niedziela, 28 września 2014

Pat&Rub – Odświeżająca Bocheńska Sól do Kąpieli [recenzja]

Ponadkilogramowy słój soli bocheńskiej to druga część prezentu od Pat&Rub z okazji Dnia Blogera. O olejku do ciała z linii Hipoalergicznej, który również wyciągnęłam z niebieskiego, filcowego worka, możecie poczytać tu: klik. Sól do kąpieli sprawiła mi nieco więcej kłopotu, bo tak się składa, że do jedynej wanny, jaką mamy w domu, mieści się tylko Tomasz. My kąpiemy się pod prysznicem. Skoro jednak nasi dzielni bocheńscy górnicy wykopali dla mnie te kilo dziesięć soli i jest to nowy produkt w ofercie Pat&Rub, postanowiłam podzielić się z Wami wrażeniami. Z uwagi na brak wanny w odpowiednim rozmiarze, a tym samym niemożności osobistego przetestowania soli w warunkach kąpielowych, poprosiłam o pomoc dwie młode damy, a sama wsypałam porcję soli do miski i postanowiłam uszczęśliwić kąpielą przynajmniej moje stopy. Na pewno znacie to staropolskie przysłowie: jak się nie ma, co się lubi, to się miskę spod umywalki wyciąga.


Sól bocheńska to sól jodowo-bromowa. Wsypuje się ją do wanny po to, by relaksowała, zmiękczała skórę i koiła nadwerężone mięśnie i stawy. Działa też antyseptycznie, więc może pomagać w leczeniu różnych skórnych problemów. Do soli dolano trzy olejki eteryczne: grejpfrutowy (oczyszcza, poprawia krążenie, łagodzi stany zapalne), z mięty pieprzowej (orzeźwia, pobudza, łagodzi podrażnienia) i eukaliptusowy (działa przeciwbólowo i przeciwzapalnie, no i mocno sadzi, więc jest polecany przy katarze i innych górnooddechowych francach). Miś koala byłby zachwycony. Tę ogromną pojemność producent przewidział na pięć dużych kąpieli, ale myślę, że w małych, miejskich wannach spokojnie starczy na dłużej. Tyle słowem wstępu, a teraz oddaję głos moim recenzentkom.

Eksperyment laika

Kasia, lat 29 (przepraszam, dwadzieścia osiem!):

Nigdy nie wiedziałam (i w sumie nie interesowałam się tym), do czego służy i jak działa sól do kąpieli. I nadal nie wiem, mimo że bardzo porządnie podeszłam do testu. Pierwsze wrażenie: Zapach – sól intensywnie pachnie, ale nie tak, jak można się spodziewać po kosmetyku. Jest to raczej zapach kojarzący się z apteką, a dokładniej z maścią VapoRub, którą wsmarowuje się w dekolt, jak się ma katar, by udrożnić nos. Wygląd – ot, biała sól w stanie sypkim, trochę grubsza niż sól kuchenna; jest lekko wilgotna, ale nie zbija się w grudki.
Test właściwy: Jak już wspomniałam, na solach do kąpieli się nie znam, więc postanawiam poddać ją wszelkim możliwym testom. Najpierw test piany – wsypuję garść soli do wanny i odkręcam wodę. Pierwszy wniosek: sól piany nie wytwarza. Czyli nie zastąpię nią płynu do kąpieli. Test drugi: peeling – biorę kolejną garść soli i masuję nią lewą łydkę. Sól rozprowadza się ciężko, nie trzyma się skóry, trochę drapie, a w końcu się rozpuszcza. Czyli peelingu też z tego nie będzie. W międzyczasie zauważam, że ziarenka soli, które wpadają do wody, momentalnie się rozpuszczają. Może więc sól posiada inną cechę płynu do kąpieli, jaką jest tworzenie delikatnej powłoki na skórze, podobnej do filmu, jaki zostawia wchłaniający się balsam? Niestety, skóra po wyjściu z wanny nie jest ani jędrna, ani nawilżona. Nawet nie pachnie wtartymi w nią garściami soli. Znowu pudło. Do czego więc nadaje się ta sól? Decyduję się przeprowadzić dodatkowe, mniej konwencjonalne próby. Wynika z nich co następuje: – sól nie zmyła małych plam po farbie w sprayu, jakie miałam na rękach; – sól niespecjalnie nadaje się jako dodatek do inhalacji (na zatkany nos, na przykład); bo za szybko się rozpuszcza i wtedy już wcale nie pachnie jak VapoRub; – soli tej nie można dodawać do potraw – tego akurat nie testowałam, ale tak się jakoś domyślam; Wniosek – sól do kąpieli nie jest kosmetykiem/dodatkiem, który znajdzie się w mojej kolekcji. Mimo, że lubię kąpiele. I sól.


Robótki ręczne, robótki nożne, czyli praca od podstaw

Luiza, lat 23:

Droga Agata podrzuciła mi soli nieco do testów i powiedziała: spróbuj i daj znać! Tak też uczyniłam, bo jestem niezdolna do odmawiania Agacie. Od razu zaznaczam, że kąpieli w wannie wręcz nie znoszę, więc sól posłużyła mi do – jakże pracochłonnych – manikiurów i pedikiurów.
Niewątpliwie sól pachnie wspaniale! Bałam się, że eukaliptusowa woń sprawi, że poczuję się jak na odległej Alasce, ale tego mi oszczędzono. Zapach jest mocny, ale bardzo przyjemny i relaksujący. Kiedy wrzucimy sól do ciepłej wody, możemy rozkoszować się mini norweskimi termami, za co plus.
Sól wywiązuje się odpowiednio ze swoich zadań: odpręża i zmiękcza ciało (skórki odchodziły z przyjemnością). Sól nie nawilża ani nie zostawia żadnej nieprzyjemnej powłoki na ciele.
Choć zapach soli jest niesamowicie miły – wyczuwam tam też nieco kołobrzeskiej plaży, ale rankiem, gdy nietknięta i świeża, choć sól robi to, co sól do kąpieli robić powinna, zadaję Państwu pytanie jedno: czy tego samego nie zrobiłaby pierwsza lepsza mentolowa sól z drogerii?


Operacja: stopy

Agata Smarująca, wciąż młoda:

