niedziela, 28 czerwca 2015

Sephora – Outrageous Curl Dramatic Volume And Curve Mascara [recenzja]

Jeszcze do jutra w Sephorze obowiązuje promocja 2+1 (kupujecie dwa produkty Sephory, a trzeci jest za złotówkę), a do dziś do północy właścicielki karty Sephora Black mogą robić zakupy z 20-procentowym rabatem, dlatego spieszę do Was z recenzją tuszu do rzęs, który wzbudza spore emocje – zarówno u mnie o 8 rano, jak i u osób, które oglądają efekt końcowy. 


Tusz dostałam w prezencie od Mamy, która nie przestaje przynosić mi kosmetyków, mimo że wie, że te, które już posiadam, można liczyć w kilogramach. A ja, mimo że mam te kilogramy w szufladach, nie przestaję się cieszyć z kolejnych gramów. Szaleństwo. Nic nie poradzę. Tusz Outrageous Curl i tak zamierzałam wypróbować, a przed zakupem powstrzymywało mnie tylko... zgadnijcie, co. Gramy. Kilogramy. 


Zaraz po otwarciu opakowania trochę zmartwiła mnie konsystencja. Tusz jest bardzo mokry, a to – jak wiemy – oznacza kłopoty. Ze sklejaniem. Z odbijaniem. Ze wszystkim. Szczotka jest silikonowa, mała i z bardzo krótkimi włoskami (wypustkami?), co ma pewne zalety, ale nie ułatwia pracy z mokrym tuszem. Postanowiłam dać mu jednak szansę zarówno zaraz po otwarciu, jak i po kilku tygodniach. Aha, warto zwrócić uwagę na przyjemną pojemność: 15 mililitrów – to więcej niż standardowo. 

Na początku nasza współpraca układała się fatalnie. Odcień Ultra Black jest fantastyczny – to głęboka czerń, jedna z piękniejszych, jakie widziałam w maskarach. Cóż jednak z tego, skoro nie dało się ozdobić nią rzęs? Bez względu na... cokolwiek, kończyło się na kilku brzydkich, sklejonych kępkach. Zgodnie z przewidywaniami, nie obyło się też bez stemplowania powiek. Słabo, naprawdę słabo. Tusz odłożyłam do szuflady i wróciłam do niego po kilku tygodniach, mając w pamięci podobne przygody ze złotym Volume Million Lashes od L'Oréal, który ostatecznie bardzo polubiłam.

Po przerwie jest duuuuuuużo lepiej! Przynajmniej jeśli chodzi o efekt końcowy. Po kilkunastu tygodniach od otwarcia tusz wciąż jest bardzo mokry, ale maluje się nim już inaczej. Mam nad nim kontrolę, dzięki czemu mogę świadomie budować efekt pogrubionych rzęs. Raz udaje się to lepiej, a raz gorzej (mam wrażenie, że nie tylko włosy na głowie miewają bad hair day...), ale zwykle jest tak, że kiedy potraktuję rzęsy maskarą Outrageous Curl, ktoś zadaje mi w ciągu dnia magiczne pytanie: „Jaki to tusz?”, co zwykle jest najpiękniejszym komplementem, jakiego tusz mógłby oczekiwać. Oczywiście niektóre tusze nie mają tyle szczęścia i pada: „Jaki to tusz? Wygląda do dupy”, ale tego z Sephory jeszcze to nie spotkało. 


Łoooo matko, ile agatowych łoooczów. Mam nadzieję, że nie będą Wam się śniły koszmary po obejrzeniu tego niepokojącego kolażu. Z jakiegoś powodu aparat nie oddaje w 100% tego, co widzę, gapiąc się w lustro. Może ktoś, kto się na tym zna, wytłumaczy mi, dlaczego tak jest, że na zdjęciach rzęsy wydają się bardziej sklejone, niż są w rzeczywistości? Tak więc na żywo jest nieco lepiej, co nie znaczy: idealnie. Nie udało mi się nigdy pomalować rzęs tak, żeby w ogóle nie były posklejane i pewnie ma na to wpływ skąpo owłosiona szczoteczka. Da się nią dokładnie wymalować rzęsy aż po same końce, ale nie wyczesze ich tak pięknie, jak potrafią to zrobić nylonowe, gęste szczotki. To, czy taki efekt uznacie za dobry, jest kwestią gustu, ale na pewno warto od początku wiedzieć, z kim się mierzycie. Ten koleś nie rozczesuje, on tylko maksymalnie obkleja rzęsy głęboką czernią i robi to całkiem porządnie i trwale. Tusz po całym dniu jest nieruszony, nie osypuje się i trwa, dopóki nie potraktujecie go płynem do demakijażu. Nie jest wodoodporny, więc zmywa się łatwo, choć przy zmywaniu robi nieco syfu, bo macie go na rzęsach naprawdę dużo. Ja potrzebuję czasem trzech wacikowych kolejek, żeby zmyć go do zera. Niestety, jego niewodoodporność sprawia, że nie nadaje się na dni deszczowe – końcówki rzęs zawsze odbijają mi się wtedy nad powiekami. 

Na koniec chciałam jeszcze ostrzec wszystkie kosmetyczne hiperalergiczki – tusz może podrażniać. Nawet ja, zwykle mało wrażliwa na niszczycielską moc kosmetyków, czasem potrafię się zryczeć z jego powodu, jeżeli załaduję go za blisko oka. Na co dzień nigdy nie robi problemów, ale uważajcie.

I jak, podoba Wam się taki efekt? Macie swoich pogrubiających, mniej sklejających faworytów?


