poniedziałek, 28 grudnia 2015

Postświątecznie: prezenty!

Jak to mawia moja babcia co roku, od co najmniej piętnastu lat: święta, święta i po świętach! Warto wspomnieć, że o kończących się świętach zaczyna mówić już po zjedzeniu wigilijnego karpia. Moją świąteczną babcię można też skojarzyć po tekście: „Nic nie ma w tej telewizji. Same powtóry!”. W tym roku przynajmniej wśród prezentów powtór nie było. A jak u Was?

Jako że jestem pomiędzy jednym a drugim wyjazdem, czasu mało, a na blogu cicho i ponuro, pomyślałam, że pokażę Wam, co kosmetycznego znalazłam pod trzema choinkami w dwóch województwach. W tym roku Mikołaj trochę zmienił koncepcję i zainwestował m.in. w akcesoria kuchenne, dekorację wnętrz i kulturę. Prezentów idiotycznych zabrakło, więc się nie pośmiejemy. Dzięki, Mikołaju! Spoko z ciebie koleś. 


Oglądałam w TK Maxx kalendarze adwentowe Ciaté i wahałam się, czy nie kupić (dla siebie oczywiście), ale potem pomyślałam, że lakierów mam pięćset sto dziewięćset, więc chyba lepiej nie. No to Mikołaj, zamiast dwudziestu czterech, przyniósł mi sześć. W bombkach. Teraz lakierów mam pięćset sto dziewięćset sześć. Nie jest mi smutno.


Okazało się, że nasz pocieszny, brodaty grubasek w czerwonych rajtkach czasami poszukuje inspiracji na blogach beauty. Na moim znalazł zestaw trzech pudrów rozświetlających theBalm. W końcu zmierzę się z legendą i, oczywiście, nie omieszkam wykonać blogowej analizy porównawczej, co zresztą w moim przedświątecznym wpisie sama sobie poleciłam.


Nie znałam wcześniej marki VitalDerm, ale najwyraźniej nawet do odległego Rovaniemi dotarło moje narzekanie o beznadziejnych, cienkich, wypadających włosach. Mikołaj podrzucił mi szampon i odżywkę z olejem arganowym, które raczej nie pomogą na samo wypadanie, ale może nawilżą skalp po dwóch skutecznych, ale wysuszających szamponach anti-hairloss. W zestawie prezentowym jest też arganowy krem do twarzy, którym moje odwodnione policzki są żywo zainteresowane. 


Przyznam, że zdjęcie z okładki książki Ewy Grzelakowskiej-Kostoglu od początku wywoływało we mnie skrajne emocje. Ot, śmieszy, tumani, przestrasza. Na pewno przyciąga. Z „Tajnikami makijażu” bardzo chętnie się zapoznam, a już teraz mogę Wam powiedzieć, że książka wydana jest pięknie. Poza tym urzekła mnie odrobina XXI wieku w środku: odnośniki do filmów na YouTube wraz z kodami QR. Bajka! Samej Ewie życzę wszystkiego dobrego, bo cenię youtube'erów, którzy zbudowali swoją niezwykłą popularność na czymś więcej niż pokazywaniu zawartości talerzy, szuflady pracowego biurka czy torby z zakupami.

I tak to. Za nami ciepłe, rodzinne święta, przed nami krótka wyprawa w słowackie doliny, a ja życzę Wam spokojnego, relaksującego końca roku!

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Garść minirecenzji: Balea

Czeskie DM-y odwiedziłam w sumie cztery razy i za każdym przywoziłam siatkę kosmetyków. W Czechach DM-owe zakupy są mniej opłacalne niż za niemiecką miedzą, ale za to do Cieszyna jest mi zdecydowanie bardziej po drodze, a i o Ostravę udało się kiedyś zahaczyć.

Cena kosmetyku nie jest dla mnie wyznacznikiem jakości – zarówno perełki, jak i kosmetyczną padakę odnajduję na różnych półkach, więc potrafię zachwycić się jednakowo podkładem Guerlain i kremem za trzy złote. Baleę zużywam chętnie, bo ładnie wygląda i zazwyczaj ładnie pachnie. Jeżeli coś przy okazji ma dobre właściwości pielęgnacyjne, oddaję rytualny pokłon w stronę tego cosia i zużywam z najwyższą przyjemnością.


Handlotion Sheabutter Arganöl

Bardzo lubię tę serię Balei. Urzeka mnie przede wszystkim zapach, taki trochę męski, a już na pewno uniseksowy. Nazwanie tego kosmetyku przez producenta mleczkiem jest bardzo celne, bo mamy tu do czynienia z konsystencją rzadką, choć wcale nie mało treściwą. Na początku nie byłam zachwycona – przyzwyczajona do czarodziejskich mocy chociażby czerwonego Garniera, spodziewałam się nie wiadomo czego. Nie_wiadomo_co nie nadeszło, mleczko to mleczko, więc nie naprawia zniszczonych/wysuszonych dłoni w trymiga, ale to nie znaczy, że nie działa. Działa fajnie, tyle że jego moc polega na regularności. Od kiedy postawiłam tę butlę w łazience w widocznym miejscu, stan moich dłoni bardzo się poprawił.


Urea Augen Creme

Kiedy zobaczyłam na półce w DM-ie krem pod oczy Balei z mocznikiem, bardzo się ucieszyłam. Nie miałam wcześniej do czynienia z kremami na bazie mocznika innymi niż te do rąk czy stóp, więc moja nadmiernie rozbujana wyobraźnia roztaczała wizje idealnie nawilżonej, pięknie zadbanej skóry pod oczami – tak bardzo idealnej, że aż bije od niej naturalny blask, a mijający mnie ludzie zasłaniają oczy, onieśmieleni tym niezwykłym widokiem. A co się wydarzyło naprawdę? Aaaa... takie tam łzawienie uczuleniowe. Krem trafił do nowej właścicielki poprzez blogową oddawajkę, a ja jestem bardzo ciekawa, czy mocznik, którego w tym kremie jest ooooo tyyyyyyle, odmieni mniej wrażliwe pod-oczy.


