sobota, 28 marca 2015

Pervoe Reshenie – Bania Agafii – ekspresowe maski do włosów: pielęgnacyjna i regenerująca

O tym, w jak beznadziejnym stanie są moje włosy, mogłabym napisać powieść. Zawsze były bardzo cienkie i niezbyt gęste, dlatego nigdy nie katowałam ich farbowaniem czy nawet stylizacją. Z suszarką mają do czynienia kilka razy w roku, nie znają pianek, lakierów ani gumy matującej. W praktyce znaczy to tyle, że choć prowadzą się dobrze, wyglądają nędznie. Są pożałowania godne. A do tego od kilku miesięcy wypadają tak intensywnie, że została mi 1/3 objętości, czyli w wolnym tłumaczeniu: smętny, cieniutki kucyk. Dotychczas kuracja biotyną działała wyśmienicie. Niestety, tym razem po trzech opakowaniach Biotebalu wypadanie zostało nieco ograniczone, ale problem się nie skończył. Zrobiłam więc badania. Tarczyca zdrowa, ale żelazo niskie i anemia na pokładzie. Mam już więc rozwiązanie zagadki, teraz tylko muszę się dowiedzieć, czy niskie żelazo oznacza wrzody żołądka, ropień odbytu, ciężką niewydolność nerek, czy może jakieś inne fantastyczne schorzenia. Tak, pani w aptece nie pozostawiła cienia wątpliwości: skoro mam niskie żelazo, dolega mi Coś Strasznego i natychmiast muszę dowiedzieć się, co. „Przecież ma pani dla kogo żyć!” – dodała filozoficznie. No to żyję. Na razie.

W tej sytuacji chwilowo nie zależy mi na tym, żeby zatrzymać wypadanie włosów szamponami, wcierkami, czy innymi tabletkami. Muszę zwalczyć zdrowotną przyczynę, a włosy utrzymywać w możliwie dobrej kondycji. No to paćkam je tym i owym. Ciekawe, czy czują się od tego lepiej. Włosy, co wy na to?

Od lewej: błyskawiczna maska pielęgnacyjna i ekspresowa maska regenerująca.

Od dłuższego czasu używam na zmianę dwóch masek: błyskawicznej, która pielęgnuje i ekspresowej, która regeneruje. Bardzo jestem ciekawa, czy błyskawiczna jest szybsza od ekspresowej, czy może odwrotnie*? W każdym razie jedną i drugą producent zaleca trzymać na włosach 3–5 minut. Żeby było łatwiej, obie wyglądają bardzo podobnie, dlatego rozpoznaję je po zapachu: błyskawiczna pachnie męską, słodką wodą po goleniu, a ekspresowa – łąką pełną kwiatów i pszczółek (pytanie dnia: czy pszczółki pachną?).  

Błyskawiczna maska pielęgnacyjna

Podobnie jak ekspresowa koleżanka, zawiera same naturalne składniki. Wśród pielęgnujących czarodziejów znajdziemy: żeń-szeń dalekowschodni (dużo witamin i mikroelementów – sprzyja wzrostowi i regeneracji), cebulicę syberyjską (bogata w delikatnie oczyszczające włosy saponiny), biały len (zapobiega łamliwości i rozdwajaniu), ekstrakty z mchu islandzkiego (tonizuje skórę głowy) i wrzosu islandzkiego (poprawia barierę ochronną skóry głowy), a także miodunkę plamistą, która wzmacnia korzenie włosów. Wszystkie te składniki mają natychmiast przywrócić włosom naturalny połysk, miękkość i elastyczność oraz intensywnie je odżywić

Ekspresowa maska regenerująca 

Chwali się zawartością wyciągów z różeńca górskiego (silny przeciwutleniacz, przywraca gęstość i blask) i bażyny syberyjskiej (odżywia i wzmacnia cebulki), oleju z nasion żurawiny i borówki brusznicy (dużo witaminy E – intensywne nawilżenie i wygładzenie), a także ekstraktu z kwiatów malwy, który zawiera witaminę C i karoten, co ma pomóc w ochronie przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych. Maska ma ekspresowo przywrócić włosom elastyczność i naturalny połysk, nawilżyć i uspokoić skórę głowy. Jakby nie patrzeć, działanie dość podobne do koleżanki wyżej. 

Konsystencja obu masek jest dobra: dość rzadka, ale maski nie rozlewają się w sposób niekontrolowany i zwykle nie znikają w odpływowym, prysznicowym niebycie. 


Opakowanie jest bardzo dziwne, przypomina zapasy mydeł w płynie. Przez to, jak zostało wymyślone, wydaje nam się, że używamy saszetki, która za chwilę się skończy, co jest nieprawdziwe, bo producent upchnął do miękkich torebek po 100 ml syberyjskich dobroci, a do zaaplikowania na średnio długie włosy nie potrzeba wiele. Nie podoba mi się to saszetkowe rozwiązanie, bo ani to wygodne (halo, nakrętka zamiast zatrzasku? pod prysznicem? serio?), ani praktyczne. Łatwo złapać opakowanie w złym miejscu i obryzgać sobie maską ręce, cycki i kolana. Łatwo wycisnąć za dużo produktu. Łatwo się zirytować i zbluzgać zupełnie niewinne pozostałe butelki i tubki, mieszkające na prysznicowej półce. Aha, no i wybitnie denerwujący jest moment, w którym produktu wewnątrz zostaje na tyle mało, że nie da się już opakowania postawić na półce tak jak butelki i trzeba je opierać o pozostałych pielęgnujących towarzyszy lub podpierać nim ścianę. 