No a ja, jak to ja. Poczytałam, podumałam, a potem wsypałam sól do miski i wsadziłam weń stopy, które – ku mej nieskończonej radości – doszły wreszcie do siebie po okropnych przygodach ze skarpetami kwasowymi (wpis grozy przeczytacie TU). Przy tej okazji muszę Wam zdradzić wielki sekret: moje kończyny dolne, mimo że na co dzień pracują prawidłowo, mają jedną wadę fabryczną – regularnie się przegrzewają. Mówiąc: przegrzewają, mam na myśli iskry i płomienie. Piotr, znany w pewnych kręgach jako mój małżonek, często widywany jest wieczorami ze spryskiwaczem wypełnionym zimną wodą lub z lodowymi kompresami. Miłość to piękna sprawa, gdyby nie ona, już dawno spłonęłabym żywym ogniem, przynajmniej do kolan. Kiedy więc zobaczyłam, że Odświeżająca Bocheńska Sól do Kąpieli zawiera olejki eukaliptusowy i miętowy, zabłysnął w mej głowie promyk nadziei. No a potem umoczyłam. Dziewczęta wszystko Wam już powiedziały: sól jest sypka i nietłusta, rozpuszcza się łatwo, zapach ma apteczny, ale to można łatwo ocenić przed zakupem, bo trzy słowa klucze: grapefruit, mięta i eukaliptus, widnieją na etykiecie. Jeśli lubicie mentolowo-eukaliptusową jazdę bez trzymanki, będziecie zachwycone. W przeciwnym razie polecam wybrać inną wersję zapachową, a jest ich kilka: wanilia i pomarańcza z bergamotką lub pieprzem, mandarynka z bazylią i trawą cytrynową (a jakże!), a nawet paczula z szałwią i ylang-ylang. W mojej misce pływa jednak eukaliptus i czuć go z daleka. Nie mam nic do eukaliptusa, nie żywię do niego urazy, a w kontekście odświeżającej kąpieli stóp ten zapach wydaje się nawet pożądany. Ja jednak chciałabym przekazać Wam coś innego: co tam zapach, ta sól naprawdę chłodzi! Moje – jak zwykle zbyt ciepłe – stopy po osuszeniu były przyjemnie miękkie i orzeźwione, a efekt orzeźwienia utrzymywał się całkiem długo. Ten właśnie efekt jest dla mnie wart grzechu, bo takiego chłodzenia nie dał mi na razie żaden krem do stóp. Lepszy od solnej kąpieli jest tylko mąż z mrożonym okładem i spryskiwaczem w ręku, ale domyślam się, że nie każda z Was może sobie pozwolić na takie luksusy. 

Na sezon jesienno-zimowy (i gdybym miała wannę) wybrałabym dowolną inną wersję zapachową z oferty Pat&Rub, ale myślę, że w ciepłe dni taka sesja z eukaliptusem mogłaby okazać się bardzo przyjemna. 

Pojemność: 1,1 kg
Cena: 60 zł
Ocena: niejednoznaczna
Dostępność: patandrub.pl 

PS Pat&Rub postanowiło przedłużyć ważność kodu blogerskiego, uprawniającego do dowolnych zakupów w sklepie internetowym z rabatem -15%. Kod: EkoBlog, ważny do 5 października 2014. Przypominam, że zniżki w Pat&Rub łączą się. Obecnie w promocji -20% jest m.in. pielęgnacja męska i seria Sweet.

czwartek, 25 września 2014

Zagadkowy Garnier – Miracle Skin Perfector – krem BB dla cery tłustej i mieszanej [recenzja]

Dziś odbywa się sentymentalna wyprawa do wnętrza mojego katalogu ze zdjęciami na bloga. Dotarłam do najdawniejszych zbiorów i uznałam, że nie mogą dłużej leżeć i się marnować. Zapraszam do występów tubkę Garniera, niechże się zaprezentuje.

Krem BB Miracle Skin Perfector kupiłam w zeszłe wakacje i chciałam go wywalić zaraz po otwarciu. Pierwsze, co odebrały moje zmysły, to okropny smród alkoholu, który jest wysoko w składzie. Byłam pewna, że mój krem jest zepsuty, bo nigdy wcześniej nie miałam w rękach kosmetyku, który tak okrutnie waliłby denaturatem. Pomijając klasyczny spirytus salicylowy, ostatnim razem miałam nieprzyjemność zmierzyć się z tego typu aromatem, kiedy jako nastolatka smarowałam się Acnosanem (swoją drogą: jakie to były głupie czasy i głupie metody). W rok po otwarciu krem tylko trochę mniej śmierdzi, a może to ja się już do tego zapachu przyzwyczaiłam?

Czyli mamy smroda, a smród mówi nam, że w składzie (na trzecim miejscu, o ile mnie pamięć nie myli) znajduje się bardzo złe zło, czyli alkohol denaturowany. A taki alkohol wysusza wszystko, co się rusza i wcale nie czuję, że rymuję. Alkohol denaturowany to główny składnik wspomnianego Acnosanu – leku, który w latach 90. zasiał ferment na wielu polskich nastoletnich twarzach. Teraz chyba nikt już nie ma wątpliwości, że suszenie pryszczy to nie najlepszy pielęgnacyjno-leczniczy pomysł, ale kiedyś świat był głupszy, a przez to mniej skomplikowany. Masz syfa, posmaruj Acnosanem – powiadali. Wspominam o alkoholu, bo dla części z Was to już może być całkowicie dyskwalifikujący motyw i nie musicie zawracać sobie głowy dalszym czytaniem. Jeśli jednak jesteście twardzielkami – jak ja – i uznałyście, że alkohol Wam niestraszny, wiedzcie, że czekają na Was kolejne pułapki.

Och, jest jeszcze coś, za co można tego kosmetyku szczerze nie znosić. Opakowanie. Nigdy nie spotkałam się z tak wysoce irytującą plastikową tubą! Spodobała mi się jej niestandardowa szczupłość i odpowiednia miękkość, ale to, co zastałam w środku raz, drugi i dwudziesty drugi, przywołało na moje usta tyle ultraobrzydliwych bluzgów, że niewiele z Was byłoby w stanie ich wysłuchać. Problem w tym, że ta z pozoru niewinna tubka ZAWSZE na dzień dobry wydobywa z siebie rzadką, beżową kupę, która swobodnie wydostaje się z jaśnie tubkowego otworu. Cóż, przynajmniej lejąca konsystencja przypomina tę z prawdziwego azjatyckiego BB ze Skinfood. 


Skoro omówiłyśmy już niezwykłej urody zapach Miracle Skin Perfectora, a także jego problemy z niekontrolowanym wypróżnianiem, przejdźmy do kwestii najważniejszej: jak to odrażające coś zachowuje się na skórze? I tu jest właśnie niespodzianka. Mój BB jest w odcieniu light i całkiem dobrze dopasowuje się do skóry. Podczas gdy w tym sezonie letnim, wypełnionym po brzegi filtrem Vichy SPF50, mój dotychczasowy ulubieniec Eveline 8w1 okazał się za ciemny, Garnier świetnie dawał sobie radę z jaśniejszą, lepiej chronioną letnią cerą. W ogóle przez wiele miesięcy z kolorem wszystko było okej, aż do teraz. Krem teoretycznie jest już po dacie przydatności – producent zaleca zużyć go w 12 miesięcy od otwarcia, a ja odkręciłam go jeszcze dawniej, ale fakty są takie, że zaczął dość wyraźnie ciemnieć na skórze. Nie wiem, czy dlatego, że już nieświeży, czy wcześniej aż tak nie rzucało się to w oczy na mojej – wcale nie takiej najjaśniejszej – cerze, ale obecnie stało się problematyczne, bo przed wyjściem z domu muszę wyrównać szyję pudrem brązującym. 


