środa, 6 stycznia 2016

Gdzie byłam, kiedy mnie nie było (dużo zdjęć)

Witajcie w nowym roku! Nie mogę się doczekać powrotu do regularnego blogowania, stęskniłam się :). Dziś będzie o tym, co robiliśmy okołosylwestrowo i jak to się stało, że przestałam mieć odruch wymiotny na myśl o wystawianiu dupska na kilkunastostopniowy mróz.

Mój mąż bardzo lubi zimę (mówiąc „zima”, mamy na myśli minus kilka, śnieg i optymistyczne słonko). Przez lata jeździł na desce, lubi ślizgać się samochodem po zaśnieżonych drogach, więc dla niego to dobry, wartościowy czas, na który warto czekać cały rok. Ja jestem na drugim biegunie: nie cierpię marznąć, nie uprawiam sportów zimowych, a zima kojarzy mi się z tym, że w Polsce trwa pół roku, jest szara, ponura i wietrzna, wszyscy chorują (od kiedy mamy Tomasza, to uczucie jest milion razy silniejsze, ciekawe, dlaczego...), ciągle jest ciemno, a słońce wychodzi zza chmur tylko po to, żebym mogła jeszcze bardziej się pokrzywić na gębie i ukształtować zupełnie nowe zmarszczki w okolicy oczu.

Na wieść o tym, że – suprajs suprajs! – nowy rok przywitamy w Tatrach, byłam z jednej strony szczęśliwa, a z drugiej – przerażona, bo jak tu spacerować u stóp kochanych gór, kiedy zęby zgrzytają, a od mrozu chce się sikać? Z uwagi na potencjalne trudności z utrzymaniem odpowiedniej ciepłoty, zainwestowałam w puchate termoaktywne kalesony i równie puchatą bluzkę z długim rękawem, i ruszyliśmy... ku przygodzie. I słowackiej zimnocie. I wiecie co? Zakochałam się w tym, co tam zobaczyłam! (a galoty okazały się nadzwyczaj ciepłe)