Oczywiście zawartość można przelać do innego... czegoś, podobnie jak najwięksi twardziele przelewają mleko z miękkiej torebki ze zgrzewem, ale wiadomo – to nie jest fajna zabawa, poza tym: czy ktoś z Was kupuje jeszcze takie mleko?? Jedyny plus naszego rosyjskiego opakowania jest taki, że trudno nie zużyć masek do ostatniej kropli. 


Jeśli chodzi o to, co najważniejsze, czyli działanie, moją faworytką jest maska pielęgnująca. Fantastycznie wygładza włosy, są po niej lejące, błyszczące i mięsiste (a przynajmniej takie się wydają w dotyku, bo naturalnie do mięsistości im daleko). Nie jest to może całkiem korzystne, jeśli chcemy kilka kłaczków na krzyż zebrać i_tak_za_dużą gumką do włosów, ale wciąż ubóstwiam ten efekt. Wyobrażam sobie wtedy, że moje gładkie, lejące włosy mają taką samą objętość jak u tych pań z reklam i przynajmniej przez chwilę czuję się lepiej. Wiecie, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi własne zmyślanie. Maska pielęgnująca na pewno nie zwiększy objętości (co byłoby wskazane), może też ulizywać, dlatego nie nakładam jej od samych cebulek. Uwielbiam ją za to, jak ułatwia rozczesywanie – nie tracę kolejnych bezcennych włosów, bo dałoby się je łatwo i skutecznie rozczesać nawet widelcem.

Wersja regenerująca też jest w porządku, ale moje włosy szybciej po niej marnieją w oczach, wymagają częstszego mycia i nie są tak pięknie zadbane. Wniosek: jest za ciężka. Nie można jej jednak odmówić równie imponującego efektu wygładzenia, a to przecież lubimy.

Obie na długo pozostawiają zapach na włosach i są całkiem wydajne, dlatego cena wydaje się śmiesznie niska (właściwie i tak jest niska dość zabawnie, prawda?). Jedyne, co bym zmieniła, to ich nazwę – dla mnie są po prostu odżywkami, co sugeruje nawet krótki czas trzymania na włosach.

Przy okazji: wciąż poszukuję zestawu: szampon + odżywka, który dodałby objętości moim oklapniętym, przetłuszczającym się włosom i ograniczyłby powstawanie smutnych strąków. Jeśli macie taki sprawdzony duet lub przynajmniej jeden z kosmetyków, który dałby podobny efekt, zostawcie nazwy czarodziejskich mikstur w komentarzu.


Pojemność: 100 ml
Cena: 4–8 zł
Dostępność: coraz większa, głównie sklepy internetowe


*Okej, tak naprawdę pewnie obie nazywają się jeszcze inaczej, a to tylko tłumaczenie dystrybutora. Nie znam rosyjskiego i nie mam bladziuteńkiego pojęcia, co jest napisane na opakowaniu.

sobota, 21 marca 2015

Organique – Fresh'n'fruity – Body Fluffy Souflete [recenzja]

Wyobraźcie sobie, że zepsuł Wam się laptop, na egzotyczną część zamienną (czyt. klawiaturę) czekaliście ponad tydzień, a naprawa kosztowała tyle co tygodniowe wczasy w Ciechocinku. Wkurzające, prawda? Potem wyobraźcie sobie, że w godzinę po odebraniu naprawionego laptopa zepsuła się pralka. Puśćcie wodze fantazji jeszcze bardziej i dodajcie do tego dziecko, które w tydzień po odstawieniu antybiotyku na ostre zapalenie nerek, przywitało Was o poranku szczaką śmierdzącą końską uryną, w związku z czym, zamiast na wiosenny spacer, udaliście się prędko do nefrologa, który pobrał jedyne sto osiemdziesiąt złotych za udzielenie bezcennych informacji o dalszym leczeniu i postępowaniu. Na tym pięknym obrazku widzimy jeszcze męża, który złamał paznokieć i cierpi, żaluzje, których nie da się zamontować, bo ktoś zapomniał, że okna mają klamki, i mięso mielone, które zepsuło się dwa dni przed upływem daty ważności, a miało być na obiad. Dodajcie do tego jeszcze piętnaście losowych problemów z dzieckiem typu jadłowstręt, bunt dwuipółlatka, zbyt wczesne pobudki, a także kilkanaście mniejszych i większych problemów innego typu. Oto ja i kilka ostatnich dni z mojego pięknego, niezapomnianego marca z mężem na urlopie. Zapewniam, że cały miesiąc jest równie wyborny i wszystko układa się wspaniale! A jak tam Wasz początek wiosny? Słonko świeci, ptaszki ćwierkają? 


