poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Czy mama byłaby zadowolona? Ziaja – Jaśmin w kremie pod oczy i na powieki 50+ [recenzja]

Ziaja nie jest moją ulubioną firmą. Była nią kiedyś, ale działo się to w epoce, w której moja wiedza kosmetyczna była porównywalna z wiedzą na temat zjawiska dyfrakcji i interferencji dla cząstek z niezerową masą spoczynkową (w tym miejscu pragnę pozdrowić wszystkich fizyków kwantowych, jesteście niemożliwi). Lubiłam Ziaję za łatwą dostępność, przystępne ceny i zupełnie nie przeszkadzały mi nieciekawe składy (okej, nawet nie próbowałam ich czytać) oraz przeciętne właściwości  pielęgnacyjne poszczególnych kosmetyków*.

W blogerskich czasach rzadko spoglądam na półkę z Ziają. Kusi mnie tyle innych firm, że rodzima marka w naturalny sposób została wykopana z towarzystwa. Ominęło mnie nawet szaleństwo na czyściki z wyciągiem z liści manuka, co do dziś wydaje mi się dziwne, bo przecież połowa blogosfery o tym huczała. Jedyne, co w ostatnim czasie mnie zainteresowało, to „Jaśmin w kremie” – krem pod oczy i na powieki dla gorących pluspięćdziesiątek, chwalony przez dwie miłe mi osoby: Magdę i Ewę. Ja na szczęście jestem jeszcze daleką minuspięćdziesiątką, podobnie jak wspomniane dziewczęta, ale ten, kto choć przez chwilę zadumał się nad tematem, wie, że kremy dla starszaków często mają dużo fajniejsze właściwości niż lekkie, niczemu niesłużące kremy dla małolat. 


Jaśmin w kremie Ziai trafił do mnie w świątecznej przesyłce od wspomnianej Magdy. Ucieszyłam się ogromnie (cała paczka była mega!), bo akurat kończył mi się krem Kiehl'sa i (wiem, trudno w to uwierzyć) nie miałam nic innego w zapasach.

Producent obiecuje wiele: liporegenerację, nawilżenie, poprawienie gęstości skóry, spłycenie istniejących zmarszczek i ograniczenie powstawania nowych, a do tego wyrównanie kolorytu. I to wszystko ma zadziałać na panie w średnim wieku i na te w podeszłym także. Z tego prosty wniosek, że na stosunkowo mało zdezelowanej skórze trzydziestolatki efekty powinny być świetne. Łatwizna, Ziajo, prawda?


Krem jest bezzapachowy i ma odpowiednią konsystencję – nie jest zbyt gęsty, ale też nie spływa. Dobrze się aplikuje, a to, co mnie mile zaskoczyło, to obiecana na pudełku „aktywność tonująco-korygująca”. Brzmi intrygująco, ale w praktyce działa to w najzwyklejszy sposób świata: krem nie jest biały, tylko beżowy, a po delikatnym rozsmarowaniu pozostawia na skórze ledwo widoczną, beżową powłokę, która w niewielkim, ale zauważalnym stopniu maskuje cienie pod oczami i drobne zaróżowienia. Doceniam ten fakt w przymusowych dniach bez tapety, ale na co dzień też nie ma co narzekać – to dobra baza pod korektor, szczególnie jeśli postawimy na mniejsze krycie i większe rozświetlenie.

Wreszcie dochodzimy do najważniejszej części, czyli działania na skórę. No cóż, mojej nie jest źle po tym kremie, ale nie zamierzam odpalać fajerwerków na jego cześć. Zarówno drogi Kiehl's, jak i jeszcze droższy Bobbi Brown nawilżają lepiej. Okej, wiadomo, kosztują nieporównywalnie więcej. Ziaja nie podrażnia, nałożona na noc grubą warstwą utrzymuje skórę w niezłej kondycji, ale nawilża tylko przeciętnie. Dużo lepsze efekty (również w kwestii liporegeneracji) daje czysty olej z awokado. Jaśmin aplikowany na dzień pod makijaż sprawia tylko, że korektor trzyma się lepiej, niżby to robił na suchej, niezapodkładowanej skórze. Trochę mało.

Nie zauważyłam spłycenia moich niewielkich zmarszczek pod oczami, nie zostałam oszołomiona jakością tego kosmetyku. Mam wrażenie, że krem jest zbyt mało treściwy, by mógł skutecznie dbać o delikatną skórę pod oczami – szczególnie tę po pięćdziesiątce. Nie poleciłabym go mamie, ani tym bardziej babci, a jedyna grupa użytkowniczek, która mogłaby być prawdziwie zadowolona, to według mnie całkiem młode dziewczyny, używające kremu pod oczy w ramach prewencji.

Jaśmin jest tani, niezły, a do tego bardzo wydajny, ale na pewno nie nadaje się dla grupy wiekowej wskazanej na opakowaniu. Ja nazwałabym go „Jaśminową bazą” i sprzedawała jako krem CC pod oczy. Może to jest jakiś pomysł? 

Pojemność: 15 ml
Cena: ok. 12 zł
Ocena: 3/6


*Co ciekawe, używałam wtedy regularnie dwóch kosmetyków, które teraz wydają mi się słabe: jednofazowego płynu do demakijażu (umiarkowanie skuteczny, podrażnia!) i żelu do higieny intymnej, który miał piękny konwaliowy zapach, ale mam wrażenie, że bardzo przeszkadzał mi w walce z pewną wkurzającą, uporczywą dolegliwością...

wtorek, 25 sierpnia 2015

Mój mały wybawca: Sephora – Exfoliating Face Disc

Dziś zdjęcia będą bardzo niewyjściowe, bo i bohater nieszczególnie fotogeniczny, ale muszę Wam opowiedzieć o kawałku gumy, który całkowicie zmienił jakość oczyszczania mojej twarzy – płytko unaczynionej, rumianej, upierdliwej hrabianki. Już myślałam, że nigdy niczym jej nie skrobnę, ale skrobię, a ona... ma się całkiem dobrze!


