czwartek, 31 lipca 2014

Projekt denko, odc. 16



Oto oni. Lipcowa banda śmieci, dzięki którym wiem, że mogę bezkarnie kupować kolejne pudełka, słoje i tubki. Nadają sens mojemu zakupoholizmowi, radują zmysł kolekcjonera odznak, osiągnięć, achievementów. Projekt denko jest po stokroć fantastyczny – każdy wyrzutek trafiający do ohydnej ekotorby z Pat&Rub jest jak trofeum. Generuje radosne zmarszczki mimiczne wokół ust. Napawa dumą. A to przecież tylko śmieci. 


Yves Rocher – Volume – szampon zwiększający objętość z wyciągiem z malwy – tak się zastanawiam, jak z malwy można coś wyciągnąć? Przecież to taki suchy kwiatek. Szampon jest okryty dobrą sławą, nawet przesławna Anwen go polecała, choć dla mnie nie powinno to mieć większego znaczenia, bo gdzie jej włosy, a gdzie moje (jej tam, a moje tu). Miał nadawać objętości i w trakcie mycia faktycznie włosów robiło się nagle dwa razy więcej, ale po wyschnięciu szