piątek, 17 lipca 2015

Przerwa w nadawaniu

No to tego, ja lecę. A właściwie to jadę. Z mężem, synem i pięćdziesięcioma torbami. Rozpoczynamy przygodę z cyklu: Urlop w Górach z Trzylatkiem, życzcie nam powodzenia, pogody i zdrowia, bo jeśli któraś z tych rzeczy zawiedzie, to... sami wiecie. Będzie nietęgo. 


Całuję czule, już za Wami tęsknię! Do przeczytania za około dwa tygodnie. 

A.

wtorek, 14 lipca 2015

Radość z kopuły. The Body Shop: Honey Bronze Highlighting Dome 02

Dziwna sytuacja. Nowa, letnia linia kosmetyków kolorowych The Body Shop ma w nazwie bronze, produkt, o którym dziś Wam opowiem, ma właściwości różu w kremie, a producent nazwał go Highlighting Dome, czyli... hmmm... rozświetlająca kopuła. To wszystko jest bardzo logiczne. 


Jak mnie to cieszy, że nazwa Highlighting Dome może być tak głupio tłumaczona. Brnijmy w to dalej, proszę. Kopuły są dostępne w trzech odcieniach: 01 Golden, 02 Pink i 03 Bronze. Nie miałam w rękach dwóch pozostałych, ale nazwy wskazują, że pierwsza z nich może być złotym rozświetlaczem, moja – połyskującym różem, a trójka to pewnie bronzer z drobinkami lub ewentualnie rozświetlacz dla ciemnoskórych obywatelek świata. Kosmetyki mieszkają w słoiku, który bardzo przypomina mi opakowanie kremu pod oczy Yves Rocher, tyle że tamten jest... bezkopułowy. No dobra, już przestaję.

Cała kolekcja Honey Bronze nie jest pomysłem nowym – The Body Shop zaprezentował ją już w 2011 roku. Wtedy można było kupić m.in. puder rozświetlająco-brązujący, nektar do ust, olejek brązująco-opalizujący. Teraz miodowa edycja powraca w chwale, z nowymi produktami, tylko po to, by znów zrobić z Was finansowych golasów na rzecz uzupełnienia kolekcji o Absolutnie Niezbędne Kosmetyki. Tym razem mamy do wyboru wspomniane Highlighting Dome'y, preparat opalający nogi i brązujący żel do twarzy, który mam, bo mama naniosła towaru (znowu!), ale jeszcze nie próbowałam. Boję się efektu salamandry plamistej – wystarczy, że po weekendzie w górach mam czerwone łydki, brązowo-świnkowy trójkąt nad cyckami i opaleniznę robotniczą na rękach. Wyglądam zjawiskowo. Ale na pewno niedługo wypróbuję ten żel, tym bardziej że producent obiecuje efekt chwilowy – wyłącznie do momentu demakijażu. 


Highlighting Dome nr 2 to brzoskwiniowy róż ze złotym shimmerem. Piękny, naturalny odcień, utkany nienaturalnymi drobinkami, które po roztarciu są prawie niewidoczne, co zwraca pulasom zdrowy, pierwotny wygląd. Czyli klasyka: najpierw mamy naturalnie zjaraną cegłę na policzkach, potem starannie ją szpachlujemy, tylko po to, by na koniec znowu zjarać owe policzki czymś przypominającym prawdziwy rumieniec misi wstydnisi. My, kobiety, jesteśmy takie logiczne!

Na zdjęciu w wersji nieroztartej: bardzo różowy, bardzo połyskujący.

