sobota, 25 kwietnia 2015

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 8

Nadszedł czas na znęcanie. Wiem, że to lubicie. W dzisiejszym odcinku „Moich kosmetycznych pomyłek” wystąpią beznadziejne produkty makijażowe i jedna denna baza pod manikiur. 

Po pierwsze: proszek, który jest proszkiem


L'Oréal Paris – HiP Kohl Eyeliner 

Na świecie jest tyle czarnych eyelinerów... Nie! To nie to zdanie. Na świecie jest tyle kohlowych kredek... więc dlaczego, ach, dlaczego, kupiłam kohlowy pigment? Czy to magia promocji? A może otępienie umysłowe, które dopadło mnie pewnego letniego, gorącego przedpołudnia? Dziś nie mam już nawet najbledszego pojęcia, co się stało, że ta przeuroczo wyglądająca fiolka czarnego pyłku znalazła się w moich zbiorach, ale wiem jedno: tego nie da się normalnie używać. Dlaczego? Bo to proszek, o, pyłek taki. A co robią pyłki? Pylą. Dlaczego pylą? Bo są pyłkami i taka ich pyłkowa natura. Och, mateczko, czy tym się w ogóle da wykonać jakąś kreskę? Mówiąc: „jakąś”, mam na myśli taką, która jest jakkolwiek nasycona czernią i nie rozchodzi się po całym oku, międzyoku i podoku*. A jeśli nawet się da, to... po co? Kredką będzie łatwiej. Płynnym eyelinerem będzie łatwiej. Albo żelowym. Łatwiej będzie wykonać ją czymkolwiek.


Po drugie: podkład, który nie jest tym, czym wydaje się być


Max Factor – CC Cream – Instant Complexion Enhancer w odcieniu 50 Natural

Ten podkład zapowiadał się wspaniale: wygodna, płaska tubka, niewielki filtr przeciwsłoneczny i pięknie dopasowany do mojej karnacji odcień. Trochę się zdziwiłam, że mojej bladej cerze potrzebny jest dopiero numer 50 i może to powinno mi dać do myślenia. Ale nie dało. Pamiętam, że ten krem CC nie był tani: kosztował ponad 50 zł, a ja kupiłam go bez żadnej promocji. Spodobało mi się w nim wszystko: pięknie się nakładał (w końcu CC mają być bardziej pielęgnujące od BB), ładnie wchłaniał i przyjemnie pachniał, miał dobre krycie, a przy tym nie był ciężki. Ideał. Zaaplikowałam więc sobie ten fantastyczny produkt na facjatę i taka piękna pojechałam do teściów. TEŚCIÓW! Gdy mój szanowny małżonek zaparkował pod blokiem, wyjęłam lusterko, aby wykonać niezbędne na tę ważną okazję poprawki. Co się okazało? Moja twarz była o dwa tony ciemniejsza od szyi. Zastanawiałam się, czy ścierać to z siebie obślinionym palcem, czy może pożyczyć od dzieci bawiących się na podwórku kawałek białej kredy. Ostatecznie wybrałam opowiedzenie tej przygody teściowej (to było łatwiejsze od poprzednich wariantów), ale krem CC Max Factor nigdy więcej się nie przydał.


Po trzecie: cień, którego nie ma


My Secret – Matt Eye Shadow nr 511

Cień jest mocno żółty. To ważne, bo po pierwsze: to zupełnie odjechany dla mnie kolor, więc miałam wobec niego pewne oczekiwania, a po drugie: znam inne dwa matowe cienie My Secret i sprawiają się dużo lepiej od tego (choć i one nie są idealne – przynajmniej są tanie i łatwo dostępne). Postarajcie się nie zwracać uwagi na fakt, że zdjęcie numer dwa jest ostre nie w ten sposób, jakiego byśmy oczekiwali, okej? No, więc czemu śmiem przywalać się do cienia z serii, która wielokrotnie była na blogach chwalona i otaczana czcią? Bo żółtek numer 511 jest całkiem do dupy. Opowiem Wam nudną historię: któregoś dnia, gdy wiało, lało i było nędznie, zapragnęłam przywołać wiosnę makijażem. Nie robię tego często w przypadku makijażu oka, wolę eksperymentować z żarówiastymi pomadkami. Owego dnia wykopałam z zapasów cień, którego nie używam nigdy. Użyłam i zachwyciłam się efektem. Cień My Secret wykorzystałam na dolnych powiekach, wykonałam też kilka finezyjnych plam na górnych. Było świetnie, a potem do Tomka przyszła fizjoterapeutka. Po godzinnych zajęciach, na których przecież nie ja się upociłam, spojrzałam w lustro. I co? I nic. Nie było tam nic – ledwie widoczny cień żółtości na górze, na dole zero absolutne. Pozostałe dwa cienie innych firm były na swoim miejscu, co dawało jeszcze dziwniejszy efekt wybrakowanego makijażu. Cienie My Secret są bardzo pudrowe i mocno pylą przy aplikacji – być może dlatego żółtek zwiał migusiem.


Po ostatnie: baza, która nie powinna istnieć


Euro Fashion Base Coat, 15 ml

Zakup tej bazy raczej Wam nie grozi, bo produkt jest nieznany, a ja kupiłam go przy okazji innych zakupów w jakiejś hurtowni. Gdybyście jednak zobaczyły tę flaszkę u manikiurzystki, uciekajcie prędko – lakiery na tej bazie (nawet po dość niszczącym odtłuszczaniu płytki) nie chcą się w ogóle trzymać: bez względu na firmę, odpryskują już następnego dnia. Zazwyczaj nie schodzą płatami, ale czy nieestetyczne, spore odpryski nie są wystarczającym czynnikiem dyskwalifikującym? Za tę nieprzyjemność zapłaciłam 11 złotych. Olać.