Dziś będzie o papce do smarowania ciała od jednej z moich najukochańszych polskich firm, czyli  Organique. Jako że nastrój mam wyborny, bardzo chętnie podzielę się z Wami uwagami na temat fluffy suflecika, który wcale nie jest tak idealny, jakby się mogło wydawać po wsadzeniu weń nosa i pierwszych przymiarkach. A w ogóle to z jakiego języka pochodzi pisownia souflete? Fluffy angielski? Bardzo nie sądzę. 

Według producenta suflet, zwany po drugiej stronie opakowania polskim soufletem (no fascynuje mnie ta nie-w-kij-pierdział ortografia), ma skórę dotlenić, ujędrnić i poprawić mikrokrążenie (a nie, przepraszam: mikrokrazenie). Kiwi, mango i czerwone winogrona z opakowania być może gdzieś mieszkają w składzie, ale ja ich nie dostrzegam, obraz mi się rozmazał... coś o liściach winogronowych było, a dalej to już nie wiadomo zupełnie... nic nie widzę, nic nie widzę! A nie, widzę PEG-a wysoko w składzie i parę innych nienaturalnych i niepięknych składników, ale może źle patrzę, obraz taki rozmazaaaaannnyyyyyy... 


Ach, już wiem. To souflet/souflete, który w składzie ma coś_z_winogron, a PACHNIE mango i kiwi. Tak napisano na spodzie opakowania. I może to prawda, bo w ślicznym słoiku mieszka równie ślicznie pachnący glutek o konsystencji mocno stężałego budyniu. Zapach jest absolutnie trafiony – rześki, nienachalny, owocowy i ani trochę słodki. Opakowanie nie zawierało folii ochronnej, więc pojęcia nie mam, czy ktoś przede mną podziwiał zawartość. Nie umiem wymyślić, czemu mają służyć zatopione w kremie czerwone kropki. To chyba ozdoba, w każdym razie trzeba Wam wiedzieć, że rozpuszczają się przy rozcieraniu na skórze i nie zostawiają po sobie wyraźnych śladów. Kosmetyk z pewnością prezentuje się wybornie i apetycznie. Przejdźmy do całej, szerzej pojętej reszty.


Ten krem/souflete/souflet to pielęgnacyjna kupa. Nie wchłania się i pozostawia na skórze niezbyt przyjemny, rolujący się film. Trochę słabo jak na puszysty, lekki kosmetyk, którym miał być Body Fluffy Wiadomo Co, Nie Będę Się Już Znęcać. Warstwa niewchłonięta łapie wszystkie paprochy z ubrania, a nawilżanie jest co najwyżej przeciętne. Wydajność również przeciętna, ale to akurat dobrze się składa. Zużyłam go dla zapachu, ale nie ma absolutnie żadnego powodu, dla którego ktokolwiek miałby użyć tego czegoś w celach pielęgnacyjnych. 

Organique'u, nie martw się. I tak cię kocham. Tylko nie rób już tego więcej, dobrze?

Pojemność: 200 ml
Cena: 39 zł
Ocena: 2/6

poniedziałek, 16 marca 2015

Yves Rocher – żele pod prysznic z serii Les Plaisirs Nature [przegląd]

Trafił mi się kiedyś w zamówieniu zmasowany atak yvesrocherowych kurdupli do kąpieli, a że są to przedstawiciele mniej popularnej linii myjącej YR*, postanowiłam podzielić się wrażeniami. To trochę bez sensu, bo mój nos wyczuwa zwykle więcej, niż powinien, a sprzężony z nim mózg kreuje mało prawdopodobne teorie zapachowe, które potem Wam przedstawiam. Cóż, stało się – skoro zasiadłam do pisania, to skończę, a wszelkie niezgodności z Waszymi odczuciami węchowymi musicie mi wybaczyć.

Żele są malutkie (50 ml), a jednak starczają na dłużej, niż sugeruje ich pojemność. Podejrzewałam, że chlusnę takim z wielkiej dziury (do jej wielkości jeszcze wrócę) dwa razy i będzie po sprawie, a tu niespodzianka, psikus, wielkie ho-ho! Myje się baba raz, drugi i siódmy, a butelka nie wypowiedziała jeszcze swej ostatniej kropli. Przemiła sytuacja. Oczywiście żele, o których dziś do Was nadaję, można kupić w pełnowymiarowych butlach. Butle są ogromne (400 ml), bez promocji kosztują 16,90 zł, co daje nam 4,23 zł za 100 ml. Zwyczajna, przyzwoita cena. Nieprzyzwoity jest za to brak dozownika – zarówno z małej, jak i z dużej butelki żele płyną przez całą szerokość szyjki. Do pełnowymiarowej można dokupić pompkę i potem do końca życia przekładać ją z opakowania do opakowania. Ja nie lubię takich rozwiązań, ale przyznać trzeba, że mają w sobie ten subtelny, ekologiczny powab. Co kto lubi.


