wtorek, 2 grudnia 2014

Projekt denko, odc. 20

Tegoroczny listopad, podobnie jak zeszłoroczny październik, uświadomił mi, że stopniowo przestaję kochać jesień. W czasach przedtomaszowych ohydne, dżdżyste i wietrzne dni były świetną okazją do zakopania się pod kocem z kubkiem herbaty i udawania przed samą sobą, że muszę pracować nad Bardzo Ważnym Projektem i nie ma szans, bym wyszła z domu, gdyż jestem zbyt zarobiona (znacie to?). W tym roku nie ma zmiłuj – Tomek ma bardzo napięty grafik przedpołudniowych zajęć z terapeutami, a nawet jeśli trafi się dzień bezzajęciowy, ciągnie mnie na dwór. Bo chce chlapać się w kapce, znaleźć kami i ogłosić, że idziemy TU. I że dach. I że amamamam oraz piciu. Ostatecznie obydwojgu nam ohydnie, ale to wiemy już po fakcie. Zresztą jemu ohydnie mniej, bo świat taki ciekawy. Więc kroczymy, spacerujemy, a w skrajnych przypadkach uczymy się na pamięć rozkładu galerii handlowych. 


Mój listopadowy worek śmieci pokazuje mi, że życie zmieniło się niewiarygodnie. Kiedyś znalazłyby się tutaj starannie dobrane kremy i żele – słodkie, cynamonowe, karmelowe zapachy. Tym razem wywalam opakowania po letnich, lekkich, orzeźwiających kosmetykach, bo... nie pomyślałam. Że to już jesień. I że trzeba mi kontrolowanej słodyczy. Ach, Tomaszu, Tomaszu.


DelaWell – Sensual Salt Scrub – Zmysłowy Scrub Solny dla dłoni, stóp i ciała – moje stopy na pewno nie byłyby zadowolone z takiego peelingu, a może po prostu nie zauważyłyby, że pochylam się nad nimi, obficie stękając, bo peeling jest co najwyżej średnim zdzierakiem, czyli na stopach nie zrobi żadnego wrażenia. Dla dłoni jak najbardziej okej, ciało było umiarkowanie usatysfakcjonowane, ale na pewno nie spotkamy się ponownie, bo mimo przyjemnego malinowego zapachu zdyskwalifikowałam ten produkt za to, jak okropny syf zostawiał pod prysznicem. Tłusty, biały, pianopodobny nalot na moich brązowych kafelkach wyglądał ohydnie i niełatwo było się go pozbyć. Nie mam nic do peelingów zostawiających olejową powłokę na skórze, ale może-bez-przesady-hę. Ach, no i okazało się, że zdecydowanie wygrywają cukrowe scruby, bo solne plus mała ranka w dowolnym miejscu na skórze = mini koniec świata.

Yves Rocher – Jardins du Monde – żel pod prysznic, wersja grejpfrutowa – zastanawiałam się niedawno, czy kiedykolwiek przestanę oglądać w łazience opakowania Jardins du Monde i doszłam do wniosku, że stanie się tak, jeśli kiedyś znudzi mi się myszkowanie po stronie Yves Rocher. Na razie się nie zanosi, dlatego żele będą powracać w rozmaitych wersjach zapachowych, bo szkód skórze nie czynią i prześlicznie pachną. Jak zwykle minusem jest słaba wydajność, która jednak w ogóle mi nie przeszkadza, bo zanim zdążę zużyć zapasy, już kolejna „promocja życia” zmusza mnie do zakupów na stronie producenta. Grejpfrut jest rześki i bardzo realistyczny – chętnie do niego wrócę.

Nivea – Angel Star – kremowy żel pod prysznic – miał pachnieć malinowo, ale niespecjalnie malinowy się okazał. Zapach wciąż ładny, konsystencja zgodnie z obietnicą kremowa, wydajność dzięki temu dobra. Nie mam uwag, ale wobec wszystkich pięknie pachnących kosmetyków myjących, jakie są na rynku, niegodny powtórki.

Equilibra – Aloe Shampoo – niejednokrotnie wspominałam, jak bardzo nie znam się na pielęgnacji włosów, ale jeśli coś jest dobre, naprawdę każdy włosowy troglodyta będzie w stanie to zauważyć. No i zauważyłam. Equilibra, wciąż i wciąż zachwalana przez Magdę, na moich cienkich i marnych piórkach daje efekt wygładzenia bez przyklapu, nie przyspiesza przetłuszczania i w lepszych momentach cyklu potrafi nawet dodać objętości. Delikatny zapach przypomina mi jakiś kosmetyk z lat 90., ale co to było, nie mam pojęcia. W każdym razie szampon z pewnością godny uwagi i będę do niego wracać. Szkoda, że z dostępnością cienko.


