wtorek, 8 grudnia 2015

Projekt denko, odc. 32

Jeszcze nie mogę uwierzyć, że udało mi się dokończyć wielki domowy Projekt Porządki. Tak mi lekko na duszy, że nawet kosmetyczne śmieci fotografowałam z przyjemnością (o tak, przyjemnie było wyobrażać sobie, jak zapindalają śmieciareczką na wysypisko, a potem zgniatarka prasuje je na wielki, śmieciowy naleśnik). 


W tym miesiącu gromada skromniejsza, ale za to pradawna kolorówka opuszcza natolińskie włości. Skoro mam już posprzątane w każdej szufladzie i każdym kącie, teraz tylko trzeba pozbyć się zaległych kosmetycznych resztek. To łatwe. Same wiecie, że to łatwe. Hyhy. Haha. Hihi. 


Pat&Rub – Relaksujący żel myjący – trochę słabo zaczynać od bezwstydnego naigrawania się, ale cóż zrobić, skoro linia Relaksująca Pat&Rub pachnie tajską zupą? Kiedy wczesną jesienią zaczęłam używać tej serii, od razu miałam ochotę napisać post w stylu: „Siedem kosmetyków, które pachną jedzeniem i to wcale nie jest dobra wiadomość”. Okazało się jednak, że inne pielęgnacyjne wiktuały tego typu nie przychodzą mi do głowy, bo to po prostu zupełnie wyjątkowa sytuacja. No, ewentualnie mogłabym dorzucić do listy niektóre kosmetyki o zapachu mizerii, ale to i tak za mało na post, przy którym tarzalibyście się ze śmiechu. No więc tak: linia Relaksująca pachnie tajską zupą na mleku kokosowym, czemu w zasadzie trudno się dziwić, bo wśród zapachowych nut wymienionych przez producenta mamy dwa główne składniki wspomnianej zupy: kokos i trawę cytrynową. Żel pod prysznic jest odrobinę mniej agresywnie tajski, ale balsam... Ogólnie nie kocham żeli P&R, bo są bardzo rzadkie, a ten jeszcze do tego zasuwa kuchnią Dalekiego Wschodu, ale doceniam naturalność, ekologię i takie tam. Mimo wszystko nie wrócę – stawiam na inne aromaty z Pat&Rub. 

L'Arisse – Frutti Relax – Mus do ciała Czerwone Owoce – pozostajemy w nurcie Teraz Polska, bo ten mus, który wcale musem nie jest, wyszedł z taśmy produkcyjnej rodzimego laboratorium AVA. Nieznany szerszej publiczności, wpadł do mojego koszyka w czasie zakupów aptecznych – oczywiście Zupełnie Przypadkiem. Za to nieprzypadkowo zużywałam go w pośpiechu właśnie teraz, mimo że jesienne chłody zachęcają mnie do otulających nut zapachowych. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o... datę ważności. Udało mi się zdenkować to mazidło tuż przed oficjalną zagładą świeżości, ale nie jestem pewna, czy jednak nie zaczęło się psuć już wcześniej, bo mimo że zaplanowany aromat wypadł przyjemnie (delikatne owocowe nuty, naturalne i miłe dla nosa), mus zalatywał frakcją tłuszczową (w składzie oleje słonecznikowy i sojowy) i nie dało się tego aromatu zignorować. Same właściwości nawilżające bez zarzutu – mus dobrze nawilża i pielęgnuje, ale zupełnie nie zgadzam się z jego nazwą. Nie ma w sobie tej musowej lekkości i tak naprawdę jest całkiem konkretnym masłem do ciała. Powrotu nie planuję, chyba że w celu sprawdzenia, czy będąc w kwiecie wieku, również podśmierduje. Tylko czy ten eksperyment wart jest wydania 20 złotych?

