środa, 29 października 2014

Och, jak ty matujesz! Bioderma – Sébium – Pore Refiner [recenzja]

Dobry krem matujący jest w stanie z kupowatego podkładu zrobić coś wyjściowego. Dobry krem matujący jest w stanie sprawić, że Agata nie będzie musiała pudrować się co kilka godzin lub wycierać bibułkami wsysającymi nadmiar sebum. Dobry krem matujący może zrobić z Agaty właścicielkę cery normalnej, a jeśli znacie Agatę tak dobrze jak ja, możecie z pewnością stwierdzić, że jej cera jest mieszana w kierunku tłustej. Okresowo jest wręcz tłusta-jak-nie-wiem. Ta cera, nie Agata. Miejmy nadzieję, że Agata swoje (dosłownie) tłuste lata ma już dawno za sobą. Dawno i bezpowrotnie. Miejmy również nadzieję, że krem Biodermy nie przestanie działać na Agatę tak wspaniale jak dotychczas, ponieważ chwilowo plan B nie istnieje. Aha, Sébium Pore Refiner to nie jest krem matujący. Ale jest dobry. I matuje.


Zielona seria Biodermy jest powszechnie znana, a wspólne hasło „Sébium” nie pozostawia wątpliwości, dla kogo przeznaczone są te kosmetyki. Cery tłuste, trądzikowe, pokręcone mieszańce – oto cały wielki zbiór mniejszych lub większych nieszczęść, z którymi przyszło nam się zmagać. <dygresja> Gdzieś mi świta w głowie, że oprócz cer tłustych, mieszanych i tych z drugiego bieguna – suchych i szybko się starzejących – istnieją cery normalne. Mam jednak wrażenie, że to ubran legend. Potwór z Loch Ness. Yeti. La Chupacabra <koniec dygresji>. 

Pore Refiner ma uszczęśliwiać wszystkich otłuszczonych smutasów. Producent nazwał ten krem „kuracją zwężającą pory” i na tym ma polegać jego moc. Francuski czarodziej ma likwidować niedoskonałości, zwężać pory i sprawiać, że są mniej widoczne, przywracać prawidłową jakość sebum, co z kolei ma zapobiegać zatykaniu porów i powstawaniu zaskórników. Gdzieś tam przy okazji wspomniano o działaniu „ograniczającym błyszczenie” – a przecież to podstawowa funkcja tego wynalazku! 


Tuba jest szczupła i niewielka, zatem nic dziwnego, że wewnątrz znajduje się zaledwie 30 ml produktu. W tym kontekście zdziwić może tylko kwota, jaką sprzedawca uraczy nas przy kasie: zwykle jest to między 50 a 70 zł (w internecie widziałam w przedziale 38–50 zł plus wysyłka). Wobec dość marnej wydajności (w scenariuszu, gdy krem aplikujemy regularnie na całą twarz) cena wydaje się mało przyjemna, ale na szczęście w drogeriach regularnie pojawiają się promocje typu „minus ileśtam procent” na daną markę lub weź-jedno-a-damy-ci-jeszcze-jedno-bo-czyścimy-magazyny-i-liczymy-na-twoje-umiarkowane-frajerstwo. 

Skład długi niczym kolejka po iPhone'a w dniu premiery, staram się w niego nie zagłębiać. Gdzieś daleko w INCI-ogonie mignęła mi parafina, ale zakładam optymistycznie, że producent dał jej kilka kropli na całą kadź, skoro dostała tak odległe miejsce na liście składników. Czego oni tam nie nawalili, jedno jest pewne: na moją cerę ten krem działa idealnie, a przede wszystkim idealnie matuje na wiele godzin


W praktyce wygląda to tak: rano nakładam go na całą twarz, a potem ekspresem ładuję szpachlę (od lekkich kremów BB, przez zwyczajne podkłady, aż do tych zakrywających tożsamość użytkownika). Wszystko po to, aby już za chwilę cieszyć się idealnie gładką cerą z idealnie nałożonym podkładem, który jest idealny, mimo że przyszła jesień, poranki są ciemne i ponure, a ja aplikuję fluid na szybko w półmroku, nieprzytomnymi palcami, spoglądając w lustro tylko jednym, tym bardziej dobudzonym okiem.

Krem nie wysusza na wiór mojej cery, ale absolutnie jej nie nawilża. Ani ciut ciut, ani tyci tyci. Wchłania się migusiem do pełnego, pudrowego matu i pozostawia skórę niesamowicie (czytaj: silikonowo) gładką, jak po użyciu najprzedniejszej bazy pod makijaż (np. POREfessional z Benefitu). Od silikonowej bazy odróżnia go to, że jego działanie nie ogranicza się tylko do wciśnięcia się silikonowym dupskiem we wszystkie pory-kratery. On próbuje te pory zwężać i przyznać trzeba, że odnosi w tej materii pewne sukcesy. Latem moja cera była w dużo gorszym stanie. W najcieplejsze dni pory były bardzo widoczne, zanieczyszczone, wyglądały z bliska okropnie. Teraz jestem posiadaczką lekko rozszerzonych porów, z bliska wciąż je widać, ale w ogóle nie rzucają się w oczy. Na mojej twarzy rzadko pojawiają się też ropne zmiany, ale tutaj nie zamierzam chwalić Pore Refinera, bo gdy upały znikają, moje problemy z pryszczami zwykle są dużo mniejsze, a cera, odpowiednio pielęgnowana, jest w nieporównywalnie lepszej kondycji.

W jakiejś recenzji przeczytałam, że krem nie nadaje się pod podkład, bo okrutnie się roluje. U mnie ten nieprzyjemny efekt nigdy nie wystąpił, ale kiedy używam Pore Refinera, pilnuję trzech zasad: 1) cera jest osuszona, 2) Bioderma jest jedynym kremem, który (poza podkładem) aplikuję na twarz o poranku, 3) podkład leci na twarz natychmiast po nałożeniu kremu. Być może jeśli nie spełnicie któregoś z wymienionych warunków, będzie Wam się rolował, ale w takiej konfiguracji naprawdę nie powinien.

