poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Oddajcie mi moje stopy! Czyli Agaty przygoda ze stóp złuszczaniem

Na wstępie Was uspokoję: nie będzie dziś fotek moich stóp przed, po ani w trakcie. Nie będzie też widoku stóp nurzających się w kwasowych skarpetach. Możecie spokojnie wrócić do nadgryzionej kanapki, a następnie popić ją, coby nie dostać czkawki (jak nie popiję kanapki, zawsze czkam, mam to po mamie). Dziś będzie o tym, jak bardzo w moim życiu sprawdza się stara, smutna prawda: jeśli sobie nie zapracujesz, to nie masz.

Tak było od zawsze i przykłady mogłabym mnożyć w nieskończoność. Poczynając od prób ściągania na klasówce z historii, które kończyły się obniżeniem oceny, przez całkowity brak szczęścia w grach losowych, a kończąc na kiepskiej przemianie materii, która sprawiła, że po paru dniach wpierniczania zakopiańskich dobroci na wadze zobaczyłam plus półtora, podczas gdy wiele moich koleżanek może codziennie czipsy zagryzać czekoladą z orzechami, a waga nawet nie drgnie. Co zrobić, taka karma


Tym razem postanowiłam ułatwić sobie życie w kwestii upierdliwej pielęgnacji stóp. Miast szorować je pumeksem, smarować kremem, krem z dłoni wycierać w portki od piżamy, a potem wstrzymywać mocz do czasu wchłonięcia, zapragnęłam zrobić to, co połowa blogosfery: pójść na skróty i złuszczyć brzydką skórę na stopach przy użyciu skarpet kwasowych. Tak po prostu. Wszystkim wokół się udaje, a ja wielokrotnie przełykałam kanapkę, a potem popijałam ją herbatą, oglądając przy tym fotografie przepięknych stópeniek przed zabiegiem. Wersja „po” każdorazowo napawała optymizmem, dlatego wreszcie kupiłam Moją Pierwszą Parę Skarpet Złuszczających. Hm, wygląda na to, że ostatnią. 

Zakupy zrobiłam w epoce przedbiedronkowej, zanim wiele z Was udało się do sklepów w ciapki po tanią wersję tych skarpet. Moje Almea Baby Foot kupiłam po jednej z entuzjastycznych blogowych recenzji za niemałe 52 zł plus wysyłka. No ale czego się nie robi dla wielkiej metamorfozy?


Skarpety czekały na odpowiedni moment. Cztery tygodnie do wymarzonego wypadu we dwoje. Urlop. Pierwszy od nie-wiadomo-ilu-lat i pierwszy bez kolesia w sandałach i skarpetach, który na kałużę mówi „kapka”, a poza tym – zamiast mówić – raczej jęczy i postękuje. Oczami wyobraźni widziałam moje brand new stopy, które z dumą prezentuję małżonkowi wieczorową porą, a on gładzi je, oniemiały z zachwytu.

W praktyce moje brand new stopy faktycznie były brand new: jeszcze nigdy nie wyglądały tak fatalnie! Okej. Nie przypuszczałam, że złuszczanie zacznie się tak późno. Wszystkie damy i damesy blogosfery donosiły, że w ciągu najwyżej tygodnia rozpocznie się proces przechodzenia na dobrą stronę mocy. Porady brzmiały: nie majstruj przy schodzącej wylince, po skarpetowej sesji nie używaj kremu do stóp, bo może to zmniejszyć moc złuszczającą kwasów. Po prostu czekaj spokojnie, a twoja cierpliwość zostanie nagrodzona widokiem stóp, które – gdyby nie rozmiar – można by pomylić z niemowlęcymi. No więc tak: najpierw było spóźnione złuszczanie. Machina ruszyła po dwóch tygodniach. Leniwie, ospale, beznadziejnie. Widać było, że podeszwy są suche jak wiór, błagają o krem lub jakiekolwiek nawilżenie, a w związku z brakiem dostaw wilgoci pękają w szwach. O to przecież chodziło, prawda? Kilka dni później wiedziałam już, że nie ma szans, bym do urlopu  wyliniała ostatecznie. Łuszczenie dopiero zaczynało się rozkręcać. Najpierw opuszki palców, potem kilka dni przerwy i... zaczęło się na dobre! Akurat zdążyliśmy dojechać do Zakopanego.

