piątek, 4 września 2015

Projekt denko, odc. 29

Nowy rok szkolny, czas zmierzyć się z kolejnym workiem śmieci. Statystyki pokazują, że takie wpisy nigdy Wam (nam) się nie nudzą, mimo że i fotki gorsze, i kosmetyczne opowieści wykastrowane z pasjonującej fabuły i mowy końcowej. Cóż zatem robić? Ano denkować. 


W sierpniu nie szalałam z podlewaniem się kosmetykami pielęgnacyjnymi, za to uzbierałam kilka wyrzutków makijażowych. Wykańczanie kolorówki – trochę to nawet emocjonujące. Tak, trochę tak. Przy okazji zagrałam w zupełnie nową grę: raz, dwa, trzy – w śmietniku grzebiesz ty. Z rozpędu wywaliłam wszystkie pustaki do kosza, a przecież puste opakowanie po pudrze z MAC-a przybliża mnie do kolejnej pięknej pomadki z ich oferty! Niech żyje Back 2 MAC. Przecież mam tak mało pomadek.


Joanna – Naturia – Szampon z miodem i cytryną – kupiłam na wakacyjne wyjazdy, bo butelka ma odpowiednią wielkość. Szampon niespecjalnie nadaje się do moich włosów (producent wymyślił go dla suchych i zniszczonych, a moje są niezniszczone i na maksa się przetłuszczają), ale w niczym mi to nie przeszkadzało, bo latem i tak myję włosy codziennie lub prawie codziennie. Szampon miał bardzo ładny, miodowy zapach – tak powinny pachnieć kosmetyki o nazwie, która wywołuje u mnie niezdrowe podniecenie: mleko&miód. Gdy widzę coś z mlekiem end miodem, od razu mam ochotę wypróbować. Nic nie poradzę. Właściwości szamponu w porządku – dobrze domywał, nieźle się pienił, nie szkodził skórze głowy. Nie wrócę jednak do niego, bo mimo wszystko wolę coś przeciwsmalcowego. 

The Body Shop – Banana Conditioner – odżywki zużywają się u mnie o wiele wolniej niż szampony. Pewnie ma to coś wspólnego z faktem, że po raz kolejny w przeciągu ostatnich kilku lat sypią mi się włosy. Czyli: odżywki są wydajne, bo nie mają czego odżywiać. Sad but true. Bananowy duet Body Shopu uwielbiam za zapach. Prawdziwe, niechemiczne banany, zero ściemy, sama rozkosz. Od kiedy zaczęłam używać szamponu i odżywki z tej serii, wzrosło w moim domu zużycie bananów właściwych – pożeram je jeszcze chętniej, z masłem orzechowym lub w koktajlach. Odżywka jest średnio gęsta, ale treściwa – pewnie lepiej posłużyłaby Luizowym, grubaśnym, nieujarzmionym kudełkom, ale nic to, nie zamierzam rezygnować z tego zbyt obciążającego moje włosy bananowego zestawu, póki go nie wycofają (czyli pewnie niedługo). Zapach na włosach utrzymuje się jeszcze przez jakiś czas, za co miłość jej na wieki, poza tym standardowo wygładza i ułatwia rozczesywanie. Lowe. 

Perfecta Mama – Żel do higieny intymnej – wiele razy klepałam o tym, że ten żel działa na mnie najlepiej. Nie zmieniałam, nie eksperymentowałam do czasu, gdy Dax Cosmetics zmienił etykiety i przy okazji poszerzył ofertę o kilka nowych wariantów (z różnym pH, zapachowe i bezzapachowe, z probiotykami itd.). Wszystkie mi odpowiadają, będę jeszcze testować nowe wersje, ale uprzedzam, że testy będą iść wolno, bo żel jest wydajny – butelka starcza na trzy-cztery miesiące. 


