sobota, 30 sierpnia 2014

Efekciarstwo według Essence: Road Trip LE, lakiery Hit The Road, Red! i My Sweet Escape [swatche]

Limitowaną edycję Road Trip z Essence wyczaiłam w czeskim DM-ie na początku sierpnia. Kolorystyka przyciągnęła mnie do szafy, ale po spokojnym obejrzeniu całości okazało się, że tym razem Cosnova wrzuciła do limitki same pierdoły: suchy szampon, chusteczki odświeżające, worek  podróżny (wtf?), bezbarwny balsam do ust (swoją drogą jak na wersję wyjazdową trochę słaby pomysł, żeby ładować go do słoika i wymuszać aplikację palcem). Doszłam do wniosku, że nie potrzebuję niczego. No, może poza lakierami... 


Nie wydaje mi się, żeby to były odkrywcze kolory, ale z jakiegoś powodu mnie urzekły i sprawiły, że ani chwili nie zastanawiałam się nad zakupem. Szczególnie upodobałam sobie wrzosowy Hit The Road, Red!, tym bardziej że nie miałam podobnego egzemplarza w mojej kolekcji (jak to możliwe???). Trochę zaniepokoiły mnie naklejki o specjalnych efektach, jakie lakiery mają dawać, bo to rzadko oznacza coś dobrego, ale postanowiłam zaryzykować. 


Pędzelki bardzo w porządku – dość szerokie, ale bez przesady, równo ścięte, wygodnie się nimi manewruje. To, co zobaczycie na zdjęciach poniżej, to moje nieudolne próby pomalowania paznokci w tempie „prędko, prędko!” w czasie drzemki Tomasza. Pędzelek nie ma nic wspólnego z tymi zaciekami i nierównościami. No dobra, w sumie drzemka też ma niewiele wspólnego – to po prostu moje nadzwyczajne zdolności manualne.


Hit The Road, Red! na paznokciach wciąż bardzo mi się podoba, a jeszcze bardziej podoba mi się fakt, że już jedna warstwa daje pełne krycie, co z kolei oznacza szybkie schnięcie. To, co jest w moim odczuciu słabe, to ten nieszczęsny skórzany efekt, który w praktyce oznacza niemiłą w dotyku płytkę. Nie ma to nic wspólnego ze skórą (ani tą z butów, ani z brzucha czy tyłka), po prostu producent dolał do flaszki jakiś beznadziejny pyłek. Właściwie Essence udało się osiągnąć sukces: paznokcie z bardzo bliska wyglądają, jakbym malowała je, siedząc na zakurzonym poboczu przy autostradzie. Aha, lakier lepiej prezentuje się na trochę dłuższych paznokciach, ale w zasadzie wszystko prezentuje się na nich średnio, jeśli paznokcie występują w duecie z serdelkami odziedziczonymi w prostej linii po babci. 


Numer cztery, czyli My Sweet Escape, to rozbielona brzoskwinia o kremowym wykończeniu. Podobnie jak kolega wyżej, lakier aplikuje się bez stresu i już po jednej warstwie można zakończyć procedurę. Thermo Effect miał oznaczać zmianę odcienia w zależności od temperatury, ale nie mam pojęcia, jak to osiągnąć – u mnie od pomalowania do zmycia był taką samą rozbieloną brzoskwinią. Następnym razem potrzymam dłonie w zamrażalniku i zobaczę, co się stanie, ale w sumie ten odcień jest naprawdę ładny, więc po co go zmieniać?

Oba lakiery nie odpryskują i nie schodzą płatami. Nie używałam wysuszacza, który mógłby przedłużyć ich trwałość, dlatego już po dwóch dniach widziałam starte końcówki (szczególnie widoczne przy ciemniejszym lakierze). Chciałabym odnaleźć ten wrzosowy odcień ze zwykłym, kremowym wykończeniem bez głupiej tekstury. Jakieś podpowiedzi?

Pojemność: 5 ml
Cena: 7,99 zł
Dostępność: jaskółki mówiły, że w Polsce ma nie być tej limitki, ale widzę ją na polskiej stronie z polskimi cenami, więc może da się jednak gdzieś ucapić? EDIT: zoila potwierdza: limitka już dotarła do nas, będzie w Hebe :)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Yves Rocher – Tradition de Hammam – maseczka do twarzy i włosów [recenzja]

Seria Tradition de Hammam swego czasu bardzo mnie zainteresowała – orientalne nawiązania były równoznaczne z obietnicą orientalnych woni, a orientalna woń według mnie może albo ewoluować w stronę korzennych przypraw, albo uderzać w kadzidlaną nutę. Jedna i druga opcja to dla mojego nosa frajda, dlatego z radością zaprosiłam do swych kosmetycznych włości maseczkę do twarzy i włosów, którą stare, dobre, poczciwe Yves Rocher wcisnęło mi za darmo do któregoś z zamówień.

Moja maska wciąż ze starym, lepszym logo.

Cóż to jest marokański rytuał Hammam – nie miałam najbledszego pojęcia, dopóki maska nie trafiła w moje ręce. Wujcio Google podpowiedział, że chodzi o „dogłębne oczyszczenie ciała i ukojenie duszy”, co brzmi trochę fajnie, trochę tajemniczo, a trochę nie-wiadomo-jak, czyli bardzo wschodnio. A nawet Wschodnio. A nawet Dalekowschodnio. No dobra, przeczytałam, co i jak, więc się podzielę. W rytuale Hammam chodzi o to, żeby najpierw wyszorować ciało mydłem savon noir, używając przy tym specjalnej rękawicy o wdzięcznym imieniu Kessa, potem odżywić i ujędrnić skórę, serwując jej glinkę Ghassoul wymieszaną z olejem i hydrolatem, a na koniec namaścić się jakimś egzotycznym tłuszczem – w najprostszym scenariuszu niechże to będzie chociaż oryginalny, pozyskiwany tradycyjnie (czyli z kozich bobków) argan.

Tubka lubi sobie pierdnąć z kleksem.

Maseczka Yves Rocher to ten drugi krok rytuału. Bogata w glinkę marokańską, wodę różaną i dość uboga w olej arganowy spełnia rytualne założenia, więc przezywanie jej per Hammam ma tu nawet sens. Pełen skład do wglądu poniżej, a ja powiem Wam, co dla mnie sensu nie ma. Zapach. Co za rozczarowanie! Miało być orientalnie, a pachnie... prażonym jabłkiem. Takim bez cynamonu, tylko z cukrem. To bardzo ładny zapach i bardzo go lubię, ale co on ma wspólnego z orientem? Czy oni tam w ogóle pieką szarlotkę?

Przejdźmy dalej: konsystencja. Jest dość rzadka, maska nazbyt chętnie wylewa się z tuby, co widać na zdjęciu. Pewnie powinnam otworek wycierać starannie po każdym użyciu i wtedy nie byłoby efektu zaschniętej pasty do zębów, ale w sumie nigdy o tym nie myślę, gdy mam palce umazane w szarlotkowym błotku, no i jest jak jest. 

Skład, mimo bliskości z naturą, obfituje w parabeny i kilka gatunków gorzałki.

Maskę zużyłam głównie do twarzy (o eksperymencie z włosami za chwilę) i było warto, bo działa bardzo dobrze, chociaż w przypadku mojej naczynkowej cery to już dość ryzykowna zabawa. Marokańskie błoto nie jest idealnie gładkie – zawiera drobiny, coś jakby glinkowy, nierozpuszczalny miał, więc może służyć również jako delikatny peeling mechaniczny. Ja od takich trzymam się z daleka, dlatego maskę nakładałam ostrożnie pod prysznicem, nie pozwalałam jej wyschnąć, a potem zmywałam dużą ilością ciepłej wody, bez szorowania polików. Dzięki temu właściwości ścierne mnie ominęły, a cera nie była zaogniona. Komu mechaniczne zdzieranie niestraszne, ten powinien się ucieszyć z podwójnej oczyszczającej działalności. W kontakcie ze skórą maska na początku delikatnie szczypała, potem cera chyba się przyzwyczaiła – szczypanie wracało tylko po dłuższej przerwie między zabiegami. Skóra po użyciu jest gładka, czysta i delikatnie rozjaśniona. Dla mnie super.

