środa, 28 października 2015

Meet Beauty, czyli pierwsze koty za płoty

Od ostatniego wpisu na blogu minął tydzień, a tu konferencja Meet Beauty za nami! Ostatnio taka ze mnie beauty blogerka, jak z koziej dupy szafka. A propos szaf i szafek – już trzeci tydzień robię w mieszkaniu generalne porządki i końca nie widać. Czy któraś z Was doprowadziła kiedykolwiek generalne porządki do szczęśliwego końca? Z pełnym sukcesem i wysprzątanym każdym centymetrem powierzchni na zewnątrz i wewnątrz? Mam nadzieję, że tak – to byłby dla mnie pozytywny kopniak w zadek, bo na natolińskich włościach na razie końca nie widać, a i środek jakby odległy. Ale ja nie o tym dziś miałam, tylko o poznawaniu blogerek. 

Och, poznałam w ostatni weekend tyyyyle blogerek! Wszystkie przebywały w jednym miejscu o tej samej porze, dacie wiarę? To niesamowite towarzysko wydarzenie nazywało się Meet Beauty Conference i było pierwszą (oby nie ostatnią) tego typu imprezą w historii polskiej blogosfery i vlogosfery (takie słowo naprawdę istnieje?) urodowej. Oczywiście pierwszą tej wielkości, bo nie od dziś wiadomo, że blogerki beauty regularnie spotykają się i prawią sobie komplementy lokalnie, na niewielkich spotkaniach w różnych miastach. Nigdy nie byłam na takim evencie, dlatego konferencja zorganizowana przez BLOGmedia, właściciela serwisu zBLOGowani, była w pewnym sensie moim coming outem – hej, tak, to ja, jestem prawdziwa, mam na imię Agata, posiadam też nazwisko i twarz w całości, w dodatku przytwierdzoną do tułowia, a nie – jak na moich blogowych zdjęciach – poćwiartowaną i wyjętą z kontekstu. Wy też macie nazwiska i twarze w kontekście, to bardzo fajne, jakże miło Was poznać :).

Z góry uprzedzam, że zdjęcia są do bani, ale mam swoje powody. Uhum, coś tam o nich wspomnę za chwilę.


Obiecujący wstęp

Na początku był chaos... ale bardzo niewielki i spowodowany raczej liczebnością przybyłych niż jakimikolwiek niedociągnięciami organizatorów. Tych należy pochwalić za sprawną obsługę przy rejestracji uczestników, sensowne rozmieszczenie wystawców i szeroko pojęte ogarnianie wszystkiego na bieżąco. Miejsce konferencji, Babka do wynajęcia przy Młocińskiej, wywołało we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony to świetna, nowoczesna, dwupoziomowa przestrzeń w doskonałej lokalizacji (tuż obok Arkadii), idealna do tego typu imprez. Z drugiej: miała dwie bardzo poważne wady – oświetlenie i akustykę. Światła było zdecydowanie za mało, co nie tylko widać na moich wykonanych telefonem zdjęciach, ale też dawało się we znaki w czasie warsztatów. Dla odmiany dźwięków było za dużo, gryzły się ze sobą poprzez ruchome ścianki działowe (takie, jak na targach), a przedstawiciele marek organizujących warsztaty przekrzykiwali się wzajemnie. 

Po otrzymaniu demaskujących plakietek z imieniem, nazwiskiem i nazwą bloga/vloga, wszyscy przenieśli się na górę do sali wykładowej. Krótkie powitanie, informacje o planowym przebiegu imprezy i konkursach (przy okazji dowiedziałam się, że na sali są również zajmujący się pisaniem o urodzie faceci), a potem tup, tup, tup, pięknie umalowane i wystylizowane tłumy skierowały swe nóżki w stronę warsztatów. Reszta została na wykładach, a ja – z perspektywy czasu – zazdroszczę, że nie udało im się zapisać na panelo-warsztato-nie-wiadomo-co. O tym niżej.

Pierre René i publiczne przepoczwarzanie

Pierwsze warsztaty, na których się pojawiłam, zorganizowała polska marka Pierre René. Z oczywistych przyczyn zostały nazwane makijażowymi, a my – z równie oczywistych – miałyśmy dość konkretne oczekiwania. Pierwsze, co mnie zdziwiło, to wspomniany wcześniej brak odpowiedniego oświetlenia. Na miejscu panował półmrok – doskonały do podziwiania kolejnych slajdów prezentacji multimedialnej, przygotowanej przez markę, ale totalnie beznadziejny do oglądania kosmetyków i przygotowywania makijaży. No właśnie, makijaże...