Zaczęło się od tego, że kilka lat temu odkryłam, jak wielką szkodę wyrządzałam swojej cerze regularnymi peelingami mechanicznymi. Uwielbiałam efekt idealnie oczyszczonej skóry i nie zauważałam (jakże miłość ślepa), że na twarzy mam coraz więcej różowych plamek, które wcale nie chcą znikać. Raz było lepiej, raz gorzej, więc zwalałam to na hormonalno-cykliczną humorzastość skóry. Okazało się, że guzik się znam, bo moja cera jest płytko unaczyniona, a od intensywnego tarcia i wklepywania różnych specyfików w ten podrażniony pysk dodatkowo oberwałam uwrażliwieniem. Masz ci los. Nieszczęśliwa na zewnątrz i w środku pożegnałam moje kochane drapaki, zostawiłam tylko te do rąk, brzucha, tyłka i baleronów (czyli mówiąc w skrócie: do ciała – ach, ta blogowa poezja), a sama zmieniłam front i powierzyłam się opiece peelingów enzymatycznych. Rozczarowanie nimi początkowo było ogromne: zupełnie inna jakość oczyszczenia, duży problem z pozbyciem się tłustych, czarnych krop, znanych w szerszych kręgach jako wągry. Było ciężko, bo i niełatwo jest znaleźć dobry peeling enzymatyczny. Enzymatyki albo nie działały wcale, albo mnie zapychały (tanie, parafinowo-cholera-wie-jakie-gówna), albo ewentualnie piekły żywym ogniem. To był prawdziwy enzymatyczny kryzys. Potem na szczęście trafiłam na ziołowy peeling Organique i zrobiło się dużo milej, ale i tak pogodziłam się z tym, że nie dla mnie drapanie twarzy czymkolwiek. Z tego samego powodu mój mózg zignorował wielki blogowy hype na szczotki Clarisonic i ożywiłam się dopiero, kiedy na polski rynek weszły soniczne czyścidła Foreo Luna. Tylko że Luny kosztują – w zależności od wersji – od 500 do ponad 700 złotych, więc pomyślałam, że może jeszcze się zastanowię. Chwileczkę. Gdy zastanawianie miało status in progress, przytrafiła mi się historia, którą kiedyś pewnie Wam opowiem. W skrócie: Sephora w ramach zadośćuczynienia po niezbyt satysfakcjonującej transakcji nasłała na mnie pudełko pełne cudów, a w nim m.in. zieloną gumkę do twarzy. I tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do właściwej części opowieści, którą mogłam zacząć od „Sephora w ramach zadośćuczynienia...”, ale oczywiście nie mogłam, bo przecież ja i moje dygresje.


Zielonemu krążkowi Sephory postanowiłam dać szansę, ponieważ  swą gumową fizjonomią odrobinę przypominał wspomnianą szczotkę Foreo, a ja tak bardzo chciałam mieć tę Lunę i tak bardzo czułam, że być może nie będę używać jej regularnie, w związku z czym szkoda na nią kasy, że zapragnęłam pocieszyć się tą skromną gumką do twarzy. Skoro już ze mną zamieszkała...

Pierwsze zaskoczenie nadeszło już po zdjęciu folii. Silikonowy dysk jest mięciutki, a włoski mojej analogowej mikroszczotki do twarzy łatwo uginają się pod najmniejszym naciskiem. Przyssawka pewnie ma sens i dysk mógłby wisieć radośnie na prysznicowej ścianie, ale ja nie umiem go skutecznie przytwierdzić, podobnie jak nie radziłam sobie przez całe życie z wszelkimi innymi przyssawkami, które zesłał na mnie los. I gdzie ta legendarna inteligencja, droga głowo?

Miękkość mojego gumiaka zachęciła mnie do eksperymentów i już po pierwszym użyciu wiedziałam, że się dogadamy. Robię to tak: podlewam dysk wodą (bo jestem akurat pod prysznicem, więc w zasadzie podlewa się sam), twarz już od dawna mam podlaną, więc dobra moja. Nalewam na dysk odrobinę żelu do twarzy, którego aktualnie używam i kolistymi ruchami zasuwam po jaśnie hrabiance, tam i nazad. Bardzo wrażliwe twarze wystarczy delikatnie muskać, ja zwykle pozwalam sobie na więcej, bo lubię, bo tęskniłam, bo nic strasznego się nie dzieje. Żel pieni się wzorowo, cera kwiczy z radości, a po spłukaniu resztek piany okazuje się, że skóra jest gładka i dogłębnie oczyszczona. Zupełnie jak po peelingu mechanicznym. Czego więcej chcieć? Zakładam, że z Foreo mogłabym wycisnąć więcej, ale tak się składa, że dysk Sephory w kooperacji z żelem myjącym daje świetne rezultaty, a kosztuje niecałe dwie dychy, także tego. Luna może poczekać. Teraz już mi peelingi enzymatyczne niestraszne, wyprysków dużo mniej (to akurat praca zbiorowa – pielęgnacja też przecież mądrzejsza) i czuję się czysta jak świeżo odfoliowany smartfon.

Warto wspomnieć o tym, że po roku użytkowania dysk ani trochę się nie zniszczył. Wygląda dokładnie jak na początku i niczym nie różni się od białasa, którego kupiłam mężowi, bo regularnie podkradał mi moje zielone cudeńko. I jeszcze ta cena! Nic tylko brać. Nawet jeśli się mylę i to tylko kupa zgniłych kartofli, myślę, że za tę kwotę warto spróbować.


Cena: 19 zł
Ocena: 6/6
Dostępność: stacjonarne Sephory i sklep online (szukajcie pod hasłem: płatek peelingujący do twarzy)

czwartek, 20 sierpnia 2015

Grecki sposób na cienie pod oczami: Korres – Vitamin Concealer [recenzja]

Grecka marka Korres na razie mnie nie zachwyciła. Po fatalnym spotkaniu z mocno alkoholowym tonikiem (recenzja), postanowiłam dla odmiany zakumplować się z kosmetykiem z półki makijażowej. Korektor witaminowy z wyciągiem z zielonej herbaty kupiłam wiele miesięcy temu, ale – jak to często bywa u nawiedzonych blogerek urodowych – zapodział się gdzieś w gęstym błocie zapasów. Przepraszam: Zapasów. 


Odnalazłam go półtora miesiąca temu, kiedy przegrzebywałam szafki w poszukiwaniu nieco ciemniejszego korektora pod oczy niż te, których używałam zimą. Okazało się, że on też bardzo ciemny nie jest, bo to pierwszy odcień z palety, ale przy jaśniejszych podkładach wystarczy.  


Korektorów używam przede wszystkim pod oczy. Rzadko miewam brzydkie, ropne pryszcze, a przebarwienia i wszelkie świnkowości wyrównuję podkładem. Wykręcane korektory z pędzelkiem na końcu to chyba najmniej lubiana przeze mnie forma. Bardziej upierdliwe są tylko korektory o konsystencji klasycznej pasty do butów, szczególnie te w niewygodnych, wąsko zakończonych słoiczkach, ale one służą do czego innego – to zazwyczaj gęsta szpachla do zadań specjalnych.  

Pędzelek nic nam tutaj nie daje, bo wcale nie pomaga dobrze rozsmarować warstwy kosmetyku – i tak trzeba użyć palców lub oddzielnego pędzla, więc cała konstrukcja nie ma wielkiego sensu. Poza tym jest wyjątkowo nieestetyczna – końcówka już na zawsze uwalona, trochę obsycha, robi bardzo niemiłe wrażenie i przy każdorazowym otwarciu wyobrażam sobie te miliardy mikroorganizmów wędrujących po włosiu (Luizko, pozdrawiam :*). Oczywiście, mogłabym każdorazowo wycierać wbudowany aplikator, a następnie, dla pewności, go dezynfekować, ale znam tylko jedną osobę na świecie, która być może porwałaby się na tego typu procedury. To nie ja.