To nam daje w sumie dwie i pół wady, które powinny całkowicie wyeliminować tego zawodnika z konkursu, ale wyobraźcie sobie, że... ja wcale go nie skreśliłam. Wiem, jestem szalona, to nie ma żadnego sensu. No właśnie. Po wielu miesiącach przerwy postanowiłam dla porządku wrócić na chwilę do BB kremu z Garnier, żeby sprawdzić jak to było i (tak wtedy myślałam) wywalić go bez żalu. Posmarowałam się nim raz, potem drugi, potem piąty i sama nie zauważyłam, kiedy w porannym pośpiechu zaczęłam sięgać po niego regularnie. Z jakiegoś powodu aż do teraz, do momentu, gdy oksydacja na skórze nie stała się widoczna i nieprzyjemna wizualnie, współpraca z tym kremem układała mi się świetnie. Filtr pięćdziesiątka, na to Miracle Skin Perfector i moja cera wyglądała idealnie. Krem nieźle poradziłby sobie bez filtra, bo sam takowy posiada (SPF20). Naturalny mat, bardzo dobre – zaskakujące jak na BB – krycie i tak przez kilka godzin. Po tym, jak upały odeszły w niepamięć, nawet nie trzeba było pudrować. Widziałam gdzieś recenzję, w której użytkowniczka skarżyła się na to, że ten krem okropnie ją zapchał. Ja powiedziałabym raczej, że to nie zapychanie, tylko właśnie ordynarne alkoholowe wysuszanie sprawia, że cera może zwariować i wywalić z siebie kilka tłustych, ropnych syfów. Mnie się to nie przytrafiło, ale jeśli istnieje możliwość realnego wypryszczenia, to nam daje trzecią wadę (w sumie mamy już trzy i pół).

Czyli co: ten krem nie ma prawa być lubiany przez kogokolwiek. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że sama tak długo go używałam, i to z przyjemnością! Jest to dla mnie na tyle zagadkowe, że nie pokuszę się nawet o ocenę, bo jak ocenić świetny efekt na skórze (o który przecież chodzi w kremie tonującym) i tak beznadziejnie niesprzyjające warunki użytkowania? Na pewno świadomie nie powtórzę tego zakupu, bo nie jestem aż takim hardkorem, ale trzeba przyznać, że niezłe ziółko z tego BB.

Pojemność: 40 ml
Cena: do 30 zł
Ocena: ???

niedziela, 21 września 2014

11 pytań od Simply_a_woman, czyli coś, co nazywa się Liebster Blog Award, choć nie bardzo wiem, dlaczego :)

Z reguły nie odpowiadam na tego typu tagi, ale chętnie czytam je u innych i właśnie doszłam do superinteligentnego wniosku, że skoro tak, to być może jakaś część moich szanownych Czytelniczek również wyrazi zainteresowanie. Poza tym pytania zadała mi Simply, a ja bardzo lubię Simply i dziękuję Simply. Poza tym jest niedziela, a ja nie mam kosmetycznej weny. Poza tym oto moje odpowiedzi:


1. Czy poza blogowaniem masz inne hobby?

Oczywiście! Więcej niż jedno... ale to, które ucierpiało przez moje blogowanie najbardziej, to gry planszowe. Jeszcze rok czy dwa lata temu rozgrywaliśmy z mężem po kilkaset partii rocznie. Obecnie rozkładamy gry raz na ruski rok, dlatego statystyki są marne. Żeby jednak całkiem nie wypaść z obiegu, gram namiętnie w planszówki na tablecie, o czym od czasu do czasu piszę w serwisie mojej przyjaciółki Ani: boardgamegirl.pl. Ostatni tekst, jaki napisałam, dotyczy popularnej gry dla całej rodziny – Carcassonne i możecie przeczytać go tu: KLIK


2. Jakich tricków pielęgnacyjnych lub makijażowych nauczyłaś się od swojej mamy?

Od mamy przejęłam w zasadzie tylko jedno: czarną kreskę na dolnej linii rzęs. Różnica jest taka, że mama od zawsze maluje ją niżej niż ja (pod rzęsami) i używa do tego mokrego eyelinera. Nie umiałabym wykonać czegoś podobnego, a innych trików pielęgnacyjnych ni makijażowych nie przejęłam, bo moja mama – zwykle kobieta czynu i ciężkich robót intelektualnych oraz okołodomowych – jest beznadziejnie leniwa, jeśli chodzi o upiększanie (ach, te wszystkie przeterminowane balsamy na jej półce w łazience, te wszystkie odrobinę-inne-niż-zwykle lakiery do paznokci, które stoją rozwarstwione...). Mamo, kocham Cię, ale fakty mówią za siebie :>.

3. Twój pierwszy kosmetyk kolorowy?

Nie wiem, który był pierwszy, ale pamiętam dwa. Czarny tusz do rzęs, który dostałam od koleżanek z okazji imienin. To było chyba w 7. klasie (tak, jestem na tyle stara, że moja podstawówka liczyła osiem klas, a o gimnazjum nikt nie słyszał). Pomalowałam rzęsy na przerwie, a potem poszłam na matmę. Nasz wychowawca przez całą lekcję dziwnie się na mnie patrzył, bo to była druga lekcja matematyki tego dnia, a ja na poprzedniej wyglądałam jakoś inaczej... Drugi kosmetyk kolorowy to miniatura pomadki Bell, którą znalazłam w jakiejś gazecie dla nastolatek, pewnie w „Dziewczynie”. Kolor był czymś pomiędzy złotem a miedzią, bardzo mroczny. Malowałam się nią na randki od końca podstawówki do połowy liceum (aż się skończyła). Potem szukałam tego odcienia wszędzie, również wśród innych firm. Nie odnalazł się już... W związku z moimi poszukiwaniami mam w kolekcji z 10 niemodnych pomadek, których prawie nigdy nie noszę. Pokazałabym je Wam, ale czy kogoś interesują passe pomadki?

4. Czy jest taki kosmetyk, który uwielbiałaś, a który zniknął z rynku? Nie chodzi o limitki :)

O tym można by napisać całą książkę, niestety. Czasem mam wrażenie, że gdy tylko coś pokocham, to coś natychmiast znika z rynku. Lista jest naprawdę długa i zawiera m.in. żel pod prysznic Lirene z oliwką winogronową w fioletowej butelce (bo źle się sprzedawał), tusz do rzęs Philosophy (bo marka zrezygnowała z produkcji kolorówki) i róż Astor w odcieniu Golden Sand (bo nie wiem co, ale mam zapas trzech opakowań, nie złamią mnie tak łatwo!).



5. Limitki – jaki jest Twój stosunek do nich?

Dzięki MAC-owi obecnie szczerze ich nie cierpię! Moja ukochana firma wypuszcza zdecydowanie za dużo limitek i są tak bardzo limitowane, że zdobywanie ich nawiązuje wprost do PRL-u i kolejek  od 4 rano po cokolwiek, co rzucą. Nie masz czasu pomacać, bo zaraz będzie wykupione. Byłam takim szczęśliwym człowiekiem, zanim zaczęłam zwracać uwagę na limitowane edycje kosmetyków...

6. Twój signature scent, flagowy zapach?

Michael Kors, Island. Zgadnijcie, co się z nim stało? Tak, właśnie to. Jestem na etapie poszukiwań kolejnego flagowego zapachu i módlcie się, żeby to nie był również Wasz flagowy zapach, bo szybko będziecie musiały się z nim pożegnać.

źródło: perfunauci.pl

7. Usta – wyraziste czy neutralne?

Nie tak wyraziste jak soczysta czerwień i nie tak neutralne jak po bezbarwnym błyszczyku. Na co dzień uwielbiam zarówno niezbyt jasne pomadki nude, jak i rozmaite odcienie różu (najchętniej zgaszony). Na pewno bliżej mi do neutralności niż do pomadkowej wścieklizny. 