Jeśli chodzi o włosy, trudno mi ocenić działanie Tradition de Hammam. Trzy razy aplikowałam maskę na mokre, nieumyte jeszcze włosy, trzymałam 5–10 minut, a potem podwójnie zmywałam szamponem (za każdym razem innym) i jeszcze dokładałam na chwilę odżywkę. Już sama aplikacja jest mało przyjemna – grudkowate błoto źle się rozprowadza i trudno ocenić, czy już wszystko jest umazane, czy tylko część. Przy pierwszej próbie efekt był mizerny – włosy ciężkie, oklapnięte,  matowe – miałam wrażenie, że maska się nie domyła (a przecież dostała dwie kolejki szamponu!). Za drugim razem było dokładnie odwrotnie: byłam zaskoczona tym, jak moje włosy są gładkie, lśniące i mięsiste. Już chciałam odtrąbić sukces, ale przy trzeciej próbie powtórzyła się sytuacja z początku eksperymentu: przyklap + smętne strąki. Być może należy dobrze dopasować szampon, może chodzi o jeszcze inną zależność. Ja w każdym razie straciłam ochotę do włosowych testów, bo taka ze mnie włosomaniaczka jak z koziej dupy trąbka. 

Werdykt? Do twarzy: tak. Do włosów: na własną odpowiedzialność.

Pojemność: 100 ml
Cena: regularna 50 zł, ale nie sposób ją zapłacić (obecnie na stronie za 34,90 zł)
Ocena: 5/6 (w wersji do twarzy)

wtorek, 26 sierpnia 2014

Minirecenzje DM-owych łupów: Balea

Dawno temu w trawie, podobnie jak setki namiętnych zakupowo blogerek, ja również uległam czarowi DM-owych smakołyków. Bo tanie, bo ładne etykiety, bo nie mam pojęcia, co to, więc chcę owo pojęcie uzyskać, no i oczywiście: bo zakazany owoc jest pyszny i wcale nie tuczy! Złożyłam zamówienie w internetowej drogerii, paczka wypełniona po brzegi tą rozkoszną taniochą przyjechała aż nazbyt prędko, a ja rozpoczęłam testowanie. Baleowe zapachy w większości przypadły mi do gustu, z działaniem bywało różnie. Ostatecznie emocje szybko opadły, a ja zmieniłam obszary zainteresowań. Aż nagle przyszła majówka w bardzo niemajówkowych Katowicach, a wraz z nią szalony pomysł: pojedźmy do cieszyńskiego DM-u! To był zakupowy strzał numer jeden. Strzał numer dwa odbył się na początku sierpnia w tej samej drogerii. W ten sposób w moim życiu pojawiło się przez ostatni rok tyle DM-owych kosmetyków, że mogłabym nimi obdzielić całe przedszkole. Albo całe coś innego.


Balea – Beauty Effect Eye Lift Serum

Pośród setek recenzji kosmetyków Balea nigdy nie zauważyłam tego serum na jakimkolwiek blogu. W cieszyńskim DM-ie wrzuciłam go więc do koszyka zupełnie w ciemno – ot, spodobała mi się mała buteleczka z airlessem i obietnica tuningu okolic oczu z pomocą starego kumpla – kwasu hialuronowego. Serum powstało na bazie gliceryny i wody z bławatka, zawiera też wyciągi ze świetlika lekarskiego i korzenia irysa, a wspomniany kwas hialuronowy występuje w środku składu. Kwas ma przede wszystkim pilnować, by woda nie spierniczała z naskórka i pewnie takie cudo czyni, ale żeby wszystko było w porządku, nie należy używać serum solo. Kilka razy zdarzyło mi się zapomnieć zaaplikować krem, a to w efekcie dało mi nie tyle lifting, co nieprzyjemne napięcie delikatnej skóry pod oczami. Serum wchłania się całkowicie, do pełnego matu, nadaje się więc pod makijaż. Pozostawia wrażenie podobne do zaschniętych łez, ale już użyte pod krem sprawuje się dobrze. Nie zauważyłam jego nadzwyczajnychwłaściwości, ale miło chłodzi oczy i odświeża. Z nawilżania raczej nici. Nie planuję powrotu, bo myślę, że znajdę coś lepszego i łatwiej dostępnego, ale plastikową flaszkę chętnie dokończę (swoją drogą całkiem to-to wydajne).


Balea – Cocos & Nektarine Deo Roll-On 48 h

Wrzuciłam do koszyka tę kulkę, bo pomysł dezodoryzowania się (słowo dnia) w asyście kokosa i nektarynki wydał mi się dość niezwykły. Zwykle antyperspiranty pachną... czymś tam. Trudno powiedzieć, czym: są zapachy bardziej kwiatowe, bardziej owocowe lub po prostu kosmetyczne. Ten antyperspirant pachnie dokładnie tym, na co wskazuje etykieta, a zapach jest taki sam jak w żelu pod prysznic z tej samej serii (czyli słodki, syropowy). Nie zawiera alkoholu, zawiera za to aluminium. 48 godzin świeżości oczywiście możecie włożyć między bajki – powiedziałabym nawet, że chroni przed potem mocno średnio. Na co dzień nie bywam spoconym, cuchnącym wieprzkiem – mój pot rzadko kiedy sygnalizuje swą Jaśnie Cuchnącą obecność. Po użyciu Balei zdarzyło mi się więcej niż raz późnym popołudniem w popłochu obwąchiwać swoje pachy (ma się to masochistyczne zacięcie, co?) i zastanawiać, czy tylko ja to czuję, czy ONI też. Zatem kulka – mimo że ładnie pachnie i miła dla oka – do najlepszych nie należy. Potulnie wracam do Nivei Dry Comfort Plus. Niveo, proszę, wybacz mi ten wakacyjny romans! 


Balea – Szampon malinowy do codziennego mycia

Szampon pochodzi z dawnej, letniej limitowanej edycji (powoli zaczynam być uczulona na te dwa słowa), ale może da radę dostać go jeszcze gdzieś w internecie. Pachnie ślicznie (mało syntetycznymi malinami), bardzo dobrze się pieni, nie zawiera silikonów, dobrze oczyszcza i radzi sobie z olejami, a co najważniejsze: nie obciąża moich rzadkich, marnych strączków. Pozostawia włosy miękkie i sypkie, a dzięki wielkiej pianie, jaką zapewnia SLeS, jest wydajny (tak bardzo, że używam, używam i zużyć nie mogę). Skład ma krótki i sensowny, co stawia go wysoko w rankingu szamponów, które lubię. Jak zwykle żal dupę ściska, że to limitka i że już go nie produkują. Czemu moje kosmetyczne życie co chwilę musi być okupione cierpieniem?!



Balea – Creme Seife – mydło w płynie, brzoskwinia i nektarynka

Bardzo polubiłam te mydła. Po długiej i momentami męczącej przygodzie z kostkami Lusha z przyjemnością wróciłam do poczciwego półlitrowego opakowania mydła z pompką. Ta wersja zapachowa, podobnie jak wiele innych od Balei, aromatem nawiązuje do lat 90. i ichniejszych syropów smakowych. A że jestem dzieckiem lat 90., takie wspominki zawsze są dla mnie miłe. Tu też jest miło, bo mydło nie tylko ocieka zapachową słodyczą, ale też pozostawia dłonie gładkie i dalekie od wysuszenia. Pompka się nie zacina, opakowanie może nie ozdobi ekskluzywnie wykończonej łazienki, ale cieszy oko radosną etykietą, no i w razie nie-ten-tego mydło można przelać do własnego ekskluzywnego opakowania zastępczego. W DM-ach sprzedawane są dolewki w workach jak po oranżadzie, a że oranżada to również moje młodzieńcze czasy, zaopatrzyłam się w bardzo przyjemne mydło w wersji mleczno-miodowej. 


