poniedziałek, 28 grudnia 2015

Postświątecznie: prezenty!

Jak to mawia moja babcia co roku, od co najmniej piętnastu lat: święta, święta i po świętach! Warto wspomnieć, że o kończących się świętach zaczyna mówić już po zjedzeniu wigilijnego karpia. Moją świąteczną babcię można też skojarzyć po tekście: „Nic nie ma w tej telewizji. Same powtóry!”. W tym roku przynajmniej wśród prezentów powtór nie było. A jak u Was?

Jako że jestem pomiędzy jednym a drugim wyjazdem, czasu mało, a na blogu cicho i ponuro, pomyślałam, że pokażę Wam, co kosmetycznego znalazłam pod trzema choinkami w dwóch województwach. W tym roku Mikołaj trochę zmienił koncepcję i zainwestował m.in. w akcesoria kuchenne, dekorację wnętrz i kulturę. Prezentów idiotycznych zabrakło, więc się nie pośmiejemy. Dzięki, Mikołaju! Spoko z ciebie koleś. 


Oglądałam w TK Maxx kalendarze adwentowe Ciaté i wahałam się, czy nie kupić (dla siebie oczywiście), ale potem pomyślałam, że lakierów mam pięćset sto dziewięćset, więc chyba lepiej nie. No to Mikołaj, zamiast dwudziestu czterech, przyniósł mi sześć. W bombkach. Teraz lakierów mam pięćset sto dziewięćset sześć. Nie jest mi smutno.


Okazało się, że nasz pocieszny, brodaty grubasek w czerwonych rajtkach czasami poszukuje inspiracji na blogach beauty. Na moim znalazł zestaw trzech pudrów rozświetlających theBalm. W końcu zmierzę się z legendą i, oczywiście, nie omieszkam wykonać blogowej analizy porównawczej, co zresztą w moim przedświątecznym wpisie sama sobie poleciłam.


Nie znałam wcześniej marki VitalDerm, ale najwyraźniej nawet do odległego Rovaniemi dotarło moje narzekanie o beznadziejnych, cienkich, wypadających włosach. Mikołaj podrzucił mi szampon i odżywkę z olejem arganowym, które raczej nie pomogą na samo wypadanie, ale może nawilżą skalp po dwóch skutecznych, ale wysuszających szamponach anti-hairloss. W zestawie prezentowym jest też arganowy krem do twarzy, którym moje odwodnione policzki są żywo zainteresowane. 


Przyznam, że zdjęcie z okładki książki Ewy Grzelakowskiej-Kostoglu od początku wywoływało we mnie skrajne emocje. Ot, śmieszy, tumani, przestrasza. Na pewno przyciąga. Z „Tajnikami makijażu” bardzo chętnie się zapoznam, a już teraz mogę Wam powiedzieć, że książka wydana jest pięknie. Poza tym urzekła mnie odrobina XXI wieku w środku: odnośniki do filmów na YouTube wraz z kodami QR. Bajka! Samej Ewie życzę wszystkiego dobrego, bo cenię youtube'erów, którzy zbudowali swoją niezwykłą popularność na czymś więcej niż pokazywaniu zawartości talerzy, szuflady pracowego biurka czy torby z zakupami.

I tak to. Za nami ciepłe, rodzinne święta, przed nami krótka wyprawa w słowackie doliny, a ja życzę Wam spokojnego, relaksującego końca roku!

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Garść minirecenzji: Balea

Czeskie DM-y odwiedziłam w sumie cztery razy i za każdym przywoziłam siatkę kosmetyków. W Czechach DM-owe zakupy są mniej opłacalne niż za niemiecką miedzą, ale za to do Cieszyna jest mi zdecydowanie bardziej po drodze, a i o Ostravę udało się kiedyś zahaczyć.

Cena kosmetyku nie jest dla mnie wyznacznikiem jakości – zarówno perełki, jak i kosmetyczną padakę odnajduję na różnych półkach, więc potrafię zachwycić się jednakowo podkładem Guerlain i kremem za trzy złote. Baleę zużywam chętnie, bo ładnie wygląda i zazwyczaj ładnie pachnie. Jeżeli coś przy okazji ma dobre właściwości pielęgnacyjne, oddaję rytualny pokłon w stronę tego cosia i zużywam z najwyższą przyjemnością.


Handlotion Sheabutter Arganöl

Bardzo lubię tę serię Balei. Urzeka mnie przede wszystkim zapach, taki trochę męski, a już na pewno uniseksowy. Nazwanie tego kosmetyku przez producenta mleczkiem jest bardzo celne, bo mamy tu do czynienia z konsystencją rzadką, choć wcale nie mało treściwą. Na początku nie byłam zachwycona – przyzwyczajona do czarodziejskich mocy chociażby czerwonego Garniera, spodziewałam się nie wiadomo czego. Nie_wiadomo_co nie nadeszło, mleczko to mleczko, więc nie naprawia zniszczonych/wysuszonych dłoni w trymiga, ale to nie znaczy, że nie działa. Działa fajnie, tyle że jego moc polega na regularności. Od kiedy postawiłam tę butlę w łazience w widocznym miejscu, stan moich dłoni bardzo się poprawił.


Urea Augen Creme

Kiedy zobaczyłam na półce w DM-ie krem pod oczy Balei z mocznikiem, bardzo się ucieszyłam. Nie miałam wcześniej do czynienia z kremami na bazie mocznika innymi niż te do rąk czy stóp, więc moja nadmiernie rozbujana wyobraźnia roztaczała wizje idealnie nawilżonej, pięknie zadbanej skóry pod oczami – tak bardzo idealnej, że aż bije od niej naturalny blask, a mijający mnie ludzie zasłaniają oczy, onieśmieleni tym niezwykłym widokiem. A co się wydarzyło naprawdę? Aaaa... takie tam łzawienie uczuleniowe. Krem trafił do nowej właścicielki poprzez blogową oddawajkę, a ja jestem bardzo ciekawa, czy mocznik, którego w tym kremie jest ooooo tyyyyyyle, odmieni mniej wrażliwe pod-oczy.


Bodycreme Sunny Peach

Tego kremu niestety już nie dostaniecie, bo Sunny Peach to edycja limitowana, ale przy okazji Baleowej brzoskwinki chciałam wspomnieć ogólnie o kremach w półlitrowych słojach, bo to całkiem fajne kremy za całkiem fajną cenę. Wersja brzoskwiniowa pachnie delikatnie, ale zgodnie z prawdą: gdy wsadzałam nos w ten wielki słój, czułam bardzo prawdziwy zapach brzoskwini zmielonej ze skórą, pestką i kawałkiem gałęzi. Czyli słodko-cierpki. Właściwości nawilżające bardzo przyzwoite, konsystencja na granicy lekkości i maślanej kołderki. Miłe, długie (bo półlitrowe) spotkanie, ale cieszę się, że to wersja z masłem shea i olejem arganowym należy do stałej oferty, bo zarówno zapach, jak i działanie wygrywają w kremie w brązowo-białym słoiku.


After-Shave Pflege-Gel Sensitive

Zaskakująco dobry kosmetyk, po którym nie spodziewałam się wiele i kupiłam go tylko dlatego, że chciałam napisać o nim na blogu, bo nigdzie indziej nie widziałam recenzji akurat tego produktu Balei :P. Niedługi, interesujący skład, bardzo delikatny, świeży zapach i lekka, żelowo-balsamowa konsystencja sprawiają, że After-Shave Pflege-Gel Sensitive staje się ciekawym sposobem na uspokojenie podrażnionej po goleniu skóry. A trzeba Wam wiedzieć, że uspokaja dobrze – wmasowany w łydki nie powoduje szczypania i zaczerwienień. Bardzo miło z jego strony. Poza tym wchłania się szybko i już w kilka chwil po aplikacji można wciągać spodnie na tyłek i wybiegać z domu. Zdziwiła mnie podróżna pojemność: 100 ml i fakt, że za tak małą ilość producent zażyczył sobie prawie 3€! Niemożebyć. Toć to fortuna.


Augen Make-Up Entferner – wersje jedno- i dwufazowa

Według mnie jednofazówka jest cienka. Postawiłabym ją na tym samym miejscu podium co niebieski jednofazowy płyn do demakijażu Ziai. Kiedyś go używałam namiętnie, ale po tym jak poznałam różową Biodermę i różowego Garniera, okazało się, że to była po prostu woda do mycia oczu, a dobry płyn do tego typu zadań wygląda nieco inaczej. Jednofazówka Balei to taki powrót do korzeni – coś tam zmyje, trochę trzeba potrzeć, oczy podrażnić, nie domyje i tak do końca, więc lepiej najpierw wziąć prysznic i namoczyć tusz do rzęs, a potem można ścierać tę pandę czymkolwiek, choćby i wodą z butelki za parę złotych.

Dużo lepiej prezentuje się dwufazówka. Nie umiem tego ocenić z całą pewnością, bo nie używałam ich po sobie, ale wydaje mi się, że nie jest gorsza od Pur Bleuet z Yves Rocher, a to już coś znaczy. Niestety, od kiedy poznałam masło do demakijażu The Body Shop, dwufazowe płyny trochę spadły w moim rankingu, ale uczciwie należy przyznać, że dwufaza Balei ma sens i warto pozbyć się dla niej kilku drobniaków z portfela.


Maska Peel-Off dla cery mieszanej

Maska peel-off zawsze brzmi obiecująco, bo jeśli producent dobrze ją skonstruował, zejdzie z twarzy za jednym pociągnięciem, co jest nie tylko proste i estetyczne, ale też niezwykle satysfakcjonujące (kto próbował, ten wie). Takie maski lubię najbardziej, ale po raz kolejny okazało się, że tylko za atrakcyjną stronę techniczną, bo ich właściwości pielęgnacyjne są nędzne. Ta jest z oczarem wirginijskim, pantenolem, ekstraktem z pestek moreli... I cóż z tego, skoro zanim skóra zacznie popijać te dobroci, uprzednio nawali się kilkoma rodzajami alkoholu? Mojej cerze nie stało się wprawdzie nic złego po dwóch dawkach tego peel-offa, ale dobrego też nie. Zero różnicy. Czyli bez sensu.


I to tyle. Jeżeli macie ochotę, tu możecie przeczytać poprzedni post zbiorczy na temat produktów Balei. Napisałam go półtora roku temu, więc część już nieaktualna, ale kilka ciekawostek wciąż do kupienia: klik.


sobota, 19 grudnia 2015

M・A・C Studio Fix Powder Plus Foundation, odcień NC15

Pudry MAC zagrzały u mnie miejsce i w żaden sposób nie dają się wykopać z szuflady z kolorówką. Jakiś czas temu udało mi się zużyć matujący Blot i bach! – kolejne opakowanie zasiedliło puste miejsce. Obok Blota mieszka transparentny, lekki Prep+Prime, a na trzeciego wcisnął się prasowany Studio Fix, który funkcjonuje w przyrodzie jako puder i podkład w jednym. Nie potrafię przekonać mojej głowy, że nawet najbardziej kryjący puder mógłby być nazywany podkładem, dlatego dla mnie to po prostu kryjący puder i kropka. 