Tatry na Słowacji wyrastają niemalże znikąd. Coś na zasadzie: Idę, patrzę, a tu góry. Widok niesamowity i tak różny od tego, co znane po polskiej stronie. I ta idealna pogoda!
Największe wrażenie zrobiła na mnie Łomnica. Pierwszy raz w życiu podziwiałam z bliska stok narciarski (jak Wy to robicie, ludzie?!), a w perspektywie miałam trzyetapową podróż na sam szczyt. To był mój drugi raz. Poprzednio Lomnický Štít odwiedziłam 17 lat temu (o matko, aż tyle??) i widoczność kończyła się na czubkach butów.
Tatry zimowe są piękne, ale żal dupę ściska, że nie ma się jak wspinać. My uprawiamy tylko trekking letni, ale po tym, co zobaczyłam, nie jestem pewna, czy to się kiedyś nie zmieni...
To najwyższy, najbardziej stromy odcinek trasy narciarskiej. W tym miejscu wyciąg krzesełkowy był nieczynny, ale dla niektórych to żaden problem! Jeśli dobrze się przyjrzycie, zobaczycie przynajmniej jedną szaloną istotę ludzką, która wspina się na piechotę po tej oblodzonej stromiźnie tylko po to, żeby kilka godzin później dokonać rytualnego zjazdu. Tych hardkorów widzieliśmy co najmniej kilkunastu. Przy nich poczułam się jak rasowy, kanapowy baleron.
Kingdom Of Heaven?
A taki jest widok z samiutkiej góry. 2634 m n.p.m., 50 minut zachwytów, a potem wypad na dół, by zrobić miejsce dla następnych rozdziawiających otwory gębowe turystów. 
Istnieją szaleni ludzie, którzy tym czymś zjeżdżają na sam dół. Kłaniam się w pas wszystkim narciarzom i snowboardzistom. Mnie na samą myśl pocą się stopy. PS Mój mąż fachowym okiem ocenił, że stok jest tutaj świetny – długi i o różnych poziomach trudności (i idealnie naśnieżony, oryginalnie śniegu w dolnych partiach nie było wcale). Jeśli jeździcie i nie znacie, warto sprawdzić. 
KAŻDY musi mieć tu zdjęcie.
I ja, i ja!
Niezmiennie dziwi mnie przywiązanie ludzi do alkoholu. Wjechać za 44€ na szczyt Łomnicy na jedyne 50 minut po to, by w minus pierdylionie stopni napić się o wiele za drogiego zimnego piwa z koniakiem? Co kto lubi :). Z ciekawostek: na szczycie Łomnicy jest kilka miejsc noclegowych dla wybrańców. Niezapomniana noc dla dwojga kosztuje 650€ (w cenie podróż w obie strony). 
Tu już piętro niżej. Meteorologiczny raj i część pieszej trasy na szczyt. Podobno Słowacy coraz poważniej myślą o otwarciu szlaków m.in. na Łomnicę i Gerlach bez konieczności zatrudniania przewodników. Szlak od góry wygląda fenomenalnie, ale jest niewyobrażalnie trudny. Nie wiem, czy to taki dobry pomysł. 
W Nowy Rok przed południem, kiedy imprezowicze leczyli kaca, my pojechaliśmy na polską stronę i odwiedziliśmy Dolinę Strążyską. Było ślicznie, kameralnie i cicho. Spotkaliśmy dwie zawiedzione panie, które planowały zjeść zupę grzybową w SCHRONISKU, a tu SCHRONISKO zamknięte! Panie nie wiedziały, że budka u stóp Giewontu to nie schronisko, tylko szałas i że naprawdę nie ma sensu, by ktokolwiek gotował w nim zupę 1 stycznia. 
Specjalnie na naszą arcytrudną zimową wyprawę zaopatrzyliśmy się w termos z herbatą. Przyjemnie było ją wypić, ale najlepsza wiadomość jest taka, że termoaktywne rajty i bluzka fantastycznie chronią przed zimnem, więc nawet nie zdążyłam zmarznąć. Spore wrażenie robią za to zamarznięte na kość wodospady, które słychać, ale się nie poruszają. Równie imponujący byli wycieczkowicze w wieku Tomka (ten po dotarciu do końca doliny niestety się rozpłakał, ale wcześniej był bardzo dzielny ;)). 
1. Możecie popodziwiać nasze sylwestrowe zapasy. Jedynym widocznym na zdjęciu alkoholem jest miniaturowy szampan, a zdrowa żywność wesoło przeplata się z junk foodem. Kiedy robiliśmy zakupy jedzeniowe, nie mieliśmy pojęcia, że w ciągu całego wyjazdu tylko raz uda nam się zjeść ciepły posiłek w knajpie. Takie tłumy! (i kolejki) 2. Miłym gestem ze strony gospodarzy była wielka butla szampana i dwa kieliszki. 3. Któregoś razu, po trzech godzinach szukania wolnego miejsca w jakiejkolwiek jadłodajni (głównie po polskiej stronie), wróciliśmy do pokoju i na obiadokolację zjedliśmy... mleko z razowymi płatkami przewidziane na śniadanie. Ach, te góralskie zachwycające kulinaria.
Okazało się, że nocowaliśmy w domu saneczkarza – wielokrotnego reprezentanta Słowacji w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich. Jego dzieci na placu zabaw mają do dyspozycji oryginalny wagon kolejki na Łomnicę, w domu jest pełno medali i dyplomów, ale sam gospodarz raczej unikał gości – nami zajęła się jego urocza żona. Na koniec wrzuciłam jeszcze zdjęcie jedynego ciepłego dania, jakie udało mi się zamówić w galerii handlowej w Popradzie. Powiem tylko tyle, że na zdjęciu w menu wyglądało nieco inaczej – miał być parmezan, papryka, fasolka szparagowa, zapiekane pieczarki... W tym samym lokalu udało mi się też wypić najgorszą kawę w historii. Jestem prawie pewna, że byłam co najmniej trzecią osobą, która dostała napar z tych samych, ohydnie kwaśnych fusów. 