A co z tym matowaniem? Na mojej cerze bajka. Mat utrzymuje się przez wiele godzin i – w zależności od podkładu, jakiego danego dnia używam – do wieczora wystarcza jedno pudrowanie noska. Zdarza się i tak, że o pudrze w ogóle nie pamiętam. Ten krem naprawia wszystkie podkłady, które lubiłam za kolor i właściwości, ale nie mogłam znieść ich wykończenia na wysoki połysk, występującego po aplikacji na krem nawilżający. Przestałam potrzebować tony pudru, który przykrywał dotychczas niezdrowy glow ufundowany przez Healthy Mix od Bourjois lub benefitowy Hello Oxygen Wow. Oba podkłady bardzo lubię, ale każdy z nich dobijał mnie i moją tłustą cerę swoim zbyt mokrym wykończeniem. Pore Refiner jest dla nich bazą idealną, pozostaje leciutki, zdrowy blask i... już. Najbardziej niesamowity efekt uzyskuję ostatnio przy duecie: Bioderma + krem BB firmy It's Skin. Jesienią ten zestaw, nałożony rano i utrwalony lekkim transparentnym pudrem, daje radę do wieczora bez poprawek. Przed demakijażem strefa T oczywiście już się błyszczy, ale nie jest to ciężki, smalcowaty błysk. Zdecydowanie jest do zniesienia.

Nie obiecuję, że na każdej przetłuszczającej się cerze efekty będą tak spektakularne, ale jeśli zobaczycie ten krem w dobrej cenie, wypróbujcie go.


Pojemność: 30 ml
Cena: bardzo różna w zależności od apteki: w internetowych 38–52 zł, w stacjonarnych ceny sięgają nawet 70 zł 
Ocena: 5+/6

niedziela, 26 października 2014

Moja pielęgnacja ust

Na szczęście po latach życia w bezmyślnej pielęgnacyjnej ciemnocie wzięłam się w garść i zrobiłam dwie niezwykle przydatne rzeczy: rzuciłam w cholerę obgryzanie i obskubywanie zadziorków na ustach oraz wyrobiłam w sobie nawyk cowieczornego aplikowania na wargi czegoś, co ma lub udaje, że ma właściwości pielęgnacyjne. Za młodu zdarzało mi się nie mieć przy sobie pomadki ochronnej nawet w największe mrozy i, delikatnie mówiąc, moje usta nie wyglądały zbyt wyjściowo. Przy odrobinie mrozu-że-ojacie i stresu-że-o-matko były poobgryzane, popękane, a do tego niepomalowane. W kategoriach cudu należy rozpatrywać fakt, że ktokolwiek chciał je całować. Moi byli chłopcy, wybaczcie, mam nadzieję, że i tak wspominacie mnie miło. Przynajmniej nie paliłam i chodziłam w czarnych podkolanówkach. Zawsze coś.

Dziś jest dziś. Podkolanówki i minispódniczki noszę co prawda wyłącznie w towarzystwie męża i naszych czterech (właściwie to kilkunastu) ścian, ale przynajmniej usta wyglądają ludzko. Kto się przykłada do tej roboty? Oto aktualny zestaw, tym razem nie jest idealny, ale do ideału blisko.


Sylveco – Odżywcza pomadka z peelingiem (ok. 9 zł) – najnowszy nabytek. Peelingów do ust nigdy nie kupowałam, bo najlepszym znanym mi peelingiem jest samoróbka: pół łyżeczki drobnego cukru, pół łyżeczki oliwy z oliwek lub innego wartościowego oleju, pół łyżeczki miodu. Żeby się nie porzygać od nadmiaru słodyczy, możecie wkropić odrobinę soku z cytryny, ale przy dobrze startych ustach to może być szczypiąco ryzykowne. Sztyft z peelingiem trafił do mnie poprzez czerwcowy ShinyBox, blogerki przebąkiwały, że jest świetny, więc z chęcią zabrałam się do testów. Podoba mi się idea takiego gotowca: z natury leniwa, doceniam sprasowany peeling, który zawiera to, co mój ręcznie robiony, tyle że zaklęto go w formie wygodnego sztyftu. Pachnie migdałowym aromatem do ciast, a oleje sojowy i z wiesiołka zostawiają na długo tłustą powłokę na ustach. Mam wrażenie, że ściera słabiej od domowego, ale dzięki łatwości używania po prostu częściej go stosuję. Skład krótki i konkretny. Lubię.

Nuxe – Rêve de Miel (35–40 zł) – wiele blogerek już to napisało, ale nie chce być inaczej: to najskuteczniejszy środek do pielęgnacji ust! Zaaplikowany niezbyt grubą warstwą na noc, rano wciąż jest wyczuwalny, mimo że przez sen regularnie szoruję twarzą po poduszce. Estetyczny słoiczek, przyjemny, pomarańczowy aromat i formuła delikatnie lepkiej pasty uprzyjemniają używanie. Balsam jest bardzo wydajny, a efekty po prostu powalają: usta są po nim miękkie, gładkie, idealnie nawilżone i wypielęgnowane. Nie jest tani, ale moim zdaniem wart każdej złotówki. 


Nivea – Lip Butter Vanilla & Macadamia (11 zł) – gdy tylko zobaczyłam serię ślicznych minipuszek Nivei, wiedziałam, że jedna z nich na pewno wróci ze mną do domu. Tak się stało, a ja do dziś nie mogę się nacieszyć tym widokiem. Zapach masełka jest cudowny – to nieprzesadzona waniliowa słodycz, do której wracam z ogromną przyjemnością i to jest właściwie główny cel moich regularnych powrotów. Działanie nie powala tak bardzo jak u francuskiego kolegi, ale i tak jest całkiem nieźle. Dopóki masło nie zostanie zlizane, usta są w dobrym stanie, po prostu Lip Butter nie daje długotrwałych efektów. Parafina w składzie może odstraszać, ale w kosmetykach do ust zupełnie mi nie przeszkadza. Niedawno w sprzedaży pojawiły się nowe wersje smakowe: jagodowa i kokosowa (!). Kokosie, będziesz następny.

Mades Cosmetics – Coconut Lip Balm (ok. 6 zł?) – na razie muszę zadowolić się kokosem z Hebe. Dostałam go od M., która całkowicie nie akceptuje parafiny, ale skusiła ją obietnica kokosowej przyjemności. W tym balsamie kokos jest trochę chemiczny, ale i tak mi się podoba (próbuję sobie przypomnieć, czy istnieje cokolwiek kokosowego, czego zapach by nie odrzucał i... nic nie przychodzi mi do głowy). Balsam, mimo całej swej niebieskości w słoiku, na ustach pozostaje bezbarwny. Ma najmniej zachęcający skład z całej gromady, ale przynosi krótkotrwałe ukojenie, więc niech mu będzie. Nie wrócę już do niego, bo w kategorii wazelin bezwzględnie wygrywa u mnie  pomarańczowa wazelina Flos-Leku (recenzja).