Jeśli chodzi o właściwości kolorowych płynów mieszkających wewnątrz ekobutelek, to... spełniają swą, jakże odpowiedzialną, funkcję. Myją. I w sumie tyle. O jakimkolwiek nawilżaniu nie ma mowy, ale przynajmniej nie wysuszają mojej niezbyt wymagającej ostatnimi czasy skóry. Zresztą, czy ktoś jeszcze wierzy w zapewnienia producentów, że żel pod prysznic jest w stanie skutecznie dbać o poziom nawilżenia? O czym to ja miałam... ach, kurduple Les Plaisirs Nature pienią się tak sobie, mimo że w składzie mają pianogenny SLeS. Przejdźmy do zapachów.

Organic Oats – to bardzo intensywny i bardzo specyficzny aromat. Zamiast organicznego owsa producent mógł wpisać jakąkolwiek inną roślinę niemającą sensownego zapachu, bo żel pachnie po swojemu. No ale to przecież nie o zapachy chodzi, tylko o mikrogramy ekstraktów z roślin wymienionych na etykiecie. Skondensowany owies w składzie widnieje, więc nie ma to tamto. Zapach poznałam już wcześniej. Jest łudząco podobny do tego, który wyniuchałam w kremowym żelu do mycia twarzy i ciała Uriage Lavante. Zapach teoretycznie ładny, intensywnie mydlano-toaletowy (nie że z kibla, wiecie, o co chodzi), ale podobnie jak w przypadku Uriage, jego piękno z dnia na dzień zamienia się w brzydotę. Jest zbyt mocny i nie byłam w stanie stosować go codziennie, za to sprawdził się, gdy używałam mydła do rąk z tej serii.  

Strawberry – porzuciłam już projekt odnalezienia idealnie pachnącego, truskawkowego żelu pod prysznic. Jest to głupi zapach do odtwarzania, bo i zapach truskawek nie należy do najmądrzejszych. To nie są wcale jakieś wyjątkowo aromatyczne owoce, a ich aromat jest ulotny, więc skąd pomysł, że truskawkowy żel będzie pięknie pachniał? Nie wiem, ale nie jestem jedyną, która dała się nabrać. Myślę, że chcemy pachnieć truskawką, bo te czerwone bulwy dobrze nam się kojarzą. Myślę też, że jedyne, co naprawdę pięknie pachnie w naturze, to truskawki w śmietanie. Ooooo tak. Tak, tak, tak! Kocham truskawkowo-śmietankową herbatę i te prawdziwe, umorusane w śmietanie owoce również. Żele truskawkowe wypadają na ich tle blado, choć temu z YR nie mogę odmówić uroku. Pachnie duuuużo lepiej niż konkurent z The Body Shop. Zapach letni, słodki – naprawdę może się podobać.

Yellow Peach – bardzo przyjemny, udany aromat. Nie za słodki, na pewno nie mdły, apetyczna wersja brzoskwini. Jest najmniej intensywny spośród całej serii Les Plaisirs Nature, ale nie uważam tego za wadę. Z przyjemnością do niego wrócę.

Olive Oil – na szczęście nie pachnie całkiem naturalnie, bo nie wiem, czy byłabym szczęśliwa, nacierając się pod prysznicem oliwą z oliwek. W sałatkach kocham, ale na skórze? No, tego. Oliwkowy żel YR ma zapach kojarzący mi się z dzieciństwem. Nie umiem sobie przypomnieć, który kosmetyk tak pachniał, ale dzięki dobrym wspomnieniom przyjemnie było używać tego żelu. To nie jest zapach z serii powalających pięknem, ale nie wyobrażam sobie, by komuś mógł nie odpowiadać. Podobnie jak brzoskwinia, nie jest intensywny. Gdybym była zapachowym ekspertem pracującym dla firmy kosmetycznej, z chęcią władowałabym taką kompozycję do kosmetyków dla dzieci.

Wśród zapachów Les Plaisirs Nature znajdziecie jeszcze dziką jeżynę, kokos, wanilię i malinę, która pojawia się i znika, więc nie wiem, czy można ją uznać za zapach ze stałej oferty (kiedyś mówiono, że to limitka, ale wciąż kilka produktów z tej serii można znaleźć na stronie YR). Malina jest absolutnie zjawiskowa – niebudyniowa, prawdziwie owocowa, nieprzesłodzona. Jeżyny nie próbowałam, wanilii też nie, a o kokosie powiem Wam tyle: jest w 100% kokosowy. Czy to dobra wiadomość, musicie ocenić samodzielnie, ja wciąż nie wiem, czy mnie to cieszy, czy smuci, bo czasem, wbrew temu, co chcielibyśmy o sobie myśleć, bardziej podobają nam się syntetyczne rozwiązania niektórych zapachów, a ten jest kokosem dość ordynarnym. Wiem jedno: prawdziwie oddani fani kokosowych klimatów złego słowa nie powiedzą, być może nawet pokochają serdecznie. Dobry kokos z tego kokosa.

Miałam jeszcze coś o składach, ale...