Pojemność: 15 ml
Cena: 59 zł
Ocena: w zależności od dnia – umiarkowana do fantastycznej
Dostępność: stacjonarne drogerie Sephora, sklep internetowy

wtorek, 23 czerwca 2015

Żarówa na lato: Inglot – Mamma Mia! LE – pomadka nr 926

Pewnie tego o mnie nie wiecie, ale uwielbiam musicale. Nie jest to miłość stara i zardzewiała, bo zaczęła się, o ile dobrze pamiętam, w 2008 roku (hmm, no to może jednak trochę już skrzypi i niedomaga). Poszliśmy z wtedy-jeszcze-nie-mężem-a-nawet-jeszcze-nie-narzeczonym (o rety!) na „Upiora w operze” do Romy i... przepadłam. Jeżeli oglądaliście filmy muzyczne i męczyliście się na nich, a przez to uważacie, że musicale nie są dla Was, polecam dać im jeszcze jedną szansę. Na żywo! Moim zdaniem musicale oglądane na małym ekranie w domowym zaciszu tracą większość pierwotnego uroku. Teatr musi oddychać razem z widzem, zarówno ten tradycyjny, jak i muzyczny.


A to jest pomadka Inglota z kolekcji Mamma Mia!, zadedykowanej najnowszemu spektaklowi Romy, który miał premierę w lutym tego roku. Pomadkę posiadam, a biletu na musical nie. Trochę się pozmieniało (Tomaszu, mamusia pozdrawia Cię serdecznie i śle gorące buziaczki). Nadrobimy, na pewno.

Marka Inglot została partnerem musicalu „Mamma Mia!” pod koniec ubiegłego roku. Co ciekawe, wcale nie w związku z polską premierą spektaklu, tylko z okazji jego nowojorskiej odsłony. Właściwie trudno się dziwić – mimo że Inglot powstał w Polsce, po drodze ekspandował do ponad 50 innych państw. Drobiażdżek, o którym warto pamiętać. 

Kolekcja „Mamma Mia! Gimme! Gimme! Glitter Collection by INGLOT” to 35 kosmetyków, wśród których znajdziecie wszystko, czego dusza kosmetykoholiczki zapragnie: pomadki, błyszczyki, lakiery, cienie, pigmenty, żelowe konturówki, a nawet mocno przesadzone, o wiele za długie, niebieskie sztuczne rzęsy. Kolekcja jest radosna i pełna mocnych barw, bo taka też jest scenografia spektaklu: bardzo niebieska i bardzo waląca po gałach. 


Ja wybrałam pomadkę, bo chciałam poznać jakość inglotowych smarowideł do ust, a jeszcze nie było mi dane. Numer 926 to teoretycznie zupełnie nie moje klimaty: chłodny, wyrazisty, lekko fuksjowy róż, który potrafi skutecznie odwrócić uwagę interlokutora od rozmazanego lub byle jakiego makijażu oka. A jak pięknie wybiela zęby! Odcień nie jest może aż tak wściekły jak niedostępny już w sklepach wynalazek z Manhattanu, ale klimat podobny. W odróżnieniu od szminki Manhattan, Inglot posiada ledwo widoczny shimmer, który konkretnie odbija promienie coraz mniej nędznego słońca.

Latem, gdy moja skóra jest w końcu ciemniejsza niż odcień Buff z Revlonu i NW13 z MAC-a, pomadka z kolekcji Mamma Mia! wydaje się na moich ustach tak żarówiasta, że ewidentnie balansuję na granicy dobrego smaku. Przed obciachem absolutnym ratuje mnie fakt, że nie jestem jeszcze na tyle sędziwa, by ten młodzieżowy kolor dodatkowo postarzał obrytą zmarszczkami twarz. Wiem jednak, że moje dni z tego typu odcieniami są policzone, dlatego cieszę się chwilą, tańczę dyskretnie w kiblu i spoglądam w lustro pełna nadziei, że obiektywnie wygląda to nie najgorzej. Na swatchach poniżej widzicie mnie w niezbyt opalonej wersji – teraz pomadka jeszcze bardziej rzuca się w oczy. 


Jeśli chodzi o sprawy techniczne, trzeba Wam wiedzieć, że Inglot ubrał swoją różową mammę mię w bardzo porządne, odpowiednio ciężkie, a więc pseudoluksusowe opakowanie. Pomadka, mimo że dość twarda, gładko się rozprowadza, nie wysusza ust, choć trzeba uważać na suche skórki – taki kolor podkreśli je wszystkie, włącznie z tymi, o których istnieniu nie miałyście pojęcia. Warto też starannie domalować wewnętrzną część warg, bo gdyby ktoś chciał Wam zrobić zdjęcie z zoomem, a potem wykadrować i wrzucić na fejsa, będą widoczne wszelkie niedoróbki, a przecież reputacja Wam jeszcze miła.

Nie liczyłam dokładnego czasu pobytu pomadki na ustach, ale nie należy do tych szybko zjadalnych, bo potrafi przetrwać zarówno wypicie kubka gorącej herbaty, jak i zjedzenie mało wymagającej przekąski (oraz moje nieprzerwane gadanie). Niestety, nie znika z warg w sposób całkowicie płynny, ale jakże by to zrobić miała, skoro jest w tak bardzo nienaturalnym kolorze? Ja tam nie mam do niej o to pretensji, Wam radzę to samo.

No i cóż, na lato jak znalazł, bo zwraca uwagę, bo imprezowa, bo latem wolno więcej. Po pierwszym spotkaniu ze szminką marki Inglot rozczarowania nie zanotowano, choć oczywiście mogłoby być lepiej. 

Ile: 4,5 g
Za ile: 28 zł
Dostępność: wybrane sklepy stacjonarne Inglot, sklep internetowy

czwartek, 18 czerwca 2015

Zestaw małego chemika: Biochemia Urody – Płyn micelarny [recenzja]

Drodzy Państwo, oto dziś przed Wami płyn micelarny od bardzo leniwego producenta, któremu nie chce się mieszać składników i każe tę ciężką pracę wykonywać nabywcom. A tak serio-serio: zestaw od Biochemii Urody to taka fajna zabawa, że nie obraziłabym się, gdyby podobne kosmetyki stały na drogeryjnych półkach. Tego dosypać, to dolać, potem wstrząsnąć i gotowe! Micel jak ta lala. I nawet małżonek się zainteresował całym procederem. Biochemio, punkt dla ciebie.