*słowa niewątpliwie zmyślone.

35 komentarzy:

  1. Prawdziwy indyjski kohl jest proszkiem :) Tylko jego się inaczej używa - układa się patyczek w zewnętrznym kącika oka (od środka oka), zamyka oko i przejeżdża patyczkiem. Osiada na linii wodnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widziałam kiedyś na filmie tę metodę. nie byłabym w stanie wykonać czegoś takiego na oku! :O

      Usuń
    2. NIe jest takie straszne :)

      Usuń
    3. uwielbiam efekt po takim prawdziwym:)

      Usuń
    4. Kohl Loreala jest przeznaczony tylko na linię wodną, nie służy do robienia kresek na zewnątrz na sucho. Określenie Eyeliner, oryginalnie oznaczało właśnie "wewnętrzny" sposób stosowania.

      Usuń
  2. A miałam sobie zafundować ten proszkowy kohl. Na szczęście rozsądek zwyciężył :)

    OdpowiedzUsuń
  3. oh, jak ja nienawidzę ciemniejących podkładów, brrr. ewakuujący się cień też niech spada na drzewo. co do lakieru, trafiłam kiedyś na top wysuszający, który sprawiał, że lakiery w ogóle nie chciały schnać :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie, nie, to była jakaś mało znana marka. już nawet nie pamiętam jej nazwy...

      Usuń
  4. nie podejrzewała bym cieni My Secret o takie akcje z uciekaniem :p

    OdpowiedzUsuń
  5. A to bublasy! Na szczęście nie miałam z nimi do czynienia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie znam nic z tych produktów, ale zastanawiałam się nad kupnem cieni My Secret, więc dobrze, że tego nie zrobiłam. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cień cielisty do gruntowania powieki jest super, dlatego myślałam, że żółtek też da radę.

      Usuń
  7. No akurat na żadną z tych pomyłek nie trafiłam ;) ale są pewne produkty, które źle wspominam

    OdpowiedzUsuń
  8. Ty masz żarówiaste pomadki?

    OdpowiedzUsuń
  9. ja mam znów eyeliner w proszku, też tej samej firmy i jest fajny, dobrze napigmentowany, ale jednak najłatwiej używa mi się typowego żelowego eyelinera, proszek jednak grozi osypywaniem się i to największy jego minus ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. na pewno u mnie się nie znajdą :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Całe szczęście, że nie miałam "nieprzyjemności" z żadnym z tych "przyjemniaczków", Będę unikała!

    OdpowiedzUsuń
  12. No i to denerwuje najbardziej: idziesz i kupujesz pełna nadziei, a potem du.pa. Okazuje, że dziad do niczego się nie nadaje.

    OdpowiedzUsuń
  13. ja bym sie nie odazyla kajalem rysowac;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no ja na pewno nie odważyłabym się aplikować tego na linię wodną :D

      Usuń
  14. Ale fajny wpis! ten liner to faktycznie coś dziwnego... Dołączę się do ciebie i zapraszam do siebie, jeśli masz ochotę ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Ale fajny wpis! ten liner to faktycznie coś dziwnego... Dołączę się do ciebie i zapraszam do siebie, jeśli masz ochotę ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Mimo,że lubię tego typu posty,to życzę oby przytrafiało ci się mniej takich produktów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehe, mam podobnie u innych – chętnie czytam, choć oczywiście współczuję skuch :D

      Usuń
  17. Ale Ty fantastycznie to opisujesz :D Po prostu przyjemnie się czyta, mimo że to buble. Lubię cienie z MySecret, aczkolwiek żółtka jeszcze nie miałam i z tego co widzę raczej się nie skuszę. Na szczęście większość jest lepiej napigmentowana i trwalsza :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, to prawda, dwa inne, które mam, nie zrobiły mi nigdy takich numerów :) a za komplement dziękuję!

      Usuń
  18. Dzięki za info o tym cieniu, raz na jakiś czas włącza mi się faza na intensywne żółtko na oku i zazwyczaj zwalniam wtedy nieznacznie przy szafie MySecret. Pamiętam jak w czasach nakładania makijażu pacynką i palcami zaopatrzyłam się w ciemny granat. Jeżu, jak to się sypało. Wszelkie próby uprzątnięcia pyłu spod oczu kończyły się pandosmugami na pół policzka (pigmentacja godna pochwały)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zrobiłam to co zawsze – chciałam wypróbować nowy szalony koncept i poszłam do szafy z taniochą (no ale jednak polecaną taniochą). Szkoda, że tak bardzo nie zadziałał, pewnie w końcu kupię jakąś paletę Sleeka z tego typu odjechańcami.

      Dzięki za ostrzeżenie o granacie.

      Usuń
    2. Wyniosłam ostatnio z DM jebitnie zielony, jasny, walący po oczach cień. Trzymaj za mnie kciuki, też był tani. Ze sleeka też miałam granaty, sypały się dużo mniej.

      Usuń
    3. no bo to tak jest - jak chcesz zrobić szaleństwo to sięgasz po taniochę, a później się okazuje, że strata pieniędzy.

      Usuń
  19. Na szczęście nie miałam przyjemności z żadnym :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja jakoś też nie rozumiem zachwytów nad tymi cieniami, co prawda używałam ich dość dawno temu (może teraz wiele się zmieniło), ale jakoś nie mam chęci powtórzyć tej pomyłki...

    OdpowiedzUsuń