...moje archaiczne zdjęcie ma w sobie tyle wątpliwej jakości artyzmu, że chyba niemożliwym jest swobodne zapoznanie się z INCI. W związku z tym składów omawiać nie będziemy, może tylko wspomnę, że po raz kolejny widać jak na dłoni (tudzież jak na krzywo położonej butelce), że Yves Rocher z naturalną pielęgnacją ma naprawdę niewiele wspólnego. Wielokrotnie wspominałam, że mi to zwisa, ale polityka firmy z pewnością może wprowadzać konsumenta w błąd, a to już nie jest fajne.


Warto wspomnieć, że w kolekcji Les Plaisirs Nature co sezon pojawiają się zapachy limitowane, co niezmiennie wprowadza mnie w nastrój nieszczególnej szczęśliwości. Nieszczególna szczęśliwość wynika z tego, że zapachy limitowane często są piękne, więc czemu, oh, czemu producent żałuje nam ich przez resztę roku/istnienia świata? W sezonie grzewczym 2014/2015 absolutną faworytką była gruszka w karmelu – zapach oryginalny, słodki i dokładnie taki, jakby ktoś zjarał w syropie cukrowym soczystą gruchę na swej niewielkiej patelence. Zakochałam się i płaczę, a Wam: dobranoc i dzień dobry!


*mniej popularnej w moim domu, bo najczęściej kupuję żele z kolekcji Jardins du Monde. Ale u Was też częściej widuję właśnie te – Les Plaisirs Nature wydaje się nieco mniej popularna (może dlatego, że producent życzy sobie, abyśmy podlewali się takim żelem, lejąc go z ogromnego, co najmniej onieśmielającego otworu?).

czwartek, 12 marca 2015

Droga skucha: Korres – Tonik z wyciągiem z granatu do skóry mieszanej i tłustej

To był prezent dla męża – chciał „porządny tonik oczyszczający”, więc żona postanowiła się nie szczypać i zainwestowała w greckiego Korresa – tonik z wyciągiem z granatu. W Sephorze za tę przyjemność życzą sobie 95 zł – wystarczająco „porządna” cena, czyż nie? No to wzięłam, niech wie, że żona ma gest i wybiera dla niego frykasy z wyższej półki. Trochę popisówa, ale naprawdę miałam nadzieję, że Korres okaże się wyborny. 


Niestety, tym razem fakt, że zakupy robiłam online, nie zadziałał na naszą korzyść. Nie obejrzałam INCI i szybko stało się jasne, jak wielkim błędem było pominięcie tego kroku. 


Korres na butelce chwali się niedolewaniem parabenów, komedogennych olejów mineralnych, silikonów czy glikolu propylenowego, ale zapomina wspomnieć o pewnym drobiazgu, z którym zapoznajemy się zaraz po otwarciu zatrzasku. Ten drobiazg nazywa się alkohol denaturowany i występuje na drugim miejscu w składzie (zaraz po wodzie). Weselny aromat przebija się z wdziękiem przez miły, owocowy zapach dobrany starannie przez producenta. I to, niestety, dla mnie oznacza dyskwalifikację. Mąż ma łojotokowe zapalenie skóry, ja mam tłustą strefę T – dla żadnego z nas taki alkoholowy tonik się nie nadaje. Co więcej, on się nie nadaje dla nikogo, bo tonizowanie czy nawet oczyszczanie skóry nie powinno się dziać przy udziale alcohol denat.! No halo, przeczytacie o tym w każdym podręczniku do kosmetologii. Oczywiście istnieją cery, którym nawet spora zawartość alkoholu nie przeszkadza, ale proszę jaśnie korresowego państwa, bierzecie za tę flaszkę stówę. Na pewno dało się to zrobić lepiej, szczególnie w laboratorium firmy, która chwali się pięknem swoich składów. 


Pocieszające jest to, że tonik wypada mimo wszystko dużo lepiej niż kolega z Clinique do cery mieszanej w stronę tłustej (typ nr 3). Tam za tę samą pojemność (200 ml) płacicie 80 zł i dostajecie wodę o zapachu i właściwościach spirytusu salicylowego. W przypadku Korresa zapach alkoholu jest dużo mniej uciążliwy, nie ma też takiego zabójczego wysuszającego wpływu na cerę jak Clinique. No ale jednak jest beznadziejnym alkoholikiem. Zbiera zanieczyszczenia z twarzy, a w zamian oferuje napiętą skórę z zaburzoną równowagą wodno-lipidową. Ja mówię nie, nie i jeszcze trzynaście razy nie.

Droga Grecjo, chciałam pomóc, wesprzeć gospodarkę, dorzucić swój wcale niemały grosik do Waszej dziurawej kasy. No ale jeśli wlewacie do drogiego toniku gorzałę i czekacie na oklaski, to spadajcie na bambus. A Tobie, drogi mężu, następnym razem podstawię pod nosek hydrolat oczarowy za osiemnastaka, a do oczyszczania cery mogę nawet kupić czyścik Lusha, który tak Ci się podobał. Naprawdę chciałam dobrze...

