poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Projekt denko, odc. 24

Za nami miesiąc pełen wzruszeń. Miesiąc z mężem na przymusowym urlopie transferowym, a także z Tomaszem chorym na zapalenie oskrzeli, potem na ostre odmiedniczkowe zapalenie nerek, a potem jeszcze na nawrotowe zapalenie układu moczowego. No i z moją anemią na deser. Taki to był marzec marzeń – pogłębiałam wiedzę medyczną. 


Ciekawa jestem, jak minęły Wam Święta. Czy puszczaliście „Jingle Bells” do śniadania i lepiliście śniegowego zająca? A może było jak zawsze – rodzinnie, miło i słonecznie? U mnie w tym roku niestety pustka w środku. To chyba przemęczenie życiem albo coś innego, czego jeszcze nie zdiagnozowałam. Wymyśliłam, że powrót do formy dobrze będzie zacząć od pozbycia się denkowego śmieciowiska. Panie i Panowie, oto przegląd pustych opakowań, które trzymałam w domu przez ponad miesiąc, bo przecież wszyscy w blogosferze jesteśmy nie do końca normalni.


Yves Rocher – Hydratation – Botanical Care Mist – dziwna sprawa z tą mgiełką, bo: nie lubię mgiełek, okazuje się, że nie są mi potrzebne do szczęścia, poza tym nie rozkochał mnie w sobie zapach yvesrocherowego wynalazku, a jednak bez grymasu z serii o-fuj-o-ble wyeksploatowałam ten spray do ostatniej kropli. Bo nagle się okazało, że zapach miał w sobie coś interesującego, a opcja opryskania się zamiast czasochłonnego wmasowywania kremu niejednokrotnie uciszała wyrzuty sumienia z serii „jak mi się nie chceeeeeee”. Ano tak, bo to mgiełka – podobno – nawilżająca! 

Yves Rocher – Monoi de Tahiti – suchy olejek – jeżeli choć raz Wasz nos wąchał gardenię tahitańską, nigdy już nie pomylicie jej zapachu z czymkolwiek innym. Jest nie do podrobienia. Testowałam olej monoi, wodę perfumowaną z Sephory i ten suchy olejek – wszystko pachniało identycznie. To zapach bardzo intensywny i bardzo duszny, trzeba lubić. Jeśli lubicie, ten olejek bardzo przypadnie Wam do gustu. Jedyny minus: butelka, która lubi się ufajdać, w związku z czym po pewnym czasie zaczyna odchodzić etykieta. 

Nuxe – Huile Prodigieuse – a to mój absolutnie ukochany suchy olejek o cudownym, oryginalnym zapachu. Stosowałam go do pielęgnacji ciała i czasami do włosów – na twarz jakoś nie miałam odwagi. Przy kolejnej butelce pewnie poczynię twarzowe próby, bo na myśl o tym, że mój nos miałby się wwąchiwać namiętnie w ten nieporównywalny z niczym aromat, stopy przytupują radośnie. Aha, jaskółki donoszą, że olejek jest (lub zaraz będzie) dostępny w limitowanej, czarnej butelce. Jak ktoś lubi pięknie pachnące olejki oraz czarne butelki, to może być interesujące połączenie. /recenzja porównawcza Nuxe i Yves Rocher/

Organique – Fresh'n'fruity – Body Fluffy Souflete – pisałam o nim niedawno, więc nie będę się powtarzać. To pięknie, rześko pachnący, rolujący się i niepielęgnujący kosmetyk do ciała. Firmę kocham, ale tutaj coś się nie udało, za co wielki klaps w organique'owe dupsko. /recenzja/


Kamill – Wellness Shower – Wild Rose Milk – kupiłam kiedyś ten kremowy żel pod prysznic w promocji za 2,99 zł. Ładnie się pienił, po myciu zostawiał skórę przyjemnie gładką, ale zapach dzikiej róży na słodko nieszczególnie mnie zachwycił. Nie planuję powrotu. 

Balea – jagodowy żel pod prysznic – brrrrr, to jeden z większych podprysznicowych koszmarków, jakie sobie przypominam. Ta cholera śmierdzi jak najgorsza guma balonowa – nie ma to nic wspólnego ani z jagodami, ani z lodami jagodowymi. Pewnie co nos, to opinia. Z tego co pamiętam, Iwetto bardzo podpasował ten zapach w maśle do ciała. Nie wiem, może tam pachnie inaczej, ale mój nos mówi zdecydowanie NIE i odetchnął z ulgą, gdy butelka wydała z siebie ostatnie pierdnięcie.