Korektor Korres ma problematyczny nie tylko aplikator. Niejednoznaczna jest również zawartość. Jak widzicie na zdjęciu powyżej, ma grudkowatą konsystencję, która przy okazji jest dość sucha i utrudnia aplikację na delikatną skórę pod oczami. Krycie jest zadowalające, odcień ma więcej tonów różowych, ale na skórze wygląda ładnie. Nie uczulił mnie, nie śmierdzi i... to chyba koniec zalet. Z uwagi na niemiłą formułę, co chwilę spotykają nas mniejsze lub większe nieuprzejmości z jego strony. To było powiedziane elegancko, ale czasem odnoszę wrażenie, że korektor jest po prostu złośliwym kutasem kaktusem i robi to wszystko specjalnie: wciska się w każdą najmniejszą nierówność, podkreśla zmarszczki (nawet te, o których istnieniu nie miałam pojęcia), a jeśli próbuję zaaplikować go zbyt późno po nałożeniu kremu pod oczy, rozprowadza się tępo, smuży i najzwyczajniej w świecie go widać. Wcale nie trzeba bardzo się przyglądać, a jeśli nosicie okulary, na pewno zobaczą go wszyscy Wasi interlokutorzy.

Z powyższych względów jestem jak najdalsza od zachęcania Was do zakupu w serwisie Strawberry.net Vitamin Concealera, który aktualnie jest na wyprzedaży i można go nabyć za 25 zł. Marka Korres nie ma go już w ofercie od dłuższego czasu, więc zakładam, że to najostatniejsze ostatki. A nawet ochłapki. Myślę, że może nawet z tej samej partii, z której pochodzi mój grudkowy nieprzyjemniak, co oznacza, że są już stare i gówno warte. Oczywiście, jak zawsze w tych okolicznościach, decyzja należy do Was. Jakby co, ostrzegałam.

Pojemność: 1,5 ml
Cena: obecnie na Truskawce w promocji za 25 zł
Ocena: 2/6
Dostępność: online, wyprzedaż resztek magazynowych


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Po co mi woda winogronowa Caudalie? Po wszystko!

Nigdy nie zwróciłabym uwagi na spray z wodą winogronową Caudalie, gdyby nie Magda na wakacjach i jej miłość do tej francuskiej marki. Wśród wielu pochlebnych słów o różnych kosmetykach Caudalie, jak bumerang powracały zachwyty nad wodą winogronową. A że jest genialna. I że żadna inna, nigdy. I że och. Najpierw wypróbowałam piankę oczyszczającą do twarzy (recenzja), potem kupiłam w aptece zestaw miniatur i przetestowałam kilka produktów (z różnym skutkiem, ale głównie na plus), następnie zauroczył mnie pięknie pachnący olejek do ciała, który dostałam od kochanej Magdy w prezencie gwiazdkowym, aż w końcu M. dokończyła dzieła zatruwania mojej psychiki: w momencie gdy szafki uginały mi się od kosmetyków i właśnie rozpoczęłam kampanię na rzecz pozbycia się nadmiarów, poinformowała mnie, że pewna apteka internetowa ma właśnie fantastyczną promocję na produkty Caudalie. „Zerknij sobie”, rzuciła niewinnie i zostawiła mnie z zachęcająco pokreślonymi cenami i pustym koszykiem czekającym na wypełnienie. 


W ten sposób pod mój dach trafiła wreszcie legendarna woda winogronowa, a wraz z nią serum z witaminą C. Pocieszyłam się tym, że w zapasach nie mam już żadnych wód termalnych i tylko jedno serum witaminowe Aurigi, więc zakupy nie są tak całkiem bez sensu (spoko, kosmetyczny ćpun zawsze znajdzie dobre wytłumaczenie, prawda? a jak nie znajdzie, to ogłosi światu, że nie musi niczego znajdować, bo miał ochotę wydać trochę kapongi na kosmetyki i to jego sprawa, i jego wydana kasa, i jego odpadające dna w szufladach). 
Faktem jest, że woda winogronowa zamieszkała ze mną w bardzo złym momencie, ale gdy zrobiło się ciepło, zaczęłam jej regularnie używać i wtedy stała się jasność. 

W poprzednich latach sięgałam po wody termalne. Testowałam La Roche Posay, Avène, aż dotarłam do najlepszej, czyli Uriage. Uriage jest super, bo nie trzeba jej ścierać z twarzy, a pozostałe tak (to przecież bez sensu! nie po to opryskuję się wodą, żeby zaraz się jej pozbywać, ale podobno tak trzeba, bo inaczej woda wysuszy, zamiast nawilżyć – bessęsuconie). Prawda jest jednak taka, że moja skóra, poza efektem ochłodzenia i chwilowej rześkości, nie widziała różnicy, więc nie byłam w stanie docenić mocy wód termalnych. Krótkotrwały efekt – tyle. Używałam ich chętniej latem do chłodzenia twarzy w upalne dni, a w chłodne miesiące do opryskiwania maseczek i glinek, coby nie wysychały zbyt szybko. Nic więcej nie byłam w stanie wykrzesać z tych butelek z wodą za wcale niemało złotówek, dlatego byłam ciekawa, czy woda winogronowa będzie w stanie zdziałać coś więcej. Jakież było moje zdziwienie...


No bo tak. Tym razem lepiej się skoncentrowałam, a było to łatwe, bo już po pierwszym psiknięciu dostrzegłam różnicę. To bardzo subtelne uczucie, ale z jakiegoś powodu natychmiast poczułam, że woda winogronowa (skład: woda winogronowa + sok winogronowy) nawilża lepiej. Lepiej, bo zauważalnie. Jest bezzapachowym, pięknie rozpylającym się cudeńkiem, które nie zasycha na wiór, tylko daje skórze realne ukojenie. Nie ma też słonego smaku, który często towarzyszy wodom termalnym, przez co wydaje się jeszcze bardziej orzeźwiająca.

Można jej używać w roli toniku – dobry pomysł, bo na lekko wilgotną skórę miło aplikuje się całą wieczorną pielęgnację. Warto pryskać nią twarz po zabiegach drażniących skórę – wyraźnie koi i wszystko wskazuje na to, że również przyspiesza proces regeneracji naskórka. Wciąż mówimy o wodzie, a nie o naszpikowanym składnikami aktywnymi kremie czy serum, ale jak na coś, co jest  tylko wodą, spisuje się rewelacyjnie! To aż-woda, moi drodzy. Serio-serio.
Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by używać wody winogronowej w standardowych rolach, w jakich dotychczas występowały wody termalne: jako spryskiwacz do zmęczonej upałem gęby (bez wycierania!) i jako nawilżacz maseczek i glinek. Aha, dobry efekt daje też opryskanie twarzy wodą winogronową przed aplikacją algowej maski Fantomasa – ten duet daje niewiarygodne ukojenie i nawilżenie. Sprawdźcie koniecznie!

Do plusów dorzucam wysoką wydajność – mam wrażenie, że zużywa się dużo wolniej od termalnej konkurencji. Caudalie jest coraz łatwiej dostępną marką apteczną, dlatego jeśli będziecie mieć możliwość, wypróbujcie ich wodę winogronową, bo naprawdę robi różnicę.

[koniec laurki, Magdo, dziękuję!]