W tym miejscu powinnam napisać, że w sezonie jesienno-zimowym do kieszeni mojego płaszcza trafia jakiś sztyft ochronny, którego regularnie używam, ale to bujdy na resorach. Zwykle coś tam sobie noszę, ale kiedy mróz skuwa mi tyłek, ostatnie, o czym myślę, to pielęgnacja ust. Polegam na sposobach domowych wskazanych powyżej, a gdy wieje lub jest minus dwieście stopni, chowam moje pomalowane szminką z MAC-a wargi w najgłębsze warstwy szalika i marzę o tym, by przed powrotem do domu żaden pośladek nie odpadł mi gdzieś po drodze niczym kostka lodu z plastikowej wypraski. Nienawidzę zimy tak bardzo jak selera naciowego i poezji barokowej.

środa, 22 października 2014

Czy ktoś jeszcze coś takiego nosi?! L'Oréal Color Riche nr 818 Sweet Amethyst

W naszym życiu wciąż zamieszanie i bardzo wiele trudnych zmian, ciężko mi znaleźć czas na pisanie do Was kilometrowych kosmetycznych listów o zabarwieniu humorystycznym, dlatego wybaczcie, ale dziś będzie krótko, łatwo i nieśmiesznie. Bywa i tak.

Czy wspominałam już o tym, jak bardzo lubię serię miniaturowych lakierów do paznokci marki L'Oréal? Na pewno nie raz o tym klepałam, bo są łatwe w użyciu, dobrze trzymają się płytki i zwykle już jedna warstwa daje satysfakcjonujące krycie. Nie inaczej jest w przypadku dziwacznego kurdupla o jakże uroczej nazwie: Sweet Amethyst


Gdybym miała kupować go w drogerii, w niepromocyjnej cenie, nigdy nie zdecydowałabym się na wrzucenie tej miniflaszki do koszyka. Nie wygląda zbyt urodziwie i zachęcająco, a ja od dawna nie kupuję lakierów perłowych czy metalików, bo ani to specjalnie modne, ani specjalnie urodziwe, szczególnie jeśli zestawimy je ze świeżym, kremowym wykończeniem. Moją sztukę kupiłam online, tradycyjnie już w jednym z kosmetycznych outletów, i zapłaciłam za nią tylko 8 zł (cena regularna waha się w granicach 18-25 zł). Miałam ochotę na coś bardzo metalicznego – metalicznego_jak_nigdy_dotąd. I oto jest. Połyskujący na różowo, walący po oczach efekt aluminium.


Bardzo kojarzy mi się z Blaszanym Drwalem ze słynnej filmowej adaptacji „Czarnoksiężnika z Oz” z 1939 roku. Zobaczcie same: KLIK. Sweet Amethyst nie odbiega jakością od pozostałych lakierów z serii Color Riche: Schnie szybko, na zdjęciu widzicie jedną warstwę, a jasny odcień sprawia, że starte końcówki w ogóle nie rzucają się w oczy. Ja nosiłam taki wytarty przez tydzień i nie wzbudzał odrazy ani politowania wśród społeczeństwa. Czyli w porządku. Wiadomo, widać smugi, ale nie wiem, czy możliwe jest (przynajmniej w moim wykonaniu) pomalowanie paznokci metalicznym lakierem w taki sposób, żeby nic a nic nie było widać pociągnięć pędzlem.

Wbrew wszelkiej logice lubię ten lakier i od czasu do czasu do niego wracam. Pewnie wracałabym częściej, gdyby nie fakt, że lakierów mam dużo za dużo i staram się używać wszystkich po trochu, coby im nie było przykro. No i ten kolor mimo wszystko nie jest zbyt codzienny, może nawet jest zbyt niecodzienny, by używać go codziennie. Czy jakoś tak.

Ciekawy eksperyment. 

Pojemność: 5 ml
Cena: różna, 8–25 zł
Dostępność: po taniości w sklepach internetowych, po drogości w drogeriach Natura, Super-Pharmach i wszelkich innych miejscach zaopatrzonych w szafy L'Oréal. 

sobota, 18 października 2014

Yves Rocher – Elixir 7.9 – Rewitalizujący roll-on pod oczy [recenzja]

Są na świecie rzeczy, bez których zupełnie łatwo się obejść: przyrząd do usuwania gniazd nasiennych z jabłek, kieliszki do grappy, papier toaletowy z sudoku, roll-on pod oczy od Yves Rocher... 


Mimo całej sympatii, jaką darzę francuską markę, muszę przyznać, że sporo jest w ich ofercie kosmetyków średnich, a czasem nawet słabych. Ja akurat uwielbiam te zakupy w ciemno z milionem rabatów, a potem odbieranie od kuriera pudła pełnego skarbów (o przykładowej zakupowej ekstazie z Yves Rocher pisałam TU), ale fakty są takie, że bez czytania opinii królików doświadczalnych typu Agata smarująca łatwo przepalić w ich sklepie trochę gotówki.
Roll-on pod oczy kupiłam w jednej z comiesięcznych promocji życia w sklepie online za 52 złote. Cena regularna to 73 zł, ale aktualnie możecie kupić ten produkt za jedyne 49 zł! Cóż, wygląda na to, że przepłaciłam... 


Elixir 7.9 to kosmetyki, których wspólnym zadaniem jest rewitalizacja i usuwanie oznak zmęczenia. Według producenta żel pod oczy usuwa opuchliznę, redukuje cienie, rozświetla spojrzenie, przywraca komfort, a tym samym minimalizuje objawy zmęczenia i/lub niewyspania. Brzmi świetnie – wiecznie niedospana matka Tomasza powinna być zachwycona. Ale nie jest.