Zerknijcie na plan spotkania. Ja zerknęłam i w głowie zawyła syrena alarmowa. Nie, nie z powodu błędu ortograficznego, który z korektorskiego przyzwyczajenia od razu wyłapałam, tylko ze względów merytorycznych. Nie brakuje Wam tu czegoś? Na przykład czegoś o... malowaniu siebie, modelki, obranego jabłka, kartki papieru? Okej, wzajemne malowanie się uczestniczek z wielu względów mogło się nie udać, ale dlaczego makijażystka obecna na spotkaniu nawet nie musnęła pędzlem jakiegokolwiek kosmetyku? W praktyce spotkanie z Pierre René polegało na tym, że wspólnie z przedstawicielkami firmy przeżywałyśmy transformację popularnej, niedrogiej marki makijażowej w markę profesjonalną. Nie będę oceniać zasadności tego przedsięwzięcia ani szans na sukces, ale uważam, że jedno uczestniczkom Meet Beauty się należało: prawidłowe nazwanie wydarzenia, w którym miały wziąć udział. Wystarczyło podać w konferencyjnym menu, że to „prezentacja kosmetyków marki Pierre René” i wszyscy byliby zadowoleni. Prezentacja została poprowadzona fajnie i ciekawie, kilka produktów zwróciło moją uwagę, ale wolałabym sama zadecydować, czy warto poświęcić dla niej jeden z wykładów. 


O tym, jak Pilomax zapunktował, a Golden Rose strzeliło sobie w kolano

Po spotkaniu z Pierre René zostało trochę wolnego czasu na przegrychę i odwiedzenie stanowisk wystawców. Zaczęło się od tego, że – nie wiedzieć kiedy – uformowała się długa kolejka, wyraźnie wycelowana w Golden Rose. Co dziś rzucili? Kiełbasę? Nie wiadomo? Dobrze, to my też postoimy, przecież wszyscy nosimy w sobie tę odrobinkę skrywanej miłości do PRL-u. Ostatecznie postałyśmy dobre pół godziny, ale miałam wyborne towarzystwo, więc czas mi się nie dłużył. Po drodze odwiedziłam kącik Pilomaxu, który był jednym z najjaśniejszych punktów imprezy. Każdy uczestnik mógł wsadzić głowę pod elektroniczne szkło powiększające i dowiedzieć się czegoś o stanie swojego skalpu. Ten temat szczególnie mnie zainteresował, bo od wielu tygodni prowadzę nierówną walkę z wypadającymi włosami. Na podstawie krótkiego wywiadu i badania sympatyczne przedstawicielki Pilomaxu dobierały produkty marki do testów. Właśnie tak wyobrażałam sobie przykładowe spotkanie z firmą kosmetyczną na konferencji Meet Beauty. Nie wyobraziłam sobie za to tego, co stało się po dobrnięciu do ziemi obiecanej, czyli stanowiska Golden Rose. Pani w czarnym kubraczku (nie mylić z przemiłą dziewczyną w marynarce w biało-czarną kratę, btw: czy to nie jedna z blogerek/vlogerek? znam tę twarz!) zaczęła nasze spotkanie od czegoś w stylu: „Witam, po co panie przyszłyście?”. Po darmową kredkę za pińć złotych, proszem paniom, pomyślałam, ale próbowałam jeszcze coś z tej rozmowy wycisnąć. Nie wiem, czy jest sens opowiadać Wam ze szczegółami cały przebieg beznadziejnej konwersacji, ale możecie mi wierzyć, że dziewczyny, które stały koło mnie, były równie zniesmaczone co ja. Informacji o nowościach, uśmiechów, próbek, kosmetyków, czyli czegokolwiek przydatnego, niestety się nie doczekałam i jako rasowa przedstawicielka gildii żebraków (czy nie tak pani o nas myśli, droga pani?) odeszłam od stanowiska GR totalnie rozczarowana. Wydawałoby się oczywiste, że marki kosmetyczne pojawiają się na tego typu imprezach po to, by promować swój brand (poprzez promocję rozumiem radosne opowieści o produktach, wciskanie nam do rąk próbek, testerów, ulotek, kosmetyków do pomacania i TAK, również takich do pomacania w domu, proszę pani). To nie my przychodzimy PO COŚ, tylko WY, drodzy wystawcy, przychodzicie na spotkanie z 250-osobową reprezentacją – jakby nie patrzeć – mediów branżowych, by pokazać się z jak najlepszej strony i żeby potem jakaś tam Agata napisała o tym spotkaniu w samych miłych słowach, bo przecież tak ten świat funkcjonuje, prawda? Przy okazji: tego typu jakichś-tam-Agat było na spotkaniu dużo więcej. Z dwieście co najmniej. Spora część z nich również została obsłużona przez tę nietrafioną reprezentantkę marki. Niestety. Relacje, które do tej pory przeczytałam u innych blogerek, a także komentarze do nich, pozwalają mi zakładać, że mój niesmak to nie był przypadek. Wielka, wielka szkoda. Żeby nie zostawiać Was z tym nieświeżym goldenrose'owym oddechem, powiem na koniec coś miłego: całe stanowisko GR zostało bardzo fajnie przygotowane, bo oprócz nierozumiejącej swojej roli pani, tego dnia pracowały również makijażystka i manikiurzystka marki, a także wspomniana wcześniej chyba-blogerka, która ciepłem, uśmiechami i niekończącym się słowotokiem zarażała wszystkich wokół. Tak, to ona musiała być czynnikiem formującym nadzwyczaj długą kolejkę do kącika Golden Rose i bardzo żałuję, że wylosowała nam się bramka numer 2. Uff, na szczęście dalej będzie już tylko lepiej.