Bodycreme Sunny Peach

Tego kremu niestety już nie dostaniecie, bo Sunny Peach to edycja limitowana, ale przy okazji Baleowej brzoskwinki chciałam wspomnieć ogólnie o kremach w półlitrowych słojach, bo to całkiem fajne kremy za całkiem fajną cenę. Wersja brzoskwiniowa pachnie delikatnie, ale zgodnie z prawdą: gdy wsadzałam nos w ten wielki słój, czułam bardzo prawdziwy zapach brzoskwini zmielonej ze skórą, pestką i kawałkiem gałęzi. Czyli słodko-cierpki. Właściwości nawilżające bardzo przyzwoite, konsystencja na granicy lekkości i maślanej kołderki. Miłe, długie (bo półlitrowe) spotkanie, ale cieszę się, że to wersja z masłem shea i olejem arganowym należy do stałej oferty, bo zarówno zapach, jak i działanie wygrywają w kremie w brązowo-białym słoiku.


After-Shave Pflege-Gel Sensitive

Zaskakująco dobry kosmetyk, po którym nie spodziewałam się wiele i kupiłam go tylko dlatego, że chciałam napisać o nim na blogu, bo nigdzie indziej nie widziałam recenzji akurat tego produktu Balei :P. Niedługi, interesujący skład, bardzo delikatny, świeży zapach i lekka, żelowo-balsamowa konsystencja sprawiają, że After-Shave Pflege-Gel Sensitive staje się ciekawym sposobem na uspokojenie podrażnionej po goleniu skóry. A trzeba Wam wiedzieć, że uspokaja dobrze – wmasowany w łydki nie powoduje szczypania i zaczerwienień. Bardzo miło z jego strony. Poza tym wchłania się szybko i już w kilka chwil po aplikacji można wciągać spodnie na tyłek i wybiegać z domu. Zdziwiła mnie podróżna pojemność: 100 ml i fakt, że za tak małą ilość producent zażyczył sobie prawie 3€! Niemożebyć. Toć to fortuna.


Augen Make-Up Entferner – wersje jedno- i dwufazowa

Według mnie jednofazówka jest cienka. Postawiłabym ją na tym samym miejscu podium co niebieski jednofazowy płyn do demakijażu Ziai. Kiedyś go używałam namiętnie, ale po tym jak poznałam różową Biodermę i różowego Garniera, okazało się, że to była po prostu woda do mycia oczu, a dobry płyn do tego typu zadań wygląda nieco inaczej. Jednofazówka Balei to taki powrót do korzeni – coś tam zmyje, trochę trzeba potrzeć, oczy podrażnić, nie domyje i tak do końca, więc lepiej najpierw wziąć prysznic i namoczyć tusz do rzęs, a potem można ścierać tę pandę czymkolwiek, choćby i wodą z butelki za parę złotych.

Dużo lepiej prezentuje się dwufazówka. Nie umiem tego ocenić z całą pewnością, bo nie używałam ich po sobie, ale wydaje mi się, że nie jest gorsza od Pur Bleuet z Yves Rocher, a to już coś znaczy. Niestety, od kiedy poznałam masło do demakijażu The Body Shop, dwufazowe płyny trochę spadły w moim rankingu, ale uczciwie należy przyznać, że dwufaza Balei ma sens i warto pozbyć się dla niej kilku drobniaków z portfela.


Maska Peel-Off dla cery mieszanej

Maska peel-off zawsze brzmi obiecująco, bo jeśli producent dobrze ją skonstruował, zejdzie z twarzy za jednym pociągnięciem, co jest nie tylko proste i estetyczne, ale też niezwykle satysfakcjonujące (kto próbował, ten wie). Takie maski lubię najbardziej, ale po raz kolejny okazało się, że tylko za atrakcyjną stronę techniczną, bo ich właściwości pielęgnacyjne są nędzne. Ta jest z oczarem wirginijskim, pantenolem, ekstraktem z pestek moreli... I cóż z tego, skoro zanim skóra zacznie popijać te dobroci, uprzednio nawali się kilkoma rodzajami alkoholu? Mojej cerze nie stało się wprawdzie nic złego po dwóch dawkach tego peel-offa, ale dobrego też nie. Zero różnicy. Czyli bez sensu.


I to tyle. Jeżeli macie ochotę, tu możecie przeczytać poprzedni post zbiorczy na temat produktów Balei. Napisałam go półtora roku temu, więc część już nieaktualna, ale kilka ciekawostek wciąż do kupienia: klik.


sobota, 19 grudnia 2015

M・A・C Studio Fix Powder Plus Foundation, odcień NC15

Pudry MAC zagrzały u mnie miejsce i w żaden sposób nie dają się wykopać z szuflady z kolorówką. Jakiś czas temu udało mi się zużyć matujący Blot i bach! – kolejne opakowanie zasiedliło puste miejsce. Obok Blota mieszka transparentny, lekki Prep+Prime, a na trzeciego wcisnął się prasowany Studio Fix, który funkcjonuje w przyrodzie jako puder i podkład w jednym. Nie potrafię przekonać mojej głowy, że nawet najbardziej kryjący puder mógłby być nazywany podkładem, dlatego dla mnie to po prostu kryjący puder i kropka. 


Opakowanie Studio Fix tradycyjne – czarny, matowy plastik z lusterkiem. Blot wygląda tak samo (tu recenzja: klik). Różnią się jednym szczegółem: Puszek Blota mieszka na pudrze, a Studio Fix ma specjalną skrytkę, w której schowana jest całkiem sensowna gąbka do makijażu (jeśli Wam nie będzie pasować, możecie wsadzić tam cokolwiek innego – skrytki to fantastyczna sprawa! (mimo wszystko nie polecam przechowywać tam niczego, co nielegalne – pod spodem jest sitko pełniące funkcję wywietrznika). Nie zrobiłam zdjęcia gąbce, bo zapomniałam – do aplikacji pudru używam pędzli. Porcja Studio Fix to 15 gramów, za które polski dystrybutor życzy sobie 129 złotych.