Balea – Diamanten Traum Bodylotion – limitowany balsam do ciała, za którym nie będę tęsknić, bo zapach – mimo że ładny – był do bólu przeciętny i niezapamiętywalny, w dodatku szybko się ulatniał ze skóry. Właściwości balsamu również przeciętne – nawilżał, ale raczej doraźnie. I choć nic jednoznacznie złego powiedzieć o nim nie mogę, pasuje mi fakt, że to już definitywny koniec naszej wspólnej, mało emocjonującej znajomości. 


Balea – Maska peel-off z oczarem wirginijskim – maski peel-off są super, bo – podobnie jak te płachtowe – minimalizują upierdliwość domowego spa. Bardzo to doceniam, bo ścieranie z twarzy resztek tradycyjnej maseczki irytuje mnie niemalże na równi z goleniem nóg i okolic cipkowych (to chyba nawet gorsze) maciupką jednorazówką. Zawsze gdy mam w rękach maskę peel-off, PRAGNĘ, żeby okazała się fantastyczna. Niestety, ta była nijaka. Co z tego, że zlazła łatwo, skoro mojej skórze nie dała nic? 

Eucerin – Volume-Filler Night Cream – to bardzo treściwy i pięknie pachnący krem na noc, który ma przeciwdziałać obwisaniu skóry (no wiecie, efekt psich fafli, a jak nie wiecie, to wpiszcie w Google Images: „running basset”. Właściwie możecie wpisać mimo wszystko, polecam). Ma masełkowatą konsystencję, więc jest odżywczy i wolno się zużywa. Bardzo pomaga odwodnionej skórze, nawet jeśli jest mieszana lub tłusta. Nie sądzę, by działał na obwisy (przecież wtedy zarekomendowaliby go również do cycków, nie?), ale i tak jest wart uwagi. 

Savon Au Lait d'Anesse, czyli organiczne mydło marsylskie z oślim mlekiem, które once upon a time podarowała mi wakacyjna Magda. Najpierw olałam, bo ciężko mi się zabrać za mydło w kostce, ale potem zachciało mi się tego typu mydlin i odpakowałam je czule. Mydło pachniało mydłem, było bardzo twarde, dzięki czemu nic mu się nie stało od mieszkania w podmokłej Krainie Wiecznego Prysznica. Okazało się, że do mycia ciała nie jest dla mnie za dobre, bo wciąż nie lubię tego pomydlanego tępego efektu na skórze, ale za to bardzo dobrze służyło silikonowemu dyskowi do twarzy i licznej gromadzie pędzli. 

Na zdjęciu widać jeszcze płachtową maskę, którą moja przyjaciółka Marta przywiozła mi z Japonii. BB Face Mask z kwasem hialuronowym była mocno nasączona (tak mocno, że jej dobroczynne soki ściekały mi po nosie, brodzie i dekolcie), trzymałam ją na twarzy przez dobre 20 minut, a po zdjęciu okazało się, że nie zrobiła z moją cerą nic nadzwyczajnego – nawet tymczasowo nie nawilżyła jej choćby w stopniu zadowalającym. Cała para poszła w gwizdek. I w cycki.


Moroccanoil – Weightless Hydrating Mask – jako że wywiało mi baby we wszystkie strony świata, nie zdziwi Was pewnie fakt, że tę maskę dostałam od mojej „kanadyjskiej” Ani. Długo sobie postała otwarta na podprysznicowej półce (maska, nie Ania, choć to drugie byłoby interesujące), bo dla moich cienkich, rzadkich włosów okazała się sporym wyzwaniem. Na pewno nie jest weightless. Ma oszałamiający, intensywny zapach porządnych damskich perfum, nawilża równie potężnie, ale nieczęsto do niej wracałam, od kiedy włosy znowu zaczęły wypadać jak wariaty. Przydawała się do emulgowania olejów i kilka razy uratowała skórę głowy po dramatycznych przesuszeniach, jakie fundowały mi od czasu do czasu wcierki na bazie alkoholu, ale powodowała przyklap, który doprowadzał mnie do rozpaczy. Cieszę się, że mogłam ją wypróbować (dziękuję, Aniu, nie masko), ale moje włosy niestety nie są jej warte. 