Opakowanie Studio Fix tradycyjne – czarny, matowy plastik z lusterkiem. Blot wygląda tak samo (tu recenzja: klik). Różnią się jednym szczegółem: Puszek Blota mieszka na pudrze, a Studio Fix ma specjalną skrytkę, w której schowana jest całkiem sensowna gąbka do makijażu (jeśli Wam nie będzie pasować, możecie wsadzić tam cokolwiek innego – skrytki to fantastyczna sprawa! (mimo wszystko nie polecam przechowywać tam niczego, co nielegalne – pod spodem jest sitko pełniące funkcję wywietrznika). Nie zrobiłam zdjęcia gąbce, bo zapomniałam – do aplikacji pudru używam pędzli. Porcja Studio Fix to 15 gramów, za które polski dystrybutor życzy sobie 129 złotych.


Odcień NC15 to bardzo jasny, neutralny beż. Dla mnie mało użyteczny latem (co ma swoje plusy, ale o tym za chwilę), za to zimą i wiosną działa jak należy. Odnalezienie odcienia idealnego wśród bogatej gamy produktów MAC jest trudne, ale nie niemożliwe. Musicie jednak pamiętać, że jeśli np. pasuje do Waszej karnacji NC15 płynnego Studio Fixa, nie macie gwarancji, że tak samo idealnie będzie wyglądał puder w tym odcieniu (że nie wspomnę o płynnym podkładzie z innej linii, bo tu różnice są największe). Warto szukać ideału, mieć dwa oddzielne kolory na chłodniejsze i cieplejsze miesiące i za każdym razem przechodzić proces doboru odcienia przy zakupie nowego rodzaju podkładu/pudru/korektora MAC. Ja wciąż nie jestem pewna, czy znalazłam swoje perfekcyjne odcienie, tym bardziej że moja cera wcale łatwa nie jest: zawiera zarówno żółte, jak i różowe tony, więc mogę szukać wśród NW i NC. Bliżej mi do ciepłej karnacji, częściej wybieram w ofercie różnych marek podkłady z żółtymi podtonami (lub te całkiem neutralne), ale wiele zależy też od pory roku, a i te bardziej różowe egzemplarze potrafią ładnie wyglądać na mojej twarzy. Aha, oznaczenie kolorów w MAC-u jest bardzo mylące, dlatego najłatwiej zapamiętać, że NW to zwykle odcienie beżowo-różowe, a NC – beżowo-żółte, chociaż nie jest to w 100% sprawdzalna teoria, dlatego nie polecam kupować w ciemno, bez „mierzenia” na twarzy. Czasami zdarza się nawet, że między odcieniami NC i NW z tym samym numerkiem nie ma prawie żadnej różnicy (vide: korektor Pro Longwear NW i NC 15). Po bardziej szczegółowe informacje na temat znakowania gamy MAC-a zapraszam do Beautyness: klik.


Wróćmy do pudro-podkładu Studio Fix. Jest nie tylko jasny, ale też bardzo drobno zmielony, dzięki czemu potrafi podarować użytkownikowi efekt pupy niemowlaka. Przynajmniej zaraz po nałożeniu. Producent ocenia jego krycie jako średnie i mogę się z tym zgodzić, choć po wszystkich transparentnych lub lekko kryjących pudrach, jakich miałam okazję używać przez długie miesiące, poziom krycia Studio Fixa bardzo mnie zaskoczył. Zakrywa bez problemu wszystkie zaczerwienienia, pieprzyki pokrywa powiedzmy w 75%, także niezły z niego kozak. Daje matowe wykończenie, co pewnie ładnie wygląda na zdjęciach, ale na żywo z bliska... hmm... no cóż. Widać, że pudernica. Nie jest to pudrowy mat tanich lotów, można spróbować potraktować go na koniec odrobiną wody termalnej i pewnie będzie wyglądał bardziej naturalnie, ale ja jakoś nigdy nie próbowałam.  Na szczęście nie ciemnieje na twarzy.

Warto zaznaczyć, że matowe wykończenie nie jest tożsame z właściwościami matującymi. Studio Fix nie matuje. Można oczywiście przypudrować sobie nosek, ale w ciągu godziny rozbłyśnie milionem tłustych drobinek. To zła wiadomość dla mojej bardzo tłustej strefy T – spodziewałam się lepszego wyniku. Oczywiście, że mam w torebce bibułki matujące. Oczywiście, że zapominam ich używać.

To nie jest zły produkt (choć czytałam, że może zapychać), ale nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: po co mi on. Na co dzień używam podkładów płynnych, kremów BB, a jeśli chcę dać odpocząć cerze, bunkruję się w domu i nie kładę na twarz niczego poza kremem nawilżającym. Myślałam, że okaże się przydatny w największe upały i będę mogła darować sobie spływające wraz z potem podkłady, ale on przecież nie matuje, a wraz ze znikającym efektem pudernicy znika również sam puder – trochę się ściera, a trochę włazi w rozszerzone pory. Nic ładnego, nie polecam. Kilka razy przydał mi się do szybkiego mejkapu przed nagłym, nieplanowanym wyfrunięciem z domu, ale czy kupię kolejne opakowanie? Niekoniecznie. Chyba już lepiej przyjrzeć się bliżej ofercie sypkich podkładów mineralnych (LilyLolo zachęcił mnie do eksperymentów i nawet nieźle matuje!), a MAC-owi dać szansę w innych kategoriach.

Na koniec fotka składu. Dla wyjątkowo ciekawskich i dociekliwych. Ja nie analizuję składów kolorówki, jeszcze mi zdrowie psychiczne miłe, ale wiem, że część z Was odzyska spokój dopiero po obejrzeniu tyłu kartonika, dlatego służę:



Ile: 15 g
Cena: 129 zł (kiedy kupowałam to opakowanie, płaciłam 126 zł, ale kurs dolara wzrósł względem złotego dobrych parę miesięcy temu)
Ocena: 3/6

środa, 16 grudnia 2015

Prezentowe last minute: 5 ciekawych makijażowych zestawów, które kupisz w sklepie stacjonarnym

Gwiazdkowe prezenty – temat ocean. Pewnie wszystko już macie, jesteście poukładani i w ogóle, ale wiem (zgadnijcie, skąd!), że są na świecie tacy, którzy nie wszystkie prezenty mają skompletowane, bo wciąż rozmyślają, wahają się, podliczają budżet, a w wolnych chwilach wydłubują z nosa zaschnię... dobra, nieważne. W każdym razie niosę radosną nowinę: zestawy makijażowe naprawdę mogą być ciekawe! 



1. theBalm – In theBalm of Your Hand – zestaw marzenie! Sama bym się z niego bardzo ucieszyła, mimo że mam już kilka kosmetyków tej marki (a może właśnie dlatego?). Za jednym zamachem można poznać kilka klasyków: róże Hot Mama, Instain i Cabana Boy, bronzer Bahama Mama i rozświetlacz Mary-Lou Manizer. Do tego mamy jeszcze cztery cienie przeszczepione z różnych theBalmowych zbiorów i dwie pomadki. Prezent doskonały dla kogoś, kto nie zdążył jeszcze uzbierać kontenera kolorówki, ale jestem przekonana, że nawet wizażystka ucieszyłaby się z takiego zestawu, bo zamiast targać kilka oddzielnych pudełek, miałaby możliwość zabrać do klientki wszystko w jednym kartoniku. Miodzio.
Douglas, 189 zł 
(w sklepach internetowych dużo taniej, ale czy zdążycie?)


2. theBalm – The Manizer Sisters – theBalm postanowiło uszczęśliwić wszystkie blogerki beauty, które jeszcze nie zrobiły na swoim blogu porównania trzech popularnych pudrów rozświetlających. Trzy siostry Manizer w jednym kartonie, w mniejszych gramaturach, za mniej lub bardziej (w zależności od sklepu) rozsądną cenę. Naprawdę miły pomysł, uważam.
Douglas, 139 zł


3. Benefit – SUGARlicious – ten zestaw do ust i policzków pokazywałam na blogu tu: klik. Benefit ma w ofercie również inne tego typu pudełka, ale chyba nie muszę o tym mówić, bo kto zajrzał choć raz do Sephory, pewnie na te zestawy się natknął (doprawdy trudno nie zauważyć kolorowej, śmieszniutkiej szafy Benefit). Mam jeszcze inne zestawy Benefit i za nimi też warto się rozejrzeć, ale SUGARlicious lubię najbardziej – róż Sugarbomb jest wyjątkowy, rozświetlacz w płynie High Beam każdy powinien przynajmniej wypróbować, a błyszczyk Sugarbomb Ultra Plush stał się moim ukochanym jesienno-zimowym upiększaczem ust, a to już coś znaczy. Wewnątrz jest lusterko i książka ze wskazówkami, co robić, by bóstwem być. Warto.
Sephora, 129 zł


4. Sephora – Color Wand Lip Gloss – ciekawy pomysł na niedrogi prezent, który wnosi do życia nieco radości i nie jest tak całkiem durny. Ot, durny zaledwie trochę. Sześć nieszczególnie zwariowanych kolorystycznie błyszczyków w jednej, niech-będzie-że-magicznej różdżce – już samo wybieranie: „którym dziś” powinno uszczęśliwić obdarowaną istotę.
Sephora, 39 zł


5. Sephora – Enchanting Look – za sam tusz do rzęs Outrageous Curl Dramatic Volume & Curve normalnie zapłacicie 59 złotych, a tutaj w ładnym, świątecznym opakowaniu jest jeszcze czarna kredka Sephory. Warto zwrócić uwagę na ten zestaw, bo kredki Sephory są porządne, a ten tusz to wart przetestowania zadziorny łobuz. Pisałam o nim tu: klik, ale jak patrzę na zdjęcia, które miały zachęcić Was do zakupu, to mi smutno, bo zupełnie nie oddają tego, co ten tusz potrafi. Ma wady – jest na przykład totalnie niewodoodporny, ale z jakiegoś powodu zawsze, gdy mam go na rzęsach, ktoś pyta mnie, czym je pomalowałam (i wcale nie dlatego, żeby dodać za chwilę: „Aha, dobrze wiedzieć, bo wygląda ch**owo. Będę unikać”). Tusz nie jest łatwy w obsłudze i milusiński w obyciu, ale jeżeli wielbicielka pogrubionych rzęs się z nim porozumie, będzie z tego wielka miłość. W przeciwnym razie i tak dobrze, że dostanie go w prezencie, bo inaczej żal by było sześć dych wywalać z własnego portfela...
Sephora, 59 zł


Jeżeli wciąż szukacie prezentowych inspiracji, na pewno warto zrobić wycieczkę do popularnych perfumerii, bo półki uginają się od pięknie opakowanych, interesujących potencjalnych prezentów. A jeśli wszystkie upominki już kupione, rozejrzyjcie się za czymś dla siebie! Post powstał po rozmowie z pewnym młodzieńcem, który bardzo chce uszczęśliwić swoją podczytującą blogi urodowe damę i poprosił mnie o pomoc. Zgadnijcie, co wybrał! :)

wtorek, 15 grudnia 2015

Szybkie, ważne pytanie

Od kilku miesięcy rozmyślam, czy przeprowadzić komentarze na platformę Disqus. Pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli po prostu zapytam Was o zdanie. 