Balea Professional Oil Repair – Odżywka do włosów z olejem arganowym do włosów suchych i zniszczonych

To jest bardzo dobra odżywka z zaskakująco przyzwoitym składem, ale niestety, nie dla moich włosów (zacznijmy od tego, że one ani suche, ani wyjątkowo zniszczone). Balea Oil Repair ma właściwości regenerujące, olej arganowy na szóstym miejscu w składzie, hydrolizat protein pszenicy, a do tego wyborny zapach karmelowo-ciasteczkowy. Czuć go jeszcze bardziej niż w szamponie z tej serii (pisałam o nim TU) i naprawdę chętnie związałabym się z tą odżywką na wieki wieków, ale jest zbyt ciężka i moje włosy są po niej gładkie, łatwo rozczesywalne, ale totalnie oklapnięte. Używam jej od wielkiego dzwonu jako pierwsze O w metodzie OMO (której to metody nie stosuję wcale, chyba że mam ochotę zużyć trochę Balei) albo kiedy włosy i tak planuję nosić spięte. No szkoda wielka, ale jeśli macie kłaczyska grubsze od moich, śmiało możecie ją wypróbować. 


Balea – Oczyszczająca pianka do mycia twarzy z wyciągiem z kaszmiru

Pianka została zakupiona w sierpniu, bo po prostu zapomniałam spakować na wyjazd żel do mycia twarzy. Nie miałam wobec niej żadnych wielkich oczekiwań i... miło się zaskoczyłam. Najbardziej zainteresował mnie składnik o nazwie hydrolyzed wool, czyli kaszmir, czyli wyciąg z... koziej czupryny. Myślę, że to on może być odpowiedzialny za bardzo przyjemne uczucie gładkości po umyciu twarzy. Cały skład jest dość krótki i niegroźny, pianka nie zawiera na szczęście alkoholu ani zapychaczy. Ma wyraźny zapach, który nie każdemu może przypaść do gustu – umówmy się, to żadne dzieło sztuki perfumiarskiej. Po wyduszeniu z tuby pianka jest bardzo zwarta i sucha, coś jak ciepłe lody (pamiętacie?), ale po kontakcie z wodą zamienia się w przyjemną, lekką pianę. Trzeba ją tylko dobrze domyć, bo raz mi się zdarzyło zakręcić wodę zbyt szybko i moje policzki tak się lepiły, że mogły służyć po tym za tablicę ogłoszeń. Twarz jest po niej dobrze oczyszczona i gładka, niestety, również trochę ściągnięta (co kto lubi). 100 mililitrów zapewne starczy na długo, bo z uwagi na zbitą konsystencję i dobre spienianie, jednorazowo wystarczy naprawdę odrobina.


Balea – Street Art Shower Gel – wersja pomarańczowa

To najsłabszy pomarańczowy zapach, jaki sobie przypominam. Nie warto. Aż mi smutno, że wrzuciłam go kiedyś do konkursowej paczki dla Was, no ale skąd mogłam wiedzieć? Mój egzemplarz otworzyłam dużo później. 

Na razie tyle, a ja smaruję i szoruję się dalej. 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Oddajcie mi moje stopy! Czyli Agaty przygoda ze stóp złuszczaniem

Na wstępie Was uspokoję: nie będzie dziś fotek moich stóp przed, po ani w trakcie. Nie będzie też widoku stóp nurzających się w kwasowych skarpetach. Możecie spokojnie wrócić do nadgryzionej kanapki, a następnie popić ją, coby nie dostać czkawki (jak nie popiję kanapki, zawsze czkam, mam to po mamie). Dziś będzie o tym, jak bardzo w moim życiu sprawdza się stara, smutna prawda: jeśli sobie nie zapracujesz, to nie masz.

Tak było od zawsze i przykłady mogłabym mnożyć w nieskończoność. Poczynając od prób ściągania na klasówce z historii, które kończyły się obniżeniem oceny, przez całkowity brak szczęścia w grach losowych, a kończąc na kiepskiej przemianie materii, która sprawiła, że po paru dniach wpierniczania zakopiańskich dobroci na wadze zobaczyłam plus półtora, podczas gdy wiele moich koleżanek może codziennie czipsy zagryzać czekoladą z orzechami, a waga nawet nie drgnie. Co zrobić, taka karma


Tym razem postanowiłam ułatwić sobie życie w kwestii upierdliwej pielęgnacji stóp. Miast szorować je pumeksem, smarować kremem, krem z dłoni wycierać w portki od piżamy, a potem wstrzymywać mocz do czasu wchłonięcia, zapragnęłam zrobić to, co połowa blogosfery: pójść na skróty i złuszczyć brzydką skórę na stopach przy użyciu skarpet kwasowych. Tak po prostu. Wszystkim wokół się udaje, a ja wielokrotnie przełykałam kanapkę, a potem popijałam ją herbatą, oglądając przy tym fotografie przepięknych stópeniek przed zabiegiem. Wersja „po” każdorazowo napawała optymizmem, dlatego wreszcie kupiłam Moją Pierwszą Parę Skarpet Złuszczających. Hm, wygląda na to, że ostatnią. 

Zakupy zrobiłam w epoce przedbiedronkowej, zanim wiele z Was udało się do sklepów w ciapki po tanią wersję tych skarpet. Moje Almea Baby Foot kupiłam po jednej z entuzjastycznych blogowych recenzji za niemałe 52 zł plus wysyłka. No ale czego się nie robi dla wielkiej metamorfozy?


Skarpety czekały na odpowiedni moment. Cztery tygodnie do wymarzonego wypadu we dwoje. Urlop. Pierwszy od nie-wiadomo-ilu-lat i pierwszy bez kolesia w sandałach i skarpetach, który na kałużę mówi „kapka”, a poza tym – zamiast mówić – raczej jęczy i postękuje. Oczami wyobraźni widziałam moje brand new stopy, które z dumą prezentuję małżonkowi wieczorową porą, a on gładzi je, oniemiały z zachwytu.

W praktyce moje brand new stopy faktycznie były brand new: jeszcze nigdy nie wyglądały tak fatalnie! Okej. Nie przypuszczałam, że złuszczanie zacznie się tak późno. Wszystkie damy i damesy blogosfery donosiły, że w ciągu najwyżej tygodnia rozpocznie się proces przechodzenia na dobrą stronę mocy. Porady brzmiały: nie majstruj przy schodzącej wylince, po skarpetowej sesji nie używaj kremu do stóp, bo może to zmniejszyć moc złuszczającą kwasów. Po prostu czekaj spokojnie, a twoja cierpliwość zostanie nagrodzona widokiem stóp, które – gdyby nie rozmiar – można by pomylić z niemowlęcymi. No więc tak: najpierw było spóźnione złuszczanie. Machina ruszyła po dwóch tygodniach. Leniwie, ospale, beznadziejnie. Widać było, że podeszwy są suche jak wiór, błagają o krem lub jakiekolwiek nawilżenie, a w związku z brakiem dostaw wilgoci pękają w szwach. O to przecież chodziło, prawda? Kilka dni później wiedziałam już, że nie ma szans, bym do urlopu  wyliniała ostatecznie. Łuszczenie dopiero zaczynało się rozkręcać. Najpierw opuszki palców, potem kilka dni przerwy i... zaczęło się na dobre! Akurat zdążyliśmy dojechać do Zakopanego.

W górach zmiękłam i – zgodnie z zaleceniem producenta – zaczęłam lekko nawilżać wysuszony naskórek. Używałam lekkiego kremu do twarzy, nietłustego, tak jak należy. Pomogło o tyle, że łatwiej było zdzierać płaty niepotrzebnej skóry. Tak, zaczęłam przyspieszać proces łuszczenia nerwowym skubaniem. Wieczory w górskiej chatynce pamiętam dwojako: z jednej strony cudowne, beztroskie lenistwo i pełna małżeńska integracja, a z drugiej: garstki kawałków skórnych, które co i rusz trafiały do kibla. Bardzo romantycznie. Nie ciągnęłam za tę skórę bez sensu, nie zdrapywałam jej na siłę – po prostu delikatnie zdejmowałam to, co już i tak chciało sobie pójść w cholerę. Stopy wyglądały źle, pogodziłam się z faktem, że popełniłam olbrzymi błąd logistyczny, pocieszałam się jednak, że może na wyjeździe nie zabłysłam, ale przecież w domu doczekam się upragnionego efektu „baby foot”.