8. Torebka na co dzień – mała listonoszka czy wielki shopper?

Nie wiem, jak wygląda wielki shopper, ale moje torebki nigdy nie są małe. Poza kluczami, portfelem, telefonem i kilkoma kosmetykami muszą się w nich zmieścić takie przedmioty, jak: pudełko paluszków, pielucha, paczka mokrych chusteczek (taka duża, dla dzieci), butelka z soczkiem, didl-didl i drożdżówka z budyniem. 

9. Toaletka – must have czy zbędny mebel?

Zanim zaczęłam przygodę z blogowaniem, zupełnie nie była mi potrzebna. Półtora roku później nie wyobrażam sobie sypialni bez mojego kosmetycznego królestwa. 



10. Jak przechowujesz swoje lakiery do paznokci?

Hmmm... jakoś. Wciąż nie znalazłam dla nich dobrego miejsca i dobrej metody segregacji. Muszę zacząć od zlikwidowania kolekcji, a potem już powinno pójść gładko. Obecnie żyją w luźnym, otwartym związku z szufladą mojego męża, w której uprzednio mieszkały jego majtki i skarpety. 

11. Czy malujesz paznokcie u stóp zimą?

Od kiedy zaczęłam przygodę z blogowaniem...


Oto moje odpowiedzi. Czas na moje pytania. Nominuję wszystkie z Was, które mają ochotę udzielić odpowiedzi, bo doprawdy nie mam pojęcia, kto już się w to bawił, kto nie, kto chętnie-by, a kto nie ma zamiaru. Możecie też odpowiedzieć w komentarzach, bardzo chętnie przeczytam Wasze odpowiedzi! Simply, Ciebie też to dotyczy :).

1. Wymień kilka punktów ze swojej listy „to do before I die”. Ach, miało być pytanie: Wymień kilka punktów ze swojej listy „to do before I die”, dobrze?
2. Czy umiesz konturować twarz, a jeśli tak, to czy robisz to na co dzień?
3. Wolałabyś nie widzieć, czy nie słyszeć? [EDIT: w związku z pojawiającymi się wyrazami oburzenia i teorią o głupowatości pytania, chciałam doprecyzować: jasnym dla mnie jest, że nikt nie woli żadnej formy kalectwa oraz ja nikomu takowej nie życzę, to było pytanie czysto filozoficzne i dotyczyło wyłącznie preferencji percepcyjnych! wszystkich urażonych moim bezpośrednim pytaniem przepraszam :)]
4. Co wybierasz: kosmetyczny minimalizm, a może nieskończone, wciąż powiększające się zbiory? 
5. Czy ktoś powiedział Ci kiedyś, że jesteś podobna do jakiejś znanej osoby? Jeśli tak, to do jakiej? 
6. Jak układasz lakiery do paznokci: według kolorów, według firm, czy według przypadku? 
7. Co myślisz na swój temat, gdy patrzysz rano w lustro?
8. Jakiego typu kosmetyków masz najwięcej? 
9. Jakie jest Twoje blogerskie marzenie?
10. Jaki typ kosmetyku z półki selektywnej jest Twoim zdaniem niewart swojej ceny (np. drogi lakier, podkład, krem nawilżający), a za jaki byłabyś w stanie dużo zapłacić?
11. Dlaczego piszesz bloga?

czwartek, 18 września 2014

Coś tu pachnie facetem... Pat&Rub – Hipoalergiczny Olejek do Ciała [recenzja]

A było to tak: z okazji Dnia Blogera, dzień po Dniu Blogera, który jak na złość wypadł w weekend,  odebrałam paczkę od Pat&Rub. Po wstępnym: „Ojej, jak miło!” przyszło: „O rety, albo zaszaleli z ilością kosmetyków, albo nawrzucali tam jakichś eko-kamieni, bo ciężkie to jak cholera!”. Obie wersje wydały się równie prawdopodobne, a ciekawość w trybie natychmiastowym zagnała mnie do otwierania przesyłki. Po brutalnej defloracji kartonu zobaczyłam dobrze mi znany, filcowy worek prezentowy z kokardą, a w nim... olejek do ciała z linii Hipoalergicznej. I kilo dziesięć soli bocheńskiej. A więc z kamieniami byłam blisko – po prostu ktoś je już wcześniej rozłupał. O soli będzie następnym razem, bo sprawa nie jest prosta z uwagi na brak wanny na natolińskich włościach, tymczasem olejek... 


Cóż, olejek w butelce wygląda jak kubek porannego moczu do analizy. Chciałabym powiedzieć, że to tylko tak na zdjęciu, ale na żywo również przywołuje wspomnienia ciążowego, comiesięcznego poboru uryny do jałowego kubka. Różnica jest taka, że tu zamiast mało wyjściowego plastiku mamy porządną i cieszącą (przynajmniej moje) oko butelkę ze szronionego szkła, a kto lepiej mnie zna, ten wie, że uwielbiam szronione szkło. Zupełnie inaczej używa się kosmetyków, które mieszkają w takim szkle, nie macie wrażenia? Ja w każdym razie otwieram je z większą nabożnością niż zwykle. 

Pompka jest fantastik, nie zacina się, tylko należy pompować na dłoń, trzymając butelkę w ręku. Parę razy zdarzyło mi się zapomnieć i poczyniłam próby tłoczenia olejku prosto z półki, na której mieszka (robię tak np. z balsamem do ciała SVR), czego nie wspominam dobrze, bo rozprysł się po okolicy, a potem się rozryczał, a jego tłuste łzy spłynęły po ściankach ślicznej, szronionej butelki. Do not try this at home. Really. Trzeba przyznać uczciwie, że ten tłusty syf wokół to wyłącznie moja wina.


Zawartość butelki to koktajl z oliwy z oliwek (ciekawe, z którego tłoczenia?), oleju babassu i oleju jojoba oraz naturalnej witaminy E. Wszystkie surowce posiadają certyfikat ekologiczny, co mnie osobiście nie interesuje, ale dla niektórych z Was może być bardzo dobrą wiadomością.

Zapach jest taki sam jak w pozostałych produktach z linii Hipoalergicznej. Ja go uwielbiam, jest uniseksowy, nawet bardziej męski i – dla odmiany – nie ma w nim ani grama cytryny. Producent twierdzi, że linia „pachnie świeżością i morską nutą”, ale ja bym nie brnęła w tę stronę, bo – jak już kiedyś ustaliliśmy – morze pachnie solą, glonami i centralą rybną. Pozostańmy więc przy zgodnej z prawdą wersji, że linia Hipoalergiczna pachnie świeżością.

Olejek zachowuje się całkiem standardowo jak na produkt z rodziny olejowatych. Jest tłusty, rzadki i pozostawia na skórze nielepiącą warstwę ochronną. Pamiętajmy, że nie jest to suchy olejek, który skóra faktycznie wsysa do ostatniej kropli – te zwykłe, retro-olejki pozostają wyczuwalne na skórze nawet do kilku godzin, w zależności od tego, jak hojnie poczęstujemy nimi nasze ciało. W związku z tym długo wyczuwalna jest też subtelna kompozycja zapachowa. Przy niewielkich ilościach po paru minutach można się ubierać i ruszać w świat – nie ma ryzyka tłustych plam, ale ja zawsze zaawansowaną pielęgnację uskuteczniam wieczorem, więc polewam się nim obficie. Efekty widać i okiem (gołym, bo po demakijażu), i dłonią. W przeciwieństwie do suchych olejków, które są właściwie pielęgnacyjnym gadżetem, ten naprawdę pielęgnuje. Skóra jest po nim gładka, miękka i odpowiednio nawilżona, a efekt utrzymuje się przez cały następny dzień. Dla mnie bomba. Aha, olejek nadaje się też do masażu, ale niestety, jeszcze nie miałam okazji być masowana w jego asyście (mężu, z tego miejsca bardzo, bardzo serdecznie Cię pozdrawiam! naprawdę baaaardzo serdecznie :D). 