Odcień NC15 to bardzo jasny, neutralny beż. Dla mnie mało użyteczny latem (co ma swoje plusy, ale o tym za chwilę), za to zimą i wiosną działa jak należy. Odnalezienie odcienia idealnego wśród bogatej gamy produktów MAC jest trudne, ale nie niemożliwe. Musicie jednak pamiętać, że jeśli np. pasuje do Waszej karnacji NC15 płynnego Studio Fixa, nie macie gwarancji, że tak samo idealnie będzie wyglądał puder w tym odcieniu (że nie wspomnę o płynnym podkładzie z innej linii, bo tu różnice są największe). Warto szukać ideału, mieć dwa oddzielne kolory na chłodniejsze i cieplejsze miesiące i za każdym razem przechodzić proces doboru odcienia przy zakupie nowego rodzaju podkładu/pudru/korektora MAC. Ja wciąż nie jestem pewna, czy znalazłam swoje perfekcyjne odcienie, tym bardziej że moja cera wcale łatwa nie jest: zawiera zarówno żółte, jak i różowe tony, więc mogę szukać wśród NW i NC. Bliżej mi do ciepłej karnacji, częściej wybieram w ofercie różnych marek podkłady z żółtymi podtonami (lub te całkiem neutralne), ale wiele zależy też od pory roku, a i te bardziej różowe egzemplarze potrafią ładnie wyglądać na mojej twarzy. Aha, oznaczenie kolorów w MAC-u jest bardzo mylące, dlatego najłatwiej zapamiętać, że NW to zwykle odcienie beżowo-różowe, a NC – beżowo-żółte, chociaż nie jest to w 100% sprawdzalna teoria, dlatego nie polecam kupować w ciemno, bez „mierzenia” na twarzy. Czasami zdarza się nawet, że między odcieniami NC i NW z tym samym numerkiem nie ma prawie żadnej różnicy (vide: korektor Pro Longwear NW i NC 15). Po bardziej szczegółowe informacje na temat znakowania gamy MAC-a zapraszam do Beautyness: klik.


Wróćmy do pudro-podkładu Studio Fix. Jest nie tylko jasny, ale też bardzo drobno zmielony, dzięki czemu potrafi podarować użytkownikowi efekt pupy niemowlaka. Przynajmniej zaraz po nałożeniu. Producent ocenia jego krycie jako średnie i mogę się z tym zgodzić, choć po wszystkich transparentnych lub lekko kryjących pudrach, jakich miałam okazję używać przez długie miesiące, poziom krycia Studio Fixa bardzo mnie zaskoczył. Zakrywa bez problemu wszystkie zaczerwienienia, pieprzyki pokrywa powiedzmy w 75%, także niezły z niego kozak. Daje matowe wykończenie, co pewnie ładnie wygląda na zdjęciach, ale na żywo z bliska... hmm... no cóż. Widać, że pudernica. Nie jest to pudrowy mat tanich lotów, można spróbować potraktować go na koniec odrobiną wody termalnej i pewnie będzie wyglądał bardziej naturalnie, ale ja jakoś nigdy nie próbowałam.  Na szczęście nie ciemnieje na twarzy.

Warto zaznaczyć, że matowe wykończenie nie jest tożsame z właściwościami matującymi. Studio Fix nie matuje. Można oczywiście przypudrować sobie nosek, ale w ciągu godziny rozbłyśnie milionem tłustych drobinek. To zła wiadomość dla mojej bardzo tłustej strefy T – spodziewałam się lepszego wyniku. Oczywiście, że mam w torebce bibułki matujące. Oczywiście, że zapominam ich używać.

To nie jest zły produkt (choć czytałam, że może zapychać), ale nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: po co mi on. Na co dzień używam podkładów płynnych, kremów BB, a jeśli chcę dać odpocząć cerze, bunkruję się w domu i nie kładę na twarz niczego poza kremem nawilżającym. Myślałam, że okaże się przydatny w największe upały i będę mogła darować sobie spływające wraz z potem podkłady, ale on przecież nie matuje, a wraz ze znikającym efektem pudernicy znika również sam puder – trochę się ściera, a trochę włazi w rozszerzone pory. Nic ładnego, nie polecam. Kilka razy przydał mi się do szybkiego mejkapu przed nagłym, nieplanowanym wyfrunięciem z domu, ale czy kupię kolejne opakowanie? Niekoniecznie. Chyba już lepiej przyjrzeć się bliżej ofercie sypkich podkładów mineralnych (LilyLolo zachęcił mnie do eksperymentów i nawet nieźle matuje!), a MAC-owi dać szansę w innych kategoriach.

Na koniec fotka składu. Dla wyjątkowo ciekawskich i dociekliwych. Ja nie analizuję składów kolorówki, jeszcze mi zdrowie psychiczne miłe, ale wiem, że część z Was odzyska spokój dopiero po obejrzeniu tyłu kartonika, dlatego służę:



Ile: 15 g
Cena: 129 zł (kiedy kupowałam to opakowanie, płaciłam 126 zł, ale kurs dolara wzrósł względem złotego dobrych parę miesięcy temu)
Ocena: 3/6

środa, 16 grudnia 2015

Prezentowe last minute: 5 ciekawych makijażowych zestawów, które kupisz w sklepie stacjonarnym

Gwiazdkowe prezenty – temat ocean. Pewnie wszystko już macie, jesteście poukładani i w ogóle, ale wiem (zgadnijcie, skąd!), że są na świecie tacy, którzy nie wszystkie prezenty mają skompletowane, bo wciąż rozmyślają, wahają się, podliczają budżet, a w wolnych chwilach wydłubują z nosa zaschnię... dobra, nieważne. W każdym razie niosę radosną nowinę: zestawy makijażowe naprawdę mogą być ciekawe! 



1. theBalm – In theBalm of Your Hand – zestaw marzenie! Sama bym się z niego bardzo ucieszyła, mimo że mam już kilka kosmetyków tej marki (a może właśnie dlatego?). Za jednym zamachem można poznać kilka klasyków: róże Hot Mama, Instain i Cabana Boy, bronzer Bahama Mama i rozświetlacz Mary-Lou Manizer. Do tego mamy jeszcze cztery cienie przeszczepione z różnych theBalmowych zbiorów i dwie pomadki. Prezent doskonały dla kogoś, kto nie zdążył jeszcze uzbierać kontenera kolorówki, ale jestem przekonana, że nawet wizażystka ucieszyłaby się z takiego zestawu, bo zamiast targać kilka oddzielnych pudełek, miałaby możliwość zabrać do klientki wszystko w jednym kartoniku. Miodzio.
Douglas, 189 zł 
(w sklepach internetowych dużo taniej, ale czy zdążycie?)