Oto, co dostajemy w naszej przesyłce: butelkę hydrolatu z kwiatu pomarańczy i kilka fiolek. Nie da się tego źle wymieszać, nie da się popełnić błędu przy konstruowaniu tej demakijażowej bomby. I bardzo dobrze, bo gdyby tylko się dało, z pewnością coś bym zwaliła. I tak ręce mi się pociły przy przesypywaniu/przelewaniu zawartości fiolek do butelki właściwej. Ale skoro ja dałam radę, Wy również dacie. To pewne. 

Trwałość gotowego produktu to 8 miesięcy od wykonania naszego chemicznego eksperymentu, a uroczystego wymieszania należy dokonać w ciągu 6 miesięcy od zakupu składników. Nie wiem, jaki w tym sens, ale nie zamierzam przeprowadzać analizy – i bez tego mój mózg rozkminia rzeczywistość właściwie bez przerwy. Niestety, powiedzenie: „mózgu, nie rozkminiaj tyle”, nie działa. Zostawmy jednak mózg i wróćmy do płynu micelarnego.

Ogromnym plusem wybrania micela z Biochemii jest piękny, w pełni naturalny skład. Zero zbędnego syfu, to się chwali. Drugą dużą zaletą jest jego smak: zero goryczy, a nawet wyczuwalna słodycz! To tak miła odmiana po kolejnej flaszce różowej Biodermy, która owszem, wspaniale zmywa, ale jest tak gorzka, że człowiek traci apetyt na resztę doby. Zapach płynu jest taki sam jak zapach hydrolatu z kwiatu pomarańczy, czyli ledwo wyczuwalny, na pewno nie cytrusowy. 


Płyn BU jest bardzo delikatny, nie szczypie w oczy, dobrze zmywa podkłady i pudry, ale ma dwie wady: nie domywa makijażu oka i znika tak prędko, jak pekińczyk z ukradzionym kotletem mielonym*. Nic dziwnego, w zestawie dostajemy tylko 100 ml hydrolatu, co daje nam około 105 ml gotowego produktu. Mało, a przez to drogo. Oto trochę blondyńskiej matmy: 100 ml płynu kosztuje 16,80 zł. Słynna Bioderma Sensibio H2O w wiecznej promocji 1+1 gratis kosztuje stacjonarnie ok. 50 zł za 2x250 ml. Wszyscy narzekają, że Bioderma droga i że szukajmy czegoś tańszego, co otoczymy kultem i blogerską miłością, tymczasem za pół litra płynu micelarnego z Biochemii Urody zapłacilibyśmy 84 zł. Plus koszty wysyłki, które są stałe i niemałe: 9,90 zł bez względu na wielkość zamówienia. To daje nam prawie stówę za płyn micelarny, który ma świetny skład, tylko że nadaje się wyłącznie do demakijażu twarzy. Żeby skutecznie zmyć oczy, potrzebujecie kolejnego produktu za ileś_tam. U producenta można dokupić kompleks malinowo-silikonowy za osiem złotych i dwadzieścia groszy, który ma poprawić działanie produktu, ale nie wiem, czy to działa, a poza tym: halo, czy to nie jest jakieś niezgorsze chamstewko, drogi producencie? Czy to się opłaca? Ani trochę. Czy warto zmywać gębę płynem o tak dobrym składzie? Na pewno. Jest to również dobre rozwiązanie dla osób, które i tak zmywają makijaż oczu dwufazówkami lub olejkami, więc niska skuteczność demakijażu BU nie jest im straszna.

Myślę, że sama od czasu do czasu będę wracać do tego płynu, ale raczej przy okazji innych zamówień. W stałym łazienkowym obrocie potrzebuję czegoś łatwiej dostępnego i w mniej frajerskiej cenie.

Pojemność: ok. 100 ml
Cena: 16,80 zł + koszt wysyłki
Ocena: 4/6
Dostępność: wyłącznie przez stronę producenta: klik


*chyba że to wege-pekińczyk, ale nie znam takiego.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Garść minirecenzji: pielęgnacja Yves Rocher

Przychodzę do Was dzisiaj z kilkoma minirecenzjami kosmetyków, o których nie ma sensu pisać nowelek. Sekta Yves Rocher w moim życiu wciąż obecna, choć muszę przyznać z dumą, że nie robię na razie nowych, nieskończenie wielkich zakupów, tylko zużywam zapasy. Jedyne zamówienie, na jakie sobie pozwoliłam, wydarzyło się w chwili, gdy zapragnęłam poszerzyć swoją kolekcję zapachów. Ale to już całkiem inna historia...


Culture Bio – odżywcze mleczko do ciała z miodem i organicznym muesli

Od razu powiem, że mleczko kupuje się w 200-mililitrowej butelce, a to moje jest tylko miniaturą, którą sekta podarowała mi w podziękowaniu za regularne datki. Zacznijmy od tego, że zupełnie inaczej wyobrażałam sobie zapach kremu z miodem i muesli. Obstawiałam coś dosłownego, czyli charakterystyczny aromat miodu z lekko orzechową, zbożową nutą. Okazało się, że kosmetyk pachnie zupełnie inaczej: migdałami w marcepanowym ujęciu. Jeśli chodzi o właściwości, to jest tak, jak mówi producent: wchłania się szybko i nie pozostawia tłustego filmu. Właściwie nie pozostawia po sobie niczego poza zapachem, dlatego jeśli oczekujecie porządnego nawilżenia, mleczko – jak zwykle w przypadku tego typu kosmetyków – okaże się pomysłem chybionym.