W ogólnodostępnej przestrzeni, oprócz fajnego cateringu, lodówki pełnej piwa Karmi, leżaków Radia Kolor i najgorzej oświetlonej ścianki wszech czasów, były jeszcze stanowiska innych partnerów konferencji. Marka Neo Nail oferowała manikiur hybrydowy, Olympus wypożyczał do kilkunastominutowych testów swoje lustrzanki cyfrowe (najciekawsze fotki brały potem udział w konkursie, w którym do wygrania był naprawdę porządny aparat wraz z obiektywem – było o co walczyć!). Nie wiem tylko, co działo się przy foto-ściance Remingtona, bo ostatecznie nie udało mi się tam dotrzeć. 

Warsztat dla wybrańców: Olympus

Bycie wybrańcem polegało na tym, że na warsztatach było tylko 30 miejsc, które przy zapisach rozeszły się jak świeże bułeczki. Spotkanie z rodzeństwem fotografów – Dianą i Rafałem Krasą – miało trwać w sumie trzy godziny i było tym, na co czekałam najbardziej. Olympus wybrał swoich reprezentantów wybornie – Diana i Rafał to megapozytywni ludzie z pasją, których z przyjemnością słuchałam, oglądałam i podziwiałam. Ich warsztaty były tym, czym być powinny: każdy uczestnik dostał do rąk jeden z aparatów firmy Olympus, mógł go dokładnie obejrzeć, wymacać, sprawdzić, a prowadzący krok po kroku tłumaczyli podstawy fotografii manualnej, która wcale łatwa nie jest i dlatego tak wiele z nas wybiera tryb auto przy robieniu zdjęć do swoich tekstów.


Wiele cennych wskazówek, inspirujących zdjęć i opowieści, ściągawki techniczne i morze pozytywnej energii – oto, co wzięłam na wynos z tego spotkania. Warsztaty przedzielone były godzinną przerwą obiadową i niestety, na drugą część już nie wróciłam, bo bardzo chciałam zobaczyć chociaż jeden wykład. W ten sposób poznałam Pawła Opydo – człowieka, który żyje z pisania bloga, choć to bardzo duże uproszczenie.

Paweł Opydo uświadamia mi, że jestem internetowym próchnem

Oto on – człowiek żyjący z tego, że... żyje. Nie tylko bloger, to za proste. Sam nazywa siebie i jemu podobnych osobowościami internetu.



I to jest ten moment, w którym nasze internetowe drogi mocno się rozjeżdżają, bo Paweł jest przedstawicielem wszystkiego, co nowe, a ja jestem internetową babcią, która pamięta początki internetu w Polsce, ale ledwo nadąża na tym, co dzieje się teraz.
Paweł opowiadał o mediach społecznościowych i o tym, jaka jest ich rola we współczesnym świecie. O Snapchacie, Instagramie, wszystkich twarzach Facebooka i o tym, jak bardzo trzeba się teraz rozproszyć, by docierać do odbiorców ze swoją treścią. Co w świecie social mediów jest teraz modne i co będzie modne już za chwilę, i dlaczego do internetu już „nie wchodzimy”, tylko ciągle w nim jesteśmy. To była naprawdę świetna prelekcja i pozytywnie nakręciła mnie do zmian. I choć Paweł mimo wszystko pochodzi z nieco innego, bo lajfstajlowego świata, dla mnie okazał się inspirujący.

To był dla mnie ostatni oficjalny punkt programu. Resztę czasu spędziłam na tym, co było dla mnie jedną z najistotniejszych kwestii na Meet Beauty: integracji z WAMI. Mimo że część partnerów konferencji zawiodła merytorycznie, organizatorzy spisali się na medal: ściągnęli do Warszawy mnóstwo fantastycznych ludzi, których bardzo chciałam poznać osobiście. Co ciekawe, sporą część konferencji spędziłam z dziewczynami, których blogów wcześniej nie znałam, co okazało się równie cenne jak spotkania z tymi z Was, które od początku zamierzałam w tym tłumie odnaleźć.

Konferencja Meet Beauty była o NAS i jako taka udała się wyśmienicie. Wierzę, że kolejna edycja będzie jeszcze lepsza i tego nam wszystkim życzę. Do zobaczenia być może już wiosną!

czwartek, 22 października 2015

Yves Rocher – Les Plaisirs Nature – Avoine Agriculture Bio Organic Oats, czyli mydlany balsam w rozkosznym słoju

Ten śliczny, wekowany słoik ze zdjęcia poniżej niedawno opustoszał, dlatego czas podzielić się wrażeniami. Myślami jestem już z Wami na konferencji Meet Beauty, więc nie jest łatwo skupić się na blogowej robocie właściwej. Dziś będzie krótko i na temat, a Wy piszcie, kto się pojawi w sobotę w Warszawie :).