Z Zakopanego wróciliśmy 7 sierpnia. Dziś jest 25, a moje stopy wciąż wyglądają kiepsko. Nie złuszczyły się do końca, pozostały zadziorki, a paluchy (moja największa zmora) już zaczęły rogowacieć na nowo, a ja osiągnęłam zupełnie nowy poziom stopowej szkaradności. Powoli zaczynam się z niej wygrzebywać wraz z grupą zdradzonych przyjaciół: pumeksem, peelingiem i kremem.

Nie wiem, co poszło nie tak. Wszystko robiłam zgodnie z instrukcją, dawałam przebrzydłym girom to, czego potrzebowały, a operacja i tak się nie powiodła. Miejsca po złuszczaniu faktycznie były gładkie i miłe w dotyku, ale dlaczego skóra nie zeszła do końca? Producent zaleca przy „wyjątkowo zrogowaciałych stopach” (moje takie nie były!) kolejną kwasową sesję. Ja już jednak podziękuję...

piątek, 22 sierpnia 2014

M•A•C Sharon & Kelly Osbourne LE: Mineralize Skinfinish Duo, Jolly Good / Patentpolish Lip Pencil, Ruby

MAC zdecydowanie za często wypuszcza limitowane kolekcje, a te, które ujrzą światło dzienne, są w zbyt małym nakładzie, by móc w pełni świadomie dokonywać zakupu. Kiedy wyjeżdżałam na tydzień do Zakopanego na początku sierpnia, wiedziałam, że po powrocie wszystkie najsmaczniejsze kąski w sklepach stacjonarnych będą już wyprzedane. Zakupy udało mi się zrobić online, ale pełen wybór miałam tylko dlatego, że przez większość wyjazdu padał deszcz, a ja dorobiłam się zakwasów życia, więc kisiłam ogóra w pokoju i mogłam odwiedzać MAC-ową stronę. Trafiłam na moment, gdy towar dopiero się pojawił i było mi aż dziwnie, że wszystko jest dostępne. Wolałabym, żeby ludzie z MAC-a skoncentrowali się na poszerzaniu stałej oferty – polowanie na limitki jest coraz bardziej męczące i... nużące (ach, te problemy pierwszego świata). Poza tym kilka ostatnich propozycji marki w ogóle nie zrobiło na mnie wrażenia, co wyraźnie pokazuje, że co za dużo, to niezdrowo. Nie wspomnę o tym, jak bardzo mnie wkurza perspektywa tego, że odnajdę wśród limitowanych kosmetyków coś fantastycznego, a potem nastąpi klasyczny scenariusz: miłość – denko – nienawiść do producenta. Jasne, mogłabym bojkotować limitowane edycje. Ba, nawet próbowałam! Niestety, blogerki to zło. Szczególnie te zagraniczne. Pokazują z blogerskiego obowiązku te wszystkie limitowane cuda, a ja z obowiązku czytelniczego czytam i oglądam. A potem z konsumenckiego – kupuję. Może kiedyś zmądrzeję, a tymczasem pozostaje smakowanie klimatu peerelu i zakupy zaraz po tym, jak „rzucili”. Co tym razem rzucili? Puder i pomadkę. W pudełkach wyglądają tak:


Matkę i córkę Osbourne generalnie mam w nosie, nie wiem nawet, czym się zajmują w życiu i co jadają na obiad. Wiem tylko, że Sharon była kiedyś jurorką w którymś programie rozrywkowym, a Kelly zmieniła się ze zbuntowanego, pulchnego maszkaronka w całkiem przyzwoitą młodą damę (tak, czytam Pudelka). W oczywisty sposób ta wiedza nie robi ze mnie ich fanki, więc nie to było powodem niezdrowego zainteresowania kolekcją. W przeciwieństwie do Alluring Aquatic, nie była nim też oprawa graficzna. Ta kompletnie mi się nie podoba, mimo że lubię pastelowy, lilakowy fiolet. Mniejsza o pudełka. Pokaż, kotku, co masz w środku.



Mineralize Skinfinish Duo, jedyny do wyboru odcień Jolly Good. Najpierw zastanówmy się, co to w ogóle jest. Odpowiedź wcale nie jest oczywista. Na oko to po prostu duo, które zawiera część brązującą i (przypuśćmy że) rozświetlającą. Ten duet zainteresował mnie dlatego, że niemarchewkowe, matowe bronzery zawsze są u mnie bardzo mile widziane, a jak do tego dołączymy coś, co teoretycznie ma rozświetlać, również będąc matem... no cóż, dziwne, intrygujące połączenie! W praktyce są to dwa bardzo blade odcienie, a ja ciągle zapominam, że nie jestem AŻ TAK blada. 


Słowem: przeliczyłam się i na chwilę obecną niewiele tym duetem mogę zdziałać. Jasna część, która zawiera złoto-różowe tony, może robić za delikatnie matujący puder. Część ciemniejsza... hmmm. Tak samo. Jako że oba odcienie nie robią chwilowo wrażenia na mojej wcale-nie-tak-bardzo-opalonej skórze, poprzestanę na swatchach, które zapodałam na najjaśniejszą część mnie, jaką mogę pokazać publicznie, czyli na nogę. 


Przyjemność z używania Jolly Good jest bardzo ograniczona, bo produkt koszmarnie się pyli. W ogóle mam wrażenie, że niewiele robi na skórze, bo większość ucieka z pędzla, zanim ten zdąży przyglebić o wierzchnią część naskórka. Odcienie są jednak przyjemne dla oka, a ich subtelność w pewnych okolicznościach może okazać się zaletą. Myślę, że to mógłby być doskonały duet dla tych najbledszych, porcelanowych cer, które są biedne, bo ciężko dobrać im nieprzesadzony bronzer czy róż. Ja spróbuję zaprzyjaźnić się z Mineralize Skinfinish Duo srogą zimą. Na razie chemii między nami brak.


Poprzednie MAC-owe kredki do ust, zwane Patentpolish, zrobiły na mnie fantastyczne wrażenie. Pięknie, równomiernie rozprowadzają się po ustach, zostawiając niewysuszającą warstwę koloru. Kredka z kolekcji Sharon w odcieniu Ruby początkowo mnie rozczarowała, bo przy pierwszych dwóch użyciach zostawiła na ustach nieestetyczne grudki – możecie je zobaczyć na fotkach poniżej: 


Niechętnie powróciłam do Ruby i już zaczęłam się wściekać na moje zakopiańskie zakupy, a tymczasem Patentpolish przestał robić sceny i aktualnie pięknie się aplikuje. Przy mojej urodzie daje dość mocny efekt, choć jest półtransparentny. Dzięki swojej formule, która przypomina mi MAC-owe wykończenie lustre, nie tylko łatwo się rozsmarowuje – również dość przyzwoicie schodzi z ust. Nie powiem, że całkiem równo, ale jeśli nie wgapiamy się we własne odbicie z bliska i nie analizujemy procesu ścierania, nic złego nie dostrzeżemy. Inni też nie. W ciągu dnia regularnie się nawadniam, dlatego u mnie kolor szybko blednie i już po godzinie mogę zapomnieć o tym mocnym, lekko mokrym efekcie. Jeśli jednak z jakiegoś powodu niczego nie popijam i nie podżeram, od samego gadania proces blednięcia rozpoczyna się sporo później (dwie godziny? może trochę dłużej?). Ale spokojnie – nawet w wersji lekko startej Ruby wygląda pięknie i żywo, a jednocześnie nie jest to kolor wyzywający i przesadzony.


Ruby w moim przypadku nie kwalifikuje się do codziennego używania, ale to akurat dobrze – nie zużyję go zbyt szybko, a do takiej właśnie szybkiej śmierci typuję poprzednie Patentpolishe, w szczególności Spontaneous, który otoczyłam wyjątkowym uwielbieniem i niechętnie się z nim rozstaję. Kredka z kolekcji Sharon Osbourne i tak trafia na moje usta częściej niż przypuszczałam – chętnie używam jej wtedy, gdy rano pozostają trzy minuty na makijaż i oczy mam pomalowane, jakby robiła to średnio ogarnięta trzynastolatka. Nakładam Ruby i już wzrok przechodniów kieruje się w inne rejony (na wszelki wypadek dorzucam okulary przeciwsłoneczne, a cycki wstydliwie zasłaniam sweterkiem, żeby nie było wątpliwości, w które rejony ów wzrok ma się udać). Myślę, że Ruby będzie moim ulubieńcem tegorocznej jesieni. Tym razem było warto.