Jakie macie doświadczenia z tym systemem komentowania? Pytam zarówno od strony blogerów, jak i komentatorów. U niektórych z Was widziałam, że przy przenoszeniu starych komentarzy na Disqusa wykrzaczyły się czcionki, część komentujących narzekała, że woli po staremu i nie chce się logować w nowym miejscu. Jeżeli zdecydowana większość wyrazi chęć komunikowania się ze mną za pomocą Disqusa, poważnie rozważę jego przeszczepienie, ale koniecznie dajcie znać, czy warto w to wchodzić!

niedziela, 13 grudnia 2015

Vichy – Normaderm – Żel głęboko oczyszczający /recenzja/

Jakoś mi się ostatnio z moim blogiem nie układa. To nie tak, że już go nie kocham, nie chcę i mam w nosie – wręcz przeciwnie, tęsknię i chciałabym, żeby mnie tu było więcej. Życie się zagalopowało i nie umiem go spowolnić, no i jeszcze w ramach postanowień przednoworocznych próbuję odkleić się od laptopa. Jeżeli ktoś z Was ma pomysł, jak jednocześnie nie siedzieć z nosem w monitorze i pisać/czytać regularnie, niechże się ulituje i podzieli tą tajemną wiedzą na temat wszechświata. A tymczasem wykopałam z archiwów zdjęcie butelki Vichy w towarzystwie roślin radujących się letnim (fakjułinter) przedpołudniem i to o tej butelce dziś Wam opowiem. 


No to mamy ją, tę butelkę wesołą, zieloną taką, z żelem myjącym do twarzy od Vichy. Nie udało mi się nigdy zakochać w marce Vichy, bo nie miałam okazji bliżej przyjrzeć się jej produktom. Żel z serii Normaderm też wpadł mi do koszyka poniekąd przypadkiem, i to co najmniej półtora roku temu, a tym przypadkowym poniekądem była jedna z niedających-się-ominąć promocji w pobliskim Super-Pharmie. Dziś jestem już innym człowiekiem i na te wszystkie pomarańczowe naklejki z promocyjną ceną nawet nie patrzę, ale dobrze, że wtedy spojrzałam. Naprawdę bardzo dobrze.

Długo się ociągałam z jego otwarciem (chyba wiecie czemu, nie chce mi się znowu opisywać ciemnych stron kosmetycznego zakupoholizmu), ale gdy już doszło do uroczystego odpieczętowania mojego nabytku, nagle stało się jasne, że w tym żelu pasuje mi właściwie wszystko. Wcześniej miałam do czynienia z jego bezpośrednim konkurentem – Effaclarem (La Roche-Posay) i mimo że mam same miłe wspomnienia z nim związane, jestem prawie pewna, że Normaderm wypada lepiej.

Żel został wyznaczony przez producenta do głębokiego oczyszczania skóry, która jest taka hop-siup do przodu, że zalewa nas nadmiarem sebum, dzięki czemu możemy podziwiać: miejscowe syfy, rozszerzone, zaczopowane pory, a także niezwykle urodziwy i ponadczasowy tłusty błysk. Mmmm. To bardzo ja. 


Na dzień dobry w opakowaniu o pojemności 200 ml mamy sprawną, precyzyjną pompkę, która dozuje dokładnie tyle, ile sobie zażyczymy. To bardzo ułatwia mycie twarzy pod prysznicem i mycie w ogóle, że nie wspomnę o higienie, doznaniach estetycznych i tego typu pomniejszych pierdołach. Żel jest odpowiednio gęsty (wydajność!!), zielonkawy, dobrze się pieni i pachnie świeżo ściętymi łodygami kwiatów (bardzo podobnie do Effaclaru).

Skład jest przeciętnej długości, dużo w nim standardowych chemikaliów, gdzieś tam w połowie można znaleźć działający antybakteryjnie kwas salicylowy, a także substancję zwaną totarolem, która podobno łagodzi podrażnienia. Nie znajdziemy w normadermowej miksturze mydła, parabenów i alkoholu. Świetnie zatem.

Skóra po użyciu Normaderm jest fantastycznie oczyszczona, a przy tym niepodrażniona, ale jeśli zostawimy ją bez nawilżenia, będzie lekko ściągnięta (nie tak, jak np. po żelu Pharmaceris z serii T, czy innych kosmetykach z alkoholem w składzie, ale jest to wyczuwalne). Doświadczenie podpowiada mi jednak, że nie da się głęboko oczyścić skóry i nie czuć po tym jakiegokolwiek napięcia, więc tu nie będę się zanadto czepiać. Warto zwrócić uwagę na fakt, że moja cera od wielu miesięcy ma się lepiej, niż choćby rok czy półtora temu – myślę, że nie bez znaczenia jest fakt, że Normaderm bierze udział w codziennej pielęgnacji twarzy (jeśli macie problem z regularnie wyskakującymi ropnymi gulami, pomyślcie o dokładnym oczyszczaniu cery i wywalcie wszystkie kremy z parafiną). A jeśli sam Normaderm niczego spektakularnego nie osiągnął, jedno jest pewne: niczego też nie spierniczył i chwała mu za to.

Poza tym jest niewiarygodnie wydajny. Używam go już rok (z kilkoma krótkimi skokami w bok) i została 1/5 butelki. W międzyczasie marka zdążyła nawet zmienić opakowanie, a ja nawet tego nie zauważyłam, bo naciskam tę pompkę, naciskam i końca nie widać. Mam nadzieję, że nie zmieniło się nic więcej poza wyglądem, bo jeśli grzebali w składzie i coś sknocili... to będzie rozgrzebane i sknocone. Oby nie.

EDIT: Pojawiły się w komentarzach opinie, że potrafi wysuszyć i spowodować wysyp – ze swojej strony mogę powiedzieć tyle, że faktycznie nie polecałabym go skórom suchym. Simply wspomniała o tym, że jej przetłuszczająca się cera zaliczyła jeszcze większą produkcję sebum po Normadermie, więc daję Wam o tym znać. U mnie nic takiego się nie wydarzyło, wręcz przeciwnie. 

Pojemność: 200 ml (bardziej opłacalne są 400-mililitrowe butle)
Cena: ok. 35 zł za 200 ml (ja w promocji zapłaciłam niecałe 27 zł)
Ocena: 5/6


PS Z uwagi na fakt, że mój Najlepszy Mąż Świata zrobił mi niespodziewany prezent mikołajkowo-dziękczynny (to za te porządki!) w postaci Foreo Luny, po skończeniu Normadermu postanowiłam wrócić do substancji myjących lżejszego kalibru i sprawdzić, czy ten nowy duet zadziała (dam znać, ale to potrwa).

wtorek, 8 grudnia 2015

Projekt denko, odc. 32

Jeszcze nie mogę uwierzyć, że udało mi się dokończyć wielki domowy Projekt Porządki. Tak mi lekko na duszy, że nawet kosmetyczne śmieci fotografowałam z przyjemnością (o tak, przyjemnie było wyobrażać sobie, jak zapindalają śmieciareczką na wysypisko, a potem zgniatarka prasuje je na wielki, śmieciowy naleśnik). 


W tym miesiącu gromada skromniejsza, ale za to pradawna kolorówka opuszcza natolińskie włości. Skoro mam już posprzątane w każdej szufladzie i każdym kącie, teraz tylko trzeba pozbyć się zaległych kosmetycznych resztek. To łatwe. Same wiecie, że to łatwe. Hyhy. Haha. Hihi. 


Pat&Rub – Relaksujący żel myjący – trochę słabo zaczynać od bezwstydnego naigrawania się, ale cóż zrobić, skoro linia Relaksująca Pat&Rub pachnie tajską zupą? Kiedy wczesną jesienią zaczęłam używać tej serii, od razu miałam ochotę napisać post w stylu: „Siedem kosmetyków, które pachną jedzeniem i to wcale nie jest dobra wiadomość”. Okazało się jednak, że inne pielęgnacyjne wiktuały tego typu nie przychodzą mi do głowy, bo to po prostu zupełnie wyjątkowa sytuacja. No, ewentualnie mogłabym dorzucić do listy niektóre kosmetyki o zapachu mizerii, ale to i tak za mało na post, przy którym tarzalibyście się ze śmiechu. No więc tak: linia Relaksująca pachnie tajską zupą na mleku kokosowym, czemu w zasadzie trudno się dziwić, bo wśród zapachowych nut wymienionych przez producenta mamy dwa główne składniki wspomnianej zupy: kokos i trawę cytrynową. Żel pod prysznic jest odrobinę mniej agresywnie tajski, ale balsam... Ogólnie nie kocham żeli P&R, bo są bardzo rzadkie, a ten jeszcze do tego zasuwa kuchnią Dalekiego Wschodu, ale doceniam naturalność, ekologię i takie tam. Mimo wszystko nie wrócę – stawiam na inne aromaty z Pat&Rub. 

L'Arisse – Frutti Relax – Mus do ciała Czerwone Owoce – pozostajemy w nurcie Teraz Polska, bo ten mus, który wcale musem nie jest, wyszedł z taśmy produkcyjnej rodzimego laboratorium AVA. Nieznany szerszej publiczności, wpadł do mojego koszyka w czasie zakupów aptecznych – oczywiście Zupełnie Przypadkiem. Za to nieprzypadkowo zużywałam go w pośpiechu właśnie teraz, mimo że jesienne chłody zachęcają mnie do otulających nut zapachowych. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o... datę ważności. Udało mi się zdenkować to mazidło tuż przed oficjalną zagładą świeżości, ale nie jestem pewna, czy jednak nie zaczęło się psuć już wcześniej, bo mimo że zaplanowany aromat wypadł przyjemnie (delikatne owocowe nuty, naturalne i miłe dla nosa), mus zalatywał frakcją tłuszczową (w składzie oleje słonecznikowy i sojowy) i nie dało się tego aromatu zignorować. Same właściwości nawilżające bez zarzutu – mus dobrze nawilża i pielęgnuje, ale zupełnie nie zgadzam się z jego nazwą. Nie ma w sobie tej musowej lekkości i tak naprawdę jest całkiem konkretnym masłem do ciała. Powrotu nie planuję, chyba że w celu sprawdzenia, czy będąc w kwiecie wieku, również podśmierduje. Tylko czy ten eksperyment wart jest wydania 20 złotych?