Pat&Rub – Hipoalergiczny scrub cukrowy – świetny jest ten peeling Pat&Rub. Po pierwsze: bo pachnie moim ulubionym hipoalergicznym, uniseksowym aromatem; po drugie: bo jest cukrowy, a nie solny (więc nie podrażnia); po trzecie: bo dzięki wielkiej pojemności jest wydajny (no dobra, to w ostatnich miesiącach nie było pożądaną cechą w tym domu, vide: mój poprzedni wpis), po czwarte: bo działa. Nie każdy go polubi za wysoką zawartość olejów – sama musiałam się przyzwyczaić do tego typu kosmetyków zdzierających – ale tak naprawdę to zaleta: jeżeli nie zszorujecie z siebie gąbką całej olejowej powłoki, wcieranie kremu po kąpieli może okazać się niepotrzebne. Aha, wywalam słoik z 1/4 zawartości, bo stał długo w łazience i umarł na przedawnienie. Ale dałoby się go dalej używać, bo miesiąc po utracie ważności wciąż pachniał jak zwykle i był tylko trochę rozpaćkany. Tak to bywa z naturalnymi peelingami – cukier reaguje z wodą (a raczej na wodę). 

Isana – Mango & Pomarańcza – mydło w płynie (zapas) – bardzo ładny zapach i miła, kremowa konsystencja. Nie wysuszał. Będę wracać. 

Sephora – Creamy Body Wash – żel pod prysznic (miniatura) – jedna z miniatur, które dotarły do mnie wraz z najfajniejszym na świecie wynalazkiem, jakim jest box Sephory (Shiny i beGlossy mogą mu co najwyżej wylizać starannie zadek). Boxy Sephory można otrzymać raz na kilka miesięcy przy okazji internetowych zakupów powyżej 200 złotych. W środku zawsze znajdziecie kilka słodkich miniatur perfum i inne cudeńka. Oferta jest limitowana, więc gdy się pojawiają, nie warto zwlekać. 
Jeśli chodzi o żel Creamy Body Wash, to nie zrobił na mnie wrażenia (w jedną ani w drugą stronę), ale okazał się zadziwiająco wydajny, pewnie za sprawą mikrodziurki, przez którą się dozował. Zapach znany w szerszych kręgach jako toaletowy. Co kto lubi.


Bioderma – Sebium H2O – czasem już sama nie wiem, czy lubię dalej te micele Biodermy, czy już mi całkiem zbrzydły. Wersja zielona (a właściwie niebieska, bo sam płyn ma niebieski kolor) przeznaczona jest do cer przetłuszczających się, ale nie zauważyłam jakiegokolwiek działania na nadmiar sebum. To nic. Plusem Sebium H2O jest fakt, że nie jest tak gorzki jak różowy Sensibio, a minusem – możliwość podrażniania oczu przy nadmiernym tarciu. Mam wrażenie, że nieco gorzej domywa makijaż, to znaczy rozpuszcza ładnie, ale nie wyciera wszystkiego od razu jak należy. Mimo wszystko to wciąż wyróżniający się produkt pośród innych wód do demakijażu, które zmywają tylko tyle, ile mają ochotę, a nie tyle, ile trzeba. 

Balea – dwufazowy płyn do demakijażu – całkiem sensowna, choć mało wydajna dwufazówka, czego nie mogę powiedzieć o jednofazowej siostrze, która moim zdaniem jest cienka jak dupa węża. Dwufazę warto nabyć przy okazji wizyty w DM-ie, ale nie ma sensu się o nią zabijać i specjalnie wyszukiwać w sklepach internetowych, bo przecież na miejscu mamy łatwo dostępny Pur Bleuet z Yves Rocher, a z tańszych rzeczy Delie i inne dwufazowe Ziaje. 

Bioliq – Krem kojąco-wzmacniający do cery naczynkowej – nie pamiętam nic na jego temat, bo używałam nieregularnie, bo nie był zachwycający. O, czyli pamiętam, że nie był zachwycający. Zawsze to jakieś wspomnienie, prawda?

Receptury Babuszki Agafii – Przedłużenie młodości – serum do twarzy 35-50 lat – na samym początku mnie podkurzyło, bo przy pełnej butelce pipeta nie chciała niczego zaciągać. Zepsute – pomyślałam. A jednak się jakoś naprawiło. Nie zauważyłam wielkiego wow po zużyciu całej flaszki, ale jeśli czytacie mnie w miarę regularnie, wiecie, że darzę głębokim uczuciem szklane buteleczki z pipetami, więc i tego serum używałam z przyjemnością. Zapach taki se – ziołowo-jakiśtam-bylejaki – ale nawilża całkiem przyzwoicie. I nie zapycha. I cerze jest chyba miło. Oczywiście, żeby to miało sens, należy później zaaplikować krem, ale ja rzadko kiedy zostawiam jakiekolwiek serum solo. Ubździło mi się, że serum = tuning dla kremu. Wystarczyło na około miesiąc, kto wie, może do niego kiedyś wrócę, chociaż wolałabym spotkać na swojej drodze zachwycacz, po którym nic już nie będzie takie samo (okej, znam jeden takowy, ale kosztuje od_cholery plus VAT, więc nie zanosi się na kolejną butlę w najbliższym czasie). 