Farmona – Jantar – Odżywka do włosów i skóry głowy – to już druga butelka, którą zużywałam totalnie nieregularnie, dlatego wciąż nie wiem, czy działa na moje włosy. Zdążyłam zauważyć, że przyspiesza przetłuszczanie, więc nie planuję na razie zakupu trzeciej flachy. 



NYC – Turbo Dry Top Coat – doskonały wysuszacz za kilka złotych, pisałam o nim w zamierzchłych czasach (klik). Niestety, w Polsce chyba już nie do zdobycia, bo internetowe outlety dawno go wyprzedały. Grzecznie przerzuciłam się na Seche Vite, InstaDri, ostatnio nawet na coś z Bell, ale od czasu do czasu nawiedza mnie tęsknota za NYC. Niestety, resztkę muszę wywalić, bo z mojego turbowysuszacza został tylko smętny, ciągnący się glut.

Manhattan – Soft Mat Loose Powder w odcieniu 1 Natural – niegdyś wysmażyłam recenzję na jego temat (klik) i do dziś przypadkowi czytelnicy regularnie wpadają do mnie na bloga właśnie po to, by o nim poczytać. Dziwne, że akurat ten mój tekst tak dobrze się wypozycjonował, ale niezbadane są wyroki Google'a. Puder jest bardzo porządny, ale – wbrew zachęcającej nazwie – nie ma zbyt dobrych właściwości matujących, dlatego nigdy nie sięgam po Soft Mat w gorące miesiące. Zostało jeszcze trochę, ale wyrzucam, bo już nie mogę na niego patrzeć (na swoje usprawiedliwienie powiem, że mieszka ze mną już ze trzy lata).

Benefit – gimmeBrow light/medium – świetny żel w nieświetnej cenie (ponad 100 zł) i nieświetnej, bo niewielkiej pojemności. W użyciu kolejne opakowanie. /recenzja/

Garnier – BB Cream Miracle Skin Perfector, odcień light – mimo nieznośnego odoru gorzały całkiem dobrze mi służył. Aż byłam zaskoczona. /recenzja/

Bourjois – Healthy Mix w odcieniu 51 Vanilla – uwielbiam ten podkład, bo jest łatwo dostępny, ślicznie pachnie, całkiem dobrze kryje, nie zapycha i ma dobry, zółtawy odcień, ale niestety trudno do niego dopasować bazę. Klasycznych, wygładzających silikonów na co dzień nie używam, a kremy matujące w nadmiarze robią mojej skórze kuku. Wszystkie pozostałe sprawiają, że Healthy Mix pozostaje mokry na resztę dnia i nie da się uzyskać matowej cery na dłużej niż godzinę w absolutnie żaden znany ludzkości sposób. Swego czasu dobrze komponował się z moim odkryciem z Biodermy – Pore Refinerem (recenzja), więc to jest jakiś trop.


Zamierzam nabyć krem na noc Clarinsa, bo próbka (zapach!!!) mnie do tego skutecznie zachęciła, za to nie umiem powiedzieć nic o pudrze HD z Make Up Forever, bo tych kilka pyłków na kartonie reklamowym wystarczyło na trzy maźnięcia pędzlem po twarzy. 
Wspomnę jeszcze o wosku Kringle Candle, bo zachwycił mnie swoim apetycznym, intensywnym aromatem najwyborniejszego kawowego deseru. Miła odmiana od YC. I to tyle o woskach zapachowych, bo – tu się nic nie zmieniło – nie zamierzam o nich pisać.

Tyle. Uff. Żegnajcie, śmieci.