Balea – Diamanten Traum Bodylotion – limitowany balsam do ciała, za którym nie będę tęsknić, bo zapach – mimo że ładny – był do bólu przeciętny i niezapamiętywalny, w dodatku szybko się ulatniał ze skóry. Właściwości balsamu również przeciętne – nawilżał, ale raczej doraźnie. I choć nic jednoznacznie złego powiedzieć o nim nie mogę, pasuje mi fakt, że to już definitywny koniec naszej wspólnej, mało emocjonującej znajomości. 


Balea – Maska peel-off z oczarem wirginijskim – maski peel-off są super, bo – podobnie jak te płachtowe – minimalizują upierdliwość domowego spa. Bardzo to doceniam, bo ścieranie z twarzy resztek tradycyjnej maseczki irytuje mnie niemalże na równi z goleniem nóg i okolic cipkowych (to chyba nawet gorsze) maciupką jednorazówką. Zawsze gdy mam w rękach maskę peel-off, PRAGNĘ, żeby okazała się fantastyczna. Niestety, ta była nijaka. Co z tego, że zlazła łatwo, skoro mojej skórze nie dała nic? 

Eucerin – Volume-Filler Night Cream – to bardzo treściwy i pięknie pachnący krem na noc, który ma przeciwdziałać obwisaniu skóry (no wiecie, efekt psich fafli, a jak nie wiecie, to wpiszcie w Google Images: „running basset”. Właściwie możecie wpisać mimo wszystko, polecam). Ma masełkowatą konsystencję, więc jest odżywczy i wolno się zużywa. Bardzo pomaga odwodnionej skórze, nawet jeśli jest mieszana lub tłusta. Nie sądzę, by działał na obwisy (przecież wtedy zarekomendowaliby go również do cycków, nie?), ale i tak jest wart uwagi. 

Savon Au Lait d'Anesse, czyli organiczne mydło marsylskie z oślim mlekiem, które once upon a time podarowała mi wakacyjna Magda. Najpierw olałam, bo ciężko mi się zabrać za mydło w kostce, ale potem zachciało mi się tego typu mydlin i odpakowałam je czule. Mydło pachniało mydłem, było bardzo twarde, dzięki czemu nic mu się nie stało od mieszkania w podmokłej Krainie Wiecznego Prysznica. Okazało się, że do mycia ciała nie jest dla mnie za dobre, bo wciąż nie lubię tego pomydlanego tępego efektu na skórze, ale za to bardzo dobrze służyło silikonowemu dyskowi do twarzy i licznej gromadzie pędzli. 

Na zdjęciu widać jeszcze płachtową maskę, którą moja przyjaciółka Marta przywiozła mi z Japonii. BB Face Mask z kwasem hialuronowym była mocno nasączona (tak mocno, że jej dobroczynne soki ściekały mi po nosie, brodzie i dekolcie), trzymałam ją na twarzy przez dobre 20 minut, a po zdjęciu okazało się, że nie zrobiła z moją cerą nic nadzwyczajnego – nawet tymczasowo nie nawilżyła jej choćby w stopniu zadowalającym. Cała para poszła w gwizdek. I w cycki.


Moroccanoil – Weightless Hydrating Mask – jako że wywiało mi baby we wszystkie strony świata, nie zdziwi Was pewnie fakt, że tę maskę dostałam od mojej „kanadyjskiej” Ani. Długo sobie postała otwarta na podprysznicowej półce (maska, nie Ania, choć to drugie byłoby interesujące), bo dla moich cienkich, rzadkich włosów okazała się sporym wyzwaniem. Na pewno nie jest weightless. Ma oszałamiający, intensywny zapach porządnych damskich perfum, nawilża równie potężnie, ale nieczęsto do niej wracałam, od kiedy włosy znowu zaczęły wypadać jak wariaty. Przydawała się do emulgowania olejów i kilka razy uratowała skórę głowy po dramatycznych przesuszeniach, jakie fundowały mi od czasu do czasu wcierki na bazie alkoholu, ale powodowała przyklap, który doprowadzał mnie do rozpaczy. Cieszę się, że mogłam ją wypróbować (dziękuję, Aniu, nie masko), ale moje włosy niestety nie są jej warte. 

Farmona – Jantar – Odżywka do włosów i skóry głowy – to już druga butelka, którą zużywałam totalnie nieregularnie, dlatego wciąż nie wiem, czy działa na moje włosy. Zdążyłam zauważyć, że przyspiesza przetłuszczanie, więc nie planuję na razie zakupu trzeciej flachy. 



NYC – Turbo Dry Top Coat – doskonały wysuszacz za kilka złotych, pisałam o nim w zamierzchłych czasach (klik). Niestety, w Polsce chyba już nie do zdobycia, bo internetowe outlety dawno go wyprzedały. Grzecznie przerzuciłam się na Seche Vite, InstaDri, ostatnio nawet na coś z Bell, ale od czasu do czasu nawiedza mnie tęsknota za NYC. Niestety, resztkę muszę wywalić, bo z mojego turbowysuszacza został tylko smętny, ciągnący się glut.

Manhattan – Soft Mat Loose Powder w odcieniu 1 Natural – niegdyś wysmażyłam recenzję na jego temat (klik) i do dziś przypadkowi czytelnicy regularnie wpadają do mnie na bloga właśnie po to, by o nim poczytać. Dziwne, że akurat ten mój tekst tak dobrze się wypozycjonował, ale niezbadane są wyroki Google'a. Puder jest bardzo porządny, ale – wbrew zachęcającej nazwie – nie ma zbyt dobrych właściwości matujących, dlatego nigdy nie sięgam po Soft Mat w gorące miesiące. Zostało jeszcze trochę, ale wyrzucam, bo już nie mogę na niego patrzeć (na swoje usprawiedliwienie powiem, że mieszka ze mną już ze trzy lata).

Benefit – gimmeBrow light/medium – świetny żel w nieświetnej cenie (ponad 100 zł) i nieświetnej, bo niewielkiej pojemności. W użyciu kolejne opakowanie. /recenzja/

Garnier – BB Cream Miracle Skin Perfector, odcień light – mimo nieznośnego odoru gorzały całkiem dobrze mi służył. Aż byłam zaskoczona. /recenzja/

Bourjois – Healthy Mix w odcieniu 51 Vanilla – uwielbiam ten podkład, bo jest łatwo dostępny, ślicznie pachnie, całkiem dobrze kryje, nie zapycha i ma dobry, zółtawy odcień, ale niestety trudno do niego dopasować bazę. Klasycznych, wygładzających silikonów na co dzień nie używam, a kremy matujące w nadmiarze robią mojej skórze kuku. Wszystkie pozostałe sprawiają, że Healthy Mix pozostaje mokry na resztę dnia i nie da się uzyskać matowej cery na dłużej niż godzinę w absolutnie żaden znany ludzkości sposób. Swego czasu dobrze komponował się z moim odkryciem z Biodermy – Pore Refinerem (recenzja), więc to jest jakiś trop.


Zamierzam nabyć krem na noc Clarinsa, bo próbka (zapach!!!) mnie do tego skutecznie zachęciła, za to nie umiem powiedzieć nic o pudrze HD z Make Up Forever, bo tych kilka pyłków na kartonie reklamowym wystarczyło na trzy maźnięcia pędzlem po twarzy. 
Wspomnę jeszcze o wosku Kringle Candle, bo zachwycił mnie swoim apetycznym, intensywnym aromatem najwyborniejszego kawowego deseru. Miła odmiana od YC. I to tyle o woskach zapachowych, bo – tu się nic nie zmieniło – nie zamierzam o nich pisać.

Tyle. Uff. Żegnajcie, śmieci.

środa, 2 grudnia 2015

Galactic Box by Sephora. Jest moc!

Od wielu miesięcy nie subskrybuję pudełek ShinyBox i beGlossy. Nie czatuję też na nowe edycje JoyBoxa, olewam beInspired i nie rozglądam się za innymi podobnymi wynalazkami. Ciągle mam poczucie, że są nie takie, że nie o to chodziło. Pamiętacie jeszcze, że to miały być pudełka z miniaturami produktów wysokopółkowych, a całe przedsięwzięcie pierwotnie zakładało testowanie drogich kosmetyków przed zakupem? Dziś chyba nikt już o tym nie pamięta, a boxy coraz częściej wypełnione są po brzegi kosmetykami tańszymi, ale za to w pełnym wymiarze. Oczywiście, to się bardzo opłaca – zwykle wartość rynkowa pudełek jest dużo wyższa od ich właściwej ceny. Niestety, rozczarowuje powtarzalność marek, wciskanie konsumentom nieświeżych resztek magazynowych i ciągłe pojawianie się w boxach rzeczy typu pasta do zębów, antyperspirant czy zmywacz do paznokci. Kiedy już myślałam, że znikąd nadziei, do mojej skrzynki mailowej zapukała Sephora online. Okazało się, że jeśli zrobię zakupy za minimum 200 złotych i wpiszę tajemniczy kod, do zamówienia dostanę pudełko wypełnione po brzegi dokładnie tym, na co czekałam! Najpierw było jedno, potem kolejne i jeszcze jedno... nie wiedzieć kiedy moja szuflada wypełniła się górą wartościowych miniatur, a odpakowywanie boxów z Sephory stało się najwyborniejszą kosmetyczną rozrywką i dniem dziecka, w którym wcale nie chodzi o to, że nie muszę myć uszu i tyłka.

Tegoroczne świąteczne pudełko miniatur jest w absolutnej czołówce. Nie dość, że na bogato, to jeszcze bardzo po mojemu. Zobaczcie, co jest w środku!


Wcześniej bywały pudełka, w których roiło się od słodkich flaszeczek perfum i lakierów do paznokci. Tym razem lakieru brak, a zapachów tylko tyle, byśmy razem z mężem nie cuchnęli przy świątecznym stole. Mocnym punktem programu jest kolorówka:


Sephora – Balsam podkreślający naturalny kolor ust, Unique Pink – coś o podobnym działaniu ma w ofercie Catrice (klik). Wtedy byłam zachwycona tym produktem, ale nie podobał mi się jego gorzki smak. Sephora gorzka nie jest (tak jest, polizałam!), pachnie waniliną, a jak się zaprezentuje na ustach, to się okaże.