Eveline – BB Cream, odcień light – poznałam ten BB chyba ze dwa lata temu, a poleciła mi go Mama nr 2. Byłam bardzo miło zaskoczona tym, jak dobrze prezentuje się na lekko opalonej twarzy (głęboką zimą jest dla mnie za ciemny – moja zimowa wersja to Buff wg Revlonu i NW13 wg MAC). Całkiem sensownie kryje, ładnie pachnie i ogólnie jest dla cery przyjacielski. Pocieszny taki, w tej miękkiej tubce za kilkanaście złotych, ze swoimi ośmioma doskonałościami w jednym. Z matowaniem tobym może nie przesadzała, ale nie zostawia całkiem mokrego wykończenia, a to już coś. To dobra opcja na lato, jeszcze lepsza na chłodne miesiące (o ile nie jesteście takie blade jak ja). Niestety, latem, w upale po kilku godzinach lubi się... hmmm... deformować? W każdym razie zaczyna być widoczny, na moim ultratłustym nosie wcale go nie ma. Ale jak na produkt za około piętnastaka, jest naprawdę dobrej jakości.

Korres – Vitamin Concealer, odcień light – pisałam o nim ostatnio, więc nie będę się powtarzać. Zdecydowanie do zapomnienia. Cieszę się, że już sobie poszedł. /recenzja/

Maybelline – Colossal Volume Express Mascara – tusze Maybelline to takie pewniaki w morzu  maskarowej niepewności. Dżizas, jaka jestem poetycka – niczym Coelho głaszczący szczeniaczka na hali pełnej czarnych owiec. Nie jestem wierną fanką żółtego Colossala, ale trzeba mu przyznać, że trzyma równy poziom od lat – dość suchy, z nylonową szczotką, nie skleja, ładnie wyczesuje, może nawet co nieco pogrubia. Dla mnie za mało na zachwyt, ale będę do niego wracać przy braku lepszych pomysłów.

MAC – Extended Play Gigablack Lash – pod koniec byłam z nieco coraz mniej zadowolona, dlatego leci do kosza, choć wciąż jest na chodzie. Sklejał i przestał dobrze wyglądać, mimo że wcześniej ładnie i równo wyczesywał rzęsy intensywną czernią. Ale może trzeba mu wybaczyć, bo wyrzucam go po pół roku od otwarcia. Wcześniej był bardzo porządny, szczególnie do dolnych rzęs, choć pytanie, czy warto wydawać na niego 86 złotych, pozostaje otwarte. /recenzja/

Laura Mercier – tusz, którego nazwy nie pamiętam, a opakowanie już poleciało na wysypisko. Perfekcyjnie rozczesywał, subtelnie podkreślał rzęsy, był niezbyt mocno czarny. Dostałam go w prezencie w zestawie Laury, więc byłam zadowolona, ale gdybym wydała na niego dużo złotówek, chyba trochę bym się rozczarowała tak miękkim, niewinnym efektem końcowym. Ale niektórzy tego właśnie oczekują od tuszu, prawda?

MAC – Blot Powder, odcień Medium – to moje pierwsze MAC-owe trofeum z sześciu, które muszę uzbierać w akcji Back 2 MAC. Jeżeli ktoś jeszcze nie wie, to przypomnę, że po uzbieraniu sześciu pustych opakowań po kosmetykach MAC-a można je wymienić w salonie na dowolną pomadkę z nielimitowanej kolekcji (nie może to być również seria Viva Glam). Blot to jak na razie najlepszy puder matujący w kamieniu, z jakim miałam przyjemność, ale wciąż szukam prasowanego ideału. Recenzja tu: klik.

Nivea – Lip Butter – Vanilla & Macadamia – uwielbiam aromat tego masełka, tę śliczną mikropuszkę, w której mieszka, i w ogóle nie przeszkadza mi fakt, że babranie palucha w maślanej mazi jest niehigieniczne i nieestetyczne. Babram się w domu, a nie zwykłam chodzić po włościach, grzebiąc sobie w tyłku, więc nie martwi mnie ta ilość bakterii, jaką noszą moje dłonie w warunkach domowych. Tak, to do Ciebie, Lu :>.