Timotei – Moc i Blask – szampon do włosów normalnych z wyciągiem z róży jerychońskiej – kupiłam kiedyś w promocji za niecałe pięć złotych, używałam nieregularnie, ale nie miałam zbyt wielu powodów, by do niego wracać. Moje rzadkie, cienkie piórka były po nim miękkie i sypkie, pachniał możliwie, ale bez ochów i achów. Jest do włosów normalnych, więc nie ograniczał przetłuszczania (co byłoby bardzo mile widziane), ale niestety, mam wrażenie, że przesuszał skalp. Kiedyś szampony Timotei były fajniejsze, a już na pewno dużo lepiej pachniały.

Świt Pharma – Exclusive Cosmetics – SPA For Foot – a to nawilżające skarpetki do stóp, które pachną miętą. Ich ekskluzywność producent wycenia na 15 złotych. Mimo zawartości gliceryny, mocznika i masła shea skuteczność oceniam jako przeciętną. To dobry pomysł: posiedzieć z maską-gotowcem przez pół godziny, ale nie ma co liczyć na spektakularny efekt – nieraz wspominałam, że w pielęgnacji stóp (ku mojej rozpaczy) najważniejsza jest systematyczność. Takie skarpety będą doskonałe dla kogoś, kto ma piękne, miłe w dotyku stópki i chciałby im podarować trochę więcej nawilżenia. W moim przypadku to niestety nieco bardziej skomplikowane...


Garnier – Płyn micelarny 3w1 do skóry wrażliwej – dzięki temu, że w styczniu zapomniałam zabrać na weekendowy wyjazd płyn do demakijażu, wreszcie dostąpiłam zaszczytu zapoznania się ze słynnym micelem Garniera, który przez wielu uznawany jest za godnego konkurenta legendarnej różowej Biodermy. Coś jest na rzeczy, bo na mnie Garnier również zrobił bardzo dobre wrażenie. Sprawnie radził sobie z makijażem, choć nie miał okazji zmywać czegoś naprawdę hardkorowego (ale do tego typu zadań zawsze zaprzęgam dwufazówkę Pur Bleuet z Yves Rocher). Nie podrażniał i nie był tak obrzydliwie gorzki jak Bioderma, dlatego na pewno jeszcze się spotkamy.

Clarena – Diamentowy krem liftujący (miniatura) – to krem z serii tych, które nazywam roboczo staroświeckimi. Bo jest do twarzy, a intensywnie pachnie, bo zapach sam w sobie trąci myszką. Nie zauważyłam wielkiego efektu liftingującego, ale skóra trzydziestolatki chyba nie jest jeszcze na tyle obwisła, żeby dało się zauważyć spektakularne napięcie. Poza tym krem był w porządku – pod makijaż do cery mieszanej w kierunku tłustej okej. Aha, okazał się zaskakująco wydajny – 30 ml zużywałam tak długo jak standardowe czterdziestki. 

Bioliq – Krem nawilżający pod oczy, 25+ – ot, krem. Krem jak krem. Dość rzadki, wchłaniał się tak szybko, że aż nie zauważyłam jego działania. Coś tam może nawilżył, ale ogólnie jest niegodny. Nawet gdybym była młodsza o tych kilka lat i nie miałabym ani jednej zmarszczki pod okiem, wolałabym zainwestować w coś porządniejszego. 

Vichy – woda termalna (miniatura) – naprawdę nie pojmuję, co wody termalne mogą robić z cerą. Szczególnie te, które producent zaleca zetrzeć z twarzy po kilku sekundach. Vichy sprawuje się dokładnie tak samo jak La Roche Posay – moczy skórę. Zużyłam ją bez przekonania. Jedyne, co daje jakiekolwiek uczucie nawilżenia i odświeżenia, to woda winogronowa Caudalie (tak, tak, wakacyjna Magda ma rację, to bardzo fajny psikacz do twarzy!). I może jeszcze Uriage, której używałam w zeszłym roku latem, no ale ani Caudalie, ani Uriage nie trzeba zmywać, a takie kilkusekundówki z Vichy czy LRP są dla mnie bez sensu. O, można nimi pryskać glinki, żeby nie zasychały za szybko.