2. theBalm – The Manizer Sisters – theBalm postanowiło uszczęśliwić wszystkie blogerki beauty, które jeszcze nie zrobiły na swoim blogu porównania trzech popularnych pudrów rozświetlających. Trzy siostry Manizer w jednym kartonie, w mniejszych gramaturach, za mniej lub bardziej (w zależności od sklepu) rozsądną cenę. Naprawdę miły pomysł, uważam.
Douglas, 139 zł


3. Benefit – SUGARlicious – ten zestaw do ust i policzków pokazywałam na blogu tu: klik. Benefit ma w ofercie również inne tego typu pudełka, ale chyba nie muszę o tym mówić, bo kto zajrzał choć raz do Sephory, pewnie na te zestawy się natknął (doprawdy trudno nie zauważyć kolorowej, śmieszniutkiej szafy Benefit). Mam jeszcze inne zestawy Benefit i za nimi też warto się rozejrzeć, ale SUGARlicious lubię najbardziej – róż Sugarbomb jest wyjątkowy, rozświetlacz w płynie High Beam każdy powinien przynajmniej wypróbować, a błyszczyk Sugarbomb Ultra Plush stał się moim ukochanym jesienno-zimowym upiększaczem ust, a to już coś znaczy. Wewnątrz jest lusterko i książka ze wskazówkami, co robić, by bóstwem być. Warto.
Sephora, 129 zł


4. Sephora – Color Wand Lip Gloss – ciekawy pomysł na niedrogi prezent, który wnosi do życia nieco radości i nie jest tak całkiem durny. Ot, durny zaledwie trochę. Sześć nieszczególnie zwariowanych kolorystycznie błyszczyków w jednej, niech-będzie-że-magicznej różdżce – już samo wybieranie: „którym dziś” powinno uszczęśliwić obdarowaną istotę.
Sephora, 39 zł


5. Sephora – Enchanting Look – za sam tusz do rzęs Outrageous Curl Dramatic Volume & Curve normalnie zapłacicie 59 złotych, a tutaj w ładnym, świątecznym opakowaniu jest jeszcze czarna kredka Sephory. Warto zwrócić uwagę na ten zestaw, bo kredki Sephory są porządne, a ten tusz to wart przetestowania zadziorny łobuz. Pisałam o nim tu: klik, ale jak patrzę na zdjęcia, które miały zachęcić Was do zakupu, to mi smutno, bo zupełnie nie oddają tego, co ten tusz potrafi. Ma wady – jest na przykład totalnie niewodoodporny, ale z jakiegoś powodu zawsze, gdy mam go na rzęsach, ktoś pyta mnie, czym je pomalowałam (i wcale nie dlatego, żeby dodać za chwilę: „Aha, dobrze wiedzieć, bo wygląda ch**owo. Będę unikać”). Tusz nie jest łatwy w obsłudze i milusiński w obyciu, ale jeżeli wielbicielka pogrubionych rzęs się z nim porozumie, będzie z tego wielka miłość. W przeciwnym razie i tak dobrze, że dostanie go w prezencie, bo inaczej żal by było sześć dych wywalać z własnego portfela...
Sephora, 59 zł


Jeżeli wciąż szukacie prezentowych inspiracji, na pewno warto zrobić wycieczkę do popularnych perfumerii, bo półki uginają się od pięknie opakowanych, interesujących potencjalnych prezentów. A jeśli wszystkie upominki już kupione, rozejrzyjcie się za czymś dla siebie! Post powstał po rozmowie z pewnym młodzieńcem, który bardzo chce uszczęśliwić swoją podczytującą blogi urodowe damę i poprosił mnie o pomoc. Zgadnijcie, co wybrał! :)

wtorek, 15 grudnia 2015

Szybkie, ważne pytanie

Od kilku miesięcy rozmyślam, czy przeprowadzić komentarze na platformę Disqus. Pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli po prostu zapytam Was o zdanie. 


Jakie macie doświadczenia z tym systemem komentowania? Pytam zarówno od strony blogerów, jak i komentatorów. U niektórych z Was widziałam, że przy przenoszeniu starych komentarzy na Disqusa wykrzaczyły się czcionki, część komentujących narzekała, że woli po staremu i nie chce się logować w nowym miejscu. Jeżeli zdecydowana większość wyrazi chęć komunikowania się ze mną za pomocą Disqusa, poważnie rozważę jego przeszczepienie, ale koniecznie dajcie znać, czy warto w to wchodzić!

niedziela, 13 grudnia 2015

Vichy – Normaderm – Żel głęboko oczyszczający /recenzja/

Jakoś mi się ostatnio z moim blogiem nie układa. To nie tak, że już go nie kocham, nie chcę i mam w nosie – wręcz przeciwnie, tęsknię i chciałabym, żeby mnie tu było więcej. Życie się zagalopowało i nie umiem go spowolnić, no i jeszcze w ramach postanowień przednoworocznych próbuję odkleić się od laptopa. Jeżeli ktoś z Was ma pomysł, jak jednocześnie nie siedzieć z nosem w monitorze i pisać/czytać regularnie, niechże się ulituje i podzieli tą tajemną wiedzą na temat wszechświata. A tymczasem wykopałam z archiwów zdjęcie butelki Vichy w towarzystwie roślin radujących się letnim (fakjułinter) przedpołudniem i to o tej butelce dziś Wam opowiem. 


No to mamy ją, tę butelkę wesołą, zieloną taką, z żelem myjącym do twarzy od Vichy. Nie udało mi się nigdy zakochać w marce Vichy, bo nie miałam okazji bliżej przyjrzeć się jej produktom. Żel z serii Normaderm też wpadł mi do koszyka poniekąd przypadkiem, i to co najmniej półtora roku temu, a tym przypadkowym poniekądem była jedna z niedających-się-ominąć promocji w pobliskim Super-Pharmie. Dziś jestem już innym człowiekiem i na te wszystkie pomarańczowe naklejki z promocyjną ceną nawet nie patrzę, ale dobrze, że wtedy spojrzałam. Naprawdę bardzo dobrze.