A Wy jak tam? Poddałyście się wdziękom kolejnej MAC-owej limitki, czy jesteście mądrzejsze od matki Tomasza i umiecie powstrzymać swe zakupoholiczno-nowościpragnące zapędy?


Kelly Mineralize Skinfinish Duo: Jolly Good
Pojemność: 10 g
Cena: 138 zł

Sharon Patentpolish Pencil: Ruby
Pojemność: 2,3 g
Cena: 92 zł

wtorek, 19 sierpnia 2014

Śmierdzielem w łojotok: Inter Fragrances – Seboradin Niger – szampon do włosów [recenzja]

Jeżeli Agata pisze o szamponie, to może oznaczać dwie rzeczy: 1) szampon jest fantastyczny, 2) szampon jest niewyobrażalnie beznadziejny. Co tym razem? Tego dowiecie się w dzisiejszym odcinku. Napięcie zbudowane, pora zatkać nosy i... jedziemy!

Ach, wybaczcie niewyjściowe zdjęcia. Były robione kiedyś w pośpiechu, a potem zapomniałam poprawić, a butla prawie dobiła dna, więc jest jak jest. Miętowa torebka pochodzi z Douglasa. W koszyku mieszkają dziesiątki kabli do zupełnie-nie-wiadomo-czego. 


Zakup Seboradinu Niger był jedną z moich odpowiedzi na wypadanie włosów. Nie było to ot, takie sobie zwykłe wypadanie z okazji przesilenia wiosennego. To było wychodzenie garściami. Uciekanie w popłochu. Łysienie przed trzydziestką. Słowem: kompletna katastrofa. Wspomnijmy raz jeszcze, jak bardzo beznadziejne są moje włosy. Otóż są... ultrabeznadziejne. To cieniutkie, proste, rzadkie blond piórka, do których nie mam ni serca, ni ręki, więc pozostają same sobie od momentu umycia i rozczesania. Nie suszę ich suszarką, nie prostuję i nie farbuję, a one i tak (a może nie i tak, tylko właśnie dlatego tak...) wyglądają, jakby pies się na nie zeszczał trzy razy, a potem szczyny przysypał piaskiem. Co zrobić – trza kochać jak własne.

Problem wypadających włosów omówiłam z dwiema specjalistkami: jedna dermatolog przyznała, że najpewniej jest to bomba z opóźnionym zapłonem po październikowym udarze Tomka i trzeba przeczekać, bo wyleci to, co ma wylecieć, a potem będzie lepiej. Druga powiedziała, że wśród najczęstszych przyczyn wypadania są: stres, skaszanione hormony, łojotok (który również może oznaczać skaszanione hormony, chociaż niekoniecznie). Przy ostatnim zaświeciła mi w głowie czerwona lampka: stres? no jasne – miesiąc w CZD i walka o Tomka na pewno zrobiły swoje, ale przecież oprócz tego moja skóra głowy wprost ocieka tłuszczem! Myję włosy co drugi dzień tylko dlatego, że podobno mycie ich codziennie wzmaga produkcję sebum. No i wypadają w trakcie.

Szampon Seboradin z serii Niger przyuważyłam w mojej ulubionej, taniej aptece. Akurat był w promocji, więc wzięłam, przygarnęłam, no i jest. Etykieta informuje, że został stworzony dokładnie dla mnie: właścicielki włosów przetłuszczających się ze skłonnością (yyy, eufemizm...) do wypadania. Czarna rzodkiew i ziołowa mikstura zaklęte w 200-mililitrowej butelce? Wchodzę w to.


Wśród składników aktywnych całe mnóstwo zacnych wyciągów: z czarnej rzodkwi, dziurawca, melisy, rumianku, szałwii, pokrzywy, rozmarynu, kasztanowca, liści brzozy, podbiału i skrzypu polnego. Do tego olejki: kolendrowy, sosnowy, z drzewa herbacianego. To pewnie oznacza mnóstwo potencjalnych uczulaczy, ale mnie na szczęście licho tym razem nie wzięło.

Szampon ma zmniejszać łojotok, wzmacniać cebulki i pobudzić odrastanie włosów, a przy tym ograniczyć ich wypadanie, ma przyspieszać gojenie podrażnionej skóry głowy, przywrócić jej równowagę fizjologiczną, a do tego hamować rozwój grzybów i bakterii. Brzmi jak całkiem dobry plan.

No i cóż, Seboradin naprawdę dał radę. Szampon dobrze oczyszcza i bardzo mi pomógł, choć oczywiście nie należy rozpatrywać jego działania w kategorii cudu. Pod nieziemsko śmierdzącym rzodkwiowym płaszczykiem ukrył się prawdziwy wysysacz łoju. Dzięki niemu udaje mi się myć włosy nawet co trzeci dzień, a i wtedy nie ociekają tłuszczem, po prostu nie wyglądają już dobrze. Trudno tu mówić o przedłużaniu świeżości czupryny, bo zapach czarnej rzodkwi zmieszanej z ziołami i olejkami eterycznymi jest – delikatnie mówiąc – nie najmilszy, ale ograniczenie przetłuszczania: jak najprawdziwsze. To z dużym prawdopodobieństwem pozytywnie wpłynęło na problem wypadania, choć wiadomo: w tym temacie działałam na wielu frontach. W każdym razie włosy wreszcie przestały się sypać, ja od wielu tygodni nie łykam suplementów, a jedynym aktywnym pomocnikiem w walce z wypadaniem jest właśnie Seboradin Niger.

Do ideału brakuje mu tylko milszego zapachu i dodawania objętości. Włosy są po nim gładkie i zadbane, ale nie polecam stosować tego szamponu bez odżywki, bo może być problem z rozczesywaniem. Nie plącze włosów w ten tradycyjny, ordynarny sposób, którego nie cierpię, ale na pewno nie daje efektu śliskich, lejących się kudłów.

Niedługo zamierzam wrócić do suplementacji, bo i bez stresu jesienią włosy lubią mnie opuszczać w nadmiarze. A Seboradin na pewno jeszcze zamieszka na mojej przyprysznicowej półce. Niech mu już będzie.  

Pojemność: 200 ml
Cena: 19,90 zł
Ocena: 5+/6

niedziela, 17 sierpnia 2014

Manhattan – Intense Lip & Cheek Balm – 003 First Class, czyli moje małe szaleństwo

To, że uwielbiam szminki, dla stałych bywalców bloga nie powinno być niczym nowym. W ciągu roku zebrałam więcej pomadek, kredek, balsamów i błyszczyków, niż przez całe dotychczasowe życie. Jeszcze parę lat temu używałam wyłącznie pomadek ochronnych i błyszczyków lub całkiem pomijałam ten element makijażu. Bo po co mam malować usta, skoro zaraz wciągnę śniadanie/obiad/kolację/coś_pysznego i po kolorze nie będzie śladu? Albo jak się swobodnie całować, gdy usta upaćkane? Teraz to wszystko nie ma już znaczenia – dołączyłam do grona słodkich pipek, które noszą pomadkę w torebce i robią poprawki w samochodowym lusterku. I wiecie co? Czuję się z tym kobieco i fantastycznie!

Moja kolekcja jest mało odjazdowa – brudne, zgaszone róże, beże, brązy, kilka odważniejszych, dziewczęcych jasnych różyków i od czasu do czasu koral, śliwka lub jakaś vintage perła. Czerwienie mam tylko z przypadku, bo niedobrze się w nich czuję i raczej kiepsko wyglądam. Niezwykle rzadko decyduję się na coś naprawdę walącego po oczach. Tym razem zrobiłam wyjątek, co było dość łatwe, bo w internetowym outlecie widniała zawrotna cena: 3,88 zł. Niewiele myśląc, dorzuciłam kredkę Manhattanu do zakupowego koszyka, bo moim zdaniem za taką kasę zawsze warto przymierzyć nowy odcień.