W składzie kilku znanych pewniaków: sok z aloesu, hydrolat z oczaru wirginijskiego, gdzieś daleko również kofeina, ale jeśli zajrzymy na stronę sklepu, naszym oczom ukazują się prawdziwe cuda dziwy: mangiferyna z aphloi (czymkolwiek jest, chroni komórki skóry), wyciąg z ziaren tara (walczy z wiotczeniem skóry), inositol z zielonego ryżu (pierwsze słyszę, ale ponoć poprawia oddychanie komórkowe), oligozydy z jabłka (poprawiają komunikację i spójność międzykomórkową – nie wnikam), betaina glicynowa (chroni komórki przed stresem – komórki należą do mnie, czy ja też będę odstresowana? przydałoby się). Słowem (a nawet kilkoma): cała długa lista składników, które powinny uczynić wiosnę pod moimi oczami, a jeśli nie ją, to chociaż odrobinę słonecznego blasku – że tak poetycko z siebie wyduszę. A propos duszenia – po odebraniu oddechu dość sztywnemu plastikowemu opakowaniu, z wnętrza wydobywa się z pozoru zwyczajny żel, który można rozprowadzić wokół oczu przyjemnie chłodnymi metalowymi kulkami:


Kulki okej, konsystencja w porządku, zapach delikatny i ładny, ale najdziwniejsze dzieje się po wyschnięciu. Żel zostawia na skórze bardzo widoczną, różową poświatę, która ma rozświetlać, ale u mnie nie wygląda to dobrze. Natura podarowała mi dosyć widoczne cienie pod oczami – są różowo-fioletowe. Kiedy dołożę do nich różowy, perłowy połysk, robi się dziwnie i nienaturalnie (czytaj: błyszczę się jak rybia łuska). Próbuję sobie wyobrazić, komu mogłyby pomóc takie efekty specjalne i nie wiem. Naprawdę. Na pewno nie tym, którzy mają zmęczone oczy i na pewno nie bez solidnej porcyjki korektora. Dla mnie to bez sensu, ale może na innych pod-oczach taki sens by się odnalazł?

Żel się nie roluje, dlatego nadaje się pod korektor. Nie warto aplikować go na noc, bo nie ma żadnych właściwości nawilżających czy regenerujących. Trochę napina skórę, przyjemnie chłodzi o poranku (polecam trzymać go w lodówce), pomaga zwalczać poranną opuchliznę i byłby całkiem niezły, gdyby nie miał w sobie tego dziwacznego blasku. Dużo lepiej wypadł krem na noc z tej serii (recenzja: klik). Do mniejszego kolegi na pewno już nie wrócę.

Nie macie wrażenia, że roll-ony tylko w teorii są fajne? To już kolejny kosmetyk w tej formie, który nie przypadł mi do gustu.

Pojemność: 15 ml
Cena: 73 zł (cena jak zwykle podana dla porządku – kosmetyki YR są w wiecznej promocji, teraz np.  do kupienia online za 49 zł)
Ocena: 3/6

środa, 15 października 2014

Catrice, Check & Tweed LE, Eye Brow Fixing Gel: dlaczego jest Ci zupełnie niepotrzebny?

Dlaczego nie warto zawracać sobie głowy żelem do brwi z jednej z pierdyliona limitowanych edycji Catrice? Zacznijmy od tego, że moim przeskromnym zdaniem nie warto zawracać sobie głowy całą kolekcją Check & Tweed. Sztyfty do ust są okropnie suchymi matami, wypiekane cienie mają słabą pigmentację, lakiery Catrice ogólnie nie zachwycają jakością. Nie macałam tylko rozświetlacza, więc się nie wypowiem. Ale ma fajny wzorek. 


Żel do stylizacji brwi, po spolszczeniu zwany żelem fiksującym, brzmi jak żel fiśnięty. A przynajmniej fisia miewający. Nic zatem dziwnego, że producent wymyślił, że będziemy go aplikować taką oto fiśniętą, szorstką szczotą:


Zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić, czemu miałyby służyć te długie, sztywne włosiska. Leonid Breżniew byłby pewnie zachwycony, ale z przyczyn oczywistych nie zapytamy go o opinię. Szczotka jest niewygodna w obsłudze, a manewrowanie nią jest równie przyjemne jak drapanie się po plecach tępą żyletką.

Żel występuje w przyrodzie w odcieniu 01 Neutrally Brown, który na żywo wygląda jak przybrudzone (lepiej nie wyobrażać sobie czym) smarki.


Smarki schną niespodziewanie długo, nie robią z brwiami nic szczególnie atrakcyjnego (a może nic w ogóle?) i okazały się najgorzej wydaną dwudziestką w ostatnim półroczu. Nie idźcie tą drogą.


Cena: 18,99 zł
Ocena: 2/6 (bo żel nie sprawia, że jest gorzej niż było)

niedziela, 12 października 2014

Nie byle jaka skromność: M•A•C Modesty

Nie mam pojęcia, jak to się stało, że jeszcze nie pokazałam Wam mojej kolekcji pomadek MAC-a. Całkiem zwariowałam na ich punkcie, bo zarówno jakość, jak i wybór kolorów należą do zjawiskowych. Gdyby to miało jakikolwiek sens, mogłabym nawet spać z wymalowanymi ustami lub ewentualnie obłożona czarnymi MAC-owymi łuskami od lewego do prawego ucha. Jeszcze półtora roku temu nie wyobrażałam sobie, jak można wydać 80-parę złotych na szminkę – uznawałam to za rozpustę i niepotrzebny zbytek. Ale te są jakieś... inne. Cena przestaje być okrutna i przesadzona wraz z każdym kolejnym maźnięciem (nie, tego wpisu nie sponsoruje MAC Cosmetics, choć oczywiście byłoby miło :>).


Modesty to pomadka o wykończeniu cremesheen, co w praktyce oznacza, że jest kremowa, dobrze kryjąca, fantastycznie sunie po ustach i przede wszystkim ich nie wysusza. Mam nawet wrażenie, że szminki o tym wykończeniu mają właściwości pielęgnacyjne, ale możliwe, że to tylko bzdurstwa powstałe w mej zakochanej w MAC-u głowie. Tak czy siak cremesheen to jedna z najlepszych formuł tej firmy.


Producent opisuje kolor Modesty jako zgaszony, neutralny róż. Sama nie umiałabym się o nim wypowiedzieć w żaden sensowny sposób, więc załóżmy, że to optymalny zestaw słów. Na pewno mamy do czynienia z reprezentantem kategorii nude, chociaż warto zaznaczyć, że kolor na ustach jest widoczny i nie da się go nie zauważyć. To taki wdzięczny, naturalny odcień – niezbyt jasny i raczej nikogo wizualnie nie ukatrupi*. Idealnie pasuje do mocnego makijażu oka, nudnej pracy w biurze i olimpiady z fizyki.