Długo się ociągałam z jego otwarciem (chyba wiecie czemu, nie chce mi się znowu opisywać ciemnych stron kosmetycznego zakupoholizmu), ale gdy już doszło do uroczystego odpieczętowania mojego nabytku, nagle stało się jasne, że w tym żelu pasuje mi właściwie wszystko. Wcześniej miałam do czynienia z jego bezpośrednim konkurentem – Effaclarem (La Roche-Posay) i mimo że mam same miłe wspomnienia z nim związane, jestem prawie pewna, że Normaderm wypada lepiej.

Żel został wyznaczony przez producenta do głębokiego oczyszczania skóry, która jest taka hop-siup do przodu, że zalewa nas nadmiarem sebum, dzięki czemu możemy podziwiać: miejscowe syfy, rozszerzone, zaczopowane pory, a także niezwykle urodziwy i ponadczasowy tłusty błysk. Mmmm. To bardzo ja. 


Na dzień dobry w opakowaniu o pojemności 200 ml mamy sprawną, precyzyjną pompkę, która dozuje dokładnie tyle, ile sobie zażyczymy. To bardzo ułatwia mycie twarzy pod prysznicem i mycie w ogóle, że nie wspomnę o higienie, doznaniach estetycznych i tego typu pomniejszych pierdołach. Żel jest odpowiednio gęsty (wydajność!!), zielonkawy, dobrze się pieni i pachnie świeżo ściętymi łodygami kwiatów (bardzo podobnie do Effaclaru).

Skład jest przeciętnej długości, dużo w nim standardowych chemikaliów, gdzieś tam w połowie można znaleźć działający antybakteryjnie kwas salicylowy, a także substancję zwaną totarolem, która podobno łagodzi podrażnienia. Nie znajdziemy w normadermowej miksturze mydła, parabenów i alkoholu. Świetnie zatem.

Skóra po użyciu Normaderm jest fantastycznie oczyszczona, a przy tym niepodrażniona, ale jeśli zostawimy ją bez nawilżenia, będzie lekko ściągnięta (nie tak, jak np. po żelu Pharmaceris z serii T, czy innych kosmetykach z alkoholem w składzie, ale jest to wyczuwalne). Doświadczenie podpowiada mi jednak, że nie da się głęboko oczyścić skóry i nie czuć po tym jakiegokolwiek napięcia, więc tu nie będę się zanadto czepiać. Warto zwrócić uwagę na fakt, że moja cera od wielu miesięcy ma się lepiej, niż choćby rok czy półtora temu – myślę, że nie bez znaczenia jest fakt, że Normaderm bierze udział w codziennej pielęgnacji twarzy (jeśli macie problem z regularnie wyskakującymi ropnymi gulami, pomyślcie o dokładnym oczyszczaniu cery i wywalcie wszystkie kremy z parafiną). A jeśli sam Normaderm niczego spektakularnego nie osiągnął, jedno jest pewne: niczego też nie spierniczył i chwała mu za to.

Poza tym jest niewiarygodnie wydajny. Używam go już rok (z kilkoma krótkimi skokami w bok) i została 1/5 butelki. W międzyczasie marka zdążyła nawet zmienić opakowanie, a ja nawet tego nie zauważyłam, bo naciskam tę pompkę, naciskam i końca nie widać. Mam nadzieję, że nie zmieniło się nic więcej poza wyglądem, bo jeśli grzebali w składzie i coś sknocili... to będzie rozgrzebane i sknocone. Oby nie.

EDIT: Pojawiły się w komentarzach opinie, że potrafi wysuszyć i spowodować wysyp – ze swojej strony mogę powiedzieć tyle, że faktycznie nie polecałabym go skórom suchym. Simply wspomniała o tym, że jej przetłuszczająca się cera zaliczyła jeszcze większą produkcję sebum po Normadermie, więc daję Wam o tym znać. U mnie nic takiego się nie wydarzyło, wręcz przeciwnie. 

Pojemność: 200 ml (bardziej opłacalne są 400-mililitrowe butle)
Cena: ok. 35 zł za 200 ml (ja w promocji zapłaciłam niecałe 27 zł)
Ocena: 5/6


PS Z uwagi na fakt, że mój Najlepszy Mąż Świata zrobił mi niespodziewany prezent mikołajkowo-dziękczynny (to za te porządki!) w postaci Foreo Luny, po skończeniu Normadermu postanowiłam wrócić do substancji myjących lżejszego kalibru i sprawdzić, czy ten nowy duet zadziała (dam znać, ale to potrwa).

wtorek, 8 grudnia 2015

Projekt denko, odc. 32

Jeszcze nie mogę uwierzyć, że udało mi się dokończyć wielki domowy Projekt Porządki. Tak mi lekko na duszy, że nawet kosmetyczne śmieci fotografowałam z przyjemnością (o tak, przyjemnie było wyobrażać sobie, jak zapindalają śmieciareczką na wysypisko, a potem zgniatarka prasuje je na wielki, śmieciowy naleśnik). 


W tym miesiącu gromada skromniejsza, ale za to pradawna kolorówka opuszcza natolińskie włości. Skoro mam już posprzątane w każdej szufladzie i każdym kącie, teraz tylko trzeba pozbyć się zaległych kosmetycznych resztek. To łatwe. Same wiecie, że to łatwe. Hyhy. Haha. Hihi. 


Pat&Rub – Relaksujący żel myjący – trochę słabo zaczynać od bezwstydnego naigrawania się, ale cóż zrobić, skoro linia Relaksująca Pat&Rub pachnie tajską zupą? Kiedy wczesną jesienią zaczęłam używać tej serii, od razu miałam ochotę napisać post w stylu: „Siedem kosmetyków, które pachną jedzeniem i to wcale nie jest dobra wiadomość”. Okazało się jednak, że inne pielęgnacyjne wiktuały tego typu nie przychodzą mi do głowy, bo to po prostu zupełnie wyjątkowa sytuacja. No, ewentualnie mogłabym dorzucić do listy niektóre kosmetyki o zapachu mizerii, ale to i tak za mało na post, przy którym tarzalibyście się ze śmiechu. No więc tak: linia Relaksująca pachnie tajską zupą na mleku kokosowym, czemu w zasadzie trudno się dziwić, bo wśród zapachowych nut wymienionych przez producenta mamy dwa główne składniki wspomnianej zupy: kokos i trawę cytrynową. Żel pod prysznic jest odrobinę mniej agresywnie tajski, ale balsam... Ogólnie nie kocham żeli P&R, bo są bardzo rzadkie, a ten jeszcze do tego zasuwa kuchnią Dalekiego Wschodu, ale doceniam naturalność, ekologię i takie tam. Mimo wszystko nie wrócę – stawiam na inne aromaty z Pat&Rub. 