Cena bez promocji: 39 zł za 200 ml



Hydratation Moisturizing – Botanical Care Mist – nawilżająca mgiełka do ciała z aloesem

Mgiełka wpadła mi do koszyka przy okazji jednej z Wyjątkowo Dużych Promocji* i tylko dlatego w ogóle znalazła się w moich zbiorach. Nie kocham mgiełek, bo ich nie rozumiem – jak chcesz pachnieć, używasz EdT lub EdP, a jak chcesz nawilżyć ciało, babrasz się w kremach i balsamach. Po co więc te mgiełki chodzą po świecie? Słyszałam teorię, że mogą odświeżać w upalne dni. Ma to jakiś sens – woda z odrobiną przyjemnego, choć nietrwałego zapachu da chwilowe orzeźwienie. Ale ja używałam tego cuda w zimne miesiące. Kiedy? W chwilach lenistwa (czyli zamiast żmudnego wklepywania kremu w nogi, brzuch, tyłek). Mgiełka ma „intensywnie nawilżać skórę”, ale to od razu możemy włożyć między bajki (czemu producenci nam to robią, no czemu?). Wiemy też, że „szybko się wchłania” – łaski nie robi, woda nie powinna się długo wchłaniać, byłoby to co najmniej niestosowne zachowanie ze strony wody – szczególnie podlanej alkoholem. Na początku byłam bardzo nieufna wobec tego wynalazku, tym bardziej że zapach nie jest powalający, ale z każdym kolejnym psiknięciem coraz milej mi się mgiełki używało. W przeciwieństwie do pozostałych tego typu kosmetyków (a raczej: „kosmetyków”), Botanical Care Mist zawiera składniki, które MOGĄ coś robić: woda aloesowa, gliceryna, woda rumiankowa, a do tego dużo glikolu metylopropanowego, który pomaga składnikom aktywnym przenikać przez skórę. Mgiełka na krótki czas rzeczywiście pozwala pozbyć się uczucia suchości, ale czy zainwestowałabym w nią świadomie po raz kolejny? Raczej nie. W gratisie chętnie przyjmę!

Cena bez promocji: 33 zł



Jardins du Monde – Ziarna Kawy z Brazylii – żel pod prysznic

A tu mały przerywnik od kosmetyków średnich. Kawowy żel pod prysznic! Wielbię ten zapach i gdy mam butelkę w rękach, składam jej zawartości rytualne pokłony. To kawa w deserowym ujęciu: słodka, ze śmietanką i lodami, 100% rozkoszy i 0% rosnącej dupy. Do tego żel jest kremowy, delikatny, niewysuszający, a zapach unosi się w łazience jeszcze przez kilka chwil po kąpieli. Nie polecę tej wersji Jardins du Monde każdemu bez wyjątku, bo dla niektórych z Was to może być kawowa uczta nie do ogarnięcia. Zapach jest mocny. Dla mnie rewelacja, szczególnie że nie mogę pić prawdziwej kawy, bo mnie po niej mdli.

Cena bez promocji: 8,90 zł



Pure System – tonik głęboko oczyszczający

Jak widzę w składzie toniku aqua, a zaraz potem alcohol, wiem, że to oznacza kłopoty. Naprawdę nie ma żadnego sensownego powodu, dla którego producent miałby wlewać do toniku gorzałę, bo i bez tego skóry zanieczyszczone mają swoje niemałe problemy. Reszta INCI przestaje mieć znaczenie, bo zarówno po otwarciu, jak i po natarciu towarzyszy nam odór świeżo naprutego dziadka spod alkoholi 24 h. Do tego wszystkiego tonik z serii Pure System ma bardzo dziwną, żelową konsystencję, która w połączeniu z niemiłym składem daje efekt natarcia się rozpuszczoną galaretką owocową, do której ktoś dolał wódki. Nie czuję, żeby moja skóra była po tym głęboko oczyszczona. Wręcz przeciwnie: czuję ciężką, imprezowo pachnącą substancję, która wypełnia pory całą swą galaretowatą syfiastością. Podsumujmy: tonik głęboko oczyszczający zanieczyszcza. Macie ochotę?

Cena bez promocji: 27 zł



Odświeżająco-chłodząca maseczka z wyciągiem z żurawiny

Na koniec wystąpi przed Państwem lekka, trzyminutowa maseczka, która nie robi nic. Co ciekawe, nie można mieć do niej o to pretensji, ponieważ producent obiecuje tylko, że schłodzi ona nasze lico. Tak, w tej roli sprawdza się nieźle, bo zimny żel zaaplikowany na twarz daje uczucie chłodu. Takiego lekkiego. Tak bardzo lekkiego, jak wspomniana maseczka, której z pewnością nikomu do szczęścia nie potrzeba.

Cena bez promocji: 21,90 zł


*które zdarzają się średnio raz na dwa tygodnie.

czwartek, 11 czerwca 2015

Gdyby tylko smakowało, tobym zjadła: Nip+Fab – Pistachio Sundae

Od paru tygodni próbuję być na diecie. Próbuję też ćwiczyć z Chodakowską, dźwigać coraz cięższą sztangę, a nawet kupiłam sobie wrotki (sic!). Bieganie zawiesiłam po dwóch tygodniach z powodu bardzo dziwnej kontuzji, dlatego staram się jeść jeszcze zdrowiej, wlewam w siebie mniej herbaty i więcej wody, jednym słowem: walczę. Aż tu nagle, na złotej tacy, wjeżdża pistacjowe masło do ciała – co za porąbany pomysł w tych trudnych dla łakomczucha-na-odwyku czasach. 


Niestety, na nikogo nie mogę zwalić winy, bo sama z wypiekami na i tak wypieczonych policzkach szukałam w internecie miejsca, gdzie będę mogła zakupić to głupie masło. Zachwycała się nim swego czasu Ewa z bloga nieobuty, sikała ze szczęścia również Magda na wakacjach. „Pielęgnuje średnio, ale ten zapach!” – no jasne, że zapach. Przecież wiadomo, że gdy Agata usłyszy hasło: „to pachnie jak najpyszniejszy deser świata”, zaraz się obsra z radości i poleci do sklepu. Tak właśnie było: najpierw pomyślna, mentalna defekacja, a potem klik, klik allegro pe el. Nie martwcie się, już go tam nie ma. Kupiłam ostatnie. Niestety, nie mogę obiecać, że nie powróci. A żeby chronić Wasze coraz szczuplejsze brzuchy, wcale nie wspomnę o tym, że z powodzeniem można je zamówić w zagranicznych sklepach wysyłkowych. Albo na brytyjskich wakacjach. Nic takiego nie powiedziałam. 