Givenchy – Le Rouge-à-Porter w odcieniu 104 Beige Floral – kolor bardzo mój, więc spodziewam się udanego zimowego romansu. Po wstępnym maźnięciu widzę oraz czuję, że formuła jest kremowa, pigmentacja średnia, a zapach delikatnie kwiatowy. Warto wspomnieć, że pomadka zapakowana była w elegancki, wyłożony bibułą kartonik. Uwielbiam taką dbałość o szczegóły! Myślę, że jednogramowa próbka starczy na dość długo. Ciekawostka: minipomadki Toma Forda z kolekcji Lips & Boys kosztowały ok. 120 zł i za tę kwotę dostawaliśmy 2 gramy szminkowego szczęścia.


A to już prawdziwy odlot! Wśród miniatur znalazły się gorące jak upieczony świński tyłeczek kosmetyki Too Faced i miniwersja tuszu Roller Lash Benefit (tusz jest w normalnej sprzedaży i za taką miniaturę Sephora życzy sobie aż 55 zł!).

Too Faced – Born This Way – 5 mililitrów podkładu w odcieniu podejrzanie jasnym: light beige. Aż nie mogłam uwierzyć, kiedy go ujrzałam. Do niedawna byłam przekonana, że próbki jasnych podkładów po prostu nie istnieją. Light Beige z Too Faced jest naprawdę light, więc mogę go przetestować na twarzy, a nie tylko na nadgarstku. Miniatura ma pompkę i wygląda przez to jak pełnowymiarowy produkt dla małżonki krasnoluda. Hmmm, tylko czy one nie noszą brody?

Too Faced – Chocolate Soleil – kiedy zobaczyłam w mailu, że do tej edycji pudełka Sephora dorzuca bronzer Too Faced, mało nie spadłam z krzesła! W idealnym świecie to byłby Milk Chocolate, ale przecież darowanemu koniowi... i tak dalej. Miniatura ma aż 4 g, więc można używać do woli, do dna i do cna. Jeszcze go nie wymacałam, bo mam chytry plan zeswatchowania tego odcienia w stacjonarnej Sephorze i jeśli się okaże, że jest o wiele za ciemny, nawet na lato, będę mogła niemacany egzemplarz bez żadnego obciachu komuś podarować. Producent przeznaczył Chocolate Soleil do cer średnich i ciemnych, ale w ofercie jest jeszcze Dark Chocolate, więc kto wie, może stanie się cud i ten miniaturowy słodziak zostanie ze mną? Jestem trochę rozczarowana mało czekoladowym aromatem tego bronzera, ale to wspaniale, że jest matowy. W ogóle to wspaniale, że jest.

Tuszu Benefit Roller Lash jeszcze nie testowałam, co nawet jest trochę dziwne, bo przerobiłam już 3/4 szafy Benefitu. Szczotka wygląda ciekawie, jest silikonowa... no, zobaczymy.



Dalej mamy dwie miniatury perfum – jedna flaszka dla dziewczynek, a druga dla chłopców. Hugo Boss Man EdT (zielony kartonik) ma 5 ml i pachnie tak, jak uwielbiam. Tego typu zapachy znam od dzieciństwa, bo mój tata ich używa. Ja nazywam je leśnymi (pachną jak świeża ziemia po deszczu) i faktycznie, nie jest to takie głupie, bo wśród nut zapachowych Hugo Boss Man znajduje się m.in. igła sosny i jodła balsamiczna. Dla (raczej młodych) dam przewidziano rześki, radosny Kenzo Jeu d'Amour (EdP, 4 ml). Nie znałam go, jest ciekawy, chętnie wypróbuję.




Kolejnym smakowitym kąskiem jest 7-mililtrowa wersja boskiego serum Estée Lauder Advanced Night Repair. Niedawno z bólem serca zdenkowałam pełny wymiar, dlatego gdy zobaczyłam to serum w mailowej zapowiedzi, natychmiast pobiegłam w podskokach na szybkie, nieprzemyślane zakupy w Sephorze online :). Dr Irena Eris Institute Solutions Radiance Ideal Smooth to wersja mini (całkiem konkretne to mini: 25 ml) kremu na dzień, który nie dość że przeciwzmarszczkowy, to jeszcze z filtrem SPF 20.

Najmniejsza szansa na to, że przetestuję serum do włosów Bumble & Bumble Repair Blow Dry Serum. To serum do końcówek, a ja – pośród całej zaawansowanej pielęgnacji moich nędznych, nielicznych już włosów – najbardziej w nosie mam właśnie końcówki, które i tak regularnie podcinam, bo na zrobienie z siebie długowłosej królewny nie mam najmniejszych szans. Miniatura ma 15 ml i z pewnością ucieszyła niejedną odpakowywaczkę tego pudełka cudów.


Dalej równie świetnie – kosmetyki pielęgnujące skórę pod oczami. Clinique Smart Custom-Repair Eye Treatment (5 ml) ma ujędrniać skórę pod oczami i choć trochę prasować zmarszczki, a koncentrat Shiseido Ultimune Eye (5 ml) – wzmocnić delikatną skórę w tych okolicach i chronić przed szkodliwym działaniem stresu środowiskowego. Brzmi jak coś dla mnie, nie znam żadnego z nich, więc już przebieram nogami na myśl o testach. Pięciomililtrowe próbki to całkiem sensowna pojemność. Pod oczy nie potrzeba wiele.


Na koniec jeszcze baza utrwalająca makijaż Smashbox Photo Finish Primer Water (5 ml) w spreju (a może raczej w sprejusiu) i rozświetlająca baza Burberry Fresh Glow Luminous w jaśniejszym odcieniu No. 01 Nude Radiance. Podobno Fresh Glow można używać na kilka sposobów: jako bazę,  lekko kryjący, rozświetlający podkład lub na kości policzkowe w roli rozświetlacza. Brzmi ciekawie – aż szkoda, że próbka ma tylko 5 mililitrów.

Jedno jest pewne: na pewno nic się nie zmarnuje. Sephoro, jesteś najlepsza. Proszę, nie schrzań tego.


poniedziałek, 30 listopada 2015

Lekki tłuścioch: La Roche-Posay – Hydraphase UV Intense Legere /recenzja/

Są na świecie takie kosmetyki, o których nie śniło się filozofom wiem, co myśleć, bo ani one świetne, ani beznadziejne, ani nawet po prostu przeciętne. Jeden z nich właśnie się przypałętał. 


Lubię markę La Roche-Posay za kilka tajemnych mikstur, które ewidentnie robią z moją skórą coś dobrego (vide: Effaclar K), dlatego chętnie testuję kolejne rozwiązania, które spłodziło to francuskie laboratorium. Pierwsze podejście do kremu Hydraphase UV Intense Legere poczyniłam w wakacje i był to jednoznacznie beznadziejny czas na używanie akurat tego nagębnego smarowidła. Hydraphase + upały + przetłuszczająca się cera = brak wielkiej nieskończonej miłości. Połączenie idealnie fatalne.

Krem jest teoretycznie lekki (ściągawka: legere oznacza lekką, a riche – bogatą formułę). Teoretycznie, bo mimo że konsystencja wodnista, formuła jest dość tłusta i z tą tłustością Hydraphase pozostawia nas na resztę dnia. Po wchłonięciu wyczuwalna jest warstwa okluzyjna, która – mimo że nie roluje makijażu przy aplikacji – uniemożliwia skuteczne uporanie się ze świeceniem. Cery mieszane, a tym bardziej tłuste, nie dogadają się z tym kremem, mimo że producent poleca go do skór normalnych lub mieszanych.

Wróciłam do niego kilka tygodni temu, świecę się mniej, ale wciąż raczej prędzej niż później zaczynam wyglądać, jakby moja strefa T przebiegła półmaraton. Na szpilkach. Policzki też potrafią się od tego noszenia makijażu nieźle upocić. Wygląda na to, że Hydraphase UV Intense Legere kompletnie nie nadaje się na dzień, a szkoda, bo...


...jego dużą zaletą jest ochrona przeciwsłoneczna: SPF 20 i PPD 8. To bardzo przyzwoity wynik jak na filtr „przy okazji”. „Technologię połączeń międzykomórkowych” i inne marketingowe dyrdymały pozostawię nierozwikłane. Nie pomogę Wam też rozkminić składu, bo to już zaawansowana chemia, a na tej niestety się nie znam. Na pewno cieszy obecność hydrolizowanego kwasu hialuronowego i nieobecność parafiny.

Najważniejsze, że Hydraphase skutecznie nawilża, co mogą potwierdzić moje uprzednio odwodnione policzki. Żeby nie stał w szufladzie jak idiota i choć trochę się przydał, zaczęłam stosować go na noc, grubszą warstwą (choć to nie jest konieczne, po prostu chcę go zużyć i poszukać szczęścia po drugiej stronie tęczy). Jako kosmetyczne stworzenie nocne spisuje się dobrze, ale docelowo nie polecałabym go w tej roli, bo po co na noc ładować filtry przeciwsłoneczne? Im mniej niepotrzebności, tym lepiej.

Poza tym tradycyjnie raduje mnie opakowanie z pompką (szkoda, że to nie airless, ale i tak plus za estetykę i higienę), wysoka wydajność (hmm, no dobra, może z tą radością nie przesadzajmy) i to, że w internecie wszystko jest dużo taniej niż w Super-Pharmie. Mało radosny jest tylko zapach – niby delikatny, ale jakiś taki wkurzający. Nie chcę go też oskarżać bez absolutnej pewności, że jest winny, ale nieśmiało zaznaczam: od kiedy zaczęłam używać Hydraphase bardziej regularnie, na twarzy równie regularnie wyskakują różowo-białe cuda natury, które aż proszą się o wyciśnięcie.

W związku ze zbyt wieloma nieprzyjemnościami ze strony Hydraphase UV Intense Legere, w niezbyt odległej przyszłości planuję przetestować linię Hydrabio konkurencyjnej Biodermy. Zobaczmy, co ona.

I tak sobie myślę, że może suchary będą zadowolone z Hydraphase. Szansa jest niezerowa.

Pojemność: 50 ml
Cena: 45–80 zł, w zależności od okoliczności
Ocena: yyyyy, eeeee.
Dostępność: apteki stacjonarne i internetowe

środa, 25 listopada 2015

Niezwykły elegant: IsaDora – EyePhoria Eye Glow 07 Hazel

Ostatnio wygrzebałam ze zbiorów mój jedyny cień szwedzkiej IsaDory, który kupiłam w Douglasie w zeszłe wakacje po spotkaniu z ichniejszą z-koziej-dupy-wizażystką. Wizażystka wykonała makijaż, który spokojnie mogę nazwać najgorszym makijażem dziennym w historii, ale jakimś cudem nie zraziło mnie to do marki i postanowiłam pogrzebać w isadorowej szafie przed wyjściem z perfumerii. Okazało się, że tusz do rzęs, który jako jedyny z całego make-upu pozytywnie zwrócił moją uwagę, był niedostępny, ale nie poddałam się i węszyłam dalej. Tak ustrzeliłam prawdziwe cudeńko: cień EyePhoria Eye Glow w odcieniu Hazel z kolekcji Sunset In Rio. Typowy przykład miłości od pierwszego wejrzenia. 