L'Arisse – Frutti Relax – Mus do ciała Czerwone Owoce – pozostajemy w nurcie Teraz Polska, bo ten mus, który wcale musem nie jest, wyszedł z taśmy produkcyjnej rodzimego laboratorium AVA. Nieznany szerszej publiczności, wpadł do mojego koszyka w czasie zakupów aptecznych – oczywiście Zupełnie Przypadkiem. Za to nieprzypadkowo zużywałam go w pośpiechu właśnie teraz, mimo że jesienne chłody zachęcają mnie do otulających nut zapachowych. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o... datę ważności. Udało mi się zdenkować to mazidło tuż przed oficjalną zagładą świeżości, ale nie jestem pewna, czy jednak nie zaczęło się psuć już wcześniej, bo mimo że zaplanowany aromat wypadł przyjemnie (delikatne owocowe nuty, naturalne i miłe dla nosa), mus zalatywał frakcją tłuszczową (w składzie oleje słonecznikowy i sojowy) i nie dało się tego aromatu zignorować. Same właściwości nawilżające bez zarzutu – mus dobrze nawilża i pielęgnuje, ale zupełnie nie zgadzam się z jego nazwą. Nie ma w sobie tej musowej lekkości i tak naprawdę jest całkiem konkretnym masłem do ciała. Powrotu nie planuję, chyba że w celu sprawdzenia, czy będąc w kwiecie wieku, również podśmierduje. Tylko czy ten eksperyment wart jest wydania 20 złotych?

Balea – Diamanten Traum Bodylotion – limitowany balsam do ciała, za którym nie będę tęsknić, bo zapach – mimo że ładny – był do bólu przeciętny i niezapamiętywalny, w dodatku szybko się ulatniał ze skóry. Właściwości balsamu również przeciętne – nawilżał, ale raczej doraźnie. I choć nic jednoznacznie złego powiedzieć o nim nie mogę, pasuje mi fakt, że to już definitywny koniec naszej wspólnej, mało emocjonującej znajomości. 


Balea – Maska peel-off z oczarem wirginijskim – maski peel-off są super, bo – podobnie jak te płachtowe – minimalizują upierdliwość domowego spa. Bardzo to doceniam, bo ścieranie z twarzy resztek tradycyjnej maseczki irytuje mnie niemalże na równi z goleniem nóg i okolic cipkowych (to chyba nawet gorsze) maciupką jednorazówką. Zawsze gdy mam w rękach maskę peel-off, PRAGNĘ, żeby okazała się fantastyczna. Niestety, ta była nijaka. Co z tego, że zlazła łatwo, skoro mojej skórze nie dała nic? 

Eucerin – Volume-Filler Night Cream – to bardzo treściwy i pięknie pachnący krem na noc, który ma przeciwdziałać obwisaniu skóry (no wiecie, efekt psich fafli, a jak nie wiecie, to wpiszcie w Google Images: „running basset”. Właściwie możecie wpisać mimo wszystko, polecam). Ma masełkowatą konsystencję, więc jest odżywczy i wolno się zużywa. Bardzo pomaga odwodnionej skórze, nawet jeśli jest mieszana lub tłusta. Nie sądzę, by działał na obwisy (przecież wtedy zarekomendowaliby go również do cycków, nie?), ale i tak jest wart uwagi. 

Savon Au Lait d'Anesse, czyli organiczne mydło marsylskie z oślim mlekiem, które once upon a time podarowała mi wakacyjna Magda. Najpierw olałam, bo ciężko mi się zabrać za mydło w kostce, ale potem zachciało mi się tego typu mydlin i odpakowałam je czule. Mydło pachniało mydłem, było bardzo twarde, dzięki czemu nic mu się nie stało od mieszkania w podmokłej Krainie Wiecznego Prysznica. Okazało się, że do mycia ciała nie jest dla mnie za dobre, bo wciąż nie lubię tego pomydlanego tępego efektu na skórze, ale za to bardzo dobrze służyło silikonowemu dyskowi do twarzy i licznej gromadzie pędzli. 

Na zdjęciu widać jeszcze płachtową maskę, którą moja przyjaciółka Marta przywiozła mi z Japonii. BB Face Mask z kwasem hialuronowym była mocno nasączona (tak mocno, że jej dobroczynne soki ściekały mi po nosie, brodzie i dekolcie), trzymałam ją na twarzy przez dobre 20 minut, a po zdjęciu okazało się, że nie zrobiła z moją cerą nic nadzwyczajnego – nawet tymczasowo nie nawilżyła jej choćby w stopniu zadowalającym. Cała para poszła w gwizdek. I w cycki.


Moroccanoil – Weightless Hydrating Mask – jako że wywiało mi baby we wszystkie strony świata, nie zdziwi Was pewnie fakt, że tę maskę dostałam od mojej „kanadyjskiej” Ani. Długo sobie postała otwarta na podprysznicowej półce (maska, nie Ania, choć to drugie byłoby interesujące), bo dla moich cienkich, rzadkich włosów okazała się sporym wyzwaniem. Na pewno nie jest weightless. Ma oszałamiający, intensywny zapach porządnych damskich perfum, nawilża równie potężnie, ale nieczęsto do niej wracałam, od kiedy włosy znowu zaczęły wypadać jak wariaty. Przydawała się do emulgowania olejów i kilka razy uratowała skórę głowy po dramatycznych przesuszeniach, jakie fundowały mi od czasu do czasu wcierki na bazie alkoholu, ale powodowała przyklap, który doprowadzał mnie do rozpaczy. Cieszę się, że mogłam ją wypróbować (dziękuję, Aniu, nie masko), ale moje włosy niestety nie są jej warte. 