Balsam Yves Rocher z serii Les Plaisirs Nature to w istocie krem do ciała, który jest jednocześnie lekki i treściwy, o ile takie połączenie ma jakikolwiek sens. Skład jest o połowę za długi, by zasługiwać na miano naturalnego i eko, ale lista składników jakoś nie kłuje mnie po oczach i Was też nie powinna – pod warunkiem, że akceptujecie parabenowe konserwanty czy substancje podnoszące wartość użytkową kosmetyku (emolienty suche i tłuste). 

Na naszą skórę aktywnie działają: wyciąg z owsa z upraw ekologicznych (to ten fragment ekoukładanki, który producent tak aktywnie promuje), masło shea (też wersja eko), olejek ze słodkich migdałów, olej z awokado, żel z aloesu (eko, bio & gangsta) i roślinna gliceryna. Podoba mi się ten zestaw i mojej skórze też się spodobał, szkoda tylko, że... no właśnie. 


Producent na stronie nęci klientów „subtelnym i kojącym zapachem”. Muszę przyznać, że to sformułowanie ma tyle wspólnego z prawdą, co książki do historii sprzed '89. Prawdziwe jest to, że krem MA ZAPACH, ale do subtelnych i kojących na pewno bym go nie zaliczyła. Poznałam go już w żelu pod prysznic z tej serii i stwierdzam, że krem ma mniejszy zapachowy wypierd od myjącego kolegi. Nie zmienia to jednak faktu, że mydliny ukryte w tym urodziwym słoju psują mi bardzo przyjemność użytkowania, bo jest ich za dużo i są za mdłe (mdłoliny?). Zapach z worka o nazwie „toaletowe” mógłby się obronić, ale w tym jest jakaś niemiła nuta. Trochę mnie to zdziwiło, bo Yves Rocher słynie z pięknych aromatów i świetnych perfum. No nie wiem, może mój nos histeryzuje, ale z pewnością warto Was uprzedzić, że zapach jest wyraźny i może się nie podobać. 


Poza tym balsam/krem (niepotrzebne skreślić) przyjemnie rozprowadza się po skórze, jest lekki, szybko się wchłania, nie bieli, a jednocześnie nie można nazwać go dyskretnym, bo zostawia wyczuwalną warstwę okluzyjną, popularnie zwaną filmem. Mnie ona zupełnie nie przeszkadza, bo ani nie jest tłusta, ani klejąca, ale jeśli lubicie lekkie kosmetyki, które nie pozostawiają po sobie śladu, to ten produkt Wam się nie spodoba. Poziom nawilżenia w okresie wakacyjnym i wczesną jesienią był satysfakcjonujący, ale cieszę się, że krem się skończył, bo w sezonie grzewczym wolę cięższych zawodników.

Wydajność przeciętna, a wek tak naprawdę upierdliwy i pewnie gdyby nie jego uroda, nie chciałoby mi się grzebać w tym słoiku. Aha, właśnie, opakowanie jest z plastiku. Zapomniałam o tym wspomnieć, a może ma to znaczenie dla kogoś, kto planuje go potem użyć na przykład do przechowywania własnoręcznie przygotowanej konfitury z truskawek.

Chętnie wypróbuję wiosną i latem inne weki od Yves Rocher, a tymczasem z kremową owsianką żegnam się bez żalu.

Pojemność: 200 ml
Cena: 39,90 zł
Ocena: 4/6

sobota, 17 października 2015

Demakijaż inaczej: The Body Shop – Camomile Sumptuous Cleansing Butter

Masło do demakijażu The Body Shop było jednym z tych kosmetyków, których nie zamierzałam kupować, mimo że przeczytałam wiele pozytywnych opinii na jego temat. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, po co miałabym używać tłustej paćki do demakijażu oczu, skoro na sklepowych półkach mieszkają butelki Biodermy i różowego Garniera, dwufazówka Pur Bleuet z Yves Rocher... Słowem: Francja elegancja, waciki, sprawdzone metody pozbywania się tapety. Zmiany nie miały sensu.


A jednak – cóż za dynamiczny zwrot akcji! – stało się. Przy okazji którejś wizyty w pachnącym salonie TBS estetyczna aluminiowa puszka masła wpadła mi w oko (w koszyk?) i postanowiłam uraczyć zawartością moją obmalowaną twarz. Tylko że najpierw nie miałam pojęcia, jak się za to wszystko zabrać. Waciki plus płyn to łatwizna, ale masło? Jak to potem skutecznie zmyć? Myślałam, myślałam, aż mnie oświeciło: prysznic!

Nie lubię gnić nad umywalką i zmywać twarzy pod bieżącą wodą. Moczą się wtedy włosy, wszystko ocieka, a ja opuszczam łazienkę jako zezłoszczony kurdupel. Z tego powodu kilka lat temu przeniosłam pod prysznic mycie twarzy żelem i do dziś nie rozumiem, jak kiedyś mogłam to robić inaczej. O moim rytuale pielęgnacyjnym mogę Wam kiedyś napisać w oddzielnym poście, o ile to kogoś interesuje. Jeśli nie, zrozumiem. Naprawdę.