Próbek w tym miesiącu jak na lekarstwo, ale przy okazji jednej z nich dopisałam do wishlisty krem Organique Anti Acne. Ciekawa jestem, jak działa w dłuższej perspektywie.
To tyle, kto nie doczytał, ten trąba nie doczytał.

35 komentarzy:

  1. Jakie ładne denko. Nawet znam kilka z tych kosmetyków (odżywka TBS, Biodermę, Baleę, Collosal i masełko Nivea - ale w innych wersjach zapachowych), ale jakoś żaden nie przypadł mi do gustu :)
    Ubolewam nad tym, że moje zużycia wylądowały w koszu - jednak przenoszenie śmieci z pokoju do pokoju na czas remontu mnie przerosło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobra, w czasie remontu to faktycznie trochę głupie, chociaż ja byłabym zdolna migrować śmieci w szczytnym celu ;).

      Usuń
  2. Maybelline miało kiedyś z tych żółtków superancki tusz o nazwie bodajże Cat Eyes, z wykręconą szczoteczką. Robił czary w zewnętrznym kąciku oka. I drugiego też. Nie wiem, czemu go zdradziłam z innym, co za bzdura.
    Chodziłam wczoraj po Rossmanie szukając najbardziej mangowego zapachu mano (ponieważ powody), a tego z pomarańczą nie widziałam. Więc wzięlam żel, który pachnie jak jogurt brzoskwinia - marakuja z lat 90.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego Cat Eyes nie kojarzę, więc chyba nie testowałam. A zapachowe klimaty lat 90. dla mnie są super, zawsze miło mi się tym myć, to już takie wzdychanie zgreda, ale to nic, to nic ;D

      Usuń
  3. Trąba nie jestem - przeczytałam cały post (co czasami jest dla mnie niesamowicie trudne).
    Ten szampon z Naturii miałam wieki temu był ok, później miałam do włosów przetłuszczających się (bodajże zielony) i był ok, tylko lekko plątał włosy.
    Próbowałam kiedyś tego kremu BB z Eveline - strasznie ciemne cholerstwo, sądzę że i teraz byłby za ciemny a szkoda lubie kremy bb

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, żeś nie trąba :)))
      Zieloną Naturię też miałam ostatnio, z zieloną herbatą (pachniał jak zielona Elizabeth Arden!!!), też go wspominam dobrze, ale masz rację, z plątaniem coś było na rzeczy. Mnie to nie przeszkadzało, bo mam włosy do brody, ale tak, tak, zauważyłam.

      Eveline jest rzeczywiście dość ciemny, dlatego tylko latem go mogę stosować i bardzo żałuję, bo myślę, że na zimę byłby ideałem.

      Usuń
    2. :)
      Nie pamiętam zapachu tego szamponu - muszę powąchać jak będę w rossie czy gdzieś.

      Próbowałaś ich produkt z serii Art scenic - on jest jaśniejszy, nieźle kryje i matuje.

      Usuń
  4. Regularnie kupuje mydła Isany bo mydło schodzi u mnie jak woda :D ja nie rozumiem szału na różowa Biodermę, ale moze dam jeszcze szanse tej zielonej. Wspomniany płyn YR uwielbiam, ale ostatnio tez przypadła mi so gustu Bielenda avokado:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi szał na Biodermę przeszedł po tym, jak odkryłam różową wielką butlę Garniera (który nie jest gorzki!!!) :). Bielendy awokado nie próbowałam, ale słyszałam o niej skrajne opinie i jakoś nie miałam ochoty na razie próbować

      Usuń
    2. Garniera lubiłam, dla mnie lepszy od Biodermy tylko ta wielka butla mi nie pasowała;) Z tym Avokado to też słyszałam, że niektórych podrażnia:/ u mnie na szczęście wszystko fajnie poza tym ze już na początku stosowania rozwalilam zamknięcie ;)

      Usuń
  5. Dzięki, kochanie, że myślisz o mnie, ale me testy organoleptyczne wykazały, że bananowa odżywka dla mego nagłownego siana byłaby za słaba! Chyba powinnam polewać się pomadą.