Intense Lip & Cheek Balm to część zeszłorocznej limitowanej kolekcji Manhattan Beauty In The Air. Ma modną i niezwykle wygodną formułę balsamu koloryzującego. Producent twierdzi, że można smarować nim również policzki, ale od razu Was rozczaruję – nigdy się na to nie odważyłam. Nie mam pojęcia, jak używać różu w sztyfcie, a do tego marne szanse, żeby ten odcień pasował do mojej karnacji i prześlicznych plam naczynkowych. Odpuściłam więc stylizację na klauna, a Was zostawiam ze swatchem na dłoni. Po roztarciu nie wygląda groźnie, zatem... kto wie, kto wie, może kiedyś?


Nie wiem, czy widać to na zdjęciach ust z kawałkiem twarzy, ale na żywo i w pełnym kontekście efekt jest... hmmm... niecodzienny. Szczególnie dla kogoś, kto mnie zna i opatrzyły mu się moje brudne róże, korale i brązy (pozdrawiam koleżankę z lustra!). First Class to waląca po oczach fuksja, która sprawia, że wszyscy gapią się na Wasze zmalowane usta i spijają z nich każde fuksjowe słówko i uśmiech. Nie gwarantuję, że przy tym sami się nie podśmiewają, szepcząc po kątach: „a tej co odbiło?”. Odcień jest chłodny, więc pięknie wybiela zęby. Świetny na letnie klubowe imprezy, na które nie chodzę, ale przecież bym mogła, bo jestem dużą dziewczynką i kto mi zabroni, hę? Tomaszu, pozdrawiam i Ciebie! Na pewno nie nadaje się na co dzień – przynajmniej nie dla jasnych blondynek, które w towarzystwie swoich pociech udają się w różne poważne miejsca w bardzo poważnych sprawach.
W sumie to mógłby być tani i sensowny odpowiednik szalonych kolorystycznie pomadek Lime Crime.

Nie wiem, jak się sprawują pozostałe odcienie z tej minikolekcji, ale numer 003 jest mocno napigmentowany, a przy tym nie wysusza. Z uwagi na balsamową konsystencję gładko sunie po ustach, łatwo się rozprowadza, nie podkreśla suchych skórek. Bez jedzenia i picia wytrzymuje kilka godzin, przy czym schodzi równomiernie, gasnąc po cichu i bez rozpaczy. Swój imprezowy charakter podkreśla za każdym razem, gdy dotknie jakiejkolwiek powierzchni (szklanki, dłoni, rękawa, nowo poznanych ust). Użyty nielegalnie przyczynia się do rozwodów i rozstań, jest też miłym dodatkiem do numeru telefonu pozostawionego na serwetce.

Trochę go sobie poużywam w zaciszu domowym, nim stanę się Naprawdę Poważną Panią, Której Nie Przystoi Oraz Nie Pasuje. W optymistycznym scenariuszu skitram First Class do czasów emeryckich, kiedy to w domu spokojnej starości będę robić szał na okolicznościowych dansingach.


Pojemność: producent nie podał
Cena: mój egzemplarz kosztował 3,88 zł
Dostępność: tylko w kosmetycznych outletach.

sobota, 16 sierpnia 2014

Konkurs DM-owy, wyniki

Bardzo dziękuję Wam za liczny udział w moim DM-owym konkursie. Wasze odpowiedzi czytałam z wielkim bananem na twarzy, wiele skojarzeń z Czechami pokryło się z moimi, ale sporo całkiem mnie zaskoczyło! Czas wyłonić zwycięzcę, ale najpierw przypomnę, co było do wygrania:


Mniam, mniam, prawda? No dobra, żeby nie przedłużać. Kosmetyki widoczne na fotografii powyżej wygrywa osoba podświetlona na żółto na fotografii poniżej.


Czyli że odcienie nude. Gratuluję! Czekam na kontakt mailowy i dane do wysyłki: 
smarowanie (at) gmail.com. 

Miłego weekendu, drodzy!

środa, 13 sierpnia 2014

Yves Rocher – Elixir 7.9 – krem na noc [recenzja]

Zupełnie nie wiem, co o nim powiedzieć. Krem Yves Rocher, jeden z wielu. Na noc, a czego spodziewamy się po kremach na noc? Tego, że będą treściwe, tłuste, że zostaną z nami do rana? A może, że uczynią cuda, kiedy będziemy zawiązywać sadełka i śnić o lataniu i wiecznym uciekaniu, i w windzie się zatrzaskiwaniu, i matmy niezaliczaniu (wszystko prawda)? Ja na noc aplikuję albo coś treściwego, co ma solidnie nawilżać i odżywiać, albo naprawiacze sytuacyjne: coś na trądzik, jeśli występuję w przyrodzie ze zbyt wieloma wypryskami; coś na zmarszczki, jeśli jestem w trakcie okresu i mam haluny, według których jestem pomarszczoną staruszką... Czasem próbuję też z uspokajaczami naczynek, gdy światło wieczorne zbyt źle pada i widzę siebie jako ani trochę słodkie prosiątko chrum chrum. Ten tutaj delikwent z Yves Rocher jest jakiś inny. I ma dziwne zadania. Ja naprawdę nie wiem, no ale... spróbuję.


Lubię Yves Rocher za to, że foliuje wszystkie swoje kremy do twarzy. Nie wiem, po co mi to, bo wysyłane są do mnie z magazynu (w salonach nie bywam, omijam świątynie sekty), więc raczej proste, że nikt ich nie wącha i nie maca przede mną, a jednak to miłe i fajne, i tak dalej. Sam słoik jest ciężki i solidny, a do tego bardzo eko, bo wielorazowy. Nie przypominam sobie innych wielorazowych słoików z kremami, więc dziwność Elixiru 7.9 tylko się pogłębia. W sklepie można dokupić wkład za 79 zł w cenie regularnej, jeśli ktoś ma ochotę.
Próbowałam zbadać, czy w błyszczącym słoju na zdjęciu poniżej nie odbiła się autorka z – dajmy na to – gołymi cyckami lub nietęgą miną, ale widzę tylko dłonie i aparat, więc trzymajmy się tego, że to SĄ tylko dłonie i aparat. Tak, zdjęcia wykonałam w doniczce – to było dawno, a ja nie miałam weny. 


Elixir 7.9 to seria przeznaczona dla cer, które wykazują pierwsze oznaki starzenia się skóry: zmarszczki mimiczne, bruzdy i szary, niezdrowy koloryt. Moce sprawcze poszczególnych kosmetyków skupiają się na rewitalizacji skóry i usuwaniu oznak zmęczenia.

Krem w wersji nocnej jest tylko jeden, ale seria ma też bliźniacze słoiki na dzień (w sumie trochę to głupie, bo można je rozpoznać tylko po małym półksiężycu i równie małym słoneczku, co jest dość niekomfortowe). Jakimś rozwiązaniem jest stawianie jednego w szafce łazienkowej, drugiego w sypialnianej albo używanie tylko jednego z nich (co niniejszym czynię). Najłatwiej nie używać żadnego. Wśród dziennych znajdziecie jeden do skóry suchej i jeden do normalnej lub mieszanej.

Elixir na noc ma pobudzać pracę komórek, które produkują energię niezbędną do zachowania młodego wyglądu. Producent obiecuje: intensywną regenerację naskórka, przywrócenie skórze miękkości i komfortu, a także odpowiedniej gęstości, dodanie energii i blasku, a na deser zmniejszenie pierwszych zmarszczek i bruzd.

„Formuła wzbogacona masłem karité dodaje skórze delikatności i jedwabistości. Elixir 7.9 to siedem aktywnie działających roślin i dziewięć patentów przeciwstarzeniowych zawartych w kosmetykach należących do tej gamy.”