W górach zmiękłam i – zgodnie z zaleceniem producenta – zaczęłam lekko nawilżać wysuszony naskórek. Używałam lekkiego kremu do twarzy, nietłustego, tak jak należy. Pomogło o tyle, że łatwiej było zdzierać płaty niepotrzebnej skóry. Tak, zaczęłam przyspieszać proces łuszczenia nerwowym skubaniem. Wieczory w górskiej chatynce pamiętam dwojako: z jednej strony cudowne, beztroskie lenistwo i pełna małżeńska integracja, a z drugiej: garstki kawałków skórnych, które co i rusz trafiały do kibla. Bardzo romantycznie. Nie ciągnęłam za tę skórę bez sensu, nie zdrapywałam jej na siłę – po prostu delikatnie zdejmowałam to, co już i tak chciało sobie pójść w cholerę. Stopy wyglądały źle, pogodziłam się z faktem, że popełniłam olbrzymi błąd logistyczny, pocieszałam się jednak, że może na wyjeździe nie zabłysłam, ale przecież w domu doczekam się upragnionego efektu „baby foot”.

Z Zakopanego wróciliśmy 7 sierpnia. Dziś jest 25, a moje stopy wciąż wyglądają kiepsko. Nie złuszczyły się do końca, pozostały zadziorki, a paluchy (moja największa zmora) już zaczęły rogowacieć na nowo, a ja osiągnęłam zupełnie nowy poziom stopowej szkaradności. Powoli zaczynam się z niej wygrzebywać wraz z grupą zdradzonych przyjaciół: pumeksem, peelingiem i kremem.

Nie wiem, co poszło nie tak. Wszystko robiłam zgodnie z instrukcją, dawałam przebrzydłym girom to, czego potrzebowały, a operacja i tak się nie powiodła. Miejsca po złuszczaniu faktycznie były gładkie i miłe w dotyku, ale dlaczego skóra nie zeszła do końca? Producent zaleca przy „wyjątkowo zrogowaciałych stopach” (moje takie nie były!) kolejną kwasową sesję. Ja już jednak podziękuję...

55 komentarzy:

  1. Mnie jakoś nie kuszą te eksperymenty ze stopami :D

    OdpowiedzUsuń
  2. No widzisz. Ja tez mam takie skarpetki ale wciąż odkładam bo jakoś tak nie jestem przekonana czy to wszystko czasowo ładnie pójdzie. Chyba poczekam do pełnej zimy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. najlepiej poczekać do momentu, aż będziesz jedynym człowiekiem na Ziemi i nie będzie ryzyka, że ktoś obejrzy stopy w trakcie linienia ;)

      Usuń
  3. Nie dla mnie one. Za dlugo trzeba czekac na minimalny efekt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może inne firmy sprawują się lepiej? nie mam pojęcia...

      Usuń
  4. Po ostatecznych przemyśleniach chyba też zostanę przy sprawdzonych sposobach bo jednak wbrew pozorom takie skarpety potrzebują dobrej organizacji :D W moim przypadku skóra zaczęła schodzić po 5-6 dniu ale też przez kolejne 5 dni się złuszczała ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a jaki był efekt? idealny? taki jak chciałaś?

      Usuń
  5. te skarpety... nie wierze już w to! Sama zaczęłam walczyć właśnie z pumeksem, dobrym mydełkiem i nawilżacze. Mam nadzieję, że to pomoże. A swoją drogą chyba moja karma jest taka jak Twoja ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no to współczuję karmy ;D i powodzenia w robieniu stóp na bóstwo!

      Usuń
  6. Ja na początku też podniecałam się tymi skarpetami. Naoglądałam się tyle zdjęć z efektami, że nie mogłam wyjsć z podziwu, jak coś tak niepozornego może zrobić nam nowe stopy. Popatrzyłam jednak na opinie, na ceny i.. kupiłam sobie nową tarkę do stóp ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehehe, też mam nową tarkę, na dniach rusza do roboty ;)

      Usuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ha ha Troszke sie usmialam z Twojego postu bo mam dokladnie takie same doswiadczenia z BabyFoot tylko z innej firmy.. I co ? i skucha wielka. Nie ma to jak dobry, sprawdzony pumeks. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    2. myślałam, że może inne firmy działają lepiej, ale widzę, że chyba wszystko zależy od stóp.