Od dłuższego czasu rzadko pozwalam sobie na zakupy cieni mono, szczególnie tych niepaletkowych, bo potem denerwuje mnie szukanie makijażowego szczęścia pośród sterty pudełeczek. Wielbię dobrze przemyślane palety, w tym te... w całości przemyślane przeze mnie, ale czasem nie potrafię się oprzeć czemuś autentycznie pięknemu i kupuję – choćby po to, by w przypływie jesiennego stanu przeddepresyjnego po prostu się na to pogapić. Pomaga. 

Ten okaz zachęca już nawet opakowaniem – klasyczna elegancja, czyli czarny, wypolerowany, porządny plastik, nieulegający zniszczeniom od byle pierdnięcia. Miło jest odnajdować go wśród cieniowego tłumu i miło patrzeć na jego niezniszczone, nieporysowane i niewytarte cieniowe jestestwo. 


Ten przystojniak ma też idealny, jesienny odcień, ale prawdziwie zjawiskowa jest jego pudrowo-żelowa formuła. Cień jest niesamowicie miękki i przyjemny w dotyku, a jedno małe pociągnięcie palcem wydobywa świetnie napigmentowany, lśniący, metaliczny brąz. Mimo że w opakowaniu cień wygląda, jakby miał grube drobiny brokatu, przy aplikacji zostaje tylko piękna, połyskująca tafla. No bajka po prostu. Warto pochylić się jeszcze nad jego cudowną teksturą. Jest jednocześnie suchy i mokry, a przez to bardzo przyczepny, dlatego nie powinno dziwić, że przy przenoszeniu na powiekę nigdy nawet nie miał w planach się osypywać. 


Zdziwił mnie tylko tym, że sporo traci na metalicznym wdzięku przy aplikacji pędzlem. Da się go rozetrzeć do dyskretnego dzienniaka i dzieje się to wręcz za szybko i za łatwo (choć to dodaje mu odrobinę uniwersalności). Całe piękno zostaje zachowane przy rozcieraniu palcem i takie rozwiązanie Wam polecam. Pięknie wygląda zarówno na całej ruchomej powiece, jak i na jej środku i dowolnie wybranych kącikach. Zdarzało mi się aplikować go wąskim kulkowym pędzelkiem na górnej linii rzęs i robił za wcale niegłupi, choć trochę szemrany eyeliner.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie trwałość EyePhorii. Nawet bez bazy na moich tłustych powiekach trzyma się ładnie przez większość dnia, na koniec trochę blednie, ale nie roluje się, co przy moim nadmiarze skóry na górnej powiece jest godne podziwu. Nałożony na bazę i/lub jasny, matowy cień, pozostaje w stanie niezmienionym aż do wieczornego demakijażu. Przemiło z jego strony.

Jak na zeszłoroczną limitkę przystało, będzie problem z dostępnością. Z Douglasa online dawno wymietli, ze sklepów onlajnowych takowoż, ale sytuacja na szczęście nie jest beznadziejna: kilka tygodni temu widziałam Hazel w którymś ze stacjonarnych Douglasów, na Allegro też czeka na Was kilka sztuk.

Kto się zauroczył? Życzę miłych zakupów!

Ile: 4 g
Za ile: 30–60 zł, cena oryginalna: 59 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: ograniczona (produkt z limitowanej edycji), wciąż dostępny na Allegro

poniedziałek, 23 listopada 2015

Wyniki makijażowej oddawajki

Tym razem fotorelacji z przebiegu głosowania nie będzie, ponieważ było to bardzo skomplikowane, wieloetapowe rozdanie. Przyznaję, miałam nadzieję, że Tomasz wylosuje z garnka za pierwszym razem kogoś, kto przygarnie wszystko i będę mogła w jednej paczce wysłać całość pod jeden adres, ale nie, nie ma tak łatwo – Tomaszowa dłoń postanowiła inaczej. 

A było tak: najpierw przewodniczący komisji wylosował Karolinę_21, która w razie wygranej zażyczyła sobie zestaw szminek i beznadziejny żel do brwi Catrice. Musieliśmy więc losować dalej (Karolino, dzięki :P). Następna była iwona (z I love football w awatarze), która wybrała lakiery lub produkty do oczu, dlatego dostanie jedno i drugie. Został jeszcze zestaw nr 2, który zgarnie Ania S. Ania chciała lakiery i produkty do twarzy, ale iwona gwizdnęła rywalce lakiery sprzed nosa – proszę państwa, cóż za nerwowa końcówka! 

Okej, chyba wszystko jasne. Następnym razem muszę to jakoś lepiej obmyślić. Dziękuję, że zechciałyście wziąć udział w moim rozdaniu i pomóc mi pozbyć się zalegających kosmetyków.  Serce mi pęka, kiedy wyrzucam coś, co jeszcze jest dobre, a mogłoby się komuś przydać. Czekam na maile z adresami do wysyłki: smarowanie (at) gmail (dot) com. 

Tymczasem porządki w domu powoli dobiegają końca, dlatego już za parę chwil powrócę do zwyczajnego, mniej bazarowego blogowania. 

Miłego popołudnia! 

czwartek, 19 listopada 2015

Kosmetyki szukają nowego domu, przygarnij je! – odsłona druga: kolorówka

Tym razem chodzi o to, żeby znaleźć nowy dom kolorówce, która jeszcze nie dogorywa, ale przecież i ona nie trwa wiecznie. Długo myślałam, jak się tych cudaków skutecznie pozbyć i leżały, leżały, leżały... Nie wiem, czy jest sens rozdzielać je na kilka paczek, czy lepiej dać jednej osobie wszystko, dlatego pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli to Wy zadecydujecie, jak ma być. 


Osoby zainteresowanie adopcją proszę o zostawienie w komentarzu informacji, czy w razie czego biorą wszystko, czy tylko któreś wybrane rzeczy. Cztery zdjęcia to cztery zestawy: nr 1 to lakiery, nr 2 – tapeta nagębna, nr 3 – cienie i kredki i nr 4 – pomadki.
Na nowy dom czekają:

Zestaw nr 1 – lakiery


Matujący top coat Manhattanu, który matuje co drugi paznokieć, ale co kto lubi; Rimmel Lycra Pro w odcieniu 433 French Ivory (użyty ze dwa razy); Sally Hansen Complete Salon Manicure w odcieniu 150 Angel Wings (biała perła z różowym połyskiem, użyty kilka razy); Manhattan Winter Pearls nr 20 (biała, magiczna perła – mam identyczny z innej limitki Manhattanu, ten użyty kilka razy, fajny jako top); Catrice Ultimate Nail Lacquer nr 30 Lilactric (tu go pokazywałam, użyty kilka razy); Astor Fashion Studio w odcieniu rozbielonego błękitu (użyty kilka razy); Maybelline Forever Strong PRO w odcieniu 610 Ceramic Blue (użyty raz); Revlon Colorstay w odcieniu Nude Beige (użyty dwa razy); Rimmel Lycra Pro w odcieniu 365 Beige Style (użyty kilka razy); Wibo Extreme Nails bez numerka, odcień ceglasty (odkręcony w celu sprawdzenia konsystencji); Barry M. Nail Paint w odcieniu 309 Strawberry (słodki róż, zużyta 1/3); Delia Coral ProSilk nr 169 (wściekła zieleń, tylko swatchowany); Sally Hansen Fuzzy Coat nr 800 Tweedy (pokazywany tutaj, użyty trzy razy); Essence Road Trip LE z efektem rozlanej benzyny (użyty raz); Essence Nail Art topper nr 13 mrs and mr glitter (użyty dwa razy).

Zestaw nr 2 – podkład, pudry, róże


Olay Total Effects CC Cream z filtrem SPF 15 dla cer jasnych i średnich (użyty raz, krycie słabiutkie, zupełnie nie dla mojej naczynkowej cery); puder matujący Manhattan Clear Face w odcieniu 70 Vanilla (użyty kilka razy, gąbka nieruszona); prasowany róż Glazel nr 4 (nowy); Catrice Multi Colour Blush nr 060 Strawberry Frappucino (ładny, jasny, delikatny róż, ale konsystencja koszmarna – wypolerowany kamień, moje pędzle nie umieją z nim współpracować, ale simply kiedyś pisała, że po zeskrobaniu wierzchniej warstwy wszystko dobrze działa); Elf High Definition Undereye Setting Powder (poświęcę mu niedługo trochę miejsca na blogu, bo dziwadło z niego, użyty raz i swatchowany kilka razy).

Zestaw nr 3 – cienie, kredki


Paletka Catrice Absolute Bright (same jasne perłowe cienie, moim zdaniem każdy wygląda tak samo; swatchowana i użyta dwa razy), tu recenzja; duo Joko Universe J312 (połyskująca stal i połyskujący granat, oba słabo napigmentowane, choć dla niektórych to może być zaleta; cienie wypiekane, użyte dwa razy); Manhattan Endless Stay Duo Eyeshadow, odcień 1 Bonnilicious (jakaś limitka, szarość i jasny róż z połyskiem, formuła kremowa, użyte raz); pojedyncze cienie Essence (numery 54 i 61; jeden pokruszony i trochę eksploatowany, drugi swatchowany i raz użyty; post zbiorczy na ich temat tutaj: klik); trio MySecret nr 304 (lekko maźnięte palcem); żółty matowy cień MySecret nr 511 (użyty ze dwa razy); z jakiegoś powodu niewidoczny na zdjęciu L'Oreal Kohl Eyeliner (sypki czarny kohl do zaznaczania obu linii wodnych naraz, zabawa nie dla mnie); Miss Sporty Be Connected Metallic Eyeliner w odcieniu 013 Daring Mood (ciemnoniebieski eyeliner z pędzelkiem, użyty dwa razy); Astor 2in1 Eye Pencil, 092 Glam Blue (kredka drewniana, granat, użyta kilka razy, nietemperowana); Astor Eyeliner Pencil w odcieniu 093 Sea Green (kredka drewniana, śliczny morski odcień, ale bardzo twarda, więc raczej tylko do sprawdzenia na sobie koloru, swatchowana); kilka rzeczy z NYC: Automatic Eyeliner Pencil nr 834 Vampy Violet (raz użyta); High Definition Liquid Eyeliner nr 898 Indigo Blue (to jest wodoodporny flamaster, którego nie da się zmyć z powieki, więc radzę dać dziecku do malowania i nie cudować z nim na twarzy – żeby nie było, że nie uprzedzałam); Kohl Kajal Eyeliner Pencil nr 003 (drewniana kredka, granatowa, użyta raz); Kohl Eyeliner Pencil nr 926 White (biała, drewniana, nowa w folii). Do tego dorzucam szaro-błękitną kredkę Miss Sporty Eye Pencil 017 Sky, której da się używać i dwie automatyczne kredki Mini-Me, których używać się nie da, ale może ktoś wymyśli im nowe zastosowanie.