Słowacja nie jest naszym wymarzonym miejscem na Ziemi, ale wycieczka do Krainy Lodu okazała się niesamowita. A Wy lubicie zimę choć trochę?

22 komentarze:

  1. ja mam na Słowację blisko i faktycznie góry wyrastają znikąd :)) a u mnie nadal zimy nie ma!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tu zimy też nie było, ot, trochę szronu o poranku i dobrze naśnieżone stoki

      Usuń
  2. Odwiedziłabym w końcu góry :) Z 10 lat nie jeździłam na nartach, bo pieniążków brak ;) cudownego mieliście Sylwestra!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale... jeździłaś :D ja nigdy nawet nie próbowałam! mąż zamiast na narty, namawia mnie na deskę – podobno łatwiej się nauczyć, ale jakoś mam stracha, bliżej mi psychicznie do nart :)

      Usuń
  3. Piękny odpoczynek i jeszcze piękniejsze zdjęcia :)

    Pozdrawiam i zapraszam do mnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Od kiedy mam auto i nie musze stac na przystankach, to lubie zime:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehe, ja zrezygnowałam z samochodu parę lat temu, łatwiej mi się poruszać z Tomkiem po mieście komunikacją miejską, ale o tej porze roku faktycznie jakoś tęsknię za ciepłym autem... chociaż wcale nie tęsknię za jego ogrzewaniem! wchodzenie do lodowatego samochodu i czekanie, aż złapie temperaturę – okropieństwo!!!

      Usuń
  5. Z zimowych gór znam tylko okolice Hali Szrenickiej, ale za to jak własną kieszeń, bo jeździłam tam co ferie od 12 do 18 roku życia. I owszem, uwielbiam - w każdą możliwą zimową pogodę, jeśli nie za widoki (bo akurat jest np. mgła), to za nastrój. Tak że zazdroszczę, zazdroszczę. Ze Szczecina to jest cała wielka wyprawa, na szczęście mamy własny stok (!) z armatkami (!!), które od kilku dni naparzają i już można jeździć (!!!).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja kompletnie nie znam Hali Szrenickiej, w ogóle Karkonosze to obce mi okolice. Byłam tylko przejazdem dwa razy, jednak ciągnie mnie w te najwyższe góry :).
      A że Szczecin ma stok, to... szok! :D

      Usuń
  6. A w pieluchy zainwestowałaś? (NIESMACZNY, GŁUPI ŻARCIK!)

    Co Wy piliście na szczycie, oto moje pytanie!

    Pięknie powitaliście 2016, nawet - a może przede wszystkim - z płatkami razowymi.

    Nie będę się wypowiadać na temat zimy, bo ludzie już myślą, że jestem powalona.

    Całuję Cię gorąco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pieluchy inwestuję regularnie, przecież wiesz :D. My na szczycie piliśmy piękne widoki, a i tak za mało było czasu :(.

      Usuń
  7. Bajka <3

    Narty oraz inną aktywność musiałam porzucić po wypadku, ale tęsknię za górami. Nie tylko zimą.

    Cudowne, kojące widoki i... zima <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nic nie wiem o Twoim wypadku. Co Ci się stało?

      Usuń
  8. pomyśleć, że szusowałam na nartach jako nastolatka... nawet gdzieś jeszcze są u rodziców. teraz zaś się nie wychylam, bo zimno! nienawidzę zimy, jestem ciepło- i słońcolubna :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zwykle też nienawidzę, ale na chwilę zrobiłam wyjątek :) niestety, w Polsce znowu mi się nie podoba :/

      Usuń
  9. Ale piękne zdjęcia! My byliśmy w słowackich Tatrach w zeszłym roku latem - tydzień w Tatrach niskich, tydzień w wysokich. Dzieciaki były oczarowane chodzeniem po górach i zdobywaniem coraz wyższych szczytów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo jestem ciekawa słowackich tras trekkingowych. Nie dziwię się, że dzieciaki zachwycone, to wciąga!

      Usuń
  10. Zdjęcia naprawdę piękne! A ja nie przepadam za zimą...

    OdpowiedzUsuń