      Usuń
  8. Biedactwo:( Moje skarpety leżą od kilku miesięcy w szafce i czekają na swoją kolej, doczekają się pewnie zimą. Miałam mieć piękne stópki latem, ale w moim przypadku pewniakiem jest, że jak coś może się nie udać, to na pewno się nie uda, więc ostatecznie odpuściłam. Nie chciałam spędzić tych 30 stopniowych upałów w krytych butach (fuj...).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kurczę, u mnie też zwykle wysokie prawdopodobieństwo niewypałów, więc nie wiem, czemu samą siebie przekonałam do eksperymentów ze stopami w samym środku lata :)

      Usuń
  9. Teraz się poważnie wystraszyłam, czy w ogóle testować swoje skarpety. Szczerze, wolę mieć takie stopy jakie mam niż przejść przez to, przez co przeszłaś Ty... Współczuję, że tak marnie na Ciebie podziałały :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może u Ciebie lepiej zadziała... wygląda na to, że to po prostu stopowa loteria.

      Usuń
  10. jeśli nie potrzebujesz takiego całkowitego złuszczenia, to polecam Ci skarpetki złuszczające w tubce :-) właśnie ostatnio o tym pisałam

    OdpowiedzUsuń
  11. Ojej masakra. Ja miałam podobne skarpety, ale u mnie efekt było odwrotny. Zero łuszczenia, zero czegokolwiek, no może poza tym, że jak stopy namiękły w wodzie, to tak delikatnie mogłam zdrapać naskórek, ale to bardzo cieniutki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czytałam już o przypadku, że u kogoś w ogóle nic się nie wydarzyło i myślałam, że w najgorszym razie u mnie też tak będzie. no ale jak widać, może być jeszcze gorzej...

      Usuń
  12. Ja próbowałam Purederm, łuszczenie zaczęło się na dobre około 6-7 dnia, trwało jakieś pięć i stopy miałam gładsze od twarzy mojego faceta. Polecam, bo tanie są ;)
    Kanapki obowiązkowo musiałam zapijać podczas wakacji w szpitalu. Karmili mnie chlebem bezglutenowym, który tak się kruszył po ugryzieniu, że jeżeli zamiast natychmiastowego łyka herbaty wzięłam wdech, okruszki powodowały że zaczynałam się krztusić, bo właziły cholery tam gdzie nie trzeba. Jedzenie śniadań i kolacji wymagało opracowania specjalnej taktyki, łatwo więc nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na razie muszę się otrząsnąć po tym, co się wydarzyło :D
      chleb bezglutenowy? brzmi jak rower bezkołowy. brrrrrrr, współczuję

      Usuń
    2. Na razie musisz odczekać 3 miesiące, bo częściej nie można ;)

      Chleb był naprawdę dobry. W szoku byłam, bo wypiekali go w szpitalnej stołówce z gotowej mieszanki. Cztery miesiące później trafiłam do innego szpitala w tym samym mieście i po zgłoszeniu diety "bezglutenowa, bezlaktozowa" dostałam TO:

      https://fbcdn-sphotos-d-a.akamaihd.net/hphotos-ak-frc3/v/t1.0-9/598422_4035105754402_1869941071_n.jpg?oh=779c61497903e82069815386960e6363&oe=547BD169&__gda__=1417806506_082013fb9b5f060d415e1a932b6f8f48

      I inkę z mlekiem do popicia. Taniej wyszło suplementowanie mnie sterydami, bo skutki uboczne to już nie ich działka ;)

      Usuń
    3. o matko, od razu mi się przypomniały moje śniadania i kolacje w szpitalu na Madalińskiego. codziennie przez dwa tygodnie matki ciężarne, a potem karmiące dostawały chleb pszenny + mielonkę drobiową + masło. porządna, zdrowa, pyszna dieta!