Spróbowałam nawet naolejować nim włosy (znaczy olejkiem, nie mężem, ale to chyba jasne?), co samo w sobie jest wielkim wydarzeniem, bo zwykle zapominam o olejowaniu i chwilę po wyjściu spod prysznica przypominam sobie, że przecież miałam pamiętać. Nie mam więc wielkiego doświadczenia w tej materii i – umówmy się – taka ze mnie włosomaniaczka jak z frytki obwarzanek, ale jako laik mogę powiedzieć, że eksperyment się udał. Włosy po godzinnej olejowej sesji były bardziej mięsiste i ładnie błyszczały. Biorę to za dobrą monetę, bo takich efektów nie widzę chociażby po olejku Khadi, a do włosów przecież powstał on.

Tyle o Hipoalergicznym Olejku do Ciała ode mnie. Fajny jest i na pewno jeszcze się spotkamy, choć w sezonie jesienno-zimowym planuję zakup tego z serii Otulającej. Mam nadzieję, że ma tak samo odjazdowy zapach jak masło do ciała.

Na koniec ogłoszenie parafialne. Mam dla Was rabat -15% na wszystko, co tylko znajdziecie w sklepie na stronie patandrub.pl. Dotyczy to również zestawów w filcowych workach z kokardą. W koszyku wpiszcie: EkoBlog i pamiętajcie przy tym, że promocje w P&R sumują się. Rabat jest ważny w dniach 20–30 września 2014. 

Pojemność: 125 ml
Cena: 65–79 zł (minus rabaty)
Ocena: 5+/6 
Dostępność: Pat&Rub, Sephora, Merlin

poniedziałek, 15 września 2014

5 ulubionych lakierowych smutasów na jesień

Taaaaak... jeśli chodzi o lakiery, jestem bardzo smutnym człowiekiem. Przygnębiającym wręcz. Nad moimi paznokciami można się zadumać. Patrząc na nie, nawet twórcy Monty Pythona pisaliby scenariusze do melodramatów. Moje paznokcie sprawiają, że sama często popadam w melancholię i mam ochotę wysmażyć jakiś rozpaczliwy wiersz lub chociaż tragicznie kończące się opowiadanie. Witajcie w mojej smutnej krainie!


niedziela, 14 września 2014

Konkurent kakaowej Isany: Balea – Sheabutter Bodycreme z olejem arganowym [recenzja]

Obiecuję, że zaraz skończę przynudzanie o Balei, ale muszę, po prostu muszę napisać o tym kremie, bo właśnie dobił dna, a ja go darzę szczególnym uczuciem. Na pewno uczucie jest podsycane faktem, że zawartość słoika wygląda jak najwyborniejszy pudding waniliowy, a ja uwielbiam puddingi. I wanilię. I Freud miałby na pewno coś do powiedzenia na temat wzmożonego ślinotoku na widok produktów niespożywczych. A może miałby to w nosie? Tak czy siak: przed podjadaniem kremu Balei powstrzymuje mnie tylko myśl, że te śliczne orzeszki z etykiety być może zostały uprzednio zjedzone, strawione i wysrane przez jakąś kozicę. 


No bo tak. W ogromnym, półlitrowym plastikowym słoju o przyjemnej dla oka etykiecie mieszka on: 


No przecież wygląda jak miska puddingu! Kończąc już wątek kulinarny, powiem, że krem jest trochę za rzadki jak na taki słój. Ma właściwie konsystencję balsamu – niewiele rzadsza jest  wielkosłoikowa Isana z figą i granatem. 

Zwykle wybieram treściwe masła, ale lekkość tym razem wygrywa (no dobra, wiadomo, nie zaglądałam do bogatego wnętrza przed zakupem, więc skąd mogłam wiedzieć, że jest rzadki?): krem rozsmarowuje się bardzo łatwo, nie smuży i szybko się wchłania. Mam czasem wrażenie, że skóra go wysysa prosto z moich dłoni, co jest dość niepokojące i takie jakieś ojej-ojej. Trzeba tylko uważać przy moczeniu paluchów w słoju, bo istnieje niezerowa szansa rozbryzgania puddingowej paćki po podłodze, lustrze i ścianach. Drobiazg.


Balea Bodycreme Sheabutter – wbrew całemu mojemu wstępowi – w ogóle nie pachnie żarciem, czyli jest całkowitym przeciwieństwem wielbionej przeze mnie za działanie i niekochanej z powodu męczącego na dłuższą metę zapachu kakaowej Isany. Balea pachnie... hmmm... niczym, co mogłoby posłużyć za porównanie. Aromat jest delikatny, uniseksowy i bardzo miły dla mojego nosa, który zwykł wynajdować beznadziejne, skisłe, cierpkie i odrażające nuty, niewyczuwalne przez standardowego śmiertelnika płci dowolnej, więc skoro tu nic podejrzanego nie wyczuwa, znaczy że jest okej. Zapach Balei pozostaje na skórze przez pewien czas, ale jest na tyle subtelny, że bez stresu możecie pomieszać go z dowolnymi perfumami.

To, co najważniejsze, to fakt, że po użyciu skóra jest dobrze nawilżona, miękka i przyjemna w dotyku. Brawo dla tego pana! Następnego dnia wysoki poziom nawilżenia jest utrzymany i mogłabym spokojnie darować sobie wcieranie kremu po wieczornej kąpieli, ale nie odpuszczam. Smaruję się dalej, a skóra jest mi wdzięczna i z pewnością merdałaby ogonem, gdyby tylko jakiś miała. 


Spektakularne efekty pielęgnacyjne to zasługa dobrze wyważonej mieszanki wodno-glicerynowo-olejowej. Mamy tu wysoko w składzie oleje kokosowy i arganowy, a do tego sporą dawkę masła shea. Nienachalny efekt gładkości uzyskujemy dzięki silikonowej wstawce. Na pewno wszyscy czuliby się lepiej, gdyby producent nie zainwestował w parabenowe konserwanty (Patrycjo, pozdrawiam!), ale mnie jest wszystko jedno, a przynajmniej po wielu miesiącach od zdarcia ochronnego sreberka (plus dla Balei) krem wciąż miał te same właściwości i niezmieniony zapach.


A jak się ma Balea do mojego ukochanego kakaowego kremu z masłem shea od Isany? Pachnie o niebo lepiej, wydajność ma podobną (wysoka wyłącznie przez dużą pojemność), a w nawilżeniu nie widzę różnicy. Być może suche skóry, dla których oba kremy są przeznaczone, rozpoznałyby lepsze i gorsze nawilżenie, ale mojej normalnej zupełnie wisi, z którego słoika wydostaje się nawilżająca papka. Mojemu nosowi jednak to nie wisi, dlatego – gdyby nie utrudniona dostępność Balei – kupowałabym tylko ją. Ale to jest fajne, że tanie kremy z sieciowych drogerii potrafią tak miło zaskakiwać!