Pojemność: 75 lub 200 ml
Cena: w sprzedaży internetowej od 23 zł za 75 ml i od 35 zł za 200 ml + koszty wysyłki
Ocena: 6/6
Dostępność: apteki stacjonarne i internetowe

piątek, 14 sierpnia 2015

Niezobowiązujący prezent dla kurdupli, prosto z Organique!

Ostatnio nie najlepiej sypiam. Nie, właściwie to sypiam fatalnie, bo mój najdroższy trzylatek z różnych ważnych dla siebie powodów wstaje o wiele za wcześnie* lub ewentualnie budzi się w nocy w bardzo ważnych sprawach**. Potem nadchodzi fala upałów, szukamy wspólnie rozrywki, cienia i wytchnienia, a na koniec trzylatek spada w objęcia Morfeusza, a ja siedzę jak roślina i próbuję nie zasnąć nad czytanką Hugo-Badera. Czytanka jest niezwykle ciekawa (o wyprawie po zwłoki na Broad Peak), a ja mimo wszystko przewijam wzrokiem litery i co kilka minut odpływam. Nie są to najlepsze warunki do komponowania zaawansowanych tekstów na bloga, dlatego dziś zapoznam Was tylko z naszym nowym, małym kolegą, którego przyniosłam Tomkowi z Organique.


Prawda, że wielki z niego słodziak? Uwięziony w pięknie pachnącym mydle glicerynowym krab czeka na ratunek. Trzeba często myć ręce, żeby go uwolnić. Mydlana kra powoli topnieje, a na końcu zostaje z nami gumowy koleś, który będzie świetnym kompanem kolejnych kąpieli lub zabaw na plaży. Do wyboru są też kaczki, delfiny, żaby i inne stwory – mnie akurat zainteresował pomarańczowy skorupiak, bo uwielbiam ten kolor, a kraba w domu jeszcze nie mieliśmy (jak to możliwe? przecież Tomasz ma już WSZYSTKO!). 


Kraby i inne stworzenia można kupić w sklepach stacjonarnych i w internetowym za 13,90 zł lub 9,70 zł (te tańsze są mniejsze). Ja naszego dostałam jako gratis, bo uzbierałam ileś_tam pieczątek na karcie stałego klienta. Miła rzecz i miła odmiana od kul do kąpieli, które są drugą opcją gratisową za pieczątki – dla mnie całkiem bezużyteczną, bo nie mamy w domu wanny.

Pędzę przysypiać nad bardzo ciekawym Hugo-Baderem, a Wam życzę udanego weekendu!


*Dziś na przykład o 5 z minutami.
** 3:30: Mamo! Piciu z butelki, soczek chcę. I historie.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Naturalnie piękna: Lily Lolo – Romantic Rose Natural Lipstick

Kosmetyki mineralne i ja – relacja nieokreślona, dziwna, niejednoznaczna. Z jednej strony zachwyca mnie, że można stworzyć całą gamę produktów makijażowych z naturalnych składników, a z drugiej – uwielbiam różne chemiczne wynalazki i nie potrafiłabym z nich zrezygnować w imię bliskości z naturą. 


Pomadka Lily Lolo towarzyszy mi od ponad roku – kupiłam ją, bo zachęciła mnie entuzjastyczna recenzja Iwetto. Najdziwniejsze jest to, że mój egzemplarz Romantic Rose prezentuje się zupełnie inaczej niż ten ze zdjęć Iwony. Nie wiem, czy to kwestia światła na fotkach, ale z drugiej strony Iwetto opisuje swoją szminkę jako róż z brzoskwinią, a ja tej brzoskwini u siebie nie dostrzegam. Czyżby przy zmianie szaty graficznej opakowań LL ktoś przy okazji pogrzebał w formułach? A może tylko mi się wydaje... Jedno jest pewne: nawet jeśli każda z nas ma inną Romantic Rose, obie ją uwielbiamy. 


Pomadka jest niesamowicie kremowa, a do tego doskonale napigmentowana. Nie ma smaku, nie wysusza ust, chociaż bałam się o to, bo olejek rycynowy dzieli ludzkość na dwie grupy: tych, którym robi dobrze, i niezadowoloną, wysuszoną resztę. Bardzo przyjemnie się rozprowadza, nie podkreśla suchych skórek i można ją nawet uznać za pielęgnującą. Mimo że jest miękka, latem nie zamienia się w opakowaniu w nieestetycznego klejucha, tak jak na przykład pomadki nude z Celii, dlatego nie boję się jej zabierać na całodzienne wyprawy w nieklimatyzowanej torebce. 


O kurde, może to jest pomysł na biznes – opatentować linię torebek z klimatyzatorami! Ha! Kosmetyki, przekąski – wszystko przebywałoby w optymalnej temperaturze, a w razie przegrzania właścicielki istniałaby możliwość wyjęcia wszystkiego ze środka i wsadzenia sobie torby na głowę. Wyborne, doprawdy.


Wracając do Lily Lolo, kolor jest śliczny i bardzo ożywia blade twarze. Jego urok polega na tym, że z jednej strony rzuca się w oczy, a z drugiej – nie jest wyzywający. To piękny, uwodzicielski, nieco przygaszony róż, który w zależności od światła jest mniej lub bardziej ciepły. Swatche robiłam kilka miesięcy temu, jeszcze wczesną wiosną – wtedy pasowała idealnie do mojej pozimowej, anemicznej karnacji. Teraz, kiedy cerę mam o ton lub dwa ciemniejszą, a przy tym wizualnie zdrowszą, bo hemoglobina już w normie, wciąż doskonale do siebie pasujemy. Morał? To pomadka dla wszystkich.  Oczywiście pod warunkiem, że podoba Wam się jej kolor.

Z uwagi na kremową formułę, nie ma szans na to, by długo utrzymywała się na ustach. Nie przetrwa ani tłustej kanapki, ani tortu czekoladowego, a latem szybko wyblaknie również od intensywnych rozmów o życiu, wszechświecie i całej reszcie. Na szczęście schodzi równomiernie, możecie też oszukać system i jako bazę zaaplikować tint.

Chętnie do niej wracam. Gdyby tylko miała lepszą trwałość, byłaby bliska ideału.

Ile: 4 g
Za ile: 48,90 zł
Dostępność: w sklepach internetowych

niedziela, 9 sierpnia 2015

Projekt denko, odc. 28

Sierpień miesiącem postów zbiorczych. No bo przecież wywaliłam dziś siatkę pustych opakowań. Jakże miałabym Wam o nich nie opowiedzieć? Gdybym nie opowiedziała, oznaczałoby to, że wywaliłam siatkę pustych opakowań zupełnie po nic. Nie mogę wywalać śmieci po nic, sami rozumiecie. 


...rozumiecie, prawda?


Balea – Queen of the Night – żel pod prysznic – pachniał ładnie i... dorosło – perfumami kwiatowymi, ale wkurzały mnie zatopione w nim drobiny (podobno z olejkiem). Nie chce mi się do niego wracać, skoro na świecie tyle innych, ładnie pachnących substancji, które nie wnerwiają wątpliwej użyteczności olejowymi perełkami. 