Masło Nip+Fab jest ślicznie zielone, ma idealnie gładką konsystencję kremu tortowego i bezwstydnie uwodzi zapachem. Oczywiście warto zaznaczyć, że uwieść może wyłącznie tych, którzy kochają zapachy żywnościowe w kosmetykach – w przeciwnym razie prawdopodobnie powąchacie Pistachio Sundae, a następnie odbije Wam się kwasem żołądkowym. Mój nos twierdzi, że dla takich zapachów warto żyć. Ktoś, kto je wymyśla, z pewnością jest jeszcze większym (w przenośni i dosłownie) łasuchem ode mnie. Masło przeznaczone jest do skóry suchej, ale ja napisałabym na opakowaniu: „for masochists and other deviants”. Bo jak można wąchać Coś Takiego i nie napychać tym brzucha? Nie do pomyślenia. 


Masło skład ma niespecjalnie atrakcyjny, choć nie można odmówić mu różnorodności. Jeżeli Twoja skóra lubi glicerynę (moja tak), masz trochę gliceryny, jeżeli woli zapychającą tłustość, wiedz, że wsmarowujesz również parafinę. Wzruszający wydaje się fakt, że zapach występuje przed masłem shea, a gdzieś na samiuśkim końcu, pomiędzy barwnikami, producent dołożył mikrokropelkę miodu. Po pistacjach ani śladu. Nawilża w takim stopniu, żeby nabywca nie miał poczucia zmarnowanej kasy i znalazł uzasadnienie dla nacierania się tym specjałem. Nic ponadto, ale szczerze? Gucio mnie to obchodzi, bo zawsze mam otwartych kilka kosmetyków pielęgnacyjnych jednocześnie, więc mogę stosować masło Nip+Fab wtedy, kiedy mam ochotę ponapawać się jego przesadzonym, słodkim zapachem.

Moim zdaniem do tego właśnie został wymyślony – by nieść radość wielbicielom chemicznych słodkości. Do skóry suchej na pewno będzie za słaby.
A jakie są Wasze słodkie urodowe pokusy? Podzielcie się nimi, ja zawsze chętnie zwęszę coś, co pysznie pachnie.

Pojemność: 200 ml
Cena: 8,5$, za 3$ można kupić wersję mini o pojemności 50 ml
Ocena: 4/6 (działanie), 6/6 (zapach)

niedziela, 7 czerwca 2015

3 jasne pomadki, które nawet na nieopalonej blondynce wyglądają ch... cholernie źle

Za nami piękny, długi weekend (bez Tomasza), a ja czyszczę archiwa i pozbywam się zdjęć dawnych oraz niepotrzebnych. W ramach tego heroicznego projektu udało mi się zebrać kilka swatchy mazideł do ust, których nie pokazałam na blogu, bo uznałam, że to zbyt słabe, by było godne. Ale skoro już tu są, zebrane i gotowe, by podrażnić Wasze poczucie estetyki, przybywam w kilku zachwycających odsłonach. Wybaczcie. Następnym razem pokażę coś ładniejszego.

Catrice – Ultimate Colour – 010 Be Natural!


Po pierwsze: Be Natural! To bardzo znany odcień Ultimate Colour od Catrice, który polecały na swoich blogach i vlogach jasne blondynki z jasną karnacją. Dochodzę do wniosku, że moja karnacja najwyraźniej nie jest wystarczająco jasna, bo w Be Natural wyglądam jak mocno anemiczna mieszkanka sosnowej trumny. Odcień występuje w ofercie Catrice od bardzo dawna, a skoro nie zniknął (większość produktów z szaf Catrice ulatnia się prędzej czy później, podobno około 3/4 asortymentu wymienia się w ciągu roku), wygląda na to, że wiele jest miłośniczek tego dziwnego beżu.

NYC nr 312, Chiffon


Tego słodkiego cukiereczka kupiłam w trakcie jednego z dawnych, szalonych wieczorów, podczas których ładowałam pojemne internetowe koszyki w kosmetycznych outletach, nie zawracając sobie głowy oglądaniem swatchy, bo PRZECIEŻ TO TAKIE TANIE, ŻE ŻAL NIE WZIĄĆ. Dziś jestem dużo bardziej ostrożna tudzież wybredna, ale moje megazakupy wspominam miło i może nawet z lekkim rozrzewnieniem. Bo czy nie jest wspaniale odebrać wielką, pękatą kopertę wypełnioną po brzegi kolorówką za grosze? W sumie gówna absolutnego wyszło niewiele, a nieskrępowana radość to bardzo dobre uczucie. Jednym z gówien absolutnych okazała się pomadka NYC w prześlicznym odcieniu Chiffon, które producent wykończył na frost-modłę. Zapłaciłam za nią w eZebrze 2,69 zł i mniej więcej tyle jest warta na moich ustach. Na zdjęciu jestem w wersji letniej, także skóra muśnięta słońcem. Może w wersji anemicznej wyszłoby ładniej? Pochylmy się przez chwilę nad długimi włosami, których tutaj (ubiegłe lato) było dwa, a może trzy razy więcej, niż mam teraz. Długość też się już nie zgadza, bo wypadające cienizny obecnie są ucięte trochę poniżej brody i bardzo sobie chwalę ten stan. Ze spraw technicznych: Chiffon ucieka z ust w podskokach, ale za to wspaniale komponował się z nim naustny czarno-śliwkowy top z limitki Essence, kupiony również w promocji życia za niecałe dwa złote w Naturze. Był to look topielicy, powiewało liceum i gdy miałam melancholijny nastrój, bywało, że raczyłam męża takim zestawem. To znaczy zdarzyło się ze dwa razy. Był zdumiony. Top trzymam wciąż, bo jest tak głupi, że aż śmieszny (to była limitka z sagi o wampirach), ale mój śliczny Chiffonek bardzo się zdefasonował, więc musieliśmy się rozstać. Zimny, zbyt jasny róż na ciepłej karnacji. Chlip, chlap, chlup – będę tęsknić!