Krem jest bardzo gęsty, a jednocześnie ma w sobie coś lekkiego (mówiłam, że dziwny?). Jego zbita formuła dobrze i łatwo się rozprowadza, gorzej z wchłanianiem, więc jeśli macie w planach dziką noc z ukochanym, odpuśćcie smarowanie się Elixirem. Nie dość, że pozostawia ochronną powłoczkę na wiele godzin, to jeszcze łatwo o mało efektowną maskę na twarzy – nałożony od serca ani myśli schować swe białe jestestwo do komórek skóry. Inne kremy na noc nakładane w podobnej ilości nie robią mi takich numerów, po prostu twarz świeci się i połyskuje. Tu mamy gratisową biel plackowatą. Za to zapach ogromnie mi się podoba. Jest rześki, tym razem bez zjełczałej nuty, którą mój nos odnalazł w koncentracie nawilżającym z serii Hydra Vegetal. Tu jest świeżo, może trochę ogórkowo, na pewno bardzo ładnie i przyjemnie.

A teraz wisienka na torcie: działanie. Samo słowo rewitalizacja oznacza ponowne ożywienie. Czy moja cera jest o(d)żywiona? No jasne – przecież jest lato, a ja nie palę, nie piję, tylko dużo przeklinam. Skóra jest miękka i ładnie napięta – i tutaj mogłabym przyznać zasługę kremowi Yves Rocher – jego formuła i zachowanie na skórze pozwalają domniemywać, że ma udział w zachowywaniu jędrności. Na pewno krem przeszedł test skuteczności w nawilżaniu – w ostatnich tygodniach stosowałam mało konkretnych nawilżaczy na dzień, dlatego całą robotę z nawilżaniem musiał odwalić mój krem nocny. Nie powiem Wam, jak działa na zmarszczki, bo stosuję go razem z 16-procentową witaminą C z Aurigi. Zmarszczki z czoła oczywiście nie zniknęły, ale chyba faktycznie minimalnie się spłyciły. Ale wiecie, witamina C to podobno cud natury, a ja mam ponoć dużo kolagenu w skórze, więc to mi na pewno pomaga w wizualnych zmianach metryki.

Czy ten krem jest ósmym cudem świata? Pewnie nie, nie zauważyłam też po nim jakiegoś szczególnego blasku, ale może bije ode mnie naturalne piękno i eliksiry mi niepotrzebne? ;)
Krem jest dobry na noc, nie zapchał mnie, a ładny zapach zachęca do używania. W cenie regularnej wydaje się drogawy, ale uwierzcie, parę tygodni z newsletterem Yves Rocher i zapomnicie o wszystkich ich cenach katalogowych. Jeśli któraś z Was potrzebuje kodów rabatowych, służę pomocą :).

PS Wybaczcie, że nie podaję składu, ale zaginęło mi foto z INCI, pudełko dawno w koszu, a strona YR milczy w tej sprawie :(. Przeklejam skład z kanadyjskiej strony, wierząc, że to ten sam:

Ingredients: aqua/water/eau, glycerin, methylpropanediol, isopropyl palmitate, caprylic/capric triglyceride, aloe barbadensis leaf juice, betaine, stearyl alcohol, glycine soja (soybean) oil, sesamum indicum (sesame) seed oil, pyrus malus (apple) fruit extract, peg-100 stearate, cetearyl glucoside, aphloia theiformis leaf extract, dimethicone, phenoxyethanol, inositol, glyceryl stearate, parfum/fragrance, acrylates/c10-30 alkyl acrylate crosspolymer, xanthan gum, dimethicone crosspolymer, tocopheryl acetate, retinyl palmitate, caesalpinia spinosa gum, sodium hydroxide, hippophae rhamnoides kernel extract, tetrasodium edta, potassium sorbate

Pojemność: 40 ml
Cena: 99 zł (cena regularna, którą bardzo trudno zapłacić, nawet jeśli ma się dobre chęci)
Ocena: 4+/6 

niedziela, 10 sierpnia 2014

Z cyklu: urzekła mnie moja historia – Sephora, puder brązujący Sol de Rio

Wiem, że nie zabrzmi to najlepiej, ale fakty są takie, że kiedy wyszłam ze sklepu z moim świeżo zakupionym Sol de Rio, mało nie obesrałam się ze szczęścia. Mąż świadkiem. Cała historia jest prosta: puder brązujący Sol de Rio zobaczyłam na początku czerwca w Sephorze, spodobała mi się radosna, letnia naklejka, pomacałam tester, urzekł mnie jasny, matowy, nieceglasty beż, ale ostatecznie opuściłam Sephorę z czymś zupełnie innym i z beztroską, niezobowiązującą myślą: „wrócę po niego później”. Niestety, wszelkie później w przypadku matek niewielkich ludzi oznaczają zwykle: „kiedyś”, „na pewno nie wkrótce”, no i najczęściej także: „za późno”. Następna okazja do odwiedzenia stacjonarnej Sephory nadarzyła się ponad miesiąc później, akurat były różne piękne przeceny. I co? Po moim Sol de Rio nie było śladu. 

Jakość opakowania jest dużo gorsza od Sun Disków ze stałej oferty – jak widać, naklejka łatwo się zadziera. Ale to nic, zupełnie nic. Całkiem nic. 

Pomyślałam sobie wtedy, że z limitowanymi edycjami ogólnie jest coś nie tak. Sol de Rio to kolekcja letnia, a przecież właśnie mamy środek lata! Mogłabym zechcieć dobrać kolor bronzera* do swojej cery w wersji przyjaranej słonkiem i nie ma w tym nic dziwnego i nadzwyczajnego. A jednak. Jeśli chcesz mieć człowieku cokolwiek z limitowanych edycji którejkolwiek znanej marki, lepiej szybko przebieraj nóżkami w drodze do sklepu zaraz po premierze. Potem może nie być żadnego „potem”.

Na pewien czas udało mi się zgasić w sobie żar kosmetycznego pożądania, wrzuciłam do mózgu na przemiał kilka standardowych myśli: „widocznie nie był mi przeznaczony”, „pewnie jest beznadziejny, a światło w sklepie kłamało”, „po co mi kolejny bronzer”, „nie cierpię Sephory” itd. Na pocieszenie w bardzo promocyjnych cenach kupiłam w sklepiku online dwa inne Sun Diski ze stałej oferty i można powiedzieć, że całkiem mi przeszło z tymi głupimi palmami i jeszcze głupszymi radosnymi szlaczkami. 

Trwałam w tym stanie do momentu odpalenia filmu Basi znanej jako callmeblondiee, która wśród swych czerwcowych ulubieńców umieściła głupie palmy i jeszcze głupsze radosne szlaczki, i powiedziała, że to najlepszy bronzer na świecie, szczególnie dla blondynek. I że go kocha. I takie tam pierdoły. Serce mi pękło, tu znowu mąż świadkiem. I nastąpił końcowy koniec świata. 


Jak widzicie, puder ostatecznie udało mi się zdobyć. Stało się to jakieś trzy tygodnie po pęknięciu serca. Jeździliśmy po mieście bez wyraźnego celu, co często nam się zdarza z naszym kochającym podróże autem-brrm-brrm dwulatkiem. Deszcz lał namiętnie i równie namiętnie podlewał mojego nieskończonego kosmetycznego doła. I wtedy nagle przyszła myśl nieuczesana: a gdyby tak sprawdzić w tej niepozornej Sephorze koło Reala, do której nigdy nie zaglądam? Próg przekroczyłam bez większej nadziei i wtedy ukazał się ON. Mój cudowny, umiłowany bronzer. To musiało wyglądać dziwnie i podejrzanie – ochroniarz wyglądał na bardzo zdezorientowanego. Moja wizyta w sklepie trwała jakieś dziewiętnaście sekund, a wśród morza informacji o soczystych letnich przecenach dotarłam do kasy z jednym nieprzecenionym produktem. I zapłaciłam. I wyszłam. Kurtyna. 

A teraz ponapawajmy się wspólnie widokiem nieskalanego wścibskim palcem pudrowego dzieła. Ten stan trwał tylko chwilę. 


Jedną, krótką chwilę...