Yves Rocher – Monoi de Tahiti – żel pod prysznic i szampon – smutno mi, że muszę go wywalić w postaci nie całkiem zużytej, ale producent wyznaczył luty 2015 jako datę końcową naszej wspólnej przygody, więc nie mam jaj, by lać go na siebie w sierpniu. Biedaku, stałeś tak daleko na łazienkowej półce... Lubię zapach gardenii tahitańskiej, ale uczciwie należy przyznać, że jest to zapach dla wybrańców, bo prawdopodobnie większość społeczeństwa uzna go za duszący, niemiły i może nawet odrażający. Ja polubiłam gardenię z Polinezji, kiedy używałam suchego olejku YR z tej samej serii. Aha, nie testowałam tego wynalazku w roli szamponu do włosów, bo i bez takich eksperymentów moje kłaki wyglądają marnie. /recenzja suchego olejku Monoi de Tahiti/

Isana – Maracuja & Kokos – kremowy żel pod prysznic z ekstraktem z marakui – zakupiony, bo miniatura żelu pod prysznic z Sephory okazała się o wiele za mała jak na dwutygodniowy, dwuosobowy wyjazd. Żel z Rossmanna kosztował trzy złote, pachniał bardzo ładnie (zgodnie z opisem: egzotyczny owoc podszyty kokosową nutą), nie wysuszał, pienił się radośnie, ale miał jedną tycią wadę: okazał się totalnie niewydajny. Zużyliśmy go w niecałe dwa tygodnie w dwie osoby, przy niewielkim udziale osoby trzeciej. 


Fitomed – Żel do mycia twarzy ziołowy, do cery tłustej i trądzikowej – niedrogi, delikatny, skuteczny, nasze gęby go kochają. Oczy mniej, bo etykieta wciąż nie mieści mi się w głowie, ale z czystym sumieniem mogę polecić ten żel każdej wymagającej, wrażliwej cerze. Nie wysusza, nadaje się dla tłuściochów, mieszańców, normalne skóry też będą zadowolone. Ziołowy zapach nie zachwyca (ale jest mało intensywny), naturalny kolor – podobnie, a jednak z jakiegoś powodu ciągle do niego wracam. A tak, już mówiłam: bo nasze gęby go kochają. 

Garnier – Essentials – Odświeżający tonik witaminowy – tonik, którego regularnie używałam jeszcze w erze przedblogowej. Jest łatwo dostępny, ma bardzo ładny, orzeźwiający zapach, nie zawiera alkoholu i nigdy nie czynił mojej skórze zła. Wróciłam do niego ostatnio po dłuższej przerwie i znowu byłam zadowolona. Znam lepsze toniki (hydrolat oczarowy, tonik Pat&Rub), ale o tym złego słowa nie powiem. /recenzja/

Yoskine – Przeciwzmarszczkowy płyn micelarny (miniatura) – jak bardzo nienormalne i nieuczciwe jest wciskanie ludziom kitu o przeciwzmarszczkowych właściwościach płynu do zmywania gęby? Nigdy świadomie nie kupiłabym czegoś, co reklamuje się w ten sposób, ale akurat ta flaszka dotarła do mnie w jakimś boksie. Wzięłam ją na wyjazd, bo była mała i cieszę się, że już mam ją z głowy, bo nie dość że wkurzyła mnie antiejdżingowym pieprzeniem, to jeszcze miała zupełnie przeciętne właściwości. 


Nip+Fab – Pistachio Sundae – masło do ciała – pisałam o nim niedawno tutaj: /recenzja/. Uwodził zapachem i konsystencją, miał przeciętne właściwości nawilżające. Będę tęsknić, ale prawie niemożliwym jest zdobycie go, więc zróbmy mu ostatnie pożegnanie, uczcijmy to denko minutą ciszy, a potem kontynuujmy nasze życia. 

Organique – Shea Butter Salt Peeling, wersja Bamboo – bardzo porządny zdzierak o ciekawym, niepodobnym do niczego zapachu. Ma taką samą wadę jak wszystkie inne peelingi solne: przy najmniejszym podrażnieniu skóry eksfoliacja staje się cierpieniem. Moje serce należy do scrubów cukrowych.



Pose – Texturizing Face Cream – zapach tego kremu od razu przypomniał mi nieudany eksperyment perfumiarski, jaki wykonałam w wieku lat bodajże ośmiu. Moja olfaktoryczna mikstura składała się z wody, stłuczonych brudnym kamieniem płatków dzikiej róży i... cukru. Do not try this at home. Organiczny krem amerykańskiej marki Pose ma skład godny pochwały, zapach – jak już ustaliliśmy – niegodny, konsystencję lekką i wodnistą, co w połączeniu z higienicznym dozownikiem pompującym dawał mi regularnie kremowe rzygi na podłodze, ścianie i/lub ubraniach. Na początku byłam zniesmaczona, ale z czasem okazało się, że moja cera polubiła ten krem. Nie zapychał, nadawał się pod makijaż, a okresowo przesuszone policzki były zadowolone z poziomu nawilżenia. Nie mam ochoty wracać do tego kremu, ale obiektywnie jest całkiem niezły. 

Vichy – Capital Soleil SPF 50 (wersja matująca) – najlepszy filtr, jakiego używałam. Teraz zmienił nazwę na Ideal Soleil, ale flaki te same, więc nie ma stresu. Dobrze się wchłania, chroni prawidłowo, wyśmienicie współpracuje z przetłuszczającą się cerą i podkładami na niej. Zapach mógłby być ładniejszy, ale kogo to obchodzi wobec tylu innych zalet?

Nivea – Dry Comfort Plus – niezawodna, ulubiona. Nawet mi się nie chce przesuwać wzroku w stronę innych antyperspirantów w kulce, kiedy jestem w drogerii. 


W tym śmieciowisku warto zwrócić uwagę na fakt, że kupiłam na Truskawce jak ostatnia lamerka bazę pod cienie w odcieniu Deep (czyli że producent wymyślił ją dla ciemnoskórych i intensywnie solaryzujących się kobiet). Choć trudno w to uwierzyć, nie jest to główny powód wysłania owej bazy do kosza. Produkt Pauli Dorf okazał się być całkiem niezdatny do użytku – śmierdzi kredkami świecowymi z wczesnych lat 90. (mam nadzieję, że współcześnie kredki świecowe nie mają już tego charakterystycznego aromatu miodu z ucha) i regularnie na wierzch przebija się olejowa warstwa, co oznacza po prostu, że jest stara i zjełczała. Także uważajcie na te wszystkie promocje życia ze Strawberry.net, bo może być niemiło.

Tusz Miss Sporty Studio Lash Volumythic jest bardzo mocnym zawodnikiem, a jego zachęcająca cena (bez promocji ok. 13 zł) sprawia, że ludzkość patrzy na niego jeszcze milszym wzrokiem. Wcale się nie dziwię, bo to dobry tusz z dobrą, silikonową szczotką. Jest bratem bliźniakiem naszego żółtego Lovely Pump Up, chociaż z moich obliczeń wynika, że ten drugi szybciej podsycha (nie mylić z: wysycha – podsychanie jest całkiem okej). Oba tusze dzielnie rozczesują rzęsy i można dzięki nim uzyskać naturalny efekt, który bardzo mi się podoba: zamiast pogrubienia ukazuje wachlarz pojedynczych rzęs – każda jedna oddzielnie od pozostałych. Miła odmiana po moich ulubionych pogrubiaczach.