Wiadomo: prezentacja odcieni nude na ustach nigdy nie wywołuje szybszego sercobicia. Nie są to kolory, które śnią się nam po nocach i o których rozpisujemy się w naszych supertajnych pamiętniczkach. Odcienie nude są za to bardzo przydatne i chyba nie ma sensu rozwodzić się na ten temat. Modesty prezentuje się różnie w różnym świetle. Bywa i tak, że wydaje się dużo ciemniejsza niż na zdjęciach. Oczywiście nie ujmuje jej to uroku i uniwersalności. Na ustach w porze nieposiłkowej trzyma się ładnie przez kilka godzin, równie ładnie znika, blednąc powoli. Z uwagi na idealnie kremową formułę nie przetrwa jednak zwykłej kanapki z serem i szynką parmeńską ani tym bardziej dobrych-bo-polskich-jabłek.

U mnie Modesty zdetronizowała słynną Airy Fairy z Rimmela, której sucha, matowa formuła wcale nie zachęca do regularnego użytkowania. 

Ile: 3 g
Cena: 86 zł
Ocena: 6/6

PS W związku z oddawajką z poprzedniego wpisu uprzejmie donoszę, że niewydarzony sniff-sniff-róż wraz z setem do brwi poleci do almondcake. Niech no tylko zdobędę adres koleżanki...


*no, może poza Lu – jej boskie, ogromne usta i porcelanowa cera potrzebują naprawdę ostrej kolorystycznej jazdy, więc jeżeli Ty też posiadasz boskie, ogromne usta i porcelanową cerę, lepiej nie inwestuj w Modesty. 

środa, 8 października 2014

Essence – Hello Autumn LE – swatche, wstępne morały + kilka słów o nowej limitce Catrice

W związku z ekstremalnym poziomem stresu, jaki dotyka mnie od dwóch tygodni, postanowiłam spuścić trochę pary zupełnie klasyczną metodą. Skierowałam swe kroki oraz wózek z Tomaszem w naprawdę skromne progi pobliskiej Natury i pobiegłam do odświeżonych szaf Essence i Catrice. Tam zastały mnie niemacane (sic!), jesienne cuda-dziwy. 


Tym razem, odwrotnie niż zwykle, bardziej zainteresowała mnie oferta Essence, a Catrice – mimo że obejrzana wcześniej online i wstępnie oceniona jako ciekawa – jakoś nie wywołała u mnie szybszego bicia serca na żywo. Wśród limitowanych nowości z kolekcji Check & Tweed wybrałam dla  porządku modelujący żel do brwi, ale na razie (po dwóch podejściach) wydaje się być do bani. Wykręcane pomadki, które pierwotnie najsilniej mnie wabiły, to matowe, bardzo suche kredki do ust. Nie lubię uczucia naustnej Sahary, dlatego odpuściłam bez żalu – szczególnie że jedna z nich (chyba to była Mind the Red) zeswatchowana na ustach, okazała się być nieciekawą wariacją na temat soku z marchwi. Pomacałam cienie z dwóch limitowanych paletek, ale – mimo ładnych kolorów – pigmentacja pozostawia wiele do życzenia. Na lakiery z Catrice staram się nie patrzeć, bo piękne odcienie i wykończenia nie idą w parze z jakością. Uroczo wyglądał też rozświetlacz z tej kolekcji, ale nie było testera, a ja i tak mam już dość rozświetlaczy (tak rzadko ich używam, a tak bardzo mnie nęcą; tak bardzo je kupuję, choć tak bardzo nie powinnam...). Tyle więc w temacie Check & Tweed. Ja nie polecam.


Ceny kolorówki Essence są za to tak niskie, że natychmiast wrzuciłam do koszyka wszystko, co wpadło mi w oko, i wydałam na to 50 złotych. Efekty są różne, ale i tak uważam, że było warto – siateczka radości za pięćdziesiątaka? Dla mnie bomba. 

Po pierwszym łypnięciu na nową kolekcję Essence zakochałam się w pudrowych jesiennych liściach o nazwie Autumn & The City. Nie bardzo nawet wiedziałam, czym one są – zwykłym pudrem dla opalonych brunetek, pudrem brązującym, a może rozświetlaczem? Uznałam, że w najgorszym razie można ich poużywać jako cieni (tudzież jednego wymieszanego cienia), więc na coś się przydadzą. 


Po swatchach łatwo stwierdzić, że najbliżej liściom do rozświetlacza. Puder, nałożony na kości policzkowe, daje piękny, złotawy blask, a na całej twarzy tworzy delikatny, zdrowy błysk bez zmiany odcienia skóry. Kiedy przyjrzymy się z bliska, widać iskrzące w świetle mikrodrobinki, ale na pewno nie są większe i bardziej widoczne choćby od tych, jakie znajdziecie w słynnych kulkach Guerlain. Ten subtelny efekt rozświetlenia bardzo mi się podoba, zarówno w formie skoncentrowanej na szczytach kości policzkowych, jak i na całej twarzy. To był udany zakup!


Zakupy robiłam w pośpiechu i nawet nie zauważyłam, że paletka cieni do brwi jest w dwóch wersjach. Moja to 01 Leaves Are The New Beef. Nie jestem nawet pewna, która jest przewidziana dla blondynek, a która dla brunetek, teoretycznie jedynka powinna być jaśniejsza (ale czy tak jest?). Oprócz dwóch cieni do brwi mamy jeszcze cielisty do rozświetlania łuku brwioweg oraz średnio wysokich lotów pędzelek. Nie byłby zły, gdyby był trochę twardszy, ale da się nim podkreślić brwi.  Jakoś. Nie jest to jednak zbyt łatwe i przyjemne, dużo bardziej wolę ten z paletki do brwi Catrice (ze stałej oferty). Poniższe malunki wykonałam dołączonym pędzelkiem Essence:


Powinnyście już zauważyć, że jaśniejszy cień jest zupełnie bezsensowny w kontekście brwi. Nie wiem, komu mógłby pasować taki ciepły, rudy kolor – na moich blond brwiach wygląda raczej komicznie. Jeżeli pomalujecie ostrożnie same włoski, to ma szansę jeszcze jakoś wyglądać, ale gdy tylko pędzel dotknie skóry, efekt rudego rydza gwarantowany. Ciemniejszy cień jest dla mnie z kolei trochę za ciemny, jeśli użyję go w ilości, w jakiej aplikuję na brwi wspomniany zestaw z Catrice (recenzja tu: klik). Przy ostrożnej aplikacji daje sensowny efekt, który w moim przypadku pasuje do mocniejszego makijażu oka. Przy lekkim make-upie już wydaje mi się za ciemny. Trzeci cień z palety jest w porządku i robi to, co ma robić. Cały zestaw oceniam jednak jako słaby i o niejasnym przeznaczeniu.