Paese – Manifesto – odcień 901


Pomadka w płynie – koszmarek pochodzący z jednego z kosmetycznych boxów, których na szczęście już nie subskrybuję. Na fotkach tego niestety dobrze nie widać, a nie zrobię nowych, bo Manifesto dawno poszła w świat daleki, ale pamiętam doskonale ten efekt: usta pomalowane tak naturalnie, jakby je Tomasz ufaflonił farbą plakatową. Barbie z Różyca stajl. Jeżeli nawet pominiemy fakt, że kolor nie jest dobry, bo i sztuczny, i za jasny (na środkowej fotce górna warga w wersji saute, a dolna ubrana w Manifesto), warto wspomnieć, że ten koszmarek w ogóle nie trzyma się ust, a do tego w trakcie mówienia powstają słoje. Słoje, takie jak na grzybach i pniach. Trochę je widać na lewym zdjęciu. Próbuję wydumać, komu ta pomadka mogłaby pasować, ale nikt taki nie przychodzi mi do głowy. 

Gosh – Velvet Touch Lipstick – 149 Dangerous


Na koniec wrzucam moją nieudaną przygodę z czerwoną szminką. Wybaczcie brak obrazka Agaty w akcji, ale pomadki dawno już nie mam i tylko takimi fotografiami mogę uczcić jej pamięć. Czerwień leży na moich ustach źle lub bardzo źle. Muszę szukać czegoś złamanego brązem, bordo, różowo-czerwonych okazów. Na pewno nie może to być klasyczna czerwień typu Russian Red z MAC-a ani czerwień z niebieskimi podtonami. Dawno, dawno temu, gdy byłam jeszcze całkowicie nieopierzonym pomadkowo dziewczęciem, postanowiłam kupić sobie jakąś czerwoną szminkę „na specjalne okazje” (ach, święta naiwności!), tak jakbym w tych wszystkich wyjątkowych momentach życia specjalnie chciała wyglądać do dupy. Złota myśl roku wpadła mi do głowy akurat, gdy stałam przed szafą marki Gosh. Wybrałam więc sobie najpiękniejszą, najżywszą (i – jak się okazało w domu – najcieplejszą, bo aż marchewkową) czerwień, która na nadgarstku wyglądała doprawdy szałowo. Nie macie pojęcia, jak bardzo szałowo wyglądały moje zęby po aplikacji koleżanki Dangerous. Od razu zrozumiałam, skąd ta niegrzeczna nazwa. Zęby stały się niebezpiecznie pomarańczowe. Tak, to nie było zwykłe żółknięcie od za ciepłego odcienia. To była rdzawa biel – moje zęby mogłyby wystąpić w szkolnym przedstawieniu w roli sedesu z rudym zaciekiem. Przepraszam: Sedesu z Rudym Zaciekiem. Zerwałam więc z Goshem i wyleczyłam się z wizji: ja w małej czarnej i ze zmysłową czerwienią na wargach. Poprzestańmy na tej małej i czarnej. Dla dobra wszechświata.

środa, 3 czerwca 2015

Projekt denko, odc. 26

Gdzie się podziała wiosna w tym roku? Zauważyliście, że z pogodowego sraczko-rzyga przeszliśmy płynnie do upalnego lata? Nie będę narzekać, bo już mi zbrzydło ujadanie na pogodę, więc napiszę tylko, że robale są fu. Musiałam, bo są. O, a jeśli mamy lato, czas wyprowadzić śmieci na spacer. Czy to ma sens? Nie wiadomo, chyba chciałam powiedzieć, że w taką pogodę milej robi się zdjęcia na zewnątrz. Przejdźmy może dalej.


W tym miesiącu jestem zadowolona z denkowych porządków – pozbyłam się kilku zalegających, dawno otwartych kosmetyków, znowu uszczupliłam zapasy i baaaardzo powoli zaczynam panować nad tym bałaganem. Z pewnością byłoby łatwiej, gdyby nie dokładano już do pieca rozpusty, ale przecież był Dzień Matki, Dzień Dziecka, Dzień Bociana Białego... same rozumiecie. Tak, Wy na pewno. A co tam w śmieciach ciekawego?


Pat&Rub – Hipoalergiczny żel myjący – wspominałam już kilka razy, że bardzo lubię zapach linii Hipoalergicznej P&R. Ten uniseksowy, może nawet bardziej męski (choć wciąż delikatny) aromat,  jest miłą odmianą od taczki cytryn, które ktoś przewoził do fabryki na trawie cytrynowej, a potem w trakcie produkcji do kotła dolał jeszcze kilka kropli olejku cytrynowego, aby mieć pewność, że świeży, cytrynowy zapach poczuje nie tylko użytkownik danego kosmetyku, ale również cała jego rodzina wraz z sąsiadami. Tak pachnie kilka innych linii Pat&Rub, dlatego przy Hipoalergicznym żelu myjącym mój nos odpoczywa. Jeśli chodzi o pozostałe właściwości żelu, na pewno warto pochwalić krótki, naturalny skład i niezłe moce pianotwórcze, których nie spodziewałam się po tych kilku składnikach z INCI. Minusem na pewno jest bardzo rzadka konsystencja, ale mi niespecjalnie przeszkadza. Nie kupiłabym żelu Pat&Rub w pełnej cenie (45 zł za 280 ml), ale na szczęście na stronie producenta bardzo często są promocje i sumujące się rabaty, dzięki którym butelka wychodzi niewiele drożej niż zwykły kosmetyk z drogeryjnej półki. 