Masło zamieszkało na podprysznicowej półce i zmywam nim każdy, nawet hardkorowo wodoodporny makijaż oczu bez najmniejszego problemu. Jest dużo łatwiejsze w użyciu niż olejek, bo olejki mają w niemiłym zwyczaju spływać z dłoni, zanim w ogóle podejmę próbę rozpuszczenia tuszu, cieni i całej reszty. Paćkę TBS można bezpiecznie przetransportować z puszki bezpośrednio na uwalone makijażem oczy i dopiero po roztarciu tłuszczyku konsystencja zmienia się w bardziej płynną. Masła nie trzeba wyskrobywać z opakowania (jak to często bywa z naturalnym shea i chociażby jego organique'owymi pochodnymi) – jest odpowiednio miękkie, jak wazelina.

Skład naturalnością nie powala, ale nie od dziś wiadomo, że TBS-owi tak naprawdę nigdy nie chodziło o naturę, a jedynie o piękne aromaty i modne od lat nawiązania do ekologii. Bazą masła jest palmitynian etyloheksylu zmiksowany z syntetycznym woskiem. Ta mieszanka może zapychać, ale ja i tak używam masła wyłącznie do zmywania makijażu oka. Wam radzę to samo.

Wielką zaletą tego produktu jest bardzo, bardzo przyjemny zapach. Delikatny, kwiatowy, nieprzesadzony, nierumiankowy. Nastraja pozytywnie. Poza zapachem i skutecznością najmilej zaskoczył mnie fakt, że masło w ogóle nie szczypie w oczy. Gdy myślę o w_ogólu, chodzi mi o sytuację, w której moje powieki i rzęsy są dokładnie wysmarowane tym tłuściochem, a ja koniecznie muszę je na chwilę otworzyć, bo... coś tam (przecież zawsze chodzi o coś_tama!). Po otwarciu nie dzieje się NIC. Mogę wzrokiem spokojnie skanować wnętrze kabiny prysznicowej i jedyna niedogodność polega na tym, że mam lekko zamglony obraz.

Bardzo polubiłam się z tym produktem* ten produkt, doceniam go również za wydajność. Do zmycia standardowego, dziennego makijażu oczu wystarczy odrobina ze zdjęcia powyżej, co pozwala przypuszczać, że masło wystarczy na tak długo, aż skiśnie i znudzi Was swoją obecnością.

Po-le-cam!

Pojemność: 90 ml
Cena: 49 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: salony The Body Shop


*Madziakowo przy okazji mojego tekstu zapytała, czy ta forma jest poprawna, a ja – przy okazji jej pytania – dokonałam korekty u siebie i przekazuję Wam złotą polonistyczną myśl: „polubiłam się z tym produktem” to nie jest ładne, zgrabne sformułowanie. Lepiej go unikajcie. 


niedziela, 11 października 2015

Uroczy delikates: Catrice Luxury Nudes nr 10 Lily From Piccadilly

Jestem naprawdę wkurzona na lakiery Catrice. Tak bardzo, że kiedy przechodzę koło nich w sklepie, zawsze w duchu pokazuję im język. A w kieszeni kurtki soczystego faka. Dlaczego? Bo w ofercie marki można znaleźć absolutnie zjawiskowe kolory i wykończenia, zakochać się, przepaść na dobre i tak dalej, a potem... stracić poczytalność przy aplikacji, schnięciu i późniejszym noszeniu naszych piękności. Mam kilka sztuk emalii Catrice – jeszcze z czasów, kiedy nie wiedziałam, jak bardzo mi się z nimi nie układa. Wszystkie są wyjątkowe i niezastępowalne (z Khaki Perry na czele) i wszystkie mnie mniej lub bardziej denerwują. Miałam już nie kupować więcej lakierów tej marki, ale...


...na początku września pochyliłam się nad swoją lakierową szufladą i przyszła mi do głowy ta oto złota myśl: maaaatkooooo, ile teeeegooooo! I wszystko jakieś takie... eeee... kolorowe? A mnie, jak każdej przewrotnej babie, akurat zachciało się stonowanego nude. Tylko że chwilę potem przypomniałam sobie, że nie znalazłam jeszcze dla siebie idealnego lakieru nude, więc grzebanie w zbiorach nie ma sensu. Kilka godzin później miałam już w torebce cholernego Catrice'a, bo tak się nieszczęśliwie złożyło, że bardzo wpadł mi w oko. 


Pędzelek jest gruby i szeroki, a w połączeniu z niezbyt gęstym lakierem niewygodny w obsłudze. Przy lakierach, które mają idealną konsystencję (np. maluchy Color Riche z L'Oréal czy Salon Pro Rimmela), takie rozwiązanie jest super – dwoma pociągnięciami można opędzlować cały szeroki szpon. Tutaj szeroki aplikator jedynie mnie upokarza: maluję paznokcie jak średnio rozgarnięty trzylatek. 