Pat&Rub – Mgiełka do twarzy i ciała – kwiat pomarańczy – to po prostu hydrolat, pachnie tak samo jak ten z Biochemii Urody (czyli dość cierpko, nie jest to piękny aromat skórki owocu, raczej gałęzi, na której rósł). W przeciwieństwie do konkurenta ma ułatwiający życie atomizer. Stosowałam mgiełkę w roli toniku i letniego odświeżacza, jest wydajna, polubiliśmy się, choć nie zauważyłam specjalnych właściwości pielęgnacyjnych.

Organique – Savon Noir – o moim uwielbieniu dla czarnego mydła pisałam tu: klik. Gdyby nie zapach, byłby kosmetykiem idealnym. Dobrze oczyszcza, aż skóra skrzypi, co niespecjalnie lubię, ale  –pełna miłosierdzia niewiadomego pochodzenia – czarnuchowi wybaczam. Z pewnością jeszcze się spotkamy. Zaskórniki na brodzie nie mogą się doczekać!

Sephora – dwufazowy płyn do demakijażu – dużo bardziej tłusty od używanego ostatnio, obrzydliwie drogiego płynu Chanel. Prawidłowo wykonuje swoją wcale niełatwą robotę, ale i tak wolę tańszą dwufazę Yves Rocher. Nic nie poradzę.

Body Resort – Caribbean Coconut Mist – kokosowa mgiełka do ciała – to bardzo niejesienny kosmetyk o syntetycznym zapachu kokosa. Kokos nie urzeka, ale również nie sprawia, że flaki podchodzą do gardła. Jako lekka wersja perfum zupełnie bez sensu, w ogóle ciężko mi odnaleźć sens w tego typu monozapachowych mgiełkach, więc nie wrócę. Jako że uwielbiam kokosową nutę, przynajmniej żegnam się bez obrzydzenia.


Ingrid – baza pod cienie – zdaje się, że jest już nowa wersja tej bazy – i bardzo dobrze, bo ta, którą mam, jest nieskończenie beznadziejna. Tłusta plastelinka pachnąca chlorem, której nie idzie rozsmarować po powiece. No nie da się i już. Zawsze zostaną nierozsmarowane grudko-placki. Gdy jakimś cudem uda się ją w miarę równomiernie rozpaćkać po powiece, dobrze spełnia swoje zadanie, ale ogólnie wrażenie pozostawiła po sobie koszmarne.

Benefit – Hello Flawless Oxygen Wow – nie pamiętam, kiedy ostatnio udało mi się zdenkować podkład, dlatego jestem z siebie bardzo dumna. Oooooo tak. TAK. Hello Flawless to bardzo wydajny, lekki, średnio kryjący podkład, który teoretycznie przeznaczony jest dla cery mieszanej i tłustej, ale jeśli nie zaaplikujecie go pod Bardzo Dobry Krem Matujący, Wasza twarz prędko zaświeci się pełnią swej smalcowatości. Jego niewątpliwe zalety to lekkość i dość wysoka ochrona przeciwsłoneczna (SPF 25), a od kiedy zaczęłam aplikować go na doskonale matujący Pore Refiner z Biodermy, okazało się, że świecenie mi niestraszne, a Hello Flawless to naprawdę spoko koleś. (recenzja)

Paula Dorf – pomadka w odcieniu Sky Pink – wywalam niemalże niezużytą, bo gdy przybyła do mnie z Truskawki, była już zjełczała i śmierdziała okropnie. Wierzę w jej zjełczałość, bo nie chcę wierzyć, że producent mógłby nas specjalnie uraczyć takim odrażającym aromatem. Zatem: minus dla Truskawki, a dla Pauli Dorf plus za piękny, brudny i chłodny odcień różu. Szkoda, że nie dane mi było się nim nacieszyć. A Wy uważajcie na truskawkowe promocje kolorówkowe.

L'Oréal – Super Liner Diamantissime – bardzo lubiłam tego stworzyciela kresek i chętnie używałabym go dalej, ale 6 miesięcy od otwarcia już dawno minęło. Zbyt dawno. Liner wciąż ma się dobrze, dlatego ze smutkiem go wyrzucam. To była edycja limitowana, ale ta dostępna obecnie jest równie udana. Pisałam o nim tu: klik.

Philosophy – Divine Volumizing – pogrubiający tusz do rzęs – nie pogrubiał spektakularnie, ale pokochałam go całym sercem za idealną niesilikonową szczotkę, która fantastycznie rozczesywała i pięknie podkreślała spojrzenie. Nagle moje – jak zawsze sądziłam – rzadkie rzęsy stawały się gęste i nie mogłam uwierzyć, że mam ich aż tyle. Czary mary, o którym czas zapomnieć, ponieważ producent wycofał się z produkcji kolorówki. Szlag by go. Temu, kto podjął tę decyzję, serdecznie życzę nawracającej grzybicy stóp.