L'Occitane – żel pod prysznic z serii Werbena (miniatura) – jakby komuś było mało cytrynek z P&R, polecam linię werbenową L'Occitane. Zgadnijcie, czym trąci! Żebyśmy dobrze się zrozumieli: bardzo lubię cytrusowe żele pod prysznic. Ten miniaturowy egzemplarz zużywał się dość długo, więc chyba duża wersja też byłaby wydajna, ale nie wiem, co musiałoby się stać, żebym chciała wydać na szklankę żelu pod prysznic o zapachu po_prostu_cytrynowym 62 złote. 

Yves Rocher – Les Plaisirs Nature – Cherry Blossom (miniatura) – miniatura żelu z mniej popularnej serii Yves Rocher Les Plaisirs Nature miała superprzyjemny zapach, bo kwiaty wiśniowego drzewa również pachną pięknie. Zużyłam w pełnym zauroczeniu, chętnie wrócę, o ile to nie była jakaś limitka. O innych żelach z kolekcji Les Plaisirs poczytacie tu: klik.

Balea – mydło w płynie Olive & Zitronengras – zgadnijcie, czym pachnie to mydło! I tyle w temacie. Myło, nie wysuszało, dobra, niemiecka chemia. 


Farmona – Jantar – odżywka do włosów i skóry głowy czyli ja vs. legenda. W praktyce: zużywałam tę flaszkę przez rok, co pozwala stwierdzić z całą pewnością, że moja opinia jest gówno warta. Na szczęście nie mam żadnej, więc nie będę zaśmiecać Waszych głów. Z dużym prawdopodobieństwem wcierka jest świetna, w końcu tyle dobrych słów internet spłodził na jej temat, ale nie dane mi było się przekonać, bo podlewałam nią skórę głowy, jak mi się przypomniało. Tak czy siak polecam wszystkim śmiałkom przelać ją do butelki z atomizerem. To jedyna złociutka myśl, jaką mogę się z Wami podzielić.

Bania Agafii – Ekspresowa maska regenerująca – pięknie pachnąca polnymi kwiatami, intensywnie wygładzająca i bardzo ułatwiająca rozczesywanie odżywka, którą pokochałabym pewnie całym sercem, gdyby tak bardzo nie dociążała moich nędznych włosin, podczas gdy marzę o ich odbiciu u nasady. Za kilka złotych z pewnością warta wypróbowania, podobnie jak błyskawiczna siostra. Pisałam o nich tu: klik.

Marion – Nature Therapy – Spray regenerujący do włosów z octem z malin – a w cholerę z tym. Nie widzę różnicy, psikałam, by wypsikać, ale w końcu po wielu długich miesiącach się poddałam. Jestem zbyt mało wyspecjalizowana w dostrzeganiu subtelnych różnic po rozpyleniu pięknie pachnącej malinami mgiełki. Może spróbuję jeszcze z octową płukanką z Yves Rocher. Przypomnę: w teorii ocet ma domykać łuski, a tym samym wygładzać i nabłyszczać nasze owłosienie. Może moje włosy są naturalnie tak gładkie i błyszczące, że lepiej się nie da? (wyborny żarcik, moja droga, ubawiłam się setnie)


Biochemia Urody – Płyn micelarny do demakijażu – leżał i leżał, a ja o nim zapomniałam, co nie jest trudne, gdy w zapasach ma się kilkanaście kilogramów kosmetyków. Jego fajność polega na tym, że po otrzymaniu przesyłki trzeba sobie owy płyn micelarny... hmmm... samodzielnie zmicelaryzować (piękne słowo wymyśliłam, prawda?). Dostajemy flachę hydrolatu z kwiatu pomarańczy, a do tego kilka fiolek z ekstraktami i proszkami. Zabawa przednia. Opowiem Wam później ze szczegółami, a teraz tylko wspomnę, że ta zabawka kosmetyczna okazała się bardzo dobrym demakijażystą twarzy (ze zmywaniem oczu to już różnie, niestety). Gdyby tylko nie spierniczała z niewielkiej butelki w tempie ekspresowym, byłoby cudnie. 

Yves Rocher – Pur Bleuet – dwufazowy płyn do demakijażu – od kilku lat to moja ulubiona dwufazówka. Jakość w stosunku do wiecznie promocyjnej ceny rewelacyjna. Jedyny minus: szybko dobija dna. Jeżeli ktoś z Was ma w zwyczaju zmywać makijaż oczu tłustym, ale skutecznym płynem dwufazowym, a resztę facjaty traktować micelem, to duet Yves Rocher + Biochemia Urody mogę z czystym sumieniem polecić. /pradawna recenzja/

Glicerin Care – zmywacz do paznokci – z acetonem, jak należy, zmywa zatem konkretnie. Wyleczyłam się z bezacetonowych formuł i w przeciwieństwie do większości z Was patrzę na skład zmywaczy w poszukiwaniu starego, dobrego przyjaciela. Dlaczego? Bo aceton działa szybko, więc nawet jeśli ma niszczycielskie moce, to truje płytkę krótko, podczas gdy bezacetonowe cuda leję i leję, pocieram, a wszystko trwa wieki i wcale takie zdrowe nie jest. 


Bioliq – Balsam intensywnie nawilżający – poza czerwonym Garnierem nie znam innego lekkiego balsamu, który umiałby porządnie nawilżyć. Kremy, masła, olejki – owszem, ale balsam? Ciężki temat. Marce Bioliq nawet nieźle to wyszło, ale do zachwytu trochę brakuje. Balsam pachnie delikatnie, ale ładnie, wchłania się migusiem. Wyciskanie z za miękkiej butli w późniejszych etapach konkursu okrutnie mnie umordowało. Raczej nie planuję powrotu.