Jeśli chodzi o próbki, to spodobały mi się wszystkie poza osławionym Bumble&Bumble, który śmierdział, nie dając nic w zamian (z tego co pamiętam, któryś z produktów pachniał beznadziejnie, a któryś nadziejnie, ale nie umiem rozłożyć tych cech pomiędzy zużyte kartoniki).

To już koniec naszej fascynującej podróży do świata pustych i nie całkiem pustych tubek i słoików. Do zobaczenia w kolejnym odcinku!


środa, 5 sierpnia 2015

Moja wakacyjna kosmetyczka, cz. 2: makijaż

Może i zapał ze mną z gór powrócił, ale oko do dobrych kadrów już nie bardzo. Dlatego dziś będzie druga część opowieści o mej wakacyjnej kosmetyczce, którą ozdobi mało udane zdjęcie. Jedno. Mimo wszystko miłej lektury. 


Johnson & Johnson – Clean & Clear – Oil Control Film – bibułki matujące latem to absolutny niezbędnik – nie tylko mój, lecz także mojego zadbanego, wypielęgnowanego, pochodzącego z najlepszej hodowli małżonka. Obydwoje ratujemy się bibułkami, gdy to tylko możliwe, ale akurat na tym wyjeździe nikt nie pamiętał o byciu superpięknym przez całą dobę, więc bibułki przeleżały w kosmetyczce. Clean & Clear to typ mojej znajomej – tak zachwalała, że musiałam je wypróbować (okazało się, że do zdobycia tylko online, ja kupiłam na Allegro) i faktycznie dobrze wszystko wysysają. To właściwie nie są bibułki, tylko arkusze dziwnego, miękkiego tworzywa. Warto wypróbować, ale w sumie Ingloty też dobrze dają radę, więc nie polecam wypruwania sobie flaków w celu zdobycia Clean & Clear.

Mimo że chciałam być na górskich szlakach księżniczką cipką, nie zabierałam ze sobą intensywnych kolorystycznie pomadek. Och, bez przesady. Do kosmetyczki trafiły dwa neutralne pewniaki: błyszczyk Laury Mercier w odcieniu Cherub i pomadka nawilżająca o mokrym wykończeniu: MAC Patentpolish w odcieniu Revved Up. To nowy nabytek (przy okazji: podobno Patentpolishe weszły do stałej sprzedaży, dobra nasza!). Wiedziałam, że jak je zjem i nie ponowię aplikacji, absolutnie nic się nie stanie. I zjadałam. I się nie przejmowałam. I wdrapywaliśmy się dalej.

MAC – róż mineralny w odcieniu Dainty – a to prezent od małżonka. Pochodził z mojej listy wymarzonych prezentów, więc nie był zaskoczeniem, ale zaskoczyło mnie to, jak pięknie ten róż wygląda zarówno na bladej, jak i opalonej cerze. Delikatny efekt, dyskretny połysk, zero kiczu i przesady. Użyłam parę razy, ale Tatry go nie zobaczyły, bo: och, bez przesady.

Mariza Selective – puder ryżowy – okej, to było trochę głupie. Nie znoszę babrać się w pudrach sypkich, na wyjazdy ludzkość wymyśliła pudry prasowane, ale mój Blot Powder z MAC-a się kończy, a ja niedawno odkryłam, że pudry ryżowe i bambusowe bardzo służą mojej ufajdanej smalcem gębie. Wkurzałam się na niego przy aplikacji, bo albo za mało leciało z dziurek, albo za dużo, albo cały kosmos był wypudrowany, ale faktycznie dobrze działał, za co chwała mu i cześć. Nie używałam go jednak zbyt często, bo w górach wystarczała mi cienka warstwa podkładu, a że  spędzałam w nich większość wolnego czasu, to wiadomo, że wiadomo.

próbka Chloé Love Story – uroczy, letni, dziewczęcy zapach, ale (oświadczam to z przykrością), ja już na niego chyba jestem za stara.

Benefit – Gimme Brow – od kiedy zobaczyłam, jak mogą wyglądać moje brwi po użyciu czegokolwiek_do_brwi, nie odpuszczam tego kroku w makijażu. Wszyscy mieli rację: brwi powinny być wyregulowane i podkreślone. Przynajmniej moje. A Gimme Brow wymiata!

korektor Flormar – Perfect Cover nr 02 – mój ulubieniec pod oczy (i nie tylko), chociaż po tym wyjeździe doszłam do wniosku, że przydałoby mi się na lato coś odrobinę lżejszego (nie ma problemu, przegródka z korektorami – podobnie jak ta z tuszami, pudrami, różami, podkładami... – ma się świetnie, na pewno znajdę tam coś właściwego). Przy spoconej gębie Perfect Cover zbiera się w zmarszczkach, tylko czy inny, lżejszy, by tego nie robił? We'll see.

Guerlain – Tenue de Perfection w odcieniu 01 Beige Pale – już myślałam, że wystawię go na sprzedaż, bo gdy kupiłam ten podkład wczesną wiosną (przez net), okazał się o wiele za ciemny i jeszcze miałam wrażenie, że oksyduje. Postanowiłam dać mu czas do lata i to był dobry pomysł – teraz jest akurat, a na wyjeździe sprawdził się dos-ko-na-le! Nawet gdy pot lał mi się po twarzy i tyłku, on wciąż nieźle się trzymał, najbardziej ścierał się z nosa, ale nie widziałam jeszcze podkładu, który poradziłby sobie ze spoconym, zalanym sebum kinolem.

Zabrałam ze sobą aż trzy tusze do rzęs, ale w moim przypadku to nic niezwykłego, bo w domu zawsze mam otwartych kilka sztuk (np. jeden świeży i schnie, by działać, jeden mocniej pogrubiający, jeden do dolnych rzęs lub delikatnego makijażu, jeden już prawie do kosza itd.). Tatrzańskie szlaki oglądały ze mną:

Sephora – Outrageous Curl – Dramatic Volume And Curve Mascara – pogrubia bosko, ale jest totalnie niewodoodporny, więc po pierwszej wycieczce i obejrzeniu zdjęć z pieczątkami na powiekach, odpuściłam dalsze próby bycia Aż Tak Piękną Księżniczką. PS Czemu chłop NIGDY nie powie, że się rozmazałaś i wyglądasz jak idiotka?

MAC Extended Play Gigablack Lash – naturalny efekt, żadnych problemów z osypywaniem, ale powoli będziemy się żegnać, bo wygląda, jakby się kończył.

Lancôme – Hypnôse Volume-à-Porter – miniatura, którą dostałam od przemiłej konsultantki w Sephorze (specjalnie leciała po ten tusz na zaplecze, także bądźcie czujne, sensowne próbki TAM SĄ, tylko ONI JE DOBRZE UKRYWAJĄ). Tusz zapowiada się bardzo dobrze, precyzyjny, dobra jakość, do dolnych rzęs jak znalazł.