Próbka perfum Diora bardzo przypadła mi do gustu, niestety, nie mam pojęcia, która to była wersja J'adore. Pewnie ta najnowsza.


Na koniec do kosza leci sędziwy regenerujący krem do rąk Garnier, który jest jednym z najlepszych znanych mi kremów ratujących spierzchnięte dłonie. Piękny, różany zapach, łatwa dostępność i duża pojemność sprawiają, że zasługuje na miano Boskiego Nawilżacza. Pół tuby leci do kosza, ale tylko dlatego, że w tym roku obrodziło u mnie w kremy do rąk i nie zdążyłam go zużyć (pradawna recenzja).

Wśród próbek moją uwagę zwrócił różany olejek pod prysznic Barwy, bo mimo że nie należę do wyznawczyń różanych aromatów, muszę przyznać, że ten jest po prostu przepiękny.
I tyle. Już się zamykam. Ile można o tych śmieciach.

33 komentarze:

  1. z podkładem to tak jest, ze szybciej się zestarzeje niż go skończę i tu masz rację :) a co do Hello Flawless to skacze do Twojej recenzji, bo mnie zaciekawiłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. podkład Hello Flawless ma dwa oblicza: na niektórych kremach lub/i w upale zachowuje się na mieszanej cerze karygodnie, ale przy ładnej, matującej bazie jest rewelacyjny.

      Usuń
  2. Ten podkład z Benefitu chciałam, ale wyczytałam o smalcu i mi przeszło :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehe, dobry krem matujący niweluje efekt smalcu :D

      Usuń
  3. okej. Chcę ten olejek różany! Na mikołajkowej liście mam masło z tej serii, ale skoro olejek też fajowy, to poszerzam chcenie ^^

    Za Equilibrą tęsknię, nieswojo mi, jak nie mam butelki w szufladzie z zapasami, coś czuję, że będę musiała to szybko zmienić!

    A czarne mydło też lubię, zużywam teraz takie bezzapachowe do ciała i opornie mi to idzie, ale na pewno chcę wrócić do zapachowego z Mydlarni Frania, bo było świetne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, chcesz ten olejek różany. Pachnie obłędnie – od razu o Tobie pomyślałam pod prysznicem, jakkolwiek by to zabrzmiało :P.

      Usuń
    2. Ach, jak mi miło :D

      Usuń
  4. Ja tam nigdy nie lubiłam jesieni buu! Z produktów znam chyba tylko czarne mydło i garniera ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jesień potrafi być piękna! pod warunkiem, że nie mamy zbyt wiele na głowie...

      Usuń
  5. "Promocja życia" mnie rozwaliła - chyba Ci podkradnę to wyrażenie, bo idealnie oddaje moje nastawienie do kupowania żeli pod prysznic :D
    Żadnego z powyższych kosmetyków nie używałam, ale kilka razy zastanawiałam się nad zakupem mgiełki z Body Resort. Teraz czytam, że dobrze zrobiłam, iż tylko koło niej przechodziłam i ostatecznie nie wpadła do mojego koszyka w Hebe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Służę wyrażeniem, jakże ono prawdziwe ;)
      Może inne mgiełki Body Resort są ciekawsze? ja głównie mam ten problem, że mgiełek nie umiem używać – jako perfumy są zbyt mało wysublimowane (przynajmniej te, z którymi miałam do czynienia), a jako odświeżacz na co dzień nie są mi potrzebne. No a wieczorem pachnę balsamami... hmmm, gdzie tu je wepchnąć? ;)

      Usuń
  6. tak to już z tymi dzieciaczkami jest, że wszystko je ciekawi, w pogodę i w niepogodę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, a w niepogodę dom nagle staje się potrójnie nudny :)

      Usuń
  7. Śmieci, śmieciami ... też się przymierzam to pierwszego denka :) nie pasuje mi fotografowanie hmm, śmieci ... ? Biorąc pod uwagę Twoje śmieci ... ;) to wg własnych doświadczeń odnajduję wśród nich dwufazowy płyn do demakijażu Sephora i olejek różany Barwa - uwielbiam różany zapach, a ten zdecydowanie jest wyjątkowy :)
    Gratuluję zużyć, ponieważ - wg prawdziwego denka - można wrzucić nowe pełne opakowania, a nuż okażą się ulubieńcami :) czego serdecznie Ci życzę :)
    "Promocja życia" - to będzie moje motto kosmetyczne :) ukradnę, jeśli pozwolisz ... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. śmieci są mało sympatyczne do fotografowania, ale potraktuj to jako wyzwanie :D
      oj tak, Barwa oszałamia, w ogóle nie spodziewałam się takiej mocy!