I Love... Cosmetics – Strawberries & Milkshake – krem do ciała – wyrzucam niedokończony, bo otworzyłam go zbyt dawno temu i trochę zajeżdża łojem. Niestety, nie pamiętam już, czy tak było zawsze, czy dopiero teraz, bo... otworzyłam go zbyt dawno temu. Krem truskawkowo-milkszejkowy od I Love Cosmetics pachnie bardzo intensywnie. Smakowitymi poziomkami. Jeśli więc szukacie kremu poziomkowego, kupcie milkszejka z truskawką. Ostrzegam, zawiera pokaźne złoże parafiny. Mojemu cielsku nie przeszkadza ten fakt, ale Wasze mogą być nieukontentowane. 

Love Me Green – Organic Relaxing Massage Oil – pokochałam, opisałam, recenzja tu: klik


Jadwiga – Polska papka do cery trądzikowej – wielki wybawca mojego męża, któremu od czasu do czasu wyskakuje na twarzy coś naprawdę megasyfiastego. Z dnia na dzień wyrasta ropny, czerwony, bolący guz i tylko pani Jadwiga umie coś na to poradzić. Papka jest biała, pachnie kamforą, w składzie znajdziecie też kaolin i cynk. Latem moja cera na pewno będzie potrzebować pomocy, dlatego kolejna butelka już w drodze. 

Lirene – Peeling enzymatyczny – odkupiłam go kiedyś od wakacyjnej Magdy, ale okazał się bez sensu. Zawiera parafinę, która – mimo że na ciele mi to zwisa – może zapychać człowieków, ponadto działanie złuszczające ma marniutkie. Peelingu nie ratuje nawet ładny, delikatny zapach, więc po kilku podejściach odpuszczam i resztka leci do kosza.

Sephora – Pore Refining Serum – kolejny kosmetyk z serii tych, których działania nie zauważyłam, ale używałam go nieregularnie, więc powinnam się raczej zamknąć. Tak czy inaczej serum okazało się niezwykle upierdliwe w wersji pod makijaż, ponieważ roluje się w sposób całkowicie dowolny: nie znasz dnia ani godziny, gdy postanowi zepsuć Ci poranek. 

Bandi – Delicate Care – Kojący krem do cery tłustej – miał matować, miało być tak pięknie, a wyszło na trójkę z plusem. To nie jest zły krem, ale są na świecie lepsze, dlatego nie warto. /recenzja/

Bandi – Hydro Care – Krem Intensywnie Nawilżający – ma wiele zalet (m.in. ładny zapach i przyjemną, wodnistą konsystencję), faktycznie dobrze nawilża, ale dla mojej bardzo tłustej strefy T w ciepłe miesiące jest mimo wszystko za ciężki. Niestety, większość kremów jest, ale miałam nadzieję, że ten da sobie radę. Mąż go uwielbia – z jakiegoś powodu jego zaleczona skóra z ŁZS czuje się szczęśliwa po spotkaniu z Bandi. /recenzja/

Auriga – Flavo-C Cream – co za rozczarowanie! Bardzo lubię serum z witaminą C od Aurigi (zarówno w wersji 7%, jak i 15%), więc myślałam, że wygrany u Hexxany krem okaże się równie wyborny. Niestety, zapach alkoholu wdzięcznie zapowiedział kłopoty, podobnie jak parafina wysoko w składzie. Efekt? Wysyp zaskórników po dwóch czy trzech użyciach. A mogło być tak pięknie, bo i konsystencja świetna, i opakowanie z pompką przyjemne... Aurigo, przegięłaś.


The Body Shop – Arber Aftershave Balm – „Czemu twój balsam po goleniu znajduje się w moich kosmetycznych śmieciach?”, „Chciałem wziąć udział w twoim denku... nie mam swojego”. Aż mi się żal zrobiło mojego męża, że nie ma swojego worka kosmetycznych śmieci, mimo że zużywa dzielnie żele, szampony i kremy do twarzy (wiecie, że ostatnio zaczął używać kremu do rąk? szoking). Pogratulujmy mu więc wspólnie postępów w cichym denkowaniu. Brawo! Tak trzymaj! Co do balsamu po goleniu z TBS, podobno bardzo ładnie pachnie i wiele nie robi. 

Lovely – Curling Pump Up Mascara – jednych zachwyca, innych uczula (Esku, tak mi przykro!), ja jestem bliżej obozu zachwyconych. Za niecałą dychę mamy tusz, który świetnie rozczesuje i unosi rzęsy, nie wysycha i nie wkurza. Na pięknych, gęstych firankach będzie się prezentował zachwycająco, na moich rzadkich efektu łał brak, ale kiedy potrzebuję naturalnie podkreślonych rzęs lub wstępnego malowania/gruntowania, sięgam po Lovely. Ach, i świetnie nadaje się do podkreślania dolnych rzęs. Na pewno wrócę nie raz i nie trzy, chyba że go wycofają. 

Oriflame – Illuminate Eye Crayon – czy ktoś jeszcze używa kosmetyków Oriflame? Mam wrażenie, że świat zapomniał o tej marce. Ja już od wielu miesięcy nie korzystam z ich oferty, a ten kremowy srebrny cień w sztyfcie to chyba ostatni oriflame'owy staruszek, jaki pozostał w mojej kolekcji. Nie mam jaj, żeby smarować nim powieki, chociaż wygląda i pachnie jak zwykle. Współpracę wspominam miło, ale jak przystało na prawdziwego kosmetycznego emeryta, zniknął z oferty marki.


O kilku próbkach nie ma sensu się rozpisywać, za to wspomnę o masce Marion. Hmmm, jest raczej beznadziejna. Piekła mnie po niej twarz (ale może to efekt niedawnego peelingu enzymatycznego?), nie zauważyłam działania matującego, więc nie wiem, po co cały cyrk.

Tym sposobem dobrnęliśmy szczęśliwie do końca. Papa, śmieciiiiiii, miłego dnia, śmieciiiii (tak powiedziałby Tomasz, gdyby był autorem tego tekstu).
Miłego długiego weekendu!