PS Ostatnio jestem nieco ponura, wybaczcie ten brak polotu, ale od początku roku Tomasz przeszedł trzy zapalenia oskrzeli, a tydzień po odstawieniu antybiotyku właśnie dostał nowy – na zapalenie układu moczowego. Jesteśmy wszyscy wyczerpani, pragniemy wiosny, słońca, optymizmu. Chętnie przyjmiemy od Was morze pozytywnej energii!

Pojemność: 200 ml
Cena: 95 zł
Ocena: 2/6
Dostępność: wyłączność na Korresa w Polsce ma Sephora 

sobota, 7 marca 2015

Mam i ja! Tom Ford – Lips & Boys LE – James i Collin [swatche]

Tom Ford i ja. Kto by pomyślał? Nie planowałam z nim spotkania, bo nie uśmiechało mi się wydawanie fortuny na kosmetyki kolorowe, szczególnie że mój sześciopoziomowy Malm pęka w szwach. Nie miałam więc pojęcia, że Tom Ford wypuścił niedawno limitowaną kolekcję 50 miniaturowych pomadek Lips & Boys, które w polskiej dystrybucji kosztują 125 115* zł za sztukę. Z pomocą przybyła Krzykla, która postanowiła podzielić się na FB radosną nowiną o dostępności pomadek Forda w sklepie Douglas.pl. Krzyklo, okrutna kusicielko, zobacz, co narobiłaś!


W o wiele za dużym pudełku przybyły dwa tycie kartoniki, a w nich pięknie wykonane, odpowiednio ciężkie i walące po oczach luksusem szmineczki. Podobnie jak u Michaela Korsa, na tych również wspaniale odciskają się linie papilarne. Moje matczyne paluchy ewidentnie są niegodne. Miniaturowość pomadek z kolekcji Lips & Boys polega na tym, że za 115 zł dostajemy 2 g produktu, podczas gdy wersja pełnowymiarowa kosztuje 200+ zł i producent upchnął do opakowań 3 gramy szczęścia. Dobry dil, szczególnie dla takich fordowych leszczy jak ja. 


Możecie powiedzieć, że kupowanie maciupkiej szminki za ponad stówę to bezsens. Poniekąd będziecie mieć rację, bo na pewno podobne odcienie da się odnaleźć na niższych sklepowych półkach. Ale spójrzcie na te cuda! Przecież już samo dotykanie opakowania sprawia, że człowiekowi robi się lżej na duszy :). W tym przypadku sprawa nie skończy się na oglądaniu, bo zawartość jest zdecydowanie warta uwagi!


Miałam niemały problem z wyborem odcieni i przez długie zastanawianie trochę się spóźniłam. Dzień wcześniej Douglas miał do wyboru 30-kilku chłopaków Forda, a gdy już nagapiłam się na swatche Temptalii i dokonałam szczegółowej analizy, a potem wyboru, okazało się, że dwóch kolorów nie ma: pięknego, jasnego różu Matthew i neutralnego Addisona. Zdecydowałam się więc na ciemniejszego Collina, a o Matthew postanowiłam jak najszybciej zapomnieć. 


Oprócz Collina trafił do mnie koralowy przystojniak James. Zobaczcie, jak wyglądają w akcji!


Obie pomadki są niesamowicie kremowe i doskonale napigmentowane. Tym razem (uff, co za ulga) w parze z ceną idzie jakość. Moi chłopcy pachną wanilią (a dokładniej: waniliną), co automatycznie nasuwa skojarzenie z ukochanymi MAC-owymi skarbami, ale jednak aromat MAC-a jest lepiej i dłużej wyczuwalny. Idealnie kremowa konsystencja sprawia, że sztyfty gładko suną po ustach, a aplikacja jest łatwa i szybka. Okazało się, że nawet rozmiar działa na naszą korzyść – mniejsza powierzchnia sprzyja precyzji. 


Collin na żywo okazał się ciemniejszy, niż myślałam. Nie ujęło mu to urody – jest widoczny, a przy tym wciąż neutralny i zupełnie niekontrowersyjny. Idealny na co dzień i nie wyobrażam sobie, że komukolwiek mógłby nie pasować (no, może dla ciepłego rudzielca wybrałabym coś innego). Trwałość świetna – na moich nietrzymających pomadek ustach Collin siedzi około trzech godzin, a pod koniec stopniowo, równomiernie znika. Może nie brzmi to jak fantastyczny wynik, ale weźcie pod uwagę, że mówimy o kremowym, a nie matowym wykończeniu.


James to typowy średni koral, który na szczęście nie powoduje optycznego żółknięcia moich i tak dalekich od śnieżnej bieli zębów. Będzie piękny na wiosnę (na tę prawdziwą, zieloną i słoneczną – do obecnej sraczki z niebios zupełnie nie pasuje). Trwałość i wszystkie pozostałe parametry podobne jak u kolegi, tyle że kiedy schodzi, widać go lepiej – efekt na ustach jak po użyciu tintu.