    Ja wiem, że wolisz cukrowe, ale daj szansę niepozornemu na pierwszy rzut oka peelingowi solnemu z Wellness&Beauty (rossmannowska marka!). Mam skórkę niczym jedwab. Kosztuje grosze. Nie bądź mięczakiem. Syp sól na rany.

    Isana to przeżytek. Wydaję hajs na Carexa, bo ma na sobie napisane ANTYBAKTERYJNE MYDŁO. Jestem powalona, co nie?

    Ten jeden takowy to Estee Lauder?

    Tylko nie próbuj Lash Sensational. Efekt zniewala, ale rzęsy lecą jak szalone. Niewiele wart taki biznes.

    Ignoruję akapit o masełku do ust. IGNORUJĘ GO.

    Kocham Cię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to faktycznie tylko czysta wazelina zostaje. Ewentualnie wazelina z arganem, żeby było modniej. Wiem, że peelingi solne są bardzo skuteczne, zużyłam niedawno solny z Organique, ale te cholerne podrażnienia... jestem mięczakiem :(.

      Carex to zdecydowanie coś skrojone na miarę Indywidualnych Potrzeb Twojej Skóry.

      Tak, serum to Advanced Night Repair, naprawdę działa na mnie doskonale, nawet używany od czasu do czasu. Tylko cholera, gdzieś są granice – ponad 400 zeta za butelkę? jakoś mnie portfel boli. Ale jak nie znajdę nic porównywalnego, to pewnie skitram kasę i wrócę do niego. W sumie to duża pojemność. I moja najdroższa gęba do wypielęgnowania.

      Czy Lash Sensational to to, co Ci wtedy kupiłam?

      Ja Ciebie też.

      Usuń
    2. Modniej byłoby z olejem kokosowym, ale on się nie nadaje do wysokoporowatych włosów :(

      Duża pojemność i najdroższa gęba równają się jednej odpowiedzi.

      Niestety tak! To, co robił z rzęsami to obłęd, ale wypadały, aż płakać się chciało, gdy spoglądałam na wacik po demakijażu.

      Usuń
  6. Serum Babuszki kompletnie nie pasowało mojemu noskowi, dla mnie fuj :( Lubię za to peelingi PAT&RUB, mydła Isana i micele Bioderma, choć różowa wersja jest wg mnie najlepsza :) Boxy Sephora uwielbiam, podobnie jak puszeczki masełek z Nivea - choć to różne półki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No capi jakby z deka to serum... dla mnie nie fuj, ale też żadna przyjemność zapachowa, a jak już coś do twarzy ma zapach, to wolałabym, żeby miało ładny :).

      Usuń
  7. Niektóre produkty znam, ale nie powiem że są moimi ulubieńcami.

    OdpowiedzUsuń
  8. Biodermę Sebium bardzo lubię, właśnie kupiłam sobie pół litra. Na moją strefę T działa przy dłuższym stosowaniu, makijaż rozpuszcza tak dobrze jak potrzebuję, więc ja wracam. Za to Sensibio mam wrażenie, że wylewam na ten wacik, wylewam i nie jest tak dobra jak Sebium.

    Bananowy duet chcę kiedyś jeszcze mieć, bo bardzo go lubię. Jest zdecydowanie sprzyjający i ma fajny zapach. Maska Kallos bananowa fajnego zapachu nie ma, po jednym czy dwóch użyciach oddałam litr koleżance, bo nie nie nie.

    Denko też mogłabym zrobić, ale w pewnym momencie zaczęłam puste opakowania wyrzucać do kosza, bo to jest bez sensu nieco. Kiciunie mi wchodzą do torby z denkiem i wygryzają dziury, bo myślą, że to ich zamek i później są nieporozumienia.. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piona za banany TBS! Powiem Ci, że bananowy duet Kallosa też lubię, choć zapach faktycznie jest tak cholernie chemiczny, że nie ma nawet czego porównywać. Tylko ja akurat lubię chemiczną wersję bananów. Lubię każdą wersję bananów, chyba mam jakiegoś świra. A Kallos urzekł mnie szamponem, który moje włosy bardzo, bardzo polubiły, więc nawet jakby według mojego nosa capił, i tak rozważałabym powrót.