Farmona – Jantar – Odżywka do włosów i skóry głowy – to już druga butelka, którą zużywałam totalnie nieregularnie, dlatego wciąż nie wiem, czy działa na moje włosy. Zdążyłam zauważyć, że przyspiesza przetłuszczanie, więc nie planuję na razie zakupu trzeciej flachy. 



NYC – Turbo Dry Top Coat – doskonały wysuszacz za kilka złotych, pisałam o nim w zamierzchłych czasach (klik). Niestety, w Polsce chyba już nie do zdobycia, bo internetowe outlety dawno go wyprzedały. Grzecznie przerzuciłam się na Seche Vite, InstaDri, ostatnio nawet na coś z Bell, ale od czasu do czasu nawiedza mnie tęsknota za NYC. Niestety, resztkę muszę wywalić, bo z mojego turbowysuszacza został tylko smętny, ciągnący się glut.

Manhattan – Soft Mat Loose Powder w odcieniu 1 Natural – niegdyś wysmażyłam recenzję na jego temat (klik) i do dziś przypadkowi czytelnicy regularnie wpadają do mnie na bloga właśnie po to, by o nim poczytać. Dziwne, że akurat ten mój tekst tak dobrze się wypozycjonował, ale niezbadane są wyroki Google'a. Puder jest bardzo porządny, ale – wbrew zachęcającej nazwie – nie ma zbyt dobrych właściwości matujących, dlatego nigdy nie sięgam po Soft Mat w gorące miesiące. Zostało jeszcze trochę, ale wyrzucam, bo już nie mogę na niego patrzeć (na swoje usprawiedliwienie powiem, że mieszka ze mną już ze trzy lata).

Benefit – gimmeBrow light/medium – świetny żel w nieświetnej cenie (ponad 100 zł) i nieświetnej, bo niewielkiej pojemności. W użyciu kolejne opakowanie. /recenzja/

Garnier – BB Cream Miracle Skin Perfector, odcień light – mimo nieznośnego odoru gorzały całkiem dobrze mi służył. Aż byłam zaskoczona. /recenzja/

Bourjois – Healthy Mix w odcieniu 51 Vanilla – uwielbiam ten podkład, bo jest łatwo dostępny, ślicznie pachnie, całkiem dobrze kryje, nie zapycha i ma dobry, zółtawy odcień, ale niestety trudno do niego dopasować bazę. Klasycznych, wygładzających silikonów na co dzień nie używam, a kremy matujące w nadmiarze robią mojej skórze kuku. Wszystkie pozostałe sprawiają, że Healthy Mix pozostaje mokry na resztę dnia i nie da się uzyskać matowej cery na dłużej niż godzinę w absolutnie żaden znany ludzkości sposób. Swego czasu dobrze komponował się z moim odkryciem z Biodermy – Pore Refinerem (recenzja), więc to jest jakiś trop.


Zamierzam nabyć krem na noc Clarinsa, bo próbka (zapach!!!) mnie do tego skutecznie zachęciła, za to nie umiem powiedzieć nic o pudrze HD z Make Up Forever, bo tych kilka pyłków na kartonie reklamowym wystarczyło na trzy maźnięcia pędzlem po twarzy. 
Wspomnę jeszcze o wosku Kringle Candle, bo zachwycił mnie swoim apetycznym, intensywnym aromatem najwyborniejszego kawowego deseru. Miła odmiana od YC. I to tyle o woskach zapachowych, bo – tu się nic nie zmieniło – nie zamierzam o nich pisać.

Tyle. Uff. Żegnajcie, śmieci.

środa, 2 grudnia 2015

Galactic Box by Sephora. Jest moc!

Od wielu miesięcy nie subskrybuję pudełek ShinyBox i beGlossy. Nie czatuję też na nowe edycje JoyBoxa, olewam beInspired i nie rozglądam się za innymi podobnymi wynalazkami. Ciągle mam poczucie, że są nie takie, że nie o to chodziło. Pamiętacie jeszcze, że to miały być pudełka z miniaturami produktów wysokopółkowych, a całe przedsięwzięcie pierwotnie zakładało testowanie drogich kosmetyków przed zakupem? Dziś chyba nikt już o tym nie pamięta, a boxy coraz częściej wypełnione są po brzegi kosmetykami tańszymi, ale za to w pełnym wymiarze. Oczywiście, to się bardzo opłaca – zwykle wartość rynkowa pudełek jest dużo wyższa od ich właściwej ceny. Niestety, rozczarowuje powtarzalność marek, wciskanie konsumentom nieświeżych resztek magazynowych i ciągłe pojawianie się w boxach rzeczy typu pasta do zębów, antyperspirant czy zmywacz do paznokci. Kiedy już myślałam, że znikąd nadziei, do mojej skrzynki mailowej zapukała Sephora online. Okazało się, że jeśli zrobię zakupy za minimum 200 złotych i wpiszę tajemniczy kod, do zamówienia dostanę pudełko wypełnione po brzegi dokładnie tym, na co czekałam! Najpierw było jedno, potem kolejne i jeszcze jedno... nie wiedzieć kiedy moja szuflada wypełniła się górą wartościowych miniatur, a odpakowywanie boxów z Sephory stało się najwyborniejszą kosmetyczną rozrywką i dniem dziecka, w którym wcale nie chodzi o to, że nie muszę myć uszu i tyłka.

Tegoroczne świąteczne pudełko miniatur jest w absolutnej czołówce. Nie dość, że na bogato, to jeszcze bardzo po mojemu. Zobaczcie, co jest w środku!


Wcześniej bywały pudełka, w których roiło się od słodkich flaszeczek perfum i lakierów do paznokci. Tym razem lakieru brak, a zapachów tylko tyle, byśmy razem z mężem nie cuchnęli przy świątecznym stole. Mocnym punktem programu jest kolorówka:


Sephora – Balsam podkreślający naturalny kolor ust, Unique Pink – coś o podobnym działaniu ma w ofercie Catrice (klik). Wtedy byłam zachwycona tym produktem, ale nie podobał mi się jego gorzki smak. Sephora gorzka nie jest (tak jest, polizałam!), pachnie waniliną, a jak się zaprezentuje na ustach, to się okaże.