Zawsze mi się wydawało, że nie umiem używać kremowych różów, ale to chyba jak z moją babcią: nie próbowała nigdy gotowanej kukurydzy, ale jej nie lubi. Róż ma bardzo przyjemną, kremową, a zarazem zbitą konsystencję (100% sztyftu w sztyfcie) i można nakładać go na co najmniej trzy sposoby: nabierać na palec, a potem rozsmarowywać; przejechać sztyftem po policzkach i rozetrzeć lub po prostu zaaplikować pędzlem odpowiednim do kremowych produktów. Próbuję znaleźć sens dla sformułowania „co najmniej trzy sposoby”, ale jedyny czwarty, jaki przychodzi mi do głowy, to użycie zaklęcia, które zrobi za Was całą robotę. Ja go nie znam, a „czary mary, różowe policzki i wary” nie działa. Niestety.


Hmm, wrzuciłam te zdjęcia, ale nie wiem, czy coś prawdziwego Wam powiedzą. Przy zachodzącym słońcu i grze cieni wyszło bardziej jak konturowanie bronzerem, a kopuła o numerze porządkowym 2 mimo wszystko nadaje polikom nieco różowego życia. To bardzo naturalny efekt, który ogromnie mi się podoba, bo nadaje się na co dzień i będzie pasował do większości dziennych makijaży o każdej porze roku. Złote mikrodrobinki po roztarciu są praktycznie niewidoczne, za to ładnie odbijają światło. Oczywiście jeśli macie ochotę na efekt kraszanki, nie ma problemu. Recepta: więcej różu, mniej rozcierania. Honey Bronze Highlighting Dome ma dobrą trwałość, co znaczy, że jeśli nie dłubiemy przy twarzy i nie wycieramy jej w czyjś sweter, ładnie ożywione poliki będą nam towarzyszyć przez wiele godzin. Dla mnie bomba.

Ile: 6,5 g
Za ile: 39 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: wyłącznie w salonach The Body Shop

czwartek, 9 lipca 2015

Projekt denko, odc. 27

Zużyte opakowania po kosmetykach fruną do kosza niczym zgniłe, jesienne liście na szyby samochodów. Lub gołębia kupa na karoserię. Lecą niespiesznie, lecz nieuchronnie. Żegnajcie. Papa. Miłego dnia. Dziś transparent pożegnalny trzymam dla:


Intra – Noci di Karitè – balsam do ciała – kupiłam go kiedyś w Hebe, ale długo musiał czekać na debiut. Gdy już nastąpiło uroczyste naciśnięcie pompki, okazało się, że ani to ładnie nie pachnie, ani nie oszałamia jakością. 98%, które wali Wam po oczach z etykiety, nie dotyczy zawartości procentowej masła shea w balsamie, tylko tego, jak wiele jest natury w ciemnobrązowej, plastikowej butelce. Skład faktycznie przyzwoity, ale działanie tylko poprawne. Nawilża, ale zostawia wyczuwalną warstwę ochronną, a do tego nie umila nam życia zapachem. Nie dla mnie on.

Balea – balsam o zapachu figi i czekoladowego tortu – jeśli lubicie zapach kakaowego kremu do ciała marki Isana (który – nawiasem mówiąc – nawilża przecudownie!), balsam Balei zwali Was z nóg. A nie, już nie zwali, bo to była moja skitrana gdzieś w rogu szafki tuba z pradawnej limitowanej edycji. Jak ja nie znoszę limitowanych edycji kosmetyków pielęgnacyjnych. W tym miesiącu balsam stracił ważność, a ja zdążyłam go zużyć w ostatniej chwili. Zrobiłam to z wielką przyjemnością, bo aromat był wyjątkowy (to taka dużo przyjemniejsza, łagodniejsza i bardziej wysmakowana wersja Isany), ale cóż z tego, skoro było, minęło i nie wróci?