Obie pomadki bardzo mi się podobają, a cała kolekcja przyprawia o ból głowy. Umiałybyście wybrać dwóch chłopaków spośród Fordowej pięćdziesiątki?

Psssst, Douglas uzupełnił zapasy. Zgadnijcie, kogo udało mi się capnąć?!


*Wyobraźcie sobie, że Douglas nagle zmienił cenę. Ciekawe, dlaczego!

środa, 4 marca 2015

Olejkowa miłość: Love Me Green – Organic Relaxing Massage Oil [recenzja]

Zakochałam się w tłustej mazi. Dziwnie brzmi, ale to prawda. Maź pochodzi z rodziny Love Me Green i jest organicznym, relaksującym olejkiem do masażu. Nie zwykliśmy uskuteczniać z mężem olejkowych masaży, ale to nic, całkiem nic, bo i tak miłość ma jest wielka. Trochę pewnie nielogiczna, nieuzasadniona, przesadzona, ale to nic, całkiem nic. Stało się.


Olejek trafił do mnie w wyniku średnio dziwnej historii. Ludzie z ShinyBoxa zapytali subskrybentki, czy chciałyby przetestować nieświeży (króciutka data ważności) olejek i wszystkim chętnym nawrzucali tego podejrzanej jakości na-szczęście-nie-gówna do pudełek. Miałam nie subskrybować już Shiny, ale te historyjki są tak śmieszne, że nie mogę przestać. No i przybyło opakowanie olejku. I zaczęłam go używać. I się zakochałam. A, to już mówiłam, przejdźmy więc do kolejnych wypowiedzi.

Organic Relaxing Massage Oil mieszka w plastikowej butelce, która bardzo trafia w mój gust estetyczny. Proste, minimalistyczne opakowanie cieszy oko, choć nie jest bez wad. Wada jak zwykle przy olejach polega na tym, że nie da się korzystać z dobrodziejstw Love Me Green bez upierniczenia wszystkiego wokół. Głównie upiernicza się półka, na której trzymam mój olejek, ale sama butelka też jest coraz trudniejsza do kochania, kiedy spływają po niej krople tłustej cieczy, które zostają potem na dłoniach (i wspomnianej półce). Pat&Rub udało się to dobrze rozwiązać dzięki fajnej butelce z niezbyt agresywną pompką – Love Me Green, Wy też spróbujcie, nalegam.


Skład mieszanki jest świetny, zobaczcie: olej sezamowy, olej morelowy, i trochę arganowego, i słonecznikowego, kilka kropel sojowego, a to wszystko z organicznych upraw (nie, żeby nagle zaczęło mnie to obchodzić). Ta mikstura działa dobrze na moją skórę – wygładza ją i dopieszcza, wszystko dzieje się, jak trzeba. Ale tym, co okazało się absolutnie przebojowe, jest zapach! Naturalny, nienachalny, taki prawdziwy i inny niż w pozostałych olejkach, do których z lubością pakuję kinol. Nie jest to żadna wysublimowana kompozycja jak w suchych olejkach Nuxe czy Caudalie, to po prostu mieszanka zapachowa powstała z sezamu, moreli i paru innych składników, ale z jakiegoś powodu mój nos oszalał na jej punkcie.

Na stronie producenta coś próbowali wyjaśnić: „Zapach kwiatów frangipani jest egzotyczny, kwiatowy. Można się w nim doszukać wielu różnorodnych nut zapachowych: począwszy od owocowej, trochę jakby kremowej brzoskwini, poprzez wiosenny jaśmin, na zmysłowej tuberozie skończywszy”. Nie mam pojęcia, skąd im się wzięły te kwiaty, ale to jakieś dyrdymały, olać. Olejek pachnie olejkiem i jest to zapach piękny! Kropka.

I to w zasadzie cała, nikomu niepotrzebna historia. Matka wariatka pokochała zapach olejku, który ledwo pachnie czymkolwiek, i mimo że wspomniany olejek robi syf w jej kosmetycznej szafce, dotarł dwa miesiące przed upływem daty ważności i w ogóle jest mało nadzwyczajny, zawraca Wam nim dupę głowę.

Przepraszam, musiałam!

Pojemność: 100 ml
Cena: 39,90 zł
Ocena: 5+/6 (minus pół za ufaflonioną butelkę)

niedziela, 1 marca 2015

Projekt denko, odc. 23

Sama w to nie wierzę, ale stało się. Mój lutowy worek kosmetycznych śmieci jest MAŁY. W tym miesiącu zaczęłam walkę z zapasami i wciąż trwam w noworocznym postanowieniu niekupowania nowych pudełeczek z pielęgnacją, dopóki szafki nie zaczną uśmiechać się do mnie swymi pustymi wnętrzami, prosząc o dostawę. Nie zanudzę Was wywodami na temat pustych plastików, więc możecie odetchnąć z ulgą. Zaczynajmy więc.


PS Udanego marca!