      Usuń
    4. Ja do każdego posiłku miałam jeszcze rosołek w słoiku. Jak raz nie dostałam, to się poważnie zaniepokoiłam. Ale karmili tam naprawdę dobrze, w porównaniu do reszty szpitala oddział był nowy, czysty i sterylny - dermatologia w końcu ;)

      Usuń
  13. Może jesteś wyjątkiem od reguły, Twarda Stópko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może pochodzę w prostej linii od słonia?

      Usuń
    2. Od Benjamina Blumchena.

      Usuń
    3. moje serce należy do Dumbo.

      Usuń
  14. po Twoim poście aż boję się kupić jakiekolwiek skarpety złuszczajace :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. podobno do odważnych świat należy... :)

      Usuń
  15. A ja chciałabym spróbować, mimo wszystko :)

    OdpowiedzUsuń
  16. A ja chciałabym spróbować, mimo wszystko :)

    OdpowiedzUsuń
  17. u mnie purederm zadzialal subtelnie- skonczylo sie na pedicure w salonie....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w sumie dobry pomysł na ratunek dla mnie, dziękuję za inspirację, Weroniko!

      Usuń
  18. Moje stopy złuszczały się cały lipiec ;/ Przez ponad pół wakacji wyglądały okropnie, aż wstyd było w japonkach chodzić ;( Oj nie dla mnie takie "skarpetki" ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o rety, no to coś podobnego jak u mnie. Ciekawe, czy chociaż efekt końcowy Cię zadowolił

      Usuń
  19. a mi po glowie chodza te skarpety od dawna ale na razie skutecznie sobie je wybijam z glowy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. koleżanka wyżej zauważyła, że w razie niepowodzenia zawsze można udać się na pedicure, może to jakiś pomysł :)

      Usuń
  20. Ja miałam jedno podejście do takich skarpet, ale nic nie się nie zadziało. Po Twoim doświadczeniu myślę, że dam sobie już spokój. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba wszystko zależy od stóp, może Twoje nie mają ochoty się łuszczyć?

      Usuń
  21. Myślałam, ze tylko ja wycieram nadmiar kremu w piżamę. Nie jestem jedyna. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no przecież nie wytrę w czyściutką pościel :D

      Usuń
  22. Może wszystko zależy od firmy? Ja miałam skarpetki złuszczające Cosmabell i były genialne! Zaczęłam się złuszczać po 2-3 dniach i wyglądałam jak żmija zrzucająca skórę, skóra była wszędzie. A jak zaczęły się złuszczać pięty to chyba nie muszę opowiadać co się działo ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no takie mam podejrzenie, że może inne by zadziałały, ale jednak strach przed powtórką z rozrywki spory :)
      A Ty jak? na koniec byłaś zadowolona z efektu? nic nie zostało?

      Usuń
  23. Jak zwykle, fantastycznie napisana notka. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję! Twój komplement dał mi fantastycznego kopa do dalszych słownych produkcji :D

      Usuń
  24. Oj..to trochę jak te w moim przypadku z Purederm. Nie, nie była to biedronka bo nawet nie wiedziałam ale Hebe - czyli niestety ta droższa wersja :/ Złuszczanie było jak na lekarstwo po ok tygodniu, może półtora. Gdzieś tam odchodziło, zahaczało - ogólny tragizm. Spektakularnych efektów (i przede wszystkim złuszczania!) nie zauważyłam. Koniec końców pewnego wieczora tarka do stóp poszła w ruch i pozbyłam się tego widoku. Niestety namachać się trzeba było 3x więcej niż robiło się to przed zabiegiem... i szukaj kobieto udogodnień... :)

    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na mój raczkujący blog, będzie mi bardzo miło :)
    Kasia

    www.thebeautydaybook.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  25. oporne stopy hyhyhy :)
    ale szkoda, że tak nie zadziałały w takiej cenie niemałej ;/
    ja trafiłam już na biedronkowe story i wstrzeliłam się idealnie w dwa deszczowe tygodnie w czasie wakacji :) jestem całkiem zadowolona, wszystko złuszczyło się fajnie (nie piękne fotki na blogu ;p), mam "ale" tylko do nagniotków starych - tym to nie dało rady jeszcze nic, oprócz długiego moczenia i porządnej tarki ;/

    OdpowiedzUsuń