I Love... Raspberry & Blackberry – krem do rąk – bardzo lubiłam jego malinowy, nieco sztuczny zapach, a parafina służyła moim dłoniom, mimo że teraz jest moda na to, by jej nie lubić w każdych okolicznościach. Mnie było miło poznać, choć nie zamierzam wracać, a polska cena (19,90 zł w Douglasie online) też nie bardzo zachęca. /recenzja/

Auriga – Flavo-C Forte – serum z witaminą C (15%) – to witamina tak bardzo ce, że już przy odrobinę podrażnionej cerze potrafi obszczypać i sprawić użytkownikowi jawną przykrość. Poza tym jednym mankamentem ma same zalety: napina, lekko rozjaśnia plamy barwnikowe i podobno wzmacnia naczynka (to ostatnie u mnie nie do zweryfikowania). Ogólnie mówiąc: poprawia strukturę skóry, a więc i odbudowuje, i wojuje ze zmarszczkami. Efekty są wyraźne i jestem absolutnie przekonana, że warto lać sobie ten (za) rzadki płyn na gębę. Jedyną niedogodnością może się okazać niemiły zapach, ale mnie on ani trochę nie drażni. /recenzja wersji 8%/

Coryse Salomé – Competence Anti-Age Firming Throat Cream – z serii: czego to ludzie nie wymyślą, czyli krem do szyi. To mój pierwszy i na razie jedyny eksperyment tego typu. Pisałam o nim tutaj: klik. Wygląda na to, że faktycznie robi dobrze szyi i bruzdom na niej (to znaczy im w zasadzie robi źle). Przy pierwszym opakowaniu wcierałam regularnie i widziałam różnicę. Niestety, przy drugim mój zapał zakryty kupką słomy sfajczył się do cna. Wcierałam krem raz na kilka dni lub tygodni, więc całkiem bez sensu. Tymczasowo porzucam projekt odrestaurowywania szyi. Smarować w trybie „jak mi się przypomni” mogę ją czymkolwiek, co mi wpadnie w ręce.


Garnier – Essentials – Odświeżający płyn do demakijażu oczu – przeznaczony do skóry normalnej i mieszanej, ale jakie to ma znaczenie w kontekście delikatnej skóry wokół oczu? Producentów jak zwykle poniosła fantazja, musieli dopasować kolor butelki do istniejącej już serii i tak właśnie to wyszło. Sam płyn zmywa dość dobrze, ale znika z butelki, zanim zdążycie się zastanowić, czy na pewno kupiliście ją pełną. Lubię tę serię, tonik też jest bardzo spoko /recenzja toniku/

Yves Rocher – Pure System – Pore Minimizer – oczyszczający tonik do twarzy, choć bardziej pasowałoby do niego słowo „szczający”, bo obszczywa skórę swym galaretowatym, pełnym alkoholu jestestwem, co daje nam tyle, że nasza twarz śmierdzi i wcale nie jest czysta. Do dupy to, mówię Wam. /minirecenzja/

Balea – Augen Make-up Entferner – płyn do demakijażu oczu z DM-u kupiłam na jednym z krótkich wyjazdów, na który zabrałam tonę kolorówki „bo może się przyda”, a zapomniałam wrzucić do walizki czegoś, co tapety z gęby skutecznie się pozbędzie. „Bo może się przyda” też nie wypaliło – z tego co pamiętam, zamiast wystylizować się na gorącą kotkę i ruszyć z mężem w miasto o północy, wskoczyłam w kraciaste portki od piżamy i zaległam w hotelowym łożu w celach zupełnie nieerotycznych. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że na zewnątrz było zimno i ohydnie, ale i tak mi trochę głupio. Matka na baletach, dobre sobie. Zapominalscy muszą odbyć srogą karę, a moja polegała na tym, że płyn marki własnej DM-u zmywał makijaż opornie i jeszcze do tego potrafił obszczypać i tak już podrażnione bezskutecznym pocieraniem oczy. Nie planuję powrotu.

EDIT: chodzi o płyn jednofazowy, dwufazówka sprawdza się lepiej.