Givenchy – Le Rouge-à-Porter w odcieniu 104 Beige Floral – kolor bardzo mój, więc spodziewam się udanego zimowego romansu. Po wstępnym maźnięciu widzę oraz czuję, że formuła jest kremowa, pigmentacja średnia, a zapach delikatnie kwiatowy. Warto wspomnieć, że pomadka zapakowana była w elegancki, wyłożony bibułą kartonik. Uwielbiam taką dbałość o szczegóły! Myślę, że jednogramowa próbka starczy na dość długo. Ciekawostka: minipomadki Toma Forda z kolekcji Lips & Boys kosztowały ok. 120 zł i za tę kwotę dostawaliśmy 2 gramy szminkowego szczęścia.


A to już prawdziwy odlot! Wśród miniatur znalazły się gorące jak upieczony świński tyłeczek kosmetyki Too Faced i miniwersja tuszu Roller Lash Benefit (tusz jest w normalnej sprzedaży i za taką miniaturę Sephora życzy sobie aż 55 zł!).

Too Faced – Born This Way – 5 mililitrów podkładu w odcieniu podejrzanie jasnym: light beige. Aż nie mogłam uwierzyć, kiedy go ujrzałam. Do niedawna byłam przekonana, że próbki jasnych podkładów po prostu nie istnieją. Light Beige z Too Faced jest naprawdę light, więc mogę go przetestować na twarzy, a nie tylko na nadgarstku. Miniatura ma pompkę i wygląda przez to jak pełnowymiarowy produkt dla małżonki krasnoluda. Hmmm, tylko czy one nie noszą brody?

Too Faced – Chocolate Soleil – kiedy zobaczyłam w mailu, że do tej edycji pudełka Sephora dorzuca bronzer Too Faced, mało nie spadłam z krzesła! W idealnym świecie to byłby Milk Chocolate, ale przecież darowanemu koniowi... i tak dalej. Miniatura ma aż 4 g, więc można używać do woli, do dna i do cna. Jeszcze go nie wymacałam, bo mam chytry plan zeswatchowania tego odcienia w stacjonarnej Sephorze i jeśli się okaże, że jest o wiele za ciemny, nawet na lato, będę mogła niemacany egzemplarz bez żadnego obciachu komuś podarować. Producent przeznaczył Chocolate Soleil do cer średnich i ciemnych, ale w ofercie jest jeszcze Dark Chocolate, więc kto wie, może stanie się cud i ten miniaturowy słodziak zostanie ze mną? Jestem trochę rozczarowana mało czekoladowym aromatem tego bronzera, ale to wspaniale, że jest matowy. W ogóle to wspaniale, że jest.

Tuszu Benefit Roller Lash jeszcze nie testowałam, co nawet jest trochę dziwne, bo przerobiłam już 3/4 szafy Benefitu. Szczotka wygląda ciekawie, jest silikonowa... no, zobaczymy.



Dalej mamy dwie miniatury perfum – jedna flaszka dla dziewczynek, a druga dla chłopców. Hugo Boss Man EdT (zielony kartonik) ma 5 ml i pachnie tak, jak uwielbiam. Tego typu zapachy znam od dzieciństwa, bo mój tata ich używa. Ja nazywam je leśnymi (pachną jak świeża ziemia po deszczu) i faktycznie, nie jest to takie głupie, bo wśród nut zapachowych Hugo Boss Man znajduje się m.in. igła sosny i jodła balsamiczna. Dla (raczej młodych) dam przewidziano rześki, radosny Kenzo Jeu d'Amour (EdP, 4 ml). Nie znałam go, jest ciekawy, chętnie wypróbuję.




Kolejnym smakowitym kąskiem jest 7-mililtrowa wersja boskiego serum Estée Lauder Advanced Night Repair. Niedawno z bólem serca zdenkowałam pełny wymiar, dlatego gdy zobaczyłam to serum w mailowej zapowiedzi, natychmiast pobiegłam w podskokach na szybkie, nieprzemyślane zakupy w Sephorze online :). Dr Irena Eris Institute Solutions Radiance Ideal Smooth to wersja mini (całkiem konkretne to mini: 25 ml) kremu na dzień, który nie dość że przeciwzmarszczkowy, to jeszcze z filtrem SPF 20.

Najmniejsza szansa na to, że przetestuję serum do włosów Bumble & Bumble Repair Blow Dry Serum. To serum do końcówek, a ja – pośród całej zaawansowanej pielęgnacji moich nędznych, nielicznych już włosów – najbardziej w nosie mam właśnie końcówki, które i tak regularnie podcinam, bo na zrobienie z siebie długowłosej królewny nie mam najmniejszych szans. Miniatura ma 15 ml i z pewnością ucieszyła niejedną odpakowywaczkę tego pudełka cudów.


Dalej równie świetnie – kosmetyki pielęgnujące skórę pod oczami. Clinique Smart Custom-Repair Eye Treatment (5 ml) ma ujędrniać skórę pod oczami i choć trochę prasować zmarszczki, a koncentrat Shiseido Ultimune Eye (5 ml) – wzmocnić delikatną skórę w tych okolicach i chronić przed szkodliwym działaniem stresu środowiskowego. Brzmi jak coś dla mnie, nie znam żadnego z nich, więc już przebieram nogami na myśl o testach. Pięciomililtrowe próbki to całkiem sensowna pojemność. Pod oczy nie potrzeba wiele.


Na koniec jeszcze baza utrwalająca makijaż Smashbox Photo Finish Primer Water (5 ml) w spreju (a może raczej w sprejusiu) i rozświetlająca baza Burberry Fresh Glow Luminous w jaśniejszym odcieniu No. 01 Nude Radiance. Podobno Fresh Glow można używać na kilka sposobów: jako bazę,  lekko kryjący, rozświetlający podkład lub na kości policzkowe w roli rozświetlacza. Brzmi ciekawie – aż szkoda, że próbka ma tylko 5 mililitrów.

Jedno jest pewne: na pewno nic się nie zmarnuje. Sephoro, jesteś najlepsza. Proszę, nie schrzań tego.