Niemieckie i czeskie DM-y mają również w ofercie wersję kokosową i brzoskwiniową, no i co chwilę jakąś limitowaną, ale  dzięki MAC-owi ostatnio mam alergię na to słowo, więc je ignoruję <blabla-nicniesłyszę-nicniewidzę-tiruriru-limitki-won>. 

Pojemność: 500 ml
Cena: 2–3€, a w polskich sklepach 15–16 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: drogerie DM, polskie sklepy internetowe (np. cytrynowa.pl, kokardi.pl)

PS Jeżeli interesują Was kremy Isany, tu macie moje porównanie trzech wielgaśnych słoików: KLIK.

czwartek, 11 września 2014

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 7

Dziś będzie o nędznych przedmiotach związanych z paznokciami. Wszystkie były tanie, więc może nie ma co się dziwić. A jednak trochę się dziwię – może dziwna jestem. 


Essence – Nail Polish Remover Coconut + Papaya – jak to możliwe, że zmywacz do paznokci, który na pierwszym miejscu w składzie ma aceton, a dopiero potem wodę i inne dodatki, działa tak beznadziejnie? Z tego co pamiętam, zaraz po otwarciu szło mu dużo lepiej, ale szybko się skiepścił i pod koniec butelki praktycznie nie dało się go używać. Trę i trę, wacik daje czadu po płytce, a tu nic, lakier ledwo liźnięty acetonowym ozorem. Nie wiem, o co chodzi, ale dawno żaden zmywacz mnie tak nie wkurzył. Ach nie, był jeszcze jeden, w płatkach. O, ten:


Style Pen – Nail Polish Remover – Pachnący zmywacz do paznokci w płatkach bez acetonu – przyuważyłam go kiedyś w Hebe i wzięłam od razu dwa opakowania: cytrynowy i jagodowy. Moim zdaniem idea jest taka, że bierzemy je na wyjazdy lub na co dzień do torebki. Przyjemne, zajmujące mało miejsca dwa w jednym. Tyle że nigdzie na opakowaniu nie było wspomniane, że płatki są nasączone zmywaczem i... jakimś olejkiem. To sprawia, że stają się zupełnie bezsensowne, bo po zmyciu paznokci natychmiast muszę biec do łazienki i szorować dłonie wodą z mydłem. Zresztą: nawet gdyby olejku nie było, płatki i tak można wsadzić sobie w dowolny otwór pogardy, bo są grubości kartki papieru, a zmywanie nimi lakieru to mozolna, męcząca robota. Ale zapachy ładne, jeśli to ma jakieś znaczenie.


Manhattan ProMat Top Coat – miał matować wszystkie niematowe lakiery, a matuje... wybrane metodą losową paznokcie. Wybaczcie starte końce na zdjęciu, ale to był swatch na szybko tuż przed zmyciem czterodniowego Joko. Próbowałam dawać mało Manhattana, dużo Manhattana, a tam, gdzie nie widać matu, dowaliłam kolejną warstwę, która niczego nie zmieniła, może poza tym, że różne fragmenty domu odgniotły mi się na płytce. W każdym razie te paznokcie, które dostąpiły zaszczytu bycia zmatowionymi, wyglądają (delikatnie mówiąc) mało imponująco. Efekt zastygniętego wosku Yankee Candle, w dodatku ze smugami. Oj, Manhattanku, a zdążyłam Cię pochwalić...


Essence – Studio Nails – Nail & Cuticle Butter Stick – sztyft z masełkiem pielęgnacyjnym do skórek wokół paznokci wydał się doskonałym pomysłem dla mnie – tej, która nie cierpi olejować owych skórek płynnymi formułami (no bo co potem robić po tym olejowaniu? leżeć i pachnieć? nie mam czasu, sorry). Zachwycił mnie również poziomkowy zapach. No i to by było tyle – Butter Stick ładnie pachnie, ale guzik pomaga, w dodatku szybko się zużywa. W sumie pewnie nie musicie zawracać sobie nim głowy i obawiać się, że będzie Was kusił, pochlipując z szafy Essence: „Kup mnie, uratuj, nikt mnie nie kocha”, bo prawdopodobnie już go wycofali. Sayonara, tobie i kolegom życzę miłej utylizacji!

wtorek, 9 września 2014

Manhattan – Khol Kajal Eyeliner, czyli kredki do oczu za grosze

Chętnie wracam do kosmetyków Manhattanu, bo mają dobre ceny, zazwyczaj nieźle się sprawują, a od czasu do czasu zaskakują mnie jakością i gamą kolorystyczną. Manhattan i Miss Sporty to dwie tanie marki, które prezentują na tyle dobry poziom (oczywiście nie porównuję z wysokopółkową kolorówką), że chętnie z ich pomocą eksperymentuję z kolorami i formułami kosmetyków. Na przykład nie kupiłabym wściekle fuksjowej pomadki za kilkadziesiąt złotych tylko po to, żeby sprawdzić, jak będę się czuć w takim odcieniu. Ale za kilka monet? – to zupełnie co innego (efekty Czego Innego możecie zobaczyć tu: klik). Ceny w drogeryjnych szafach są dobre, szczególnie gdy w magiczny sposób połączą się z popularnymi ostatnio promocjami -40%, ale to jeszcze nie prawdziwe eldorado. Eldorado to outlety kosmetyczne online, bo czy nie miło jest nabyć woreczek kolorówki za grosze? W razie niewypału nie żal wyrzucić, można też obdarować nielubianą znajomą lub wujka cyrkowca. Zawsze mam jednak nadzieję, że wujek obejdzie się smakiem, a wśród moich kosmetycznych zbiorów znajdzie się miejsce dla paru nowych, tanich nabytków.


Kredki kosztowały w przedziale 2–3 zł za sztukę. Nie wiem, czy w ogóle były dostępne w polskich szafach, bo asortyment Manhattanu w outletach to bardzo często produkty z limitowanych edycji lub te już wycofane. Kredki są nieźle napigmentowane, miękkie i łatwo się z nimi pracuje. Nie są wodoodporne i nie powalają trwałością, ale znam o wiele szybciej znikające drewienka. Należy je też pogłaskać po kolorowych główkach za dobrą współpracę przy rozcieraniu.


Nie do końca jest dla mnie jasne, czemu kredki do oczu często są opatrzone nazwą khol lub kajal (albo – jak widać na załączonym obrazku – obydwoma naraz), skoro te słowa oznaczają proszek najczarniejszy z czarnych. Czy naprawdę do tych jasnych kredek ktokolwiek dodaje mikrogramy kajalu, żeby pasowało do nazwy całej linii? Kajal, khol, a nawet kohl ma nie tylko zapewniać najmroczniejszy czarny kolor, ale też pielęgnować okolice oczu, w co – jak sądzę – nie wierzą nawet najbardziej nawiedzeni ludzie z Dalekiego Wschodu. Przejdźmy więc do prezentacji odcieni.


Numery 1 i 2 to dwa odcienie brązu, z czego pierwszy jest raczej beżem, na fotce wygląda nieco rudo, ale w rzeczywistości nie widać w nim ni lisa, ni wiewiórki. Zdjęcia były robione w świetle dziennym, a w sztucznym 1 i 2 są jaśniejsze. Dwójka to chłodniejszy, wciąż dość jasny brąz. Oba kolory można stosować na górną i dolną linię rzęs lub na całą powiekę (te kredki na moich tłustych powiekach bardzo łatwo się rozcierają), ale ja polecam je do brwi – nieprzesadzone odcienie nikomu nie powinny zrobić krzywdy. Teraz mam brwi pięknie wyregulowane i po brązowo-burej hennie z brow baru, dlatego oba odcienie dają właściwie jednakowy efekt, ale na gołych, jasnych brwiach widać różnicę.