Zestaw nr 4 – pomadki


Catrice Ultimate Colour nr 160 Tell Me A Berry-tale (śliczny jagodowy odcień, użyta dwa razy); Catrice Ultimate Colour nr 010 Be Natural! (pomadka nude polecona kiedyś przez callmeblondiee. U mnie niestety kula w płot – za jasny ten beż i wyglądam trupio; tu dowód: klik); L'Oreal Colour Riche Balm w odcieniu 171 Ballet Show (słodki, żywy róż; użyta dwa razy); Wibo Eliksir nr 09 (jagoda/śliwka, użyta kilka razy); Clinique High Impact Lip Colour SPF 15 nr 03 Metallic Sand (metaliczne złoto, ciekawy, jesienny odcień; użyta kilka razy). Dorzucam jeszcze absurdalną pomadkę Miss Sporty w odcieniu 207 Extreme Black. Może na karnawał? Aha, wszystkie pomadki opuszczą natolińskie włości zdezynfekowane.

Mam jeszcze niewidoczny na zdjęciach żel do brwi Catrice z limitki Check&Tweed, który moim zdaniem jest beznadziejny, ale sprawdźcie to osobiście. Aha, i jeszcze trzy posypki na paznokcie. To chyba wszystko. No i wiadomo, plan jest taki, że jeśli znajdziecie w tym gąszczu coś, co wydaje się być już niezdatne do użycia, wywalacie i nie mamy do siebie pretensji, okej?


Na zgłoszenia czekam do niedzieli 22 listopada, a potem zrobię kolejne losowanie w garnku z Tomaszem (nie że Tomasz w garnku, rzecz jasna). Jeżeli wylosowana osoba będzie tą, która zapragnęła przygarnąć cały ten kolorowy majdan, to jej z przyjemnością go wyślę. Jeśli okaże się, że wybrała tylko część zbiorów, spróbuję dopasować pozostałych uczestników zabawy tak, żeby wszystkim wszystko pasowało. No to ten: komu lekko przechodzone kosmetyki, komu?

niedziela, 15 listopada 2015

Wyniki kosmetycznej oddawajki

Ach, urocza niedzielo, z całą swą szarą, mokrą paskudnością... Ach, urocza niedzielo, która dajesz nam niepowtarzalną okazję siedzenia w domu przez kilkanaście godzin w towarzystwie walącego rzadkie kupy potomka... Wśród gównianych swawoli, jakie nam zaoferowałaś, znaleźliśmy chwilkę na rozwiązanie sprawy kosmetycznego rozdawnictwa. Dzięki ci za to, niedzielo, ale wiesz co? Wypad już stąd.

Komisja w składzie:
Tomasz (syn Agaty), Agata (mama Tomasza) i Joanna (babcia Tomasza, niegdyś znana lepiej jako mama Agaty), czuwała nad prawidłowym przebiegiem losowania. Maszyną losującą ustanowiono rondel, a honory czynił Tomasz.

Na poniższych zdjęciach widzimy, jak członek komisji posila się przed losowaniem, a następnie jego sługa wyciera mu dłoń, aby przygotować ją do tej ważnej chwili. Chwilę później odbywa się losowanie, w czasie którego Tomasz wypowiada monotonne: „czary ramy, czary ramy, czary ramy, abrakababra” iiiiii... mamy to!


Drodzy Państwo, porzucone kosmetyki przygarnie zaczarowanaa! Serdecznie gratulujemy i prosimy zwyciężczynię o skontaktowanie się z komisją w celu ustalenia adresu wysyłki. Pozostałym uczestnikom dziękujemy za udział i uprzejmie informujemy, że w kolejnym odcinku losować będziemy tego, kto przygarnie worek porzuconych kosmetyków kolorowych. A to już za chwileczkę oraz za momencik.

Aha, jest jeszcze jedna sprawa. Matylda Żemajtis zapragnęła przetestować śmierdzące olejki, co mnie urzekło i dlatego zatykam nos i przekazuję te radosne smrodki w ręce Matyldy. Matyldo, Ciebie też proszę o kontakt. Dorzucę jakiś PACHNĄCY wosk YC, żeby Ci się po otwarciu przesyłki flaki nie powywracały.

Wszystkich pozdrawiam przeserdecznie i życzę miłego przyszłego tygodnia bez wirusów, biegunek i przesuszonych od żelu antybakteryjnego dłoni.

środa, 11 listopada 2015

Projekt denko, odc. 31

W tym miesiącu denko nieco spóźnione, a do jego napisania zmotywował mnie komentarz Ewy pod ostatnim wpisem. Ewo, dzięki za kopniaka. Dzięki Tobie mogę wreszcie pozbyć się mojego kosmetycznego śmieciowiska.


Swoją drogą to jest zwyczajnie niemożliwe, że co kilka tygodni wywalam torbę opakowań, od miesięcy nie robię wielkich pielęgnacyjnych zakupów (tylko małe :P), a kosmetyków w szafkach wciąż tony.  Bezgraniczne zdziwienie w mym łbie się tli. 


Isana – Öl Dusche – olejek myjący o zapachu melona i gruszki – jeden z ładniejszych aromatów Isany, do którego chętnie wrócę, mimo że nie należę do wielbicieli podprysznicowych umilaczy z zatopionymi drobinkami czegoś_tam_co_teoretycznie_jest_olejkiem. Zawartość butli zużyłam z największą przyjemnością, zdecydowanie planuję powtórkę. 

Philosophy – Homemade Honey Buns – żel pod prysznic i szampon – powinni tego zabronić. I właściwie zabronili, bo ta seria kosmetyków Philosophy nie jest już dostępna. Żel (w funkcji szamponu go nie sprawdzałam) to 1/2 prezentu urodzinowego od mojej kochanej Lu, został jeszcze balsam do ciała, ale boję się go otwierać, bo nie chciałabym któregoś dnia zeżreć samej siebie. Autokanibalizm jest tu jak najbardziej możliwy, ponieważ Homemade Honey Buns to zapach najpyszniejszych świątecznych ciasteczek, jakie jesteście sobie w stanie wyobrazić. Czuję tu imbir, masło i miód – klasyczny zapachowy odlot. Zachwycający jest również przepis na te ciastka, który producent-sadysta umieścił na etykiecie. Upiekłabym je już teraz, ale nie chce mi się sprawdzać, ile to jest 350 stopni F po naszemu. Philosophy to zło. Jeśli macie ochotę zgłębić temat zła najźlejszego, szukajcie ich produktów na Truskawce i w TK Maxx. Przepraszam, że powiedziałam.

Dax Cosmetics – Perfecta Femina – Balance – żel do higieny intymnej – żelu Perfecta Mama używałam przez lata całe, aż w końcu firma Dax Cosmetics postanowiła utrudnić mi życie i wypuściła na rynek kilka nowych wersji. Ten o nazwie Balance ma kwaśne pH i dosyć miły skład, tak więc mimo zmian i rozszerzonej oferty wcale nie dzieje się gorzej. Żele Perfecta są bardzo wydajne (wystarczają na co najmniej trzy miesiące) i wygodne (pompka!). Polecam. 


Pharmaceris – H-Keratineum – Skoncentrowany szampon wzmacniający do włosów osłabionych – pisałam o nim ostatnio, więc nie ma sensu się powtarzać. W skrócie: przetłuszczające rozczarowanie. /recenzja/

Pervoe Reshenie – Receptury Babuszki Agafii – Szampon wzmacniający dla wszystkich rodzajów włosów – szampon powstał na bazie pięciu ziół i wody brzozowej, pięknie pachnie polnymi kwiatami, dobrze się pieni i wszystko byłoby z nim wspaniale, gdyby nie to, że – podobnie jak kolega wyżej – pogłębiał problem przetłuszczających się włosów, miast go niwelować. Jeszcze mi moja resztka włosów miła, więc usuwam butelkę tego nieszczęścia. I tak jest na granicy ważności.

Kallos – Latte – maska do włosów – niestety, również proteiny nie służą moim włosom. Przynajmniej nie te z mlecznego Kallosa. Stał ze dwa lata na podprysznicowej półce, aż w końcu postanowiłam wywalić  to, co zostało, mimo że zapach i konsystencja się nie zmieniły. Moje włosy były po nim za każdym razem matowe. No nie wiem.

Kallos – Banana – maska do włosów – a tu, proszę państwa, maska z ekstraktem banana. Nieproteinowa, więc i działanie od razu lepsze. Dostałam od koleżanki dużą odlewkę zarówno maski, jak i szamponu – i bardzo dobrze, bo dzięki temu mam już dwie ważne dla siebie informacje: maska jest fajna, ale funduje przyklap moim lichym włosom, a szampon jest świetny i... kropka. O tym duecie pewnie napiszę więcej w oddzielnej recenzji, bo litr szamponu już zagraca mi mieszkanie. Aha, oba produkty pachną syntetycznym bananem, który to zapach można lubić lub bardzo nie lubić. Ewentualnie lubić bardzo. Ja kocham banany pod każdą postacią, syntetyczną również, ale obiektywnie ta linia zapachowa jest słabsza niż w bananowym duecie The Body Shop. 


Balea – Sunny Peach – krem do ciała – kremy Balei w dużych słojach są bardzo przyjemne. Pół litra mazi za ok.  8 (jeśli odwiedzicie DM osobiście) lub 15 (jeśli ktoś odwiedzi go za Was) złotych to dobry deal, szczególnie że właściwości nawilżające co najmniej przyzwoite. Na początku coś mi nie leżało zapachowo z tą brzoskwinią. Mój przebrzydły, zbyt czuły nos wyczuwał nieprzyjemną nutę, ale potem się przyzwyczaił, zapomniał i wszyscyśmy byli szczęśliwi. Szkoda, że to limitowana edycja, bo zapach typowo letni, podobnie jak lekka, zupełnie niemaślana konsystencja, ale właściwie nie ma co płakać, bo w stałej sprzedaży jest bardzo dobry krem Balei z olejem arganowym, a jego męski zapach będzie świetnie pasował do epoki gorących kaloryferów. 