Pomyślałam sobie jednak, że warto się pomęczyć, bo to, co skrywa butelka, jest naprawdę śliczne. Idąc pod prąd niesłabnącej miłości świata do lakierów kremowych, bez żadnych połyskujących dodatków, wybrałam Lily From Piccadilly właśnie dlatego, że pięknie mienił się w butelce. Do tej pory słowo satyna nie kojarzyło mi się z lakierami i nie potrafiłam sobie wyobrazić, o jaki dokładnie efekt mogłoby chodzić. A chodzi tylko o to, że emalia odbija światło, wygląda subtelnie i naturalnie. Przynajmniej jeśli zestawimy ją z jednowymiarowymi, mocno kryjącymi jasnymi kremami. No właśnie, warto pokusić się o porównanie z lakierami, które dają pełne krycie, bo mimo że wygląda dużo lżej od kremowych, rzucających się w oczy białasów, kryje równie dobrze. 

Na fotkach dwie warstwy. Prześwit paznokciowego odrostu praktycznie niewidoczny.

Odcień jest bardzo wdzięczny i chyba nieźle komponuje się z moimi różowiejącymi na końcach serdelkami. Tak, to właśnie przy okazji zgłębiania tematu idealnego nude dla moich paznokci odkryłam, że choć skórę mam raczej w żółtej tonacji, moje palce u rąk ZAWSZE są zaróżowione. I że do tego różu asystującego żółciejącej reszcie niestety mało co pasuje. Catrice z serii Luxury Nudes całkiem nieźle daje radę, choć to jeszcze nie w 100% to, czego szukam. Blady, ale nie zupełnie rozbielony róż to chyba dobry trop. Niechże tylko szybciej schnie, łatwiej się nakłada i nie ściera z końców już po jednej dobie. Ścieralność lakierów na moich paznokciach zazwyczaj jest wysoka (nawet jeśli są krótko przycięte), więc to jeszcze jakoś mogę wybaczyć, ale na dobitkę, po dwóch dniach od aplikacji Lily From Piccadilly, miałam już dwa odpryski. 

Odcień nr 10 jest jednym z dwóch nowych w kolekcji Luxury Nudes. Jeśli lubicie taki delikatny efekt połączony z dobrym kryciem i dogadujecie się z lakierami Catrice lepiej ode mnie, koniecznie przyjrzyjcie się tym nude flaszeczkom. Ja na pewno dam jeszcze szansę Lily From Piccadilly i poeksperymentuję z kilkoma bazami i top coatami. Musi być przecież jakiś sposób na tych lakierowych przystojniaków!

Pojemność: 10 ml
Cena: 10,49 zł
Dostępność: Hebe, Natury, podobno niektóre Rossmanny też mają szafy Catrice. Lakiery z tej serii można też kupić online (m.in. u Ladymakeup), ale nigdzie nie widziałam jeszcze nowych odcieni. 

wtorek, 6 października 2015

Projekt denko, odc. 30

Cześć, jak się macie w nowym roku szkolnym? Ja średnio. Zaprzątam sobie głowę... łysiejącą głową. Niestety swoją. Jeśli któraś z Was również ma ten problem, zapraszam do grupy wsparcia. A tymczasem przenieśmy nasze myśli i oczy do mojego śmiecioworka, do którego – jak co miesiąc – wrzucałam kosmetyczne odpady z ostatnich czterech tygodni. 


Balea – Dusche & Creme Grapefruit – żel pod prysznic – klasyczny, łatwy do odtworzenia zapach, który moim zdaniem trudno zwalić. Tym razem również grejpfrut pozostał grejpfrutem, zatem było miło. Żel miał tradycyjne właściwości baleowe, czyli nie wysuszał, był wydajny i dobrze się pienił. Za tę cenę (~1 euro) zawsze warto, a to – zdaje się – wersja nielimitowana, więc warto tym bardziej.

Bodyfarm – Butter Caramel Shower Gel – o żelach pod prysznic greckiej marki Bodyfarm pisałam już kiedyś tu: klik. Ich absolutnie unikatową cechą jest zapach: identyczny z naturalnym. Naprawdę. Wersja Butter Caramel jest więc karmelowo-maślana, a Wy musicie zdecydować, czy warto myć się czymś, co pachnie żarciem, czy może jednak lepiej jakimiś innymi, zmyślonymi aromatami. Żel występuje w przyrodzie w dwóch pojemnościach. Ja zużyłam tę mniejszą, której brakuje dozownika i która w regularnej cenie w Douglasie jest odrobinę za droga (dycha za 50 ml? no co wy!). Podpowiem Wam, że obecnie na stronie douglas.pl te małe pojemności są w promocji (5,90 zł, różne zapachy), więc jeśli chcecie wypróbować magię kąpieli w asyście karmelu czy kruchego ciastka, to dobry moment na eksperymenty.

Yves Rocher – Culture Bio – nawilżający żel pod prysznic z miodem – jedna ze słabszych kąpielowych wersji zapachowych YR. Miodowy żel, podobnie jak balsam z tej serii, pachnie nie miodem, tylko migdałem (w wydaniu marcepanowym, ale wcale nie jest apetyczny). Migdał podlany jest odrobiną cytryny i wyszedł z tego zupełnie nijaki, rzadki, niewydajny żel. Nie śmierdzi, ale i tak  żegnam się bez żalu. 