Green Pharmacy – Jedwab w płynie – obiecałam sobie kiedyś, że będę dbać o końcówki moich kupowatych włosów i dzięki temu włosy będą wdzięczne, szczęśliwe, a ja razem z nimi, ale tak jakoś wyszło, że jedwabiu użyłam kilka, może kilkanaście razy, do tego nieregularnie, więc zupełnie nie mam pojęcia, czy działa on, czy też nie. Wywalam, bo data się unieważniła.


Organique – Enzymatic Peeling & Herbal – dobry peeling enzymatyczny, o dobrej, maślanej konsystencji i dość specyficznym zapachu. Więcej pisałam o nim tutaj: recenzja.

Sally Hansen – Nail Rehab X – odżywka do paznokci –  na zdjęciu wygląda, jakbym wyrzucała niemalże pełną flaszkę, ale tak naprawdę odżywki została 1/3 – zgęstniała i nawet Duraline nie dał rady jej rozrzedzić. Kiedyś poleciła ją Tęczowa Banieczka jako dobrą bazę i miała rację – u mnie też Nail Rehab X przedłuża żywotność manikiuru, a lakiery Essie w końcu trzymają się dłużej niż dwa dni. Więcej napiszę o niej w pełnej recenzji.

Catrice – Evolution Revolution – dwustopniowa maskara pogrubiająca – mój absolutny zeszłoroczny faworyt. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo na imię jej limitka i ślad po niej zaginął wieki temu. Zużyłam właśnie ostatnią sztukę z zapasów. Cosnovo, słów mi brak dla twoich marketingowych decyzji. 

Joko – Wet Lips J56 – okazało się, że pomadki Joko z serii Wet Lips są bardzo dobrej jakości. Uwielbiam je za maślaną konsystencję i odpowiednio nasycony kolor. Odcień J56 pokazywałam tutaj: klik, ale widzę, że producent mocno namieszał w ofercie i Wet Lipsy nie są już takie same. Zmieniły się nazwy, a numerki nie pasują do starej edycji. Wierzę, że nowa linia ich pomadek nawilżających jest równie dobra i niczego nie spartaczyli przy odświeżaniu oferty. J56 z wielkim bólem serca wywalam, bo zjełczała, ale wiedzcie, że kolor był perfekcyjnym, brudnoróżowym nude.

NYC – Ultra Moist Lip Wear Lipstick nr 312 Chiffon – perłowa, zbyt jasna, na moich ustach wygląda dziko i tandetnie. Używałam jej od czasu do czasu w duecie z dziwnym wynalazkiem z Essence – czarnym topem z limitowanej edycji „Zmierzchu”, co dawało na ustach mroczny, gotycki, ale ciekawy efekt. Walory użytkowe porównywalne z pachnącymi arbuzem pomadkami Miss Sporty i prastarymi szminkami Bell w bordowych (?) opakowaniach.


Jeśli chodzi o próbki, mogę zdradzić, że nowy zapach Yves Rocher już przybył do mnie w pełnym wymiarze jako gratis do zamówienia (a miałam nic nie zamawiać... :P), dowiedziałam się też, że krem Azelac chwalonej przez Hexxanę SesDermy mnie nie uczula, więc spokojnie mogę go kupić i wypróbować. Żel pod prysznic Aquoliny z kwiatem pomarańczy jest bardzo kwiatowo-pomarańczowy (czyli zupełnie niecytrusowy) – to chyba nie do końca moje klimaty, krem tonujący Caudalie dla cer jasnych i średnich okazał się marchewkowy, szampon Sylveco nie zrobił na mnie wrażenia, a migdałowe masło do ciała Collistar zaciekawiło mnie dobrymi właściwościami nawilżającymi, choć babciny zapach trochę zniechęca.

Żegnajcie, butelki, słoiki i inne. Miło było, ale fajnie, że już sobie idziecie, bo kolejne kilogramy kosmetyków czekają. Wiecie, jak jest.