Najdziwniejszym elementem kolekcji Hello Autumn jest to_coś. Gdyby nie napis „Powder Blush”, nigdy sama bym na to nie wpadła. Beauti-fall Red to niemalże biały, sprasowany kwadracik, który wygląda jak puder à la Kurewna Ścieżka, zawiera też sporo połyskujących drobin. Kiedy przeczytałam, że dopasowuje się do skóry i tworzy rumieniec na podstawie reakcji z jej naturalnym pH, wiedziałam, że muszę to sprawdzić, a potem Wam opowiedzieć. Moją opowieść zacznę od tego, że...


...ten przedmiot o charakterze makijażowym jest... całkowicie absurdalny. Biały proszek (sniff, sniff), wyraźne drobiny, no i nie widać, gdzie człowiek aplikuje ten chyba_róż, nie wiadomo też, ile go nawalić, żeby efekt był optymalny. Po kilkunastu, a może kilkudziesięciu sekundach biały róż (logiczna logiczność) nabiera koloru, a najbardziej różowy okazał się mój palec, po tym, jak próbowałam zetrzeć z niego resztki Beauti-fall Red przy pomocy śliny. Zaznaczam: nie było łatwo pozbyć się efektu malinowego opuszka. Na moich policzkach ten odcień nie wygląda dobrze – jest identyczny jak naturalny, naczyniowy rumieniec, którego codziennie próbuję się pozbyć. No i nie rozumiem, co ten produkt robi w kolekcji jesiennej – przecież jest kompletnie, śnieżkowato zimowy! Eksperyment ciekawy, ale zakup absolutnie bez sensu. 


Na koniec zostawiłam dwie kredki do oczu, które na szczęście okazały się bardzo fajne, a urzekła mnie nie tylko ich jakość za rozsądną cenę, ale też typowo jesienna kolorystyka. Zgniłkowata zieleń o nazwie Charlie Seen In Green i średni brąz z miedzianym połyskiem, czyli Leaves Are The New Beef (tak, tak, nazywa się tak samo jak set do brwi), to dwa kolory, które dobrze współgrają w makijażu, a do tego nie są wcale takie oczywiste. Kredki mają dołączone gąbki do rozcierania i mimo że da się ich z powodzeniem używać, jest to niezbyt nieprzyjemne: szorstka faktura vs. delikatna skóra wokół oczu. 


Kredki są dość miękkie i dobrze napigmentowane (nie aż tak miękkie jak np. Jumbo z Sephory), łatwo się ich używa zarówno na górnej, jak i dolnej powiece. Dolna linia rzęs podkreślona obydwoma kolorami prezentuje się ładnie, a makijaż przez cały dzień tylko nieznacznie blaknie, więc nie mam uwag do jakości (a już na pewno nie w kontekście ceny: 7 zł za sztukę). Mimo że kredek ci u mnie dostatek, nie żałuję, że skusiłam się na te dwie – kolory są ciekawe, jakość dobra i za tę cenę naprawdę nie widzę powodu, żeby ich nie kupować (oczywiście pomijam tu preferencje kolorystyczne). 

Na górze: w pełnej okazałości, na dole: po roztarciu.

I jak, wpadło Wam coś w oko? Jeśli któraś z Was nie czuje się wystarczająco zniechęcona moimi opiniami i ma ochotę przetestować set do brwi i ten dziwny róż, chętnie przekażę oba kosmetyki w dobre ręce. Dawajcie znać w komentarzach – jeżeli do mojego następnego wpisu zgłosi się więcej niż jedna osoba, przyznam me wspaniałe dary drogą losowania. 

Na koniec ceny:

Multi Colour Powder, 01 Autumn & The City: 13,99 zł
Eyebrow Set, 01 Leaves Are The New Beef: 10,99 zł
Colour Adapting Powder Blush, 01 Beauti-fall Red: 10,99 zł
Eye Pencil, 01 & 02: 6,99 zł za sztukę

niedziela, 5 października 2014

Projekt denko, odc. 18

Naszą rodziną wstrząsnęły ostatnio krytycznie złe nowiny, które zaważą na reszcie naszego wspólnego życia i od których człowiek ledwo daje radę oddychać. Miałam przez chwilę pomysł, żeby – jak rok temu – porzucić bloga przynajmniej na czas najostrzejszej, najświeższej fazy dramatu, ale doszłam do wniosku, że, paradoksalnie, blog może mnie uratować. Nasz dramat będzie trwał do końca świata i jeden dzień dłużej, a ja – jako przedstawicielka rasy kobiet prawie niezniszczalnych – muszę go przyjąć na klatę i żyć z tym dalej. Dziś jest początek dalszej części tego nowego życia, powitajmy je więc stertą śmieci. Przy okazji przepraszam, że jest mnie na Waszych blogach mniej niż kiedyś. Za jakiś czas to powinno się zmienić. 


We wrześniu zużycia osiągnęły poziom średni, acz wystarczający. Co my tu mamy...


Balea – krem do ciała z masłem shea i olejem arganowym – nieprędko wrócę na zakupy do DM-u, ale kiedy już to zrobię, na pewno nie zapomnę o tym kremie. Uwielbiam jego zapach i działanie, pojemność i cenę. Prawie ideał, mógłby być tylko nieco gęstszy (recenzja).

Pat&Rub – Balsam do Ciała Rozgrzewający – balsam nie rozgrzewa, pachnie korzennie (w sensie goździkowym, nie cynamonowym) i jest to zapach na tyle intensywny, że może drażnić nosy nielubiące goździkowych nut. Okazał się bardziej wydajny od wersji hipoalergicznej, która z kolei dużo bardziej podoba mi się zapachowo. Wszystkie balsamy Pat&Rub przyzwoicie nawilżają, więc komu miłe airlessy, ten niech je weźmie pod uwagę przy najbliższych zakupach (tu recenzja zbiorcza trzech balsamów P&R). Ja mimo wszystko oddałam serce patandrubowym masłom do ciała. 

Yves Rocher – Elixir 7.9 – krem na noc – znowu słoik mi się zaplątał z poprzedniego denka, ale ten miał dobry powód – jest utrzymany w nurcie eko, a więc wielorazowy i na te dalsze razy go zostawiłam (recenzja).