Czwórka dość słabo wypadła na swatchu, ale kilka pociągnięć wydobywa ładny, morski odcień. W połączeniu z piątką powstaje przyzwoity, szybki makijaż. Sama prawie nigdy nie wybieram takich kolorów, bo do moich zielono-sraczkowatych źrenic średnio pasują, ale i tak jest lepiej, niż się spodziewałam i za tę kasę warto było się przekonać, jaki efekt osiągnę odcieniami, które mi się podobają, ale teoretycznie nie są dla mnie.

Srebrna, półmatowa szóstka na dzień dobry się złamała, co trochę mnie zniechęciło, ale po ponownym naostrzeniu już było w porządku. Bardzo lubię szarości i srebro w makijażu, dlatego dla numeru 6 znalazłam szerokie zastosowanie. Nadaje się zarówno do wewnętrznych kącików, jak i na dolną i górną linię rzęs. Można ją też rozetrzeć na górnej powiece, tak że powstanie ekspresowy, odświeżający spojrzenie make-up (nie, żebym się na tym jakoś bardzo znała).

Żadnej z tych kredek nie polecam do linii wodnej – mimo że miękkie, nie dają się zaaplikować na tak wilgotnym terenie, więc szkoda czasu i zachodu.

Gdybym je kupiła za kilkadziesiąt lub więcej złotówek, pewnie narzekałabym na jakość, ale w tej sytuacji otoczyłam je sympatią i od czasu do czasu głaszczę po kredkowych brzuszkach (głównie po to, żeby im nie było smutno, bo prawdziwą miętę poczułam do kredek z Sephory, ale o tym innym razem).

Pojemność: producent nie podał gramatury
Cena: 2–3 zł
Dostępność: słaba, szukajcie w internetowych outletach.

piątek, 5 września 2014

Bobbi Brown – Hydrating Eye Cream [recenzja]

Skoro już dwa razy wrzuciłam do denka ten sam słoik po kremie Bobbi Brown, czas napisać coś więcej na temat Hydrating Eye Cream. Sam się o to prosił, więc niech mu będzie. Proszę, kremie, oto recenzja ciebie. 


Dzięki wakacyjnej Magdzie udało mi się kupić Hydrating Eye Cream na stronie Douglasa w bardzo fajnym zestawie „Skincare Essentials” wraz z kremem do twarzy (30 ml) i olejkiem oczyszczającym (30 ml) za 259 zł. Miałam kupon z rabatem 10%, więc wyszło jeszcze taniej. Za krem w wersji solo perfumeria życzy sobie 219 zł. Mimo rabatów, okazji i wszelkich innych fantastycznie brzmiących słów, to wciąż bardzo drogi krem pod oczy. Magda pisała jednak u siebie, że używała solidnej próbki, a ten nie dość, że był nadzwyczaj wydajny, to dawał efekt Photoshopa. No to wiecie, Photoshop pod oczami za dwie stówy? Musiałam to sprawdzić. Jak to ja. 


W bardzo estetycznym, szklanym słoiczku siedzi śnieżnobiały on. Ma idealną, aksamitną konsystencję: nie jest ani zbyt lekki i lejący, ani ciężki i lepki (co niestety jest moim głównym zarzutem wobec kremu Kiehl's, którego obecnie używam). Rozprowadza się elegancko i mimo że jest treściwy i trochę tłusty, dość szybko się wchłania. Tempo wchłaniania i moc kremu możemy standardowo moderować poprzez odpowiednie dawkowanie. Ja używałam go rano i wieczorem – rano dosłownie odrobina, więc skóra wciągała go ochoczo przy śniadaniu, a ja chwilę później mogłam nakładać korektor bez stresu, że się zroluje_czy_coś. Wieczorem moja cera upijała się tym kremem do nieprzytomności, bo aplikowałam go niemal bez umiaru. Prawdziwa kosmetyczna jazda bez trzymanki, co?


Jakimś specjalnym ekspertem od składów nie jestem, ale ten wydaje się porządny. Sporo dobrze uwarzonej chemii, a do tego oleje jojoba i awokado, sok aloesowy, wyciąg z oczaru. Fanki naturalnej pielęgnacji wykrzywią swe piękne buzie z odrazą, ale sekcja pielęgnacyjna marek selektywnych nie słynie z jakiejś szczególnej bliskości z naturą. Dobra, chodźmy dalej, nie ma po co tego rozkminiać.

Warto powiedzieć o Hydrating Eye Cream kilka innych rzeczy. Przede wszystkim bardzo dobrze nawilża, a więc robi to, do czego został powołany. Po głębszym namyśle i analizie skóry wokół oczu doszłam do wniosku, że niestety, potrzebuję już czegoś przeciwzmarszczkowego w regularnym użyciu, dlatego krem Bobbi nie może być jedynym elementem mojej pielęgnacji. Należałoby albo dołożyć mu jakieś konkretne serum z półki anti-ageing, albo całkiem z niego zrezygnować na rzecz dobrego przeciwzmarszczkowego kremu, który też przecież może dobrze nawilżać (tu po raz kolejny uśmiecham się słodko do Yves Rocher z serii Riche Crème). Myślę, że moje młodsze koleżanki, które cenią sobie pielęgnację z wyższej półki, spokojnie mogą inwestować w Bobbi, bo poziom nawilżenia jest zacny, a i tapeta upiększająca dobrze się na nim trzyma. Jest też bardzo wydajny – używany dwa razy dziennie, w tym raz na bogato, starczył na ponad trzy miesiące, a przecież to tylko 15 mililitrów. Jego jedyną wadą jest zapach – wolałabym, żeby nie pachniał wcale, a jednak coś tam zalatuje. Nic strasznego, ale to z pewnością nie fiołki. No nie, to na pewno nie one.

Czyli że: krem jest bardzo dobrej jakości, cieszy oko, trzyma makijaż, ma tylko kiepski zapach i dość kiepską cenę. Ja tam Photoshopa po nim nie widzę, ale doceniam działanie i nie wykluczam kolejnego spotkania we wspomnianym wyżej tajemniczym duecie.

Pojemność: 15 ml
Cena: 219 zł
Ocena: 5/6

wtorek, 2 września 2014

Projekt denko, odc. 17

Od kiedy skończyłam wszystkie przewidziane ustawą szkoły, uwielbiam 1 września. Trochę dlatego, że cieszy mnie to szczególne cudze nieszczęście, które nie jest już moim osobistym, a trochę, bo z przyjemnością oglądam dzielnie kroczącą ku wiedzy młodzież. Bo jakaś ładniejsza ta młodzież niż za moich zbuntowano-grandżowych czasów. Drodzy uczniowie, życzę Wam, żeby ten rok szkolny był dobry. I byście go nie przegapili. I żeby zaraz po odpytce z biologii baba na matmie nie zrobiła  niezapowiedzianej kartkówki. I żeby na wuefie było coś więcej niż: serw-strata-przejście, a w sklepiku szkolnym nigdy nie zabrakło dla Was drożdżówek. Ja tymczasem wracam do mojej barwnej codzienności i pogrzebię sobie w worku ze śmieciami.