      a promocje życia to nasza codzienność, więc kradnij do woli tę prawdę, która w oczy kole ;)

      Usuń
  8. Świetne denko, widzę tu kilka fajnych kosmetyków. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Przypuszczam, że i tak wypróbuje te mgiełki z P&R z zwykłego sentymentu do firmy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie są złe przecież, próbuj śmiało :)

      Usuń
  10. A ja ten peeling do ciała z dellawel bardzo lubiłam, był świetnym zdzierakiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no to ja mam chyba skórę słonia ;)

      Usuń
  11. Ty weź nie sap z tym tuszem, zachowaj szczotkę i dalej będziesz się malować jak zwykle.
    Oraz: wiesz, że "Dorf" po niemiecku znaczy "wieś"?
    Oraz: gdy będę dla siebie kupować Equilibrę, Tobie kupię też, bo kocham ten szampon sama i zawsze muszę go mieć w łazience.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic już nie będzie tak samo bez Philosophy. Chlip, chlap, chlup. Ale pomysł ze szczotką podchwycę i sprawdzę.

      Nie wiedziałam, że Dorf to wieś. Nie wiem nic o niczym, jeśli chodzi o ten język, pani profesor.
      Equlibra naszym przyjacielem (wreszcie jakimś wspólnym!).

      tęsknię.

      Usuń
  12. Nie mialam nic z wyzej wymienionych. Produkty Pat&Rub to li tylko dobry i agresywny marketing. Dla mnie niestety przereklamowane mazidelka - szczegolnie ten slawetny Otulajacy. Jesli chodzi o produkty YR mam dokladnie tak samo - ciagle cos mnie kusi, a moj ostatni romans z gruszka w karmelu kwitnie ! Polecam i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, ja mam dokładnie odwrotnie z P&R – im więcej czytałam, tym bardziej byłam przekonana, że to tylko agresywny marketing, a jak sama zaczęłam używać, nagle bardzo się zdziwiłam, że ich kosmetyki do ciała są tak dobrej jakości! A Otulający zapach bardzo mi się podoba, choć trochę szkoda, że musieli dosadzić tam swojej słynnej cytrynki ;).

      Gruszkę w karmelu znam i również z nią romansuję. Właśnie o tym napisałam przed chwilą hehe

      Usuń
  13. Nie wiem jak można nazwać żel pod prysznic malinowym skoro w ogóle tak nie pachnie. Niestety ja też miałam okazję używać Angel Star i niestety to ja dostawałam piany, że nie wyczuwam malin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no on koło malin nawet nie stał, niestety :/

      Usuń
  14. Jak będziesz buszowała po stronie YR, to pamiętaj, żeby nie wrzucać wersji z fioletowym ryżem - śmierdzi jak stare skarpetki, brr!
    Co do odrażających aromatów - może to niekoniecznie wina Truskawki, czasami producenci ładują smrodki - np. Bourjois Rouge Edition Velvet śmierdzi jak metalowa rura :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki za ostrzeżenie, miałam ją eksplorować niebawem, bo to jedna z ostatnich, których nie przetestowałam, ale skarpetki wydają się mało kuszące ;).

      niestety, obawiam się, że pomadka Pauli jest mocno po terminie, bo to autentycznie zjełczały zapach pomadkowy, znany mi z innych zepsutych szminek :/

      Usuń
    2. wcale nie :P uważam za stwierdzenie @zoila za krzywdzące dla Bourjois Rouge Edition Velvet

      "wierzę w jej zjełczałość..." XD padłam

      Usuń
  15. Ten krem z Garnier ma różany zapach mówisz? Muszę go kupić! Choć i u mnie obrodziło ostatnio w kremy. Tak to już bywa zimą, ale przy małym dziecku i ciągłym myciu rąk zużywam je ekspresowo.

    Widzę mojego letniego ulubieńca z Yves Rocher, ten grejpfrutowy żel pachnie cudnie, ale zimą wymieniłam go na wersję kawową. Też bardzo lubię zapachy z tej serii, choć niektóre mnie rozczarowały. Miałam już chyba większość i zdecydowanie najbardziej lubię te cytrusowe (no i kawowy :)). Teraz mam ogromną ochotę wypróbować nowości - gruszki i owoce leśne, o ile dobrze pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Garnier to piękna róża! dziwne, że się tym nie chwalą na opakowaniu :)
      Wersję kawową YR również kocham, to jeden z najpiękniejszych jedzeniowych zapachów, jakie znam!

      A co do nowości, to właśnie napisałam o tym tekst, więc zapraszam :)

      Usuń
    2. Garnier już jest u mnie, zapach jest super!

      Tekst o nowościach już zwrócił moją uwagę, niestety lekturę będę musiała przełożyć na inny raz, bo moje dziecię nie daje mi odejść od siebie na dłużej niż minutę :P

      Usuń