Eveline – bioHyaluron 4D – Delikatna emulsja do demakijażu – mleczko jest dla mnie produktem ostatniego demakijażowego wyboru. Chyba wynika to z faktu, że mam już opracowane strategie oczyszczania twarzy i mleczko nie pasuje do żadnej z nich. Dawno, dawno temu postanowiłam jednak dać szansę emulsji Eveline, żeby sprawdzić, czy może coś się w sprawie mleczek pod kopułą zmieniło. Nie, nie zmieniło się, ale ten produkt jest całkiem niezły. Ładnie pachnie, duży plus za higieniczną pompkę i sporą (245 ml) pojemność. Makijaż twarzy i oczu prędzej czy później znika w całości. Nie lubię tego, co zostaje na twarzy po demakijażu taką emulsją – producent nazywa to nawilżaniem, a ja: zapychaniem porów olejem mineralnym – dlatego nie planuję powrotu. 

Caudalie – płyn micelarny z wodą winogronową (miniatura) – może miałam go za mało, żeby się zakochać, a może po prostu nie ma się w czym zakochiwać? Ładnie, rześko pachniał i nie podrażniał – to zawsze miło. Skuteczność zmywania tuszu do rzęs co najwyżej średnia. Pełny wymiar swoje kosztuje, więc pozostaje poza obszarem zainteresowań. 

Ziaja – Jaśmin w kremie przeciw zmarszczkom pod oczy i na powieki – przeciętny, tani, wydajny krem pod oczy, który jest beżowy, a zatem ma również delikatne właściwości korygujące. Przeznaczony dla grupy wiekowej 50+, moim zdaniem zupełnie się dla dojrzałej cery nie nadaje, ale jako lekki nawilżacz dla niepomarszczonych małolat? Czemu nie. /recenzja/


Bandi – Veno Care – Krem Redukujący Zaczerwienienia – wyrzucam 3/4 wielkiego opakowania (aż 75 ml), rozżalona, bo z ostatnim dniem września krem się przeterminował, a tu taki zapas w środku. No ale nie bez powodu zapas pozostał zapasem: w tej recepturze jest o wiele za dużo parafiny. Właściwie w ogóle nie powinno jej tu być, ale mojej skórze w niewielkich stężeniach niespecjalnie ona przeszkadza. To stężenie musiało być wielkie, bo za każdym razem, gdy używałam tego kremu dłużej niż pięć dni, moja twarz witała z honorami kolejną bolącą podskórną gulę. Szkoda.

Estee Lauder – Advanced Night Repair – Synchronized Recovery Complex II – może nadejdzie dzień, w którym napiszę pełną recenzję tego serum naprawczego. Nie wiem tylko, czy na pewno chcecie ją czytać, bo planuję przedstawić w niej kilka potężnych zachwytów, a na końcu wpisać cenę produktu: 440 zł za 50 ml. 

Dermedic – Hydrain3 Hialuro – maska nawadniająca do skóry suchej – nie mam skóry suchej, wręcz przeciwnie – mieszaną w kierunku tłustej, ale wypróbowałam tę maskę, bo znalazłam ją kiedyś  bodajże w ShinyBoksie. Maska moim zdaniem ma podobne (dobre!) właściwości nawilżające do saszetkowej Tołpy (Maska-Kompres), a może nawet Tołpa wypada lepiej? Obie pozostawiają warstwę okluzyjną, bo obie mają konsystencję kremu i producent twierdzi, że nie trzeba ich zmywać, wystarczy zetrzeć płatkiem kosmetycznym niewchłonięty nadmiar. Produkt nie dla mnie, być może skóry suche wypiłyby ją do dna? Mimo wszystko robi dobre wrażenie, a w sezonie grzewczym może być wybawieniem dla biednych sucharków. 


Khadi – olejek stymulujący porost włosów – za rzadko go używałam, w końcu w połowie butelki się przeterminował, a teraz bardzo żałuję, bo planowałam go wcierać regularnie w obecnych, mrocznych dla moich włosów czasach. Muszę poszperać po blogach i poszukać opinii, bo nie wiem, czy warto z nim zaczynać, czy wybrać coś innego. Zapach drzew iglastych – mocno intrygujący.

Organique – Anti-Age Hair Mask – moje włosy obciążała, a nos degustowała, ale grube, gęste włosy powinna uszczęśliwiać. /recenzja/

KMS California – Hair Play Makeover Spray (miniatura) – robi to samo co Batiste w wersji XXL Volume, czyli łączy cechy suchego szamponu z lakierem. Od Batiste różni go cena: 65 zł. Not interested.


Sylveco – Odżywcza pomadka peelingująca – najprostsza i najwygodniejsza forma peelingu do ust, dla leniuchów. Nie zdziera tak dobrze, jak własnoręcznie zrobiony peeling z cukru i miodu, ale nie będę narzekać, bo moja leniuchowatość podpowiada mi, że byłoby to niewłaściwe. /minirecenzja/

Yves Rocher – Les Plaisirs Nature – balsam do ciała z owsem – mydlany zapach tej linii Yves Rocher nie zdobył mojej sympatii. Delikatnie mówiąc. Jest zbyt intensywny, choć ta intensywność kłuje w nos głównie w przypadku żelu pod prysznic. Jeśli kiedyś próbowaliście Uriage Creme Lavante, to znaczy, że znacie aromat owsianego balsamu YR. Są identyczne. Takie ładne, że aż można puścić pawia od nadmiaru zapachowych wrażeń. Poza tym balsam ma niezłe właściwości nawilżające – jak na tę formę kosmetyku do pielęgnacji ciała, nie ma się do czego przyczepić. No i oczywiście piona dla producenta za wekowany słoik <3. 