Shiseido – Benefiance – czy to tonik, czy inszy koszmar, nie mam pojęcia, ale ja już nie zamierzam go więcej dotykać. Był w jakimś kosmetycznym boksie (przestałam subskrybować, co za ulga) i cieszę się, że mogłam go przetestować, bo może kiedyś do głowy przyszłoby mi coś tak głupiego, jak kupienie tego czegoś w pełnym wymiarze za 166 zł/150 ml. Alkoholowa, klejąca i śmierdząca babcinym pudrem słabizna. Zużyłam z obrzydzeniem, mając nadzieję, że może długofalowo coś da mojej skórze.

Bioderma – Sensibio H2O – kategorię płynów do gęby ratuje jak zwykle niezawodna różowa Bioderma. Jest gorzka, ale poza tym to królowa demakijażu. Zamierzam ją zdetronizować czymś świetnym i niegorzkim – testy trwają.


The Body Shop – Banana Shampoo – uwielbiam zapach tej serii. Szampon i odżywka pachną po prostu oszałamiająco, w ogóle niechemicznie (czego nie można powiedzieć o koledze Kallosie poniżej), to bardziej suszone niż świeże banany, ale aromat jest boski! Duet bananowy wielbię, nie zważając na to, że lepiej sprawdziłby się na grubszych, bardziej mięsistych włosach, bo moich nie odbija od nasady, a bardzo bym chciała, żeby to robił (mógłby też tańczyć lambadę i zapalać świeczki  w sypialni). Szampon TBS będę kupować, dopóki go nie wycofają (znając moje szczęście, to już niebawem, więc róbcie zapasy!), odżywkę pewnie też, bo jestem uzależniona od bananowych kosmetyków i słodyczy. Oba kosmetyki są dobre i wspaniale wygładzają włosy, a to już wystarczający powód do zakupów (niestety, nie widziałam tego duetu na przecenach ostatnimi czasy, ale 25 zł za butelkę to jeszcze nie majątek).

Kallos – Banana Shampoo – w słoiku po czymś z Organique przybyła do mnie duża odlewka szamponu Kallosa (dzięki, Martyna!). Zapach syntetycznego banana mimo wszystko mi się spodobał, a już najbardziej działanie: moje włosy dawno nie były takie miękkie, sypkie i miłe w dotyku. Odżywka z tej serii cienkie piórka już trochę obciąża, ale szampon? Mistrz. Niestety, moje kosmetyczne fatum niepokojąco wysyła sygnały, że coś jest nie tak: pokochałam szampon bananowy, a więc ze wszystkich sklepów natychmiast zniknął, wszędzie widzę tylko odżywki. Kilkanaście złotych za wielką flachę tego czegoś do włosów zdecydowanie jest warte grzechu. Jedyny minus to zbyt lejąca konsystencja. Kocham bananowe kosmetyki. I bananowe haagen-dazsy. 

Joanna – Naturia – szampon z pokrzywą i zieloną herbatą – kupiłam go, bo widziałam kiedyś u Anwen, że poleca Naturie jako dobre szampony oczyszczające. Stosowałam go więc raz na tydzień lub półtora, i tak nie mając pojęcia, co robię, bo na pielęgnacji włosów guzik się znam. Wam mogę powiedzieć, że szampon jest tani, ale niewydajny i że pachnie identycznie jak zielona Elizabeth Arden, co akurat uznaję za niesamowitość i duży plus. 

Farmona – Radical – Serum ziołowo-witaminowe do włosów zniszczonych i wypadających – nie mam pojęcia, czy coś robi, ale ładnie pachniało ziołami. To chyba była miniatura.


Balea – mydło w płynie Mleko & Miód – kolejne opakowanie uzupełniające. Gdy tylko mam okazję być w DM-ie, zabieram ze sobą któryś worek – mleko z miodem ma miły, niedrażniący zapach, ale przyjemna jest też wersja brzoskwiniowa i kokos z nektarynką. Mydło Balei nie wysusza dłoni i niewiele kosztuje, czyli same plusy.