Dermacol – Aroma Ritual – Caribbean Dream – mleczko do ciała – to z kolei delikates, który możecie dostać wyłącznie w czeskich oddziałach DM-owego raju, bo Dermacol to firma tak samo czeska jak Krecik, lentilki i Škoda 105. Ale od czego jest internet? W razie czego. Serię Aroma Ritual uwielbiam, bo i żele pod prysznic cudownie pachną, i balsamy do ciała mają sens. Caribbean Dream to zaskakująco delikatna kompozycja zapachowa: kokos z ananasem, czyli po prostu piña colada, ale w wersji soft. Zaskoczyły mnie również niezłe właściwości nawilżające – dotychczas gardziłam mleczkami do ciała, ale czas zrewidować poglądy. Latem sprawdziło się super, chociaż miało jedną niemiłą przypadłość: bieliło przy aplikacji. 


Garnier – Płyn Micelarny 3w1 do skóry wrażliwej – w blogosferze wytworzyły się dwa obozy: obrońców legendarnej różowej Biodermy i jej zdrajców. Bliżej mi do tych drugich, bo micel Garniera sprawdził się u mnie wybornie, a do tego ma nad Biodermą wielgachny punkt przewagi: nie jest gorzki w smaku. Nie żebym na co dzień popijała micele, ale mimo długiego stażu mojego związku, czasem jeszcze zdarza mi się całować wieczorami z mężem. Cóż, trzeba korzystać, póki nie śmierdzimy starymi ludźmi. 

Korres – Tonik do twarzy z granatem – sporo mnie kosztowało to parsknięcie pogardliwym śmiechem. Tonik Korresa (95 złotych za 200 ml) to alkohol denaturowany z dodatkami, którego nie da się używać w roli codziennego toniku, dlatego od lutego używałam go okazjonalnie do przysmażania pojedynczych ropnych świństewek. Do niczego innego się nie nadaje. /recenzja/

Bandi – Delicate Care – Subtelny Peeling Enzymatyczny – to jest bardzo ciekawy przypadek, ponieważ nigdy wcześniej nie spotkałam na swej drodze peelingu enzymatycznego, którego działanie NIE opierałoby się na złuszczających właściwościach kwasów owocowych (głównie papainy). Tu mamy złuszczanie przez drożdży nakładanie – czad, co nie? Peeling sadzi drożdżami tak samo zacnie jak Oczyszczająca Maska Drożdżowa Bandi z serii dla małolatów. Cóż, skład mają niemalże identyczny – różnice na korzyść peelingu. Oba te produkty działają podobnie, czyli delikatnie oczyszczają i rozjaśniają cerę, ale niestety, są szczodrze podlane komedogenną parafiną. Recenzja maski tu: klik


Mades Cosmetics – Coconut Lip Balm – ot, kokosowa wazelina do ust. Jeśli ktoś lubi kokosowe aromaty i wazelinową warstwę ochronną, niech biegnie do Hebe w podskokach. Szału ten balsam nie robi, ale czy wszystko na tym świecie musi doprowadzać nas do rozkosznego szaleństwa? E tam, a tam. /minirecenzja tego tu i tego niżej też/

Nuxe – Rêve de Miel – no dobrze, właściwie to jednak fajnie, jak balsam do ust jest tak dobry, że aż rozkoszny. Miodowo-pomarańczowy Nuxe na razie wymiata konkurencję i jako nocna kuracja naprawcza jest niezastąpiony. Mały słoiczek przy mojej wątpliwej systematyczności wydaje się nie do zużycia, dlatego fakt, że musiałam zapłacić za niego kilkadziesiąt złotych ani trochę mnie nie boli. Rano usta są miękkie, niepopękane i idealne do wycałowania. Moim zdaniem warto.

La Roche-Posay – Anthelios XL Stick 50+ – bardzo wygodny wynalazek: filtr pięćdziesiątka w sztyfcie! Do prędkiego zakrywania pieprzyków wszelakich i smarowania niecierpliwego Tomasza, w tym słodkich polików jego – jak znalazł. Z pewnością będę wracać. 


The Body Shop – Aqua Lily EdT – zapach miał premierę w 2008 roku i właśnie wtedy dostałam tę flaszeczkę w prezencie od mamy. Pamiętacie? Pisałam niedawno, że robię w domu generalne porządki... Mhm, w torebkach też. Co ciekawe, pozostała resztka wciąż ładnie pachnie, ale mimo wszystko nie mam ochoty wypsikiwać jej do ostatniej kropli. Zresztą: zapach totalnie letni i młodzieżowy. Ciekawe, czy jeszcze go sprzedają. 

Joko – Exclusive Eye Shadows Base – przyzwoita, pachnąca chlorem baza pod cienie, która jest łudząco podobna do bazy z Ingrid, ale jednak jakościowo lepsza (mimo wszystko dla moich tłustych powiek to wciąż trochę za mało). Tę, jakże ekskluzywną, bazę możecie nabyć za 20-kilka złotych, także tego. Wywalam, bo się przeterminowała (wiwat, bezsensowny ShinyBoksie, jakże się cieszę, że już cię nie ma w moim życiu). 

Essence – Stay All Day Long Lasting Eyeshadow – cienie w kremie lubię, ale po czterech latach mają prawo nie działać najlepiej. Ten stwardniał, więc z żalem wysyłam go do kosza. Szkoda, bo seria udana, trwała i ładna kolorystycznie. 

Tym sposobem dotarliśmy do końca listy wyrzutków. Wytrwałym Czytelnikom gratuluję przebrnięcia przez mojego śmieciowego tasiemca, a wszystkim życzę miłej wolnej środy!

poniedziałek, 9 listopada 2015

Kosmetyki szukają nowego domu, przygarnij je!

Mieszkają u mnie w ciemnej szufladzie. Czują się niekochane, niechciane, niepotrzebne. Jeśli nie znajdą nowego domu, zepsują się i trafi je szlag. Jeżeli ich los nie jest Ci obojętny, zaopiekuj się nimi!


Na nowy dom czekają:

Yves Rocher – Sparkling Shower Gel Blackberries (nowy, ważny do 08.2016)
Yves Rocher – Blackberries Hand Cream (nowy, ważny do 09.2017)
Aussie – Miracle Recharge Luscious Long – odżywiająca mgiełka do długich włosów (nowa)
Yves Rocher – The Vert EdT – woda toaletowa o zapachu zielonej herbaty (użyta kilka razy, śliczny, ale nietrwały zapach)
Shiseido – Benefiance – Enriched Balancing Softener – tonik do twarzy (nowy)
Nuxe – Creme Prodigieuse – krem do cery normalnej i mieszanej (nowy, ważny do 04.2016)
Organique – Bath Bomb Greek – kula do kąpieli (nowa, ale poobijana, ważna do 10.2016)
Giorgio Beverly Hills – perfumowane mleczko do ciała, 50 ml (raz sprawdzony na dłoni, intensywny zapach dla wybrańców)
Balea – Urea Augencreme – krem pod oczy z mocznikiem (otwarty niedawno i raz użyty, niestety mnie podrażnia, ważny do 04.2016)

Dodatkowo dorzucam trzy olejki zapachowe, które moim zdaniem śmierdzą, ale jak wiemy, co nos, to opinia, więc może ktoś da im szansę?

Kto chętny, niech się zgłasza w komentarzu. Czekam do piątku 13.11 do północy

piątek, 6 listopada 2015

Pharmaceris – H-Keratineum – skoncentrowany szampon wzmacniający do włosów osłabionych

Dziś będzie krótko + przepraszam za niewydarzone zdjęcia, ale tak jakoś wyszło, że nie wyszło, a zanim zdążyłam się zastanowić, jak to naprawić, szampon wziął i się zużył. No to rzeźbię w tym, co jest. Umówmy się, że to nic i że nie szkodzi, okej?


Oto przed nami butelka szamponu do włosów osłabionych, które lubią wypadać. Moje włosy są do bani, a o ich wypadaniu krążą legendy. Wypadnięte kępy gęsto ścielą warszawską kanalizację, a Wy, spacerując po Ursynowie, najpewniej depczecie butami moje włosowe dywany. Chętnie wypadają z byle powodu, bo jesień, bo wiosna, bo nie wiadomo co. Wyobraźcie więc sobie, co się z nimi dzieje, kiedy WIADOMO CO i gdy nie da się na razie nic na to poradzić. Niech mi ktoś pomoże! 

No i właśnie: pomóc miał szampon Pharmaceris. Został zatrudniony jako jeden z wielu, ale wierzyłam w niego bardzo. Niestety, jest tylko szamponem, a nie cholerną wróżką. 


Ma bardzo przyjemny, nietypowy zapach. Może to aromat herbaciany? Konsystencja też akuratna – lekko żelowa. Niewielka ilość wystarcza do namydlenia mojej lichej czupryny, bo szampon świetnie się pieni (nic dziwnego, SLeS na drugim miejscu w składzie).

No właśnie, skład. W czołówce INCI nie ma absolutnie nic odkrywczego, żadnego składnika aktywnego, który mógłby coś sensownego zdziałać. W końcu odczytujemy, że producent dolał do swojej mikstury kapkę ekstraktu z chińskiej herbaty (Camellia sinensis) i po kilka kropel wyciągu z liści czerwonych winogron i ekstraktu z korzenia imbiru. Nie najgorzej, ale nic specjalnego.

Według testów konsumenckich już po trzech tygodniach stosowania H-Keratineum włosy powinny mniej się sypać. U mnie nie było żadnej różnicy po zużyciu całej butelki (półtora miesiąca stosowania). Zaraz po umyciu włosy były sypkie, odbite od nasady, wyglądały ładnie. Niestety, szampon przyspiesza przetłuszczanie, co w moim przypadku oznaczało codzienne mycie głowy (i codzienne spuszczanie w kiblu kolejnych garści kudłów). Przetłuszczanie to sytuacja bez wyjścia – nawet gdybym postanowiła co drugi (tłusty) dzień nie pokazywać się światu i pozostawać ze smalcem na głowie w zaciszu domowym, nie byłoby to korzystne, bo tłusty skalp = wzmożone wypadanie. To znaczy, że szampon Pharmaceris może działać na niekorzyść wypadających, słabych włosów. Czy przypadkiem nie miało być odwrotnie?

Mimo wszystko nie oceniałabym tego kosmetyku jednoznacznie negatywnie. Ma w internecie wiele dobrych opinii, a jako zwykły szampon do zwykłych włosów z czystym sumieniem mogłabym go polecić. Nie plącze, wygładza, dobrze oczyszcza, nie podrażnia skóry – to wszystko zalety, które docenić może nieumordowana wypadaniem czupryna. Dla mnie to niestety za mało. Pewnie wybaczyłabym mu fakt, że nie wzmacnia włosów, mimo że to miała być jego podstawowa funkcja, ale żadnemu kosmetykowi do włosów nie wybaczam tego, że muszę po nim myć głowę codziennie, a i tak pod koniec włosy są tłuste, nieświeże i brzydkie.

Pojemność: 250 ml
Cena: 28,90 zł (na stronie producenta)
Ocena: 2+/6