Perfecta Mama – żel do higieny intymnej – jakiś czas temu wpadłam w panikę, kiedy żele Perfecty zniknęły z półki w moim Super-Pharmie. Byłam pewna, że wycofali, bo – jak część z Was być może pamięta – wszystko, co kocham, w podskokach znika z oferty firm rozmaitych. Ten żel na szczęście tylko zmienił etykietę (plus dla nich, nowa jest dużo ładniejsza), Dax Cosmetics dołożył jeszcze kilka innych intymnych wariantów i wszystko wskazuje na to, że mój ukochany, bezzapachowy, ultradelikatny żel o bardzo dobrym składzie pozostanie ze mną na długo. Na wszelki wypadek kupiłam trzy butelki przez internet – przezorny zawsze... żelami obłożony. 

Hipp – Żel do mycia ciała i włosów dla niemowląt – bardzo fajne rozwiązanie dla mam, które cenią sobie życiową prostotę i nie lubią być absorbowane w swoim spokojnym macierzyństwie takimi pierdołami jak fakt, że skończył się szampon do włosów, a żelu do kąpieli zostało jeszcze trochę. Testowałam różne rozwiązania i to wydaje mi się najfajniejsze – żel Hipp jest w dużej butli z pompką (która u nas pod koniec zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach), pachnie delikatnie i przyjemnie, pieni się względnie dobrze, jest gęsty, a przez to bardzo wydajny, no i faktycznie nadaje się do mycia włosów. Ja byłam zadowolona. Tomaszowi zwisało.

Original Source – Mango & Macadamia Shower – kupiłam tego OS-a we wrześniu na weekendowym mazurskim wyjeździe, po tym jak okazało się, że zabraliśmy ze sobą wszystko. Prawie. Perspektywa mycia się mikrokostką hotelowego mydła zagnała mnie do sklepu wielobranżowego i zdziwiłam się, że można tam znaleźć Original Source – myślałam, że to raczej drogeryjny luksus. Wersja Mango & Macadamia ma ładny, choć pospolity zapach, nie wysusza i nie szkodzi, ale okazała się absurdalnie niewydajna – wystarczyła na niecałe trzy tygodnie, dla dwóch osób, w dodatku po powrocie była przez te trzy tygodnie używana na zmianę z innymi żelami.  

Aquolina – Bath Shower Cream – Chocolate &Vanilla – mój mąż uwielbia zapachy deserowych aquolin, ja mam z kilkoma czekoladowymi wersjami naprawdę złe wspomnienia (biała czekolada = rzyg, czekolada z orzechami = przepocona skarpeta, ale absolutnie najgorsza jest biała czekolada z orchideą – recenzja). Wersja czekoladowo-waniliowa dla odmiany zrobiła na mnie dobre wrażenie. Zapach jest właściwie odtworzony, nie zawiera żadnych podstępnych, fałszywych nut. Mimo wszystko w temacie pachnących deserami kosmetyków niepokonany pozostaje dla mnie grecki Bodyfarm. 


Balea – Jeden Tag Shampoo, wersja malinowa – pisałam o nim niedawno, to dobry, apetycznie pachnący szampon bez silikonów do codziennego stosowania. Nadaje włosom miękkość i puszystość, bardzo go polubiłam, ale to i tak nie ma znaczenia, bo to edycja limitowana (recenzja).

Balneokosmetyki – Biosiarczkowy szampon – miniatura, która zachęciła mnie do kupienia pełnego wymiaru. Ma ładny, grejpfrutowy zapach, dobrze działa na moją przetłuszczającą się skórę, nie plącze i pozostawia włosy w naprawdę dobrym stanie. Zobaczymy, jak sprawdzi się duże opakowanie. 


Stenders – Feel the Grace – Rose Shower Souffle – o ile zakupy w sklepie Stenders online uznałam za wyjątkowo sympatyczne (klik), o tyle ten suflet bardzo mnie rozczarował. Głównie ze względu na nieprzyjemny zapach: niby róża, ale podszyta czymś obrzydliwym i ten obrzydliwy aromat pogłębiał się z dnia na dzień. W pewnym momencie pianka stała się całkowicie nieakceptowalna dla mojego nosa i postanowiłam zużyć ją do mycia pędzli. Dawała radę, ale... pędzle w kontakcie z twarzą przypominały mi, dlaczego suflet dostał fuchę na zmywaku. Konsystencja też nie porywa – produkt jest zbity i ma się nijak do puszystych chmurkowych pianek Organique. No i popatrzcie, co się stało z ładnym opakowaniem po kilku tygodniach mieszkania w wilgotnym miejscu... Na pewno już się nie spotkamy (pełna recenzja tu: klik).

Chanel – Demaquillant Yeux Intense – tyle się naczytałam o magii dwufazówki Chanel, że postanowiłam wywalić z portfela prawie 100 zł na ten płyn magiczny i przekonać się, co w nim nadzwyczajnego. Pełna recenzja już wkrótce, powiem tylko, że... w obrocie jest już kolejna butelka mojego ulubionego płynu Yves Rocher. I tak to.

bareMinerals – Flawless Definition Volumizing Mascara – niestety, nie dowiedziałam się, jak działa maskara bareMinerals (a miało to być moje pierwsze spotkanie z tą marką), bo po otwarciu okazało się, że nie nadaje się do użycia. Była całkiem wyschnięta, a ja przy tej okazji pragnę przestrzec Was przez zakupami tuszów do rzęs w szalonych promocjach w Strawberry.net. Do tej pory mi się udawało (vide: mój ukochany tusz Philosophy), ale po tym bM nieprędko zdecyduję się na tego typu zakup w moim ulubionym truskawkowym sklepie.


Wibo – Super gładkie paznokcie – odżywkę z proteinami pszenicy od Wibo bardzo polubiłam, bo świetnie nadawała się jako baza pod kolorowe emalie, a dzięki mlecznemu wykończeniu można było też nosić ją solo. Niestety, po roku zrobiła się rzadka i już nie nadaje się do użycia, dlatego się żegnamy.

Sensique – Zmywacz do paznokci z gąbką – całkiem dobry zmywacz o ładnym, kokosowym zapachu, ale jak to bywa z gąbkowymi zmywaczami, po pewnym czasie nie da się już z niego korzystać, bo gąbka jest tak ufajdana lakierami, że nawet nie ma sensu jej czyścić. Chętnie wrócę do Sensique, bo to i tanie, i działające.

Essence – Studio Nails – Nail & Cuticle Butter Stick – zupełnie zbędny gadżet, już niedostępny w sprzedaży, pisałam o nim tu: klik.