35 komentarzy:

  1. u mnie na szczęście Jantar nie przyspiesza przetłuszczania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie też nie jakoś bardzo, ale jednak zauważyłam różnicę, włosy są nieświeże (przy toniku Orientany jest zupełnie inaczej).

      Usuń
  2. Mnie też bardzo cieszą wykończone do cna opakowania. HM to mój ulubiony podkład. Uwielbiam bo skóra wygląda naturalnie. Chociaż u mnie mógłby trzymać się dłużej. Z kolei BB Garnier to dla mnie porażka. Fatalnie w nim wyglądałam. Seche Vite mam ale wolę Insta Dri. Nie lubię w wysuszaczach tego, że w połowie się glutują. Pozdrawiam i zapraszam do mnie na rozdanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. BB Garniera jest dość ciemny jak na light – w chłodniejsze miesiące zupełnie się u mnie nie sprawdza, a żeby było trudniej, ciemnieje na twarzy, ale tego lata i wczesną jesienią prezentował się naprawdę świetnie, więc taki to z niego kameleon :).

      Usuń
  3. zazdroszczę zakończenia projektu "porządki":)
    ja dopiero wystartowałam i mimo urlopu do końca mety mam jeszcze bardzo daleko:)

    na razie intensywnie pochłonęły mnie i mój portfel zakupy on line-serio nie mogę przestać!

    też planuję zrobić denko przed świętami aby nie trzymać śmieci choć zazwyczaj czekam do zapełnienia całej torby

    pozdrawiam i szczerze zazdroszczę-of course porządku:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałam, że nigdy nie skończę, a jednak się udało! Trzymam kciuki i kibicuję Twoim porządkom :). Co do zakupów online, też miałam taki szał na początku przygody z blogowaniem. Teraz uzbierałam tak wielką gromadę wszystkiego, że na szczęście mi się odechciało, chociaż... rabaty świąteczne kuszą! ;)

      Usuń
  4. Miałam top coat nyc i uwielbiałam go - najlepszy wysuszacz jaki miałam :)Bardzo żałuje, że już raczej nie do dorwania. Czas wypróbować sławne insta dri, czy seche vite :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, też masz takie dobre zdanie o NYC? Piona! Szkoda, że to była w sumie tylko krótka przygoda, jakbym kiedyś trafiła do Stanów, a w Stanach do sklepu z tym top coatem, to pewnie wzięłabym od razu cały karton ;)

      Usuń
    2. aaa, hurra, pojawi się w nocance.pl! :D

      Usuń
  5. Nie używałam nic z tych rzeczy, które już zużyłaś, jednak na mojej liście jest odżywka z Jantar, zamierzam ją wypróbować już wkrótce :) a tego wosku z Kringle nie miałam, ciekawi mnie jego zapach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jantar u wielu dziewczyn się sprawdził, więc mam nadzieję, że też będziesz zadowolona :)

      Usuń
  6. Z całego Twojego denka mam tylko Jantar, którego coś nie mogę zacząć używać, bo ciągle mam poczucie, że mi poskleja włosy i jak to będzie wyglądać? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie poskleja, przeczesz je potem i będzie gites :)

      Usuń
  7. Benefit ma faktycznie nie fajną cenę :( Jak będzie promocja -20% w Sephorze to może się na niego skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też staram się kupować z -20%, ale jak miałam do wyboru -20% lub box świąteczny z miniaturami, nie zastanawiałam się długo ;)

      Usuń
  8. Kochałam top z NYC. Spróbuj top coatu z Miss Sporty, buteleczka z niebieską cieczą w środku. Turbo Speed Dry czy coś. Bardzo fajny, bardzo taniutki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tego to nawet nie kojarzę, ale dziękuję za hint :)

      Usuń
  9. Znam jedynie podkład z Bourjois, mam go nawet dzisiaj na buzi ;) A woski Kringle Candle właśnie dziś do mnie przybyły (skusiłam się na Watercolors i Kringle) ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o i jak, lubisz Healthy Mix? jaki masz odcień?