Zdążyłam jeszcze wywąchać pudrowy, babciny zapach... a potem... wydarzyło się to:


Bo wiecie. Uczę się porządnie konturować twarz. Jestem blondynką z dość jasną (choć nie białą) karnacją. Znakomita większość pudrów brązujących jest dla mnie za ciemna lub zbyt pomarańczowa (problem wielu), a te, które nie są ani takie, ani śmakie, mają milion połyskujących drobin. Cenię sobie te drobiny i wielbię je, ale nie wtedy, gdy potrzebuję lekko opalić twarz i tyle lub niewprawną ręką wymodelować okrągłą twarz i również tyle. Tego mi było trzeba i tego potrzeba Wam, jeśli macie podobne wymagania. Bronzer ma fantastyczną, kremową konsystencję, która sprawia wrażenie lekko mokrej, dobrze nabiera się na pędzel (nie pyli), ładnie rozprowadza i przy konturowaniu daje naturalny, delikatny efekt. No i jest trwały.

Z uwagi na ogromną pojemność (25 gramów) nasza miłość będzie trwała wieki. 

Ile: 25 g
Za ile: 75 zł
Dostępność: Natolin, Warsaw, Poland. Być może zdarzy się cud i dorwiecie go w którejś z mało uczęszczanych Sephor. Trzymam kciuki!


*kiedyś rozwinę temat we wpisie językowym, ale tu tylko wspomnę: z mojego, językoznawczego punktu widzenia zarówno pisownia „bronzer”, jak i„brązer” jest poprawna. Przykład bliźniaczy: jeansy i dżinsy. Także nie spinajcie się za bardzo i piszcie, jak Wam się podoba. Przynajmniej do odwołania :).

sobota, 9 sierpnia 2014

Clarins – Tonik z irysem dla cery tłustej i mieszanej [recenzja]

Ten tekst powinien nosić tytuł: „Luksusowe gęby przecieranie”. Różne dziwne pomysły przychodziły mi do głowy, ale żeby przecierać twarz płynem za prawie stówę – tego jeszcze w tym domu nie było. Szalone zakupowe natchnienie sponsoruje Agata z bloga On The White Couch, dzięki której kilkoma prędkimi kliknięciami nabyłam w ciemno (jasność oznaczała wyłącznie jej blogowe rekomendacje) tonik Clarinsa, krem pod oczy Kiehl's i peeling enzymatyczny firmy Dermalogica. Żadnego z tych produktów nie znałam wcześniej, ale przecież bez ryzyka nie ma zabawy!


Cóż, zabawa byłaby zdecydowanie gorsza, gdyby któryś z tych kosmetyków okazał się drogą pielęgnacyjną kupą, ale niechże zdradzę Wam mój nielichy sekret: wszystkie trzy zakupy są mniej lub bardziej doskonałe. 

Skupmy się dziś jednak na zielonej substancji ze stajni drożyzny Clarins: przed Wami tonik z irysem. I z aloesem. Bez alkoholu. A tu luksusowa cipka, przez którą wydostaje się rzeczony tonik:


Zacznijmy od tego, że ze sporych rozmiarów dziury leje się ochoczo neonowozielona rzadka substancja o ani trochę subtelnym, prawdziwie perfumiarskim aromacie. Ja ten zapach pokochałam od pierwszego niuchnięcia, ale w przypadku mocno perfumowanych kosmetyków do twarzy cienka jest granica między pięknem a ohydą. Zapach idzie w stronę słodyczy, na szczęście w zupełnie niemdłym wydaniu – tą samą ścieżką udały się nosy twórców aromatu toniku Nuxe z trzema różami, który dla mnie był całkowicie nie do zniesienia. Tu jest pięknie, choć może wolałabym nieco więcej orzeźwienia i mniej zapachowej mocy. 

Mimo że tonik chwali się tylko zawartością irysowych dobroci (pierwsze widzę w kosmetykach), powstał na bazie wody i soku z aloesu. Wyciąg z korzenia irysa zajmuje zaszczytne piętnaste miejsce – daleko po perfumach, pantenolu i wyciągu oczarowym – i ma opóźniać proces starzenia się skóry, a także ściągać i oczyszczać pory. Sok aloesowy wysoko w składzie bardzo mnie ucieszył i wcale mi nie przeszkadza, że reklamujący się wspaniałymi właściwościami irys został w ogonie, ale w sumie dziwi mnie, że producent nie nazwał tego toniku „aloesowym z wyciągiem z irysa”. Dobra, czuję, że przynudzam, dlatego same rzućcie okiem na skład i jedziemy dalej.


Działanie jest doskonałe – oczywiście na tyle, na ile doskonałość może okazać produkt przeznaczony do „przygotowywania skóry do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych”. Tonizuje, odświeża, nie wysusza i jest bardzo delikatny, a to moja przewrażliwiona ostatnimi czasy skóra bardzo sobie ceni.  Chętnie zmywa resztki makijażu, gładko sunie po skórze, a do tego daje chwilową ułudę nawilżenia (bo – jak wiemy – o głębokim nawilżeniu nie może być mowy w przypadku wody do przecierania twarzy). Jedyne, co oddala ten tonik od ideału, to delikatna lepkość, jaką po sobie pozostawia do czasu całkowitego wchłonięcia. To oczywiście nie koniec świata, ale za taką kasę wypadałoby życzyć sobie samych pozytywów. 

Bardzo możliwe, że wrócę za jakiś czas do tego toniku, ale z pewnością nigdy już nie kupię go w 200-mililitrowej butelce (powiedzmy to sobie wprost: sfrajerzyłam się). Dwa razy taka pojemność kosztuje tylko trzy dychy więcej i podobno wielka butla może wystarczyć nawet na pół roku używania. Moje 200 ml powoli dobija dna, a używam tego toniku od ponad dwóch miesięcy, więc to ma sens. Przy takiej wydajności 129 zł nie wydaje się aż tak szokującą kwotą. 

Miło było zaznać odrobiny paryskiego luksusu, ale nie oszukujmy się – spokojnie można znaleźć tonik tej samej jakości w dużo niższej cenie. Na moją cerę tak samo dobrze działa hydrolat oczarowy, który w ogóle się nie lepi, kosztuje 18 zł za 200 ml, ale za to topornie sunie po skórze. Jeśli jednak porównamy estetykę opakowań i przyjemność użytkowania, Clarins wydaje się bezkonkurencyjny.

Pojemność: 200 lub 400 ml
Cena: 89–95 zł za 200 ml i 129 zł za 400 ml 
Ocena: 5+/6
Dostępność: Sephora, Douglas, Strawberry.net i inne drogerie, które sprzedają Clarinsa – proste.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Wakacyjny konkurs z czeskimi smakołykami!

Drogie Panie, po tygodniowej randce z mężem w górach wracam do Was z pozytywną energią, zakwasami i... prezentami! Jako że – jak wszyscy wiemy – najprostsza trasa z Warszawy do Zakopanego prowadzi przez czeski DM, jasnym jest, że właśnie tamtędy udaliśmy się na naszą rocznicową wyprawę. 


Najpierw chciałam wszystko zagarnąć dla siebie, ale chęć wrzucenia nowego wpisu na bloga wygrała, a że najłatwiej zacząć od zdjęcia paru butelek i tubek i krótkiego komentarza, te oto fanty przeznaczyłam na nagrodę w moim (jak zwykle) prostym konkursie:


Tym razem do wygrania są:
Balea After Sun Dusche – (podobno) chłodzący żel pod prysznic z limitowanej, letniej edycji;
Balea Professional Oil Repair Spülung – odżywka z olejkiem arganowym o pięknym, ciasteczkowym zapachu;
Balea Rasiergel – kokosowa pianka do golenia;
Labello Sun Protect – pomadka ochronna z filtrem SPF 30;
Alverde Badesalz – pomarańczowo-waniliowa sól do kąpieli;
Luna – łopianowy tonik do włosów

Prawdziwie wakacyjny, prawdziwie DM-owy i prawdziwie czeski zestaw! Co zrobić, żeby go wygrać? Wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe, a potem liczyć na łut szczęścia i się go doliczyć. Oto moje arcytrudne pytanie:

Z czym kojarzą Ci się Czechy?


Odpowiedzi zostawiajcie w komentarzach do piątku 15 sierpnia. Potem drogą losowania kosmetyki znajdą nowy dom. 

Witajcie z powrotem :)