47 komentarzy:

  1. U mnie miesiąc też minął pod znakiem medycznym;) na ten suflet Organique mimo wszystko miałam chęć, ale mi sprzątnęli i wycofali:D no cóż ;) a co do świąt, ja się cieszę, że już po ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam ten micel Garniera i bardzo polubiłam :) Świetnie radzi sobie z mocnym makijażem

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy w Monoi Roszera wyczuwasz kokosa? Bo nie wiem czy iść wąchać czy kupować w ciemno :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej. trudne pytanie! Może i czuć w tej mieszance kokosa, ale na pewno nie takiego kokosankowego, deserowego. Jeśli już to jest ten naturalny zapach mleczka kokosowego, ale i tak wszystko absolutnie dominuje gardenia, która w dodatku utrzymuje się na skórze w nieskończoność :). Lepiej powąchaj, bo to jest tak specyficzny aromat, że może być skucha :)

      Usuń
    2. Ja tam kokosiny nie czuję :D

      Usuń
    3. W większości przypadków zapach kokosa mnie męczy więc faktycznie trza sobie spacer do stacjonarki zrobić :) a tak mi do niej nie po drodze... Dobrze, że nie mają fajnych promocji to chociaż się nie muszę spieszyć :D

      Usuń
    4. jak to możliwe, że w YR nie ma fajnych promocji? przecież tam CO CHWILĘ są jakieś promocje życia ;)

      Usuń
  4. Bejb, nie chciałabym brzmieć jak popierdolony psychofan, ale twoje pisanie działa na mnie odprężająco :D #erotykanablogach :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o nie, i teraz będę chodzić z OOOO takim zadartym nosem, taka jestem ważniara ;) dziękuję <3

      Usuń
  5. Twój marzec był do dupy, ale trzymam kciuki, żeby kwiecień przyniósł same dobre rzeczy :*

    macham na pożegnanie szmineczkom. moja faza na pomadki w ogóle nie słabnie, ani trochę :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. moja faza na pomadki też ma się doskonale, niestety. a już powoli niektóre jełczeją i serce mi pęka!

      Usuń
  6. Miałam okazję zapoznać się z zapachem Monoi w wydaniu YR (miałam żel pod prysznic) i o ile w opakowaniu wydawał się bardzo ciekawy, tak na skórze był dla mnie nie do strawienia.
    A mój próg tolerancji dziwnych, intensywnych zapachów jest dość wysoki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie, co nos to opinia, dlatego przy tak intensywnych kompozycjach zawsze zalecam sprawdzenie przed zakupem :)

      Usuń
  7. duzo zdrowka dla synka, mam nadzieje, ze w kwietniu odsapniecie i bedzie dobrze :)

    z pokazanych przez Ciebie kosmetykow (a raczej pustych opakowan po nich) znam jedynie plyn micelarny Garniera :) ehh swiat kosmetykow jeste wieeeeeeelki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękujemy za życzenia, obyśmy już wyszli na prostą!

      Usuń
  8. ja też dopiero nie dawno poznałam ten płyn micelarny z garniera, dla mnie jest ok. lubię go choć nie zachwycam się jakoś szczególnie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Spore denko ;) Widzę większość nieznanych mi, ale ciekawych kosmetyków ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Miałam maskarę z Catrice i byłam z niej tak okrutnie niezadowolona, że raz na zawsze podziękowałam tuszom z tej firmy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale tę maskarę, o której piszę, czy jakąś inną i zniechęciłaś się do marki?

      Usuń
  11. Monoi de Tahiti z YR to przepiękny zapach. Delektuję się nim od kilku już lat ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. ojej zazdroszcze takich produktów w denku :)
    wiele z nich sama bym chciała przetestować

    OdpowiedzUsuń
  13. też w końcu skusiłam się na ten micel z Garniera i chyba też polubimy się na dłuższą metę :) i kusi mnie właśnie marka Organique, może w końcu uda mi się odłożyć trochę kasy na ten peeling :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Faktycznie mialas ciezki miesiac - oby kwiecien byl lepszy :) Gratuluje zuzyc, musze z ciekawosci nabyc jagodowa Balee, bo w sumie jeszcze zaden ich zel mnie nie rozczarowal ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. naprawdę z całego asortymentu Balei tego zapachu bym nie brała...

      Usuń
  15. Zycze Waszej 3 w takim razie duzo zdrowia w nadchodzacych miesiacach :)
    Ja tez walcze z anemia od paru lat, tak Cie pociesze, ze nie jestes sama...
    Duzo zuzylas! U mnie tez ten szampon z Timotei tak srednio sie sprawdzil :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak to parę lat? ja mam nadzieję, że sobie z moją poradzę w parę miesięcy!