Ziaja – Bloker – ten antyperspirant widziałam w wielu zestawieniach ulubieńców i... kompletnie tego nie rozumiem. Jak „perłą rynku kosmetycznego” można określić coś, co ma odświeżać i regulować potliwość, a cuchnie tak ohydnie, że już chyba wolę smród własnego potu? W jednym z moich konkursów któraś z Was wymieniła Bloker Ziai jako swój niewypał i niestety, muszę się z tym zgodzić. Bloker leci do kosza, a ja z przyjemnością wracam do pięknie pachnącej i dobrze działającej kulki Nivea Dry Comfort Plus.

Auriga – Flavo-C Forte – serum z wysokostężoną witaminą C to wygrana w konkursie u Hexxany (jeszcze raz dziękuję :*). Wcześniej używałam wersji 8% i byłam zadowolona z działania, ale 15-procentowe Forte zupełnie mnie oczarowało. Używałam go pod kątem zmniejszenia zaczerwienień, a ono zaskoczyło mnie silnymi właściwościami napinającymi i... prasowaniem zmarszczek! Pełna recenzja niebawem, a ja powiem tylko, że kilka dni temu kupiłam kolejne opakowanie. 

La Roche-Posay – Effaclar Duo – miniaturka, którą przytargała do mnie L., żebym sobie sprawdziła, czy moja skóra polubi się z Duo. Reklamacji nie było i mam nadzieję, że z Duo+ również się dogada, bo niedługo planuję zakup pełnego wymiaru. 


Saszetek i próbek w tym miesiącu niewiele: maska-kompres Tołpy, którą bardzo lubię za nawilżająco-wygładzającą kołderkę, próbka ekspresowo wchłaniającego się mleczka do ciała Bodyfarm o pięknym zapachu drzewa sandałowego (nie mam pojęcia, czy pachnie tym drzewem, na pewno jest to męski zapach wart grzechu), próbka masła do ciała Sephory (właściwości nawilżające dobre, zapach też w porządku) i to, co ciekawiło mnie od dawna – słynne Le Petit Marseiliais. Tyle szumu na blogach, ja z wielkimi zapasami prysznicowymi, no znikąd nadziei na sprawdzenie, co w blogosferze piszczy. Aż tu nagle przybyła do mej skrzynki gazetka Super-Pharm, a z niej wysypały się różne różności, w tym widoczna na zdjęciu, sensownej wielkości próbka żelu pod prysznic o zapachu kwiatu pomarańczy. Próbka starczyła na dwa solidne siebie_umycia i cóż mogę rzec: żel jak żel, zapach jak zapach (trzeba lubić tę charakterystyczną, wcale nie cytrusową, nutę), nie pokochałam, nie wyśmiałam, na razie nie wrócę, bo znajomi z szafki przepychają się w kolejce pod prysznic.

Tyle ode mnie. Miłej niedzieli, dziewczęta.

czwartek, 2 października 2014

Kocham cię, brzydalu! Organique – Savon Noir [recenzja]

Dawno nie miałam do czynienia z czymś tak odrażającym i skutecznym zarazem. Temat czarnego mydła obijał mi się o uszy i oczy regularnie, ale z jakiegoś powodu niespecjalnie chciało mi się zgłębiać temat. Właściwie ten „jakiś powód” jest całkiem oczywisty – nie darzę zbyt głębokim uczuciem naturalnej pielęgnacji, która ani nie pachnie, ani nie wygląda. To mydło jest właśnie takie: niepachnące i niewyglądające


Wizualny honor czarnucha z Organique ratuje estetyczne opakowanie (uwielbiam te alu-nakrętki z pięknym tłoczeniem!). Niestety, w środku mamy już tylko coś o wyglądzie zmielonego płuca nałogowego palacza. No zobaczcie same. 


Skład pięknie prosty: woda, oliwki i regulujący pH wodorotlenek potasu. Ten ostatni daje bardzo przykre efekty uboczne, o czym za chwilę. Samo mydło – poza tym, że brzydkie – jest miękkie i, wbrew wszelkiej logice, po roztarciu na skórze i po kontakcie z wodą lekko się pieni. Proces mycia jest niezwykle przyjemny – mydło nie jest klejące ani tępe, łatwo się rozprowadza i nawet ma miły, lekko słodki smak (Esku, Twoja szkoła!). Nie ma sensu go jednak zjadać, bo fantastycznie działa na skórę, należy tylko uważać, żeby nie dostało się do oczu, bo wspomniany wcześniej wodorotlenek powoduje doprawdy hardkorowe doznania. Najpierw pod prysznicem zawył mój małżonek – przyznaję, nie wzięłam jego użalania się nad sobą na poważnie. No co, wpadło do oczu, trochę poszczypało – wielkie mi halo. Dwa dni później to ja wydałam z siebie jęk cierpienia, tym samym zwracając honor ukochanemu: mydło faktycznie szczypie okrutnie. Czujcie się ostrzeżone. 


Savon noir stosuję tylko do twarzy, bo i po co katować umordowane dniem ciało czymś tak nieatrakcyjnym, kiedy na półce pod prysznicem uśmiecha się do mnie pysznie pachnący kawowy żel z Yves Rocher*? Moja mieszana w kierunku tłustej cera jest mi wdzięczna za codzienne spotkania z savon noir i wygląda na nieco obrażoną, że dopiero teraz raczę ją takimi pielęgnacyjnymi wspaniałościami. Mydło jest wydajne, dlatego nie polecam kupować wielkich pojemności. W Organique sprzedawane jest na wagę lub w 200-gramowych opakowaniach z ładną etykietą. Po umyciu mamy efekt tępej, skrzypiącej czystością skóry, charakterystyczny dla absolutnie wszystkich mydeł, z jakimi miałam do czynienia. Jest on jednak subtelny jak nigdy, dlatego wyjątkowo mi nie przeszkadza – wręcz przeciwnie, odpowiada mi świadomość idealnie oczyszczonej twarzy. Największa robota, jaką wykonało to mydło u mnie, polega na zlikwidowaniu z brody nawrotu podskórnych tłuszczowych gul, z którymi ostatnim razem poradził sobie dopiero Effaclar K (recenzja). Jestem zaskoczona, zachwycona i tylko trochę mi smutno, że z problemami mojej skóry tak świetnie radzi sobie akurat coś tak szkaradnego.

Używacie? Kochacie? A może nie robi na Was wrażenia?

Pojemność: dowolna
Cena: w zależności od pojemności lub 39,90 zł za 200 g
Ocena: 5+/6

*Znacie ten żel? Za każdym razem, gdy go otwieram, umieram z rozkoszy i mam ochotę zjeść kilogram tiramisu.