Yves Rocher – Red Berries Smoothie – kremowy żel pod prysznic – taaaak, wypowiedziałam wojnę zapasom i wychodzą takie kwiatki. Ta wersja żelu YR to jedna z limitek, których już dawno nie ma w sprzedaży, a szkoda, bo – podobnie jak w przypadku Baleowego balsamu – zapach i właściwości mnie urzekły. No ale nieważne. 

Marion – Body Therapy – Żel peelingujący do ciała, wersja mleczko kokosowe – pachnie dość sztucznym, ale nie najgorszym kokosem, peelinguje nędznie, lepiej wybierzcie peelingi pod prysznic Joanny z serii Naturia. Polecam drobnoziarnistego grejpfruta i gruboziarnistą gorzką pomarańczę. Czarna porzeczka jest cienka jak dupa węża. 

Isana – żel pod prysznic Mleko & Miód – właściwości przeciętne, ale zapach mnie rozczarował, więc nie planuję powrotu. 


Porządki w kolorówce idą pełną parą. W tym miesiącu do kosza poleciały produkty nie tyle zużyte, co... przeżyte. I w dużej części niestety beznadziejnie słabe. Mamy tu więc m.in. najgorszy base coat świata, pomarańczową bazę pod cienie, gówniany tusz do rzęs i fajnie opakowaną próbkę za ciemnego podkładu. Wart grzechu był jedynie błyszczyk Essence w kolorze Big Night Out. PS Pamiętacie marmurki LeMax? Użyłam każdego po razie, a ten widoczny na zdjęciu zgęstniał i zmniejszył objętość o 1/3. Ach ten blogerski owczy pęd... ;)


Powoli rozprawiam się też z próbkami i jednorazowymi maseczkami, a w tym miesiącu właściwie wszystko, czego się dotknęłam, działało dobrze. Wśród tej gromady najbardziej zainteresował mnie krem Malinowy Zdrój do cery z niedoskonałościami – myślę, że za jakiś czas zdecyduję się na pełny wymiar. 

To chyba koniec, aż trudno uwierzyć.
Dziękuję, że byliście ze mną. Dobrej nocy/miłego dnia!

poniedziałek, 6 lipca 2015

M・A・C – Blot Powder – czy wystarczy na gorące lato?

Drogi i dobry, nieidealny*. Puder Blot służy do jak najdłuższego migania się przed potęgą smalcowego blasku. Jest najsilniejszą bronią przeciwsebumową, jaką dysponuje MAC. Czy na moją ultratłustą strefę T to działa? To zależy, co na gębie leży. I z pewnością zależy od pogody.


Blot Powder ma dwie wersje: sypką i prasowaną. Jak wiadomo, sypkie pudry są absurdalnie nieporęczne i nieprzyjazne w transporcie, dlatego wybrałam miłego, kompaktowego kolegę. Wyobraźcie sobie tę scenę: pani siada na ławce w parku, wyciąga lusterko, potem wyciąga pokaźnych rozmiarów słoik z sypkim pudrem, odkręca, puder frunie w powietrze, pani ma czarne spodnie, więc część pyłu ląduje na tych spodniach, pani otrzepuje je bezmyślnie, co sprawia, że biały proszek wciera się dokładniej w materiał, a na koniec, w akcie bezsilności, na pyłowych plamach ląduje obśliniony paluch, który – nie, żebyśmy byli zaskoczeni – rozmazuje wszystko ohydnie i wcale nie pomaga pozbyć się problemu. Ta pani to ja vs. pudry prasowane, tyle że w wersji domowej. Gdybym chciała ich używać na zewnątrz, do tego obrazka musielibyśmy jeszcze dołożyć kilkuminutowe grzebanie w dużej torbie, po którym następuje triumfalne wydobycie grubego, puchatego pędzla (by było zabawniej, niech będzie to pędzel z długim trzonkiem). Tak oto prezentują się poprawki pudrem sypkim, który nie jest wersją podróżną Meteorytów Guerlain. Oczywiście w moim wykonaniu – pewnie wiele z Was zrobiłoby to dużo lepiej!