Tyle tuszów, co tam jeszcze było...

Ingrid – czarna kredka automatyczna – nie pamiętam, jak się nazywała, a napis dawno temu się wytarł. W każdym razie kredka jest super, bo miękka, intensywna i nie trzeba jej temperować. Lubię, używam, czarne kredki rządzą.

Urban Decay – Naked 2 Basics – zakochałam się w tej paletce! Jest idealna na wyjazdy, na co dzień i na zawsze. Mam ją od niedawna i wracam wciąż i wciąż, szczególnie w takie dni, kiedy chcę mieć podkreślone oko na dolnej linii rzęs, więc muszę coś machnąć na powiekach, żeby nie wyglądało łyso. Idealna do mejkapu-nołmejkapu, ale da się nią wyczarować coś mocniejszego. Tonacja raczej chłodna, same maty i gdyby nie cena, rzekłabym bez wahania, że każda z Was, która lubi naturalne kolory w makijażu, powinna ją mieć. Z powodzeniem zastąpiła moją ulubioną czwórkę L'Oreal The Color Of Hope nr 415 Royal Grace.

Sephora – Sol de Rio LE – puder brązujący z zeszłorocznej letniej kolekcji, który cudem ucapiłam w niepozornej, małej Sephorze na Ursynowie. Pokochałam go wtedy od pierwszego wejrzenia, ale długo zastanawiałam się nad zakupem i po tym, jak już myślałam, że straciłam go na zawsze (na szczęście z happy endem), obiecałam sobie, że nigdy więcej nie będę zwlekać z zakupami kosmetyków, do których serce bije mi mocniej, a mają czelność być limitowane. Całą historię tego matowego, gigantycznego bronzera możecie przeczytać tu: klik. Po roku wciąż się nim jaram, a duże lusterko było moim wybawieniem przy wyjazdowym tworzeniu mejkapu.


Do tego zestawu dołożyłam kilka niezbędnych pędzli, w tym m.in. bardzo udany Mini Kabuki z Lily Lolo, w góry pojechałam szczęśliwa i spokojna, bo wyglądałam jak zwiewna królewna za każdym razem, gdy miałam na to ochotę (między innymi gdy trawił mnie jakiś podły jelitowy wirus, którego na klopie znosiłam z: godnością, podniesionym, lekko spoconym czołem i w pełnym makijażu).

I tyle. Same niezbędniki!

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Moja wakacyjna kosmetyczka, cz. 1: pielęgnacja

Witajcie po taaaaaaakiej długiej przerwie! Stęskniłam się za tym miejscem, podobnie jak za Waszymi blogami, ale tęsknić zaczęłam dopiero pod koniec ubiegłego tygodnia, bo wcześniej jakoś nie miałam czasu ;). Dziękuję za wszystkie wakacyjne życzenia – udało się zarówno z pogodą, z humorami, jak i z Tomkowym zdrowiem. Niestety, na koniec sama matka Tomasza zaniemogła i ominęły ją co najmniej dwie fantastyczne górskie wyprawy, ale i tak było świetnie, bateryjki naładowane, zatem wracam do Was pełna energii i zapału do klepania literek.

Na początek postanowiłam podzielić się tym, co wpakowałam do dwóch wyjazdowych kosmetyczek. Oto kosmetyczka numer jeden, pielęgnacyjna:


1. OCHRONA WŁOSÓW: Farmona – Jantar – Mgiełka do włosów nawilżająco-ochronna

Na początek, przewrotnie, przedmiot zupełnie nieistotny. Nie bardzo wiem, jak mgiełka, zawierająca mnóstwo alkoholu, miałaby skutecznie nawilżać, ale spoko – nie po to ją zabrałam. Głównym celem było zdenkowanie tego w cholerę, bo szanowna mgiełka od miesięcy zalegała w łazienkowej szafce, a teraz wreszcie miałam dobry powód, by jej używać: wielogodzinne smażenie włosów w pełnym słońcu. Nie wiem, czy włosy są szczęśliwsze po Jantarze, ale ja na pewno tak, bo zostało już tylko pół butelki i nawet zaczęłam wierzyć, że mgiełka faktycznie ma w sobie jakieś ochronne moce. Jedno trzeba przyznać: miło było psikać nią włosy i chłodzić się w ten sposób. Przyjemny zapach dodatkowo umilał procedurę. Woń alkoholu nos łaskawie pomijał. Gdybym jednak miała lecieć na moje górskie wakacje samolotem, Jantar z pewnością zostałby w domu i uznałabym go za zbędny balast.

2. GDY ZDARZY SIĘ SŁONECZNA SKUCHA: BingoSpa – Chłodzący żel po opalaniu z aloesem

Opalaliście się kiedyś z aloesem? Ja nie. Z książką, z mężem, ale z aloesem? Dziwny pomysł. Poza tym chłodzący żel wydał mi się sensownym kosmetykiem na wyjazd. Tak się złożyło, że dwa tygodnie wcześniej, kiedy wyskoczyliśmy z mężem na szybki tatrzański weekend rozgrzewkowy, żel faktycznie okazał się przydatny. Zjarałam sobie ramiona jak ostatnia kretynka, bo nie wpadłam na to, żeby ponowić aplikację filtra przeciwsłonecznego. Szkoda, że takie żele nie naprawiają uszkodzeń, ale efekt chłodzenia był konkret. Mentol + kamfora = Carmex MOC. Nawilżenia brak, ukojenia brak, folii ochronnej w słoiku również brak.

3. POD OCZY: Nuxe – Contour des Yeux Prodigieux

Od kiedy zobaczyłam pod oczami całkiem konkretne formacje zmarszczkowe, nie ruszam się z domu tudzież skądkolwiek bez aplikacji kremu pod oczy. Testuję ciągle nowe, bo jedne są za słabe, inne dobre, ale i tak wciąż szukam ideału. Nuxe to krem, którego zaczęłam używać tuż przed wyjazdem, dlatego za wcześnie na Baśń o Kremie, na plus na pewno zapach (ten sam, który jest w suchym olejku, tylko dużo łagodniejszy) i fakt, że mieszka w higienicznym opakowaniu typu airless. 

4. NA NOC: Olej z awokado 

Olej jak to olej. Jest oleisty i działa. Awokado używa się głównie po to, by ratować suchą skórę – taką po opalaniu również. Pomyślałam więc, że będzie to doskonały odpowiednik kremu na noc. Smarowałam nim twarz wieczorem, nie pomijałam również okolicy pod oczami. Tym razem nie mam wątpliwości, że skóra była mi wdzięczna, bo – po wielu godzinach kontaktu ze słońcem i wiatrem – wsysała każdą kroplę w ekspresowym tempie.