Neutrogena – Foot Scrub – peeling do stóp – ani zły, ani dobry. Miał chłodzić, ale moje słoniowe podeszwy nie zauważyły żadnego mentolowego powiewu. Potrzebuję zdecydowanie mocniejszych zawodników. 

Organique – Balsam do ciała z masłem shea, zapach Afryka (próbka) – dawno, dawno temu, przy okazji jakichś zakupów w stacjonarnym Organique, dostałam próbkę tłuściocha z masłem shea. Była tak okazała, że wystarczyła na kilka użyć. Ogromnie żałuję, że masło shea, kupowane na wagę i pakowane do słoików prosto z kamionkowych form, jest takie ciężkie i tłuste. Gdyby miało choć odrobinę lżejszą formułę, używałabym regularnie. Zapach Afryka uwielbiam – jest męski i bardzo interesujący. /recenzja balsamu o zapachu magnolii/


Pamiętacie lakiery marmurkowe LeMax? Swego czasu był na nie w blogosferze taki szał, że i ja, niczym rasowa owca, wrzuciłam marmurkowy zestaw do wirtualnego koszyka. Czarne, makowe kropki były czymś innym i nietypowym, a na niektórych zdjęciach tak fajnie i ciekawie wyglądały! W praktyce to po prostu tanie, wolno schnące lakiery o kiepskiej trwałości, które szybko zgęstniały, a na moich dłoniach prezentowały się mocno średnio. Meeeeee. Szybko o nich zapomniałam, ale do dziś z sympatią myślę o właścicielu brandu LeMax, który pewnego razu obudził się, zajrzał na firmowe konto i oczy przetarł ze zdumienia... :). Blogerki rządzą! Lakier Catrice uległ uszkodzeniu, ale to nic, bo i tak ma średnią jakość, za to pozytywnie zaskoczył mnie Softer Crazy Colours – szybkoschnący jednowarstwowiec za kilka złotych.
Aha, najważniejsze: zmywacz do paznokci z Sephory. Zakochałam się i będę do niego wracać, dopóki ktoś nie wpadnie na debilny pomysł wycofania go. To zmywacz przeznaczony do brokatowych lakierów, w środku oprócz zwykłej, miękkiej gąbki ma kawałek ostrej szczoty, która w połączeniu z dobrymi właściwościami samego zmywacza jest ekspresowym mordercą każdego, nawet najbardziej odjechanego manikiuru. Uwaga: Sephora ma w ofercie kilka zmywaczy w pomarańczowym opakowaniu. Szukajcie tego z napisem „Remover For Glitter”. 


O moich makijażowych wyrzutkach pisałam niedawno oddzielny post: klik. Minirecenzję tuszu Être Belle przeczytacie tu: klik. Z przedmiotów nieopisanych na zdjęciu widzicie maskarę Joko Queen Size Mascara, która od początku była sucha, przez co nie zrobiła na moich rzęsach wielkiego wrażenia. Ten długi, czarny koleś z gąbką na tyłku to wykręcana kredka do oczu Ingrid. Nie wiem, czy wciąż jest w ofercie marki, ale byłoby miło, bo jest tłusta, odpowiednio (nie za mocno) napigmentowana i lubię ją chyba nawet bardziej od Yves Rocher Stylo Regard Waterproof. No i ma dobrą cenę. Po prawej, w worku foliowym, posłałam do piachu błyszczyk NYX w pięknym odcieniu Tea Rose, ponieważ zrobił mi bardzo niemiłą niespodziankę i pękł. Tak, oczywiście że w torebce. Już kupiłam drugą sztukę, ale co się nawkurzałam, to moje. 


Zazwyczaj nie chce mi się rozwodzić nad próbkami, ale tym razem każdą z nich zapamiętałam na dłużej. Krem-żel Azelac Sesdermy zwrócił moją uwagę kolorem – to mieniąca się w słońcu perła! Żel na długo pozostawiał na skórze lepką warstwę, co opóźniało szybki poranny make-up. Ostatecznie wysychał i dało się spokojnie wykonać makijaż, ale chyba nie mam cierpliwości do takich kosmetyków. Saszetka kąpielowa Kneipp zachwyciła mnie świeżym, cytrusowym aromatem. Niesamowicie pozytywny zapach, koniecznie muszę kupić pełen wymiar! Balneokosmetyki zachęcają ładnymi zapachami i przyjemnymi formułami – tym razem było podobnie. Na pewno zaopatrzę się w pełną wersję tego kremu. Kiedyś.

To już wszystko w dzisiejszym odcinku. Papa, śmieci. Papa.