Wróćmy zatem do przyjacielskiego, prasowanego Blota. Mieszka w czarnym, półmatowym plastiku, który dzięki swej półmatowości skutecznie broni się przed odciskami nie całkiem czystych paluchów (na pudrze z serii Prep+Prime jest już milion odcisków – niech żyje wysoki połysk!). Puszek od biedy nawet się nada, choć ja akurat nie cierpię aplikować pudru inaczej niż pędzlem. Są jednak tacy ludzie jak moja mama, dla których puder bez dołączonego aplikatora nie nadaje się do użytku, bo jak tu zrobić poprawki w ciągu dnia? Nosić pędzel w torebce? (historię tego typu już poznaliśmy przed chwilą), a może ukrywać małego kabuki w szufladzie pracowego biurka? Tu mamy puder z puszkiem. Dobra nasza, niezależnie od preferencji.

Mój Blot jest w odcieniu Medium, ale na lato dla typowych, polskich, dość jasnych karnacji równie dobry będzie Medium Dark. Brzmi okropnie, ale to prawda – pudry z tej serii nie mają w zwyczaju zmieniać koloru podkładu i – wbrew groźnym nazwom – są jasne. Zmielone na gładko, dobrze i elegancko się aplikują, nie podkreślają podsuszonych syfów, suchych skórek ani włosków na twarzy. Chyba że nawalicie tego pudru tonę. Wtedy nie obiecuję, że będzie równie pięknie.


Jeżeli chodzi o trwałość, to... jest dobry i bardzo go lubię, ale wolałabym, żeby był lepszy i żebym mogła lubić go bardziej. O ile w letnich, trudniejszych dla przetłuszczającej się cery miesiącach większość pudrów drogeryjnych okazuje się bezużyteczna, o tyle Blot naprawdę coś robi. Przy takim skwarze jak teraz, na pot i łój niestety nie ma mocnych – puder MAC-a utrzyma cerę w niezłym stanie przez trzy godziny, a potem nos zabłyśnie milionem komórek tłuszczowych. Niby kiepsko, ale na tym samym nosie Rimmel Stay Matte i matujący Essence skompromitują się już po ok. 90 minutach. Smutne, ale prawdziwe. Istnieją co najmniej dwa dobre sposoby na nieświecenie w pełni lata: bibułki matujące i dobry matujący krem jako baza pod makijaż. Ja latem wybieram bibułki – uwierzcie, nie ma nic lepszego. Krem matujący zawsze wydaje mi się za ciężki i czasem też nie daje rady (gdyby jednak był Wam potrzebny, polecam Biodermę Pore Refiner i tańszą Barwę Siarkowa Moc).

O pudrze MAC-a warto wiedzieć jedną istotną rzecz: to puder profesjonalny – został stworzony do częstych poprawek w czasie sesji. To oznacza, że ci, którzy go wymyślili, wcale nie mieli w planach tworzyć czegoś, co matuje tak skutecznie, jak choćby słynny sypaniec Kryolan. O tym drugim wkrótce napiszę osobny post, bo to bardzo ciekawy, choć nieuniwersalny produkt.

Blot Powder idealnie sprawdza się w chłodniejsze miesiące, których w naszym smętnym kraju nie brakuje. Nałożony na odpowiedni podkład lub krem matujący, daje komfort na wiele godzin. Na pewno regularnie będę do niego wracać, bo mimo że zaczęłam doceniać moc pudrów ryżowych i bambusowych, brakuje mi w nich naturalnego wykończenia, jakie daje Blot.

Ciekawe, czym Wy się ratujecie przed letnim połyskiem. Czasem mam wrażenie, że jestem jedyną osobą we wszechświecie, której strefa T świeci się AŻ TAK.

Ile: 12 g
Za ile: 100 zł
Ocena: 5/6


*czy Wy też przeczytaliście: niejadalny?