Wysypuję, patrzę i myślę sobie: to nie moje. Przecież moich jest zwykle tona i kilka miligramów. Tym razem będzie krótko i na temat, bo część pustaków opisywałam na bieżąco i nie chcę przynudzać. Któż kocha nudziarzy? (odpowiedź brzmi: nudziarzy kochają ci, którzy kochają nudziarzy).


Trussardi – My Land – Shampoo & Shower Gel –  My Land jest idealny w swej orzeźwiającej prostocie, należy do linii męskich zapachów, które zwykłam nazywać korzennymi. Korzenie jednak nie pochodzą z Dalekiego Wschodu, tylko z pobliskiego lasu zmoczonego przez deszcz (czy to ty, bergamotko?). To zapach seksownego faceta i nawet jeśli nosi go brzydal-idiota, odwrócę się za nim, kiedy mnie minie w trakcie spaceru. Żel pachnie tak samo jak woda toaletowa i zdecydowanie za szybko dobił dna (hmm, może dlatego, że regularnie go mężowi podkradałam?). O funkcji szamponu się nie wypowiem, bo żadne z nas nie lało go na głowę.

Balea – Street Art Shower Gel – wersja pomarańczowapisałam ostatnio, ale powtórzę: spośród wielu pięknych aromatów kąpielowych, z których słynie Balea i z którymi mój nos miał do czynienia, ten jest najgorszy. Nie powala brzydotą, ale to naprawdę nędzna pomarańcza – taka z cukierków w kształcie fasolki, z których wypływa słodki ulepek. Nie wiem, czy te cukierki wciąż istnieją, no ale co za różnica. Uliczna pomarańcza Balei to full syntetyk. Na szczęście szybko sobie poszła.

Balea – Creme Seife – mleko z miodem – ślicznie pachnie, nie wysusza dłoni, zapas już na mnie czeka. Najsłabszą stroną tych mydeł jest wydajność. Poza tym są bajeczne.


Yves Rocher – Tradition de Hammam – maska do twarzy i włosów – dobrze oczyszcza twarz i raczej nędznie włosy. Uwaga: wrażliwsze cery może podszczypywać. Tu recenzja: KLIK.

Nuxe – płyn micelarny (miniatura) – delikatny, ładnie, choć intensywnie pachnący, do demakijażu twarzy i ust w porządku, do oczu za słaby. Ja i tak używam dwufazy, więc teoretycznie mi wszystko jedno, ale wciąż wolę wracać do miceli, które są wszechstronne (vide omówiony do wyrzygu kiszek Sensibio AR z Biodermy).

Inter Fragrances – Seboradin Niger – szampon do włosów przetłuszczających się i ze skłonnością do wypadania – porządny, wyraźnie ograniczający przetłuszczanie szampon, który niestety wali ziołowym wywarem. Zapach do wytrzymania, ale mój nos, przyzwyczajony do pięknie pachnących Fructisów czy ostatnio do malinowej i ciasteczkowej Balei, cierpiał w ciszy i skupieniu. Do szamponu wrócę, tylko jeszcze nie teraz. Receptory węchu muszą nieco odsapnąć.

Iwostin – Purritin – Żel do mycia twarzy – a tutaj to już mamy aromatyczny koszmar. Niezapomniana nuta zapachowa, którą poznałam dzięki żelowi do twarzy Synergen (KLIK), z Iwostinu tłucze niczym Wielka Siklawica. Ja nie wiem, co za plugastwo ukryło się w obu tych żelach, ale ten zapach rozkładających się zwłok jest praktycznie nie do zniesienia. Zużywałam Purritin z niemałym obrzydzeniem, podtykałam go do mycia mojemu mocno upośledzonemu węchowo małżonkowi (<3) i prawie nam się udało dobić dna. Mój szalony upór w denkowaniu tego żelu można wytłumaczyć wyłącznie bardzo dobrym działaniem, porównywalnym z Effaclarem. Jedno jest pewne: do Purritinu już nigdy nie wrócę.


Clarins – Toning Lotion with Iris – tu na szczęście mamy bardzo ładnie (acz intensywnie) pachnący tonik do cer tłustych i mieszanych, który zachwyca delikatnością i działaniem, ale nie wiem, czy aż tak, żeby skusić się na kolejną butlę (cena!). Może jednak się skuszę, bo wspomnienia mam bardzo miłe, ale jeśli już, to tylko w dwa razy większej pojemności (cenowo opłacalne bez porównania). Pełna recenzja: KLIK.

Hugo Boss No. 6 – oczywiście to nie moje denkowe dzieło, ale pragnę pożegnać tę pękatą butlę z honorami, bo to zapach naszej szczenięcej miłości, który regularnie powraca, dzięki czemu my również wciąż jesteśmy zakochanymi szczeniętami. „Nuty drzewne z akcentami przypraw i kwiatów” – wyśmienita recepta na gówniarstwo.

Alverde – mydło w kostce Wildrose – najlepsze w tym mydle było to, że dostałam je jako gratis do zamówienia od Patrycji z Drogerii Cytrynowej. Poza tym nie zrobiło na mnie wrażenia, ale ja ogólnie jestem nieczuła na powaby mydeł w kostkach.

L'Occitane – Cherry Blossom – perfumy w kremie – perfumowana wazelina o kwiatowym, babcinym zapachu, który ulatniał się szybko i doprawdy nie wiem, po co mi to było. Chyba przez metalową puszkę – mam do nich ogromną słabość! Prehistoryczna recenzja tu: KLIK. Aha, zużyłam do połowy, zapomniałam, a jak sobie przypomniałam, to już śmierdziało.


Yves Rocher – Elixir 7.9 – krem na noc – tu recenzja: KLIK, a ja tylko powiem, że słoik ze mną zostaje, bo jest utrzymany w nurcie eko i można nasadzić nań nowy krem. Być może warto to zrobić, bo ten jest wcale niezły.

Pat&Rub – Hipoalergiczny krem do stóp – bardzo lubię linię Hipoalergiczną za zapach, a po spotkaniu z tym kremem lubię ją również za udaną przygodę ze stóp smarowaniem. Rzadko się zdarza, żeby krem do stóp jednocześnie dobrze się wchłaniał i ładnie nawilżał. Tutaj tak właśnie jest.  Recenzja: KLIK.

It's Skin – Pearl Bright Essential Mask Sheet – najbardziej lubię maski płachtowe, bo są takie proste w użyciu, że ojacie, ale ta zupełnie nie przypadła mi do gustu, może dlatego, że nie potrzebuję od masek blasku i rozświetlenia (mam je na co dzień dzięki nieskończonym pokładom sebum). To był gratis do jakiegoś zamówienia, więc narzekać nie będę, ale na pewno już się nie spotkamy, chyba że znowu ktoś mi ją wciśnie do paczki z dobrego serca.

A z kremem Bobbi Brown jest jakieś niezgorsze szachrajstwo z mojej strony, ponieważ poleciał do śmieci miesiąc temu i zaplątał się w torbie śmieciowej i udaje, że zużyłam go znowu. Nie jest to jednak możliwe, bo krem jest tak wydajny, że wystarcza co najmniej na trzy miesiące, używany dwa razy dziennie. Także tego. Spadaj, słoiczku, do zobaczenia, na razie.