Johnson's Baby – Łatwo spłukujący się szampon w piance – Tomaszowi służył do mycia włosów (z powodzeniem), a mnie do prania pędzli (z powodzeniem jeszcze większym, bo pędzle się nie wyrywają i nie lamentują w trakcie kąpieli – przynajmniej moje tego nie robią). Do mycia pędzli pianka nadaje się świetnie, bo jest odpowiednio delikatna i całkiem skuteczna w przywracaniu włosiu naturalnego koloru. Bardzo miłe spotkanie, do powtórki.

Bioderma – Sensibio H2O AR – kolejna pusta butelka słynnego micela leci do kosza. Przetestowałam już wiele płynów micelarnych i dopiero różowy Garnier zbliżył się skutecznością demakijażu do Biodermy. Zaletą Garniera niewątpliwie jest brak gorzkiego smaku – mimo że nie zwykłam popijać Biodermy do obiadu, jej gorycz wokół ust często mi przeszkadza (na przykład w piciu wieczornej herbaty!). Pewnie jeszcze nie raz wrócę do pękatej butli Sensibio, co nie zmienia faktu, że nie przestaję szukać micelarnego ideału.

Bioderma – Sébium Pore Refiner – krem, który ma służyć zmniejszaniu widoczności porów, a ja doceniam w nim przede wszystkim świetne właściwości matujące. Kratery jak były, tak są, ale za każdym razem, gdy go wklepię, nie muszę pamiętać o pudrowaniu świecącego kinola. To miłe. Szkoda tylko, że tubka ma 30 ml. /recenzja/

Balea – Beauty Effect – żel pod oczy z kwasem hialuronowym – solo nie nadaje się do pielęgnacji delikatnej okolicy wokół oczu, bo po wchłonięciu pozostawia skórę napiętą i niedostatecznie napojoną. W duecie z kremem sprawował się dobrze, ale nie ma powodu, bym miała do niego wrócić. Aha, piekielnie wydajny! /recenzja/


Balea – Cocos & Nektarine – antyperspirant 48h – przykład bardzo złego antyperspirantu. W składzie aluminium, a przed potem chroni nędznie. Zapach taki sam jak w żelu pod prysznic z tej serii, ale na co mi on?

Nivea – Dry Comfort Plus – antyperspirant 48h – przykład bardzo dobrego antyperspirantu. W składzie aluminium, a dzięki niemu potu ni widu, ni słychu. Nie sprawdzałam, czy po 48 godzinach pachy pachniałyby tak samo wspaniale, ale wystarczy, że od rana do wieczora Nivea chroni mnie przed obciachowym smrodkiem. 

The Body Shop – Arganowe masło do ciała (miniatura) – jeden z nowszych produktów w ofercie TBS, który aromatem mnie nie zachwycił, ale i tak pachnie zacnie w porównaniu z najnowszą makową linią Smoky Poppy. Masło jest zbite i treściwe, moja skóra lubi takie formuły, dlatego gdy kaloryfery za bardzo dawały czadu, sięgałam po TBS-owy argan i sucha skóra, szczególnie na ramionach, szybko odczuwała ulgę. 

Versace – miniatura żelu pod prysznic – ładnie pachnący, perfumowany żel, którego nijak nie da się pewnie odkupić, więc nawet nie będę zawracać Wam głowy opowieściami na jego temat.


Essence – Mattifying Compact Powder nr 10 light beige – niezły i niedrogi puder, który jakością bardzo przypomina mi Rimmel Stay Matte. Czy to źle, czy dobrze, oceńcie same. Według mnie nie nadaje się do cer tłustych i przetłuszczających w strefie T jako puder matujący, bo już po dwóch-trzech godzinach twarz zaczyna się świecić. Bardzo go za to lubiłam zimą jako puder wykańczający – nie zbiera się w zmarszczkach, nie uwydatnia naszego szczątkowego owłosienia twarzy (matko, znacie te cholerne pudry, które po aplikacji sprawiają, że czujecie się jak puchaty, świeżo narodzony szczeniaczek?). Pod koniec się pokruszył, a że mam kilka innych pudrów w domu, wyrzucam, bo nie chce mi się bawić w nakładanie czegoś tak mało estetycznego. 

Alverde – Augenbrauengel 01 Blond – pisałam o nim niedawno. Fajny żel do brwi, który blondynki powinny polubić. Nie jest rudy, ma miękką szczoteczkę, ładnie pachnie. /z żelem Catrice porównałam go tu: klik/

Catrice – Precision Eye Pencil (czarny) – kupiłam go półtora roku temu na wyprzedaży w Naturze za 2,99 zł, więc z pewnością już go nie znajdziemy w Catrice'owej szafie. Jak zwykle żal dupę ściska, bo ta automatyczna kredka była równie dobra co moja ulubienica z Yves Rocher. 


A o Barwie powiem tyle, że jest przemiłym zaskoczeniem. Zarówno różana, jak i oliwkowa wersja pachną bardzo przyjemnie, a formuła olejku pod prysznic w tym wypadku działa wyśmienicie – i się pieni, i pielęgnuje. Cielsko matki Tomasza czuje się zadbane i chętnie powita pełnowymiarowe opakowanie.

Widzicie, jak szybko nam poszło tym razem? :)