napiszę Wam o nim więcej, jeśli kiedyś kupię kolejną buteleczkę (starcza na wieki!) i zacznę aplikować codziennie. Oczywiście o ile go wcześniej nie wycofają. 


Pat&Rub – Otulający balsam do rąk – zapach, zapach, zapach! Wiem, że nie wszyscy go pokochali, bo P&R postanowił iść za ciosem i nawet do słodkiej, karmelowo-waniliowej linii dowalić trochę cytrynki, ale mnie akurat w tym wydaniu cytrusowa nuta urzeka, bo dodaje zapachowi odrobiny rześkości i zabija nudę. Sam balsam też jest bardzo przyzwoity. Trochę trzeba poczekać na wchłonięcie, ale moje dłonie są po nim miękkie, nawilżone i zadowolone. 

Bath&Body Works – Caribbean Escape – ani trochę nie podoba mi się, że BBW zastąpiło stare żele antybakteryjne nowymi. Kosztują 13 złotych za tę samą niewielką pojemność, a jeśli kupicie od razu pięć, wyjdzie po 10 za sztukę, czyli tyle, ile poprzednio bez promocji. Same żele warte grzechu, bo w tych trudnych wirusowo czasach dezynfekują i zostawiają na dłoniach bardzo piękne i bardzo intensywne zapachy. Na długo.  

L'Occitane – Pivoine Flora Hand Cream (miniatura) – pięknie pachnący peoniami, lekki krem do rąk, który szybko się wchłania i nic nie robi, ale poprawia nastrój zapachem. Zdecydowanie niewart swojej ceny (65 zł za 75 ml i 29,90 zł za 30 ml). 


Sephora – Nano, miniaturowa kredka do oczu, fioletowa – 9 zł wyrzucone w błoto. Za tyle kupiłam tę kredkę na wyprzedaży w Sephorze i tyle muszę odżałować po zamknięciu klapy śmietnika. Od początku była zjełczała. Zastanawiam się, jak długo leżała w sklepie i jak to możliwe, że perfumeria w Złotych Tarasach pozwala sobie na takie obciachowe zagrywki. 

Catrice – Ultimate Lip Glow – Lip Colour Intensifier – kupiłam kiedyś tego dziwacznego żelka do ust i byłam mocno podjarana efektem, bo usta po nim wyglądają, jakby nie były pomalowane (nie widać żadnej warstwy na wargach), a jednak są malinowe, i to całkiem konkretnie. Minusem jest gorzki smak, z czasem pomadka stwardniała i ciężko było ją rozprowadzać. Postanowiłam ją w końcu wyrzucić, i tak już od dawna do niej nie wracam. 

Lancôme – Juicy Tubes – ten błyszczyk trafił do mnie jako trzypak miniatur z nocanka.pl, kupiłam go w jakiejś Wyjątkowo Promocyjnej Cenie. Wcześniej miałam inny odcień o smaku brzoskwiniowym i bardzo miło go wspominałam (tym milej, że brzoskwinia była prezentem od koleżanek z redakcji, kiedy odchodziłam z pracy, a cena pełnego wymiaru to ok. 90 zł). Ta tubka, podobnie jak brzoskwiniowa poprzedniczka, była ślicznie pachnącym klejuchem, ale odcień – mimo że ładny – był na tyle mało wyjątkowy, że nieczęsto do niego wracałam. Od tego czasu minęły ze trzy lata, więc papa, Juicy Tubes!

Sephora – Outrageous Curl Dramatic Volume And Curl Mascara – trudna w obsłudze i wybitnie niewodoodporna, ale ją uwielbiam! Jedyna maskara, która daje efekt totalnie pogrubionych, wyrazistych rzęs. Wszyscy się gapią i dopytują, co to. 

Hean – Gigant Shock XXL Volume – z tym szokującym XXL gigantem tobym nie przesadzała, bo tusz Hean nie pogrubia zbyt mocno. Nie można mu za to odmówić ładnego wyczesywania i estetycznego efektu, który można budować kolejnymi warstwami. Niestety, z czasem częściowo znika z rzęs.

MUA – jakiś czarny tusz do rzęs – nawet nie chce mi się grzebać teraz w worku ze śmieciami i sprawdzać, jaka jest dokładna nazwa tego tuszu, ale wiedzcie, że wyciągnęłam go z szuflady, odkręciłam, użyłam raz i od razu dorzuciłam do denkowych odpadów, tak bardzo jest nijaki. Nijakość wynika głównie z faktu, że maluję, maluję i nic nie widać. Naturalny efekt – wersja extreme. Nie dla mnie. 

Philosophy – Divine Volumizing – przedostatnia sztuka z zapasów. Maskara, którą uwielbiam za klasyczną szczotkę i robienie z rzęsami tego, co każdy dobry tusz zrobić powinien. Niestety, dawno temu wycofana. Szlag by ją. 


W ramach przedwiosennych porządków zabrałam się jeszcze za saszetki i próbki. Z tej grupy swój głos oddaję na dwuetapową maseczkę z glinką z Flos-Leku i krem na dzień Biolaven, który zapowiada się obiecująco. Zdecydowane NIE dla beznadziejnej chusteczki Cleanic, która jest nasączona tłustym zmywaczem do paznokci i ponoć da się nią (w podróży!) zmyć wszystkie paznokcie u rąk. Spróbowałam tej sztuki, da się, ale praca, jaką musiałam włożyć w to zmywanie, przypominała polerowanie patyczkiem do uszu najnowszego modelu Ferrari. No i jeszcze odpowiedzcie mi proszę, drodzy producenci, w czym ma mi ułatwić życie ta wasza chusteczka, skoro po wymęczonym zmyciu paznokci moje ręce ociekają olejkiem? Skoro już mowa o olejkach –  ten do demakijażu marki Skin Food też mnie rozczarował, bo chociaż miał śliczny, cytrusowy zapach, nawet nie tknął niewodoodpornego tuszu.

W ten sposób dobrnęliśmy szczęśliwie do końca. Biegnę czytać Wasze denka!