      Usuń
  10. Nie przepadam za zapachem kosmetyków Pat&Rub, większość pachnie mało sympatycznie. Jedynie te o zapachu róży, wpisują się w mój gust. Mam wrażenie, że albo obcuję z cytrynowym płynem do mycia naczyń albo z tajską zupą.

    OdpowiedzUsuń
  11. Odpowiedzi
    1. Tak, kto by pomyślał, że nawet ona zacznie się powolutku wykruszać z moich nieskończonych zbiorów!

      Usuń
  12. Nie prowadzę bloga, ale ilekroć wyrzucam puste opakowanie po kosmetykach, z tyłu głowy kołacze mi myśl: "mogłabym to opisać" hahahahaha.
    To dzięki Tobie, bo uwielbiam czytać Twoje wpisy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może JEDNAK ZACZNIJ PISAĆ coś swojego? :D

      Usuń
  13. Jantar miałam i u mnie się sprawdził, tylko trzeba być bardzo regularnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, to na pewno. w sumie nie wiem, czemu akurat z Jantarem mi tak nie szło, bo inne rzeczy potrafiłam regularnie wcierać :D

      Usuń
    2. O, a co ci się fajnego udawało wcierać regularnie? Ja kiszę Jantara od wielu miesięcy, chyba go niedługo wyrzucę, bo to porażka, wkurza mnie sposób dozowania, włosy mam po nim fatalne już po kilku godzinach, sprawia, że czuję się brudna i brzydka, a nie jak bujnowłosa królewna. Z resztą, to samo mam z wcierką Radical. Buee.

      Usuń
    3. Ostatnio na przykład udało mi się przez dwa miesiące wcierać przed każdym myciem olejek Khadi, który sprawił, że włosów wypadało mi jeszcze więcej :/ nie polecam więc na nasze smętne piórka. Wcześniej z równie ujmującą regularnością wcierałam łopianową wcierkę z czeskiego DM-u, po której wywaliło mi lwią grzywę odrostu, ale była mocno alkoholowa i załatwiła mi skalp na cacy (zwariował - wysuszył się, swędział i włosy przetłuszczały mi się masakrycznie). Teraz zaczęłam wcierać tonik Orientany i mam nadzieję, że on sprawi na mej głowie samo dobro. A Ty, Zuzanno przemiła, możesz sobie połykać witaminę D, bo podobno 90% z nas ma niedobory i niektórym suplementacja pomaga na wpadanie. Ja łykam od dwóch tygodni i szaleńcze sypanie się wyraźnie zelżało, ale może to efekt pracy zbiorowej, nie wiem. Zawsze możesz sobie zbadać poziom tej witaminy, tylko to trochę droga impreza prywatnie (ztcp 80 zł). U mnie wyszło bardzo mało, więc grzecznie łykam.

      Usuń
    4. Jakoś mnie pociesza, że nie tylko u mnie wciry (hyhy) kończą się porażką. Daj koniecznie znać, czy Orientana jest magiczna. :)
      Dzięki za przypomnienie o D3. Drugi rok z rzędu obiecuję sobie, że jak tylko zacznie się mrok i zgroza, będę łykać i póki co na obietnicach się kończy. Pędzę do internetu szukać witaminy moich marzeń i snów.

      Usuń
  14. Cały czas mnie kusi ten podkład z Bourjois, ale boję się, że nie polubi się z moją skórą :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. szkoda, że właśnie mi się skończył – podesłałabym Ci próbkę :)

      Usuń
  15. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  16. Jantar miałam okazję poznać, ale jakoś bez szału u mnie działał... u mnie porządki w toku i nie mówię tu o sprzątaniu na święta tylko odgruzowywaniu szafek pełnych zapominanych rzeczy, za które zabrałam się już na początku grudnia :(

    OdpowiedzUsuń