5. ŻEBY PACHNIAŁO: Calvin Klein – Endless Euphoria EdP

Śliczny, kwiatowo-owocowy zapach na lato, niestety – bardzo nietrwały. Mam z tym Calvinem straszny ból dupy, bo zapach naprawdę mnie zauroczył, ale nie zwykłam nosić perfum w torebce (jak moja mama) i dopsikiwać się w razie potrzeby. Tę sporych rozmiarów miniaturę dostałam w boksie Sephory (kocham boxy Sephory!!) i już ostrzyłam zęby na pełnowymiarową butlę, ale chyba zrezygnuję. Albo nauczę się dopsikiwać.

6. ŻEBY SIĘ NIE OPALIĆ ZA SZYBKO I ŻEBY NIE ZA WOLNO: Kolastyna – Emulsja do opalania SPF 30 

Miałam kupić jakiś sensowny filtr w Super-Pharmie, ale nie dotarłam. Kiedy kupowałam kilka wyjazdowych niezbędników w znienawidzonym Carrefourze pod domem, wpadły mi w oko butle Kolastyny i postanowiłam jedną z nich zabrać do domu, bo ta nazwa kojarzy mi się z koloniami, młodością i beztroską. Kolastyna, jak my wszyscy przez te lata, ewoluowała i wydała na świat emulsję z „aktywatorem produkcji melaniny”, co ma podobno przyspieszać opalanie w mniej słoneczne dni (szok, niedowierzanie). Wzięłam, smarowałam, skóra ocalała przed poparzeniami w miarę świnkowej możliwości. Konsystencja, zapach, wchłanianie – w porządku. Przynajmniej nie zamieniała nas w połyskujących na fioletowo dziwaków, co przydarzyło nam się po użyciu filtra Biodermy SPF 50 dla niemowląt i dzieci. 

7. ŻEBY SIĘ NIE OPALIĆ NA GĘBIE NI TROCHĘ: Vichy – Ideal Soleil SPF 50

Jeśli filtr na twarz, to tylko Vichy, pięćdziesiątka, matujący. Matuje niezbyt oszałamiająco, ale też się nie lepi i nie razi tłustym blaskiem. Dobrze współpracuje z podkładem, ładnie pachnie, nie bieli. Lepszy od mocno bielącego, śmierdzącego Hyseaca z Uriage. Kupujcie, smarujcie, nie dajcie się słońcu. 

8. SERUM DO... CZEGOŚ TAM: Organiczne Serum Babuszki Agafii, 35-50 lat

Wklepuję od kilku tygodni bez przerwy, bo się przyzwyczaiłam i dlatego, że ma pipetę, a ja uwielbiam butelki z pipetami. Aha, i podobno intensywnie odżywia oraz opóźnia powstawanie zmarszczek. Wierzę, więc wklepuję. Nie wzięłam typowego nawilżacza do twarzy, więc musiało wystarczyć to serum w duecie z filtrem. Nie wystarczało, ale od czego jest olej z awokado na noc?

9. ŻEBY POD PACHAMI NIE ŚMIERDZIAŁO: Nivea Dry Comfort Plus

Smaruję kulką lewą pachę, potem prawą, a potem przez cały dzień nie śmierdzi. Czary. PS Wersja Anti-Stress nie działa.  

10. DO ZMYWANIA Z TWARZY... WSZYSTKIEGO: Fitomed – Żel do mycia twarzy, ziołowy, do cery tłustej

Uwielbiam go. Śmierdzi ziołami, ale delikatnie; zmywa nieczystości dnia całego, ale łagodnie; wymyślono go do cery tłustej, ale ja mam mieszaną i jestem zachwycona. Niestety, etykieta na opakowaniu jest tak ohydna, że musiałam przelać go do bezdusznej, białej minibuteleczki. Okej, to nie był główny powód, ale przy okazji stało się coś dobrego. 

11. GDYBY SYF WYSKOCZYŁ: Jadwiga – Polska papka do cery trądzikowej 

Zabrałam na wszelki wypadek, bo nie ma nic skuteczniejszego od kamforowego lejucha pani Jadzi. Bolesne, ropne parchy giną, zanim zdążą skutecznie wystawić swe przebrzydłe głowy. Na szczęście nie było potrzeby.

12. DO RĄK, GDYBY KTOŚ MIAŁ OCHOTĘ:  L'Occitane – tyci krem do rąk, średniej jakości

Nie zwykłam przejmować się potrzebami dłoni, kiedy jestem w górach. I bez tego mnóstwo jest zachodu z pozostałymi częściami ciała. Pomyślałam jednak, że może ktoś będzie miał ochotę wmasować w rąsie trochę pachnącego kremu. Pomyślałam też, że jeśli tak się stanie, będzie to zryw jednorazowy. Na tę okoliczność doskonale nada się ten krem – pomyślałam, ale ostatecznie i tak nikt nie miał ochoty.

13. BY USTA BYŁY W PIELĘGNACYJNYM RAJU: DM Sun Dance, SPF 50, sztyft ochronny

To mój wakacyjny debiut. Dotychczas nigdy nie zabierałam na wyjazdy pomadek ochronnych z wysokim filtrem. Zdarzało się zabierać pomadki ochronne bez filtrów, a i one nie cieszyły się zwykle powodzeniem. DM-owym bezbarwnym, bezsmakowym sztyftem uraczyłam usta może ze dwa razy. To były piękne chwile dla ust, ale jakże ulotne.

14. DO CIAŁA: Sephora – miniatura kremu do ciała o męskim zapachu, hm.

Czy już mówiłam, że uwielbiam Sephorowe boxy z miniaturami? W jednym z nich przybył do mnie ten krem. Format idealny na wyjazd, mogłoby się wydawać. Okazało się jednak, że format owszem, jest dobry, ale na wyjazd weekendowy, a nie dwutygodniowy. Cóż za niespodzianka: cielsko o wiele za obszerne jak na taki maluśki słoiczek. Zatem, żeby przypadkiem nie zabrakło kremu z maluśkiego słoiczka, ograniczyłam aplikację do dwóch razów. Geniusz? Przechera? A może... wakacyjny leniwiec? Krem spoko – nawilża przyzwoicie i ładnie pachnie tanią wodą po goleniu. Dla mnie bomba,

15. BAKTERIE, WON! Venus – Myjący, antybakteryjny żel do rąk

Nie miałam faworytów w tej kategorii, dlatego wzięłam pierwsze, co znalazłam w Rossmannie. Po górskich odwiedzinach Luizy okazało się, że powinnam była wziąć pierwsze, drugie i trzecie z Bath & Body Works, ale przecież ja nie chodzę do Bath & Body Works, więc kto mógł przypuszczać, że?
Jeśli zaś chodzi o samą ideę żelu antybakteryjnego, nie wyobrażam już sobie świata bez niego. Brudne rączki Tomasza + „Suchą bułę chcę” = Suchą bułę mam, jeśli wytrę rączki żelem. A że i moje przy okazji się wycierają...

W zestawianiu pominęłam to, co oczywiste, czyli żel pod prysznic, mydło w płynie, żel do higieny intymnej, szampon. Zapomniałam dorzucić do rodzinnej fotografii dziadka micela z firmy Yoskine, ale będzie o nim w denku, które już niebawem.

Dobrej nocy/przemiłego dnia! Lecę oglądać Wasze wakacyjne kosmetyczki.