      Twoje denko jest dużo trudniejsze do zrealizowania od mojego. To zrozumiałe, ja mam tylko Tomasza, który pogrzebie w torbie, odkręci to i owo, powącha i olewa.

      Usuń
  9. cienki jak dupa węża <3 kocham Twoje porównania!

    u mnie też posty denkowe cieszą się dużą popularnością. i zakupy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a wiesz, ta dupa węża to stara jest, nawet już nie pamiętam, skąd ją wzięłam, ale chyba nie jest autorska ;).

      ja jakoś nigdy nie piszę o zakupach, nie chce mi się, trudno, ominie mnie ten fejm ;D

      Usuń
  10. jakie dno! dziewczyno ile rzeczy!!!
    Ja chcialabym sprobowac cos od Babuszki, kupilam peelingi wlasnie i zamierzam sie nacierac:))

    A mydła wolę w kostce, teraz jaram się ministerstwem dobrego mydła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, serio? Może ja słabo trafiłam - miałam ich mydlo marchewkowe i było totalnie nijakie. W sensie, szacun dla dziewczyn za to co i jak robią, nawet pisałam o nich kiedyś artykuł w kontekście designu, ale czy tak bardziej obiektywnie ich produkty naprawdę są takie super pielęgnacyjnie?

      Usuń
    2. Aga, weź sobie może zapodaj odżywkę do włosów w litrowej butli :) ta na łopianowym propolisie wali dawnym, niewymytym dworcem centralnym (jestem zboczona i podoba mi się ten zapach z butelki :D), ale są też inne wersje, kwiatowa i jakaś tam. całkiem spoko sprawa, ciekawe, jak sprawdzają się szampony.

      A o Ministerstwie Dobrego Mydła tylko słyszałam. Na razie mnie nie interesuje ten temat, bo zużycie mydeł w kostce u mnie w domu minimalny.

      Usuń
  11. Też lubię Colossala i wracam do niego co jakiś czas :) A i tą Isanę zakupiłam ostatnio licząc na ładny zapach i się nie zawiodłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym razem i tak Colossal wydał mi się jakiś gorszy niż zwykle. Albo był zbyt wysuszony (ach te drogerie i klientki, które odkręcają wszystko, a potem wychodzą bez zakupów...), albo pamięć mnie zawiodła.

      Usuń
  12. Fantastyczne denko! Swego czasu wierna byłam tej dwufazie do oczu z Balei. Kiepska wydajność nie przeszkadzała mi absolutnie przy tej cenie :-) Zrezygnowałam z Balei, bo odkryłam micel Biodermy i tak od dwóch lat jestem wierna tylko Biodermie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sobie nie odmówię Balei, jak znowu zawitam do Czeskiego Cieszyna albo Ostravy, chociaż u Czechów już trochę gorzej cenowo to wychodzi :P. Ale nie mam ochoty za nią ganiać po internecie, wolę łatwiej dostępne pewniaki!

      Usuń
  13. Bardzo lubię mydełko z Isany i często wracam do niego

    OdpowiedzUsuń
  14. czy nadal jestes zadowolona z zelu do brwi ? Bo wlasnie sie zastanawiam jaki kupic..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z którego? Gimme Brow, czy tego z Catrice? Gimme Brow jest super, tylko po kilkunastu tygodniach zebrało się na szczotce dużo włosków (on ma w sobie takie włoski, które teoretycznie mają zagęszczać nasze naturalne brwi, ale ostatecznie trochę mnie irytują). Sama mikroszczoteczka jest świetna, podobnie jak kolor (ja mam ten jaśniejszy). Catrice w porównaniu z Benefitem ma ostrą tą swoją szczotę, ale też daje ładny odcień i wyczesuje, co trzeba. Daje delikatniejszy efekt, więc jest dobry albo do wykańczania brwi po użyciu cienia/kredki, albo jeśli nie masz wiele do poprawki :). Ach, Catrice teraz jest w dwóch odcieniach, ja pisałam kiedyś o 010, bo innego nie było.

      Usuń
  15. Oho, nie miałam nic od Organique, a tym bardziej do twarzy, więc ten krem mnie ciekawi. :) Może by mnie nie przesuszył jak większość antybakteryjnych świństewek. :D

    OdpowiedzUsuń
  16. Gratuluję zużyć :) TBS bananowa również uwielbiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Też używam teraz colossala, ale szukam czegoś lepszego.

    OdpowiedzUsuń