      Usuń
    2. Kochana, pewnie sie uporasz z nia w pare miesiecy, u mnie bylo tak ze zawsze duzo krwi tracilam co miesiac i zelazo pomagalo na pare miesiecy zawsze, potem zaczelam brac hormony i problem znikl, ale jak przestalam w tym roku brac je, to problem wrocil. Ale jak u Ciebie anemia nie wziela sie z takich problemow, to powinnas szybko ja pokonac :)

      Usuń
  16. Może nie puszczałam "Jingle Bells", ale "Last Christmas" było... :D Pozostałości po pieczeniu pierniczków w grudniu.
    Mam krem do ciała o zapachu jagód z Balea i jak dla mnie pachnie bardzo słodko, chwilami aż za mocno, ale źle nie jest. ;)
    Ach, przypomniałaś mi dlaczego nie polubiłam Biodermy - bo ohydnie smakowała!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no ciekawa jestem, jaka jest różnica między jagodowym kremem i żelem pod prysznic. a może po prostu lubisz zapach balonówy? :)

      Usuń
  17. Do włosów kup sobie serum A+E z Biowax. Ślicznie pachnie, nie obciąża, może pomóc. Myślałaś o pielęgnacji Alterny?

    Ślicznie Ci poszło! /klep, klep po anemicznych pleckach/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kłamstwa (opinie, doświadczenia...)! Serum A+E Biowaxu było super przez pierwsze dwa tygodnie, po czym dość obrzydliwie potraktowało mi końcówki resztek włosów powodując efekt słomianego stracha na wróble. Wieść niesie, że oblepia włosy ciężką do zmycia warstwą - teoretycznie ochronną - która może zaowocować właśnie takim paskudztwem jak u mnie.

      Usuń
    2. Alterny jeszcze nie dotykałam. Na razie myślę o pielęgnacji mózgu melisą, to na dobry początek.
      Biowaxu nie lubię, mam jakąś ich maskę, ale stoi na razie nieużywana po tym, jak mnie wkurzył ichniejszy szampon do włosów (tak splątanych kłaków nie miałam NIGDY)

      Usuń
  18. Timotei ma fajny szampon z olejkami w nazwie/składzie - nie pomnę nazwy, a mam lenia i nie chce mi się szukać. Ale polecam.
    Przypomniałaś mi o wodzie termalnej Uriage. Jakim ona była zbawieniem, jak siedzieliśmy w biurze ogrzewanym klimatyzacją <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ta Caudalie winogronowa jest naprawdę super – jak Ci kiedyś wpadnie w oko, bierz śmiało!

      Usuń
  19. Zużyłam całe opakowanie Jedwabiu Green Pharmacy i bardzo go lubiłam, wąchałam też jakiś kosmetyk YR z Monoi, zapach jest obłędny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wierzę, że jedwab pomaga, tylko no... trzeba by go regularnie wcierać ;)

      Usuń
  20. U nAs święta minęły w mgnieniu oka, nawet nie wiem kiedy :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Gratuluję denka:) Znam jedynie micela z Garniera, który jakoś nie podbił mojego serca oraz wodę termalną z Vichy - ja też nie rozumiem tego osuszania twarzy:/
    Ps. Życzę zdrówka dla całej familii! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. podobno te, które producenci każą wycierać z twarzy, niewytarte zabierają nam wodę z naskórka. nie kumam tego, po co się w ogóle tym pryskać, skoro tak? i jak zrobili inni producenci (Uriage, Caudalie), że ich woda niczego nie kradnie? :P

      Usuń
  22. mialam dokladnie tez zel z balea i po pol opakowania mialam dosc tego zapachu:)

    A u nas ospa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o nie, ospa, co za syf. współczuję :/

      Usuń
  23. Zdrowia dla Tomasza przede wszystkim!! Z tych wszystkich rzeczy znam micela od Garniera i szampon Sylveco, którego kolega balsam myjący tej firmy jest godny uwagi. Szampon zdecydowanie mniej ;) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  24. Przełamania złej passy i dużo zdrowia dla całej Rodziny :*

    Wody termalne są różne i stąd takie różnice, natomiast każda stosowana zgodnie z przeznaczeniem przynosi efekty :) Uriage różni się przede wszystkim dlatego, że jest izotoniczna i nie wymaga osuszania. Natomiast Grape Water Caudalie, to zupełnie inny rodzaj wody i nie znajduję na jej opakowaniu informacji, która wskazuje na to, że jest to woda termalna (chyba że się mylę?) i tutaj sam fakt braku osuszania wynika już jakby z przeznaczenia oraz tego, co oferuje skład INCI.
    I już się nie wymądrzam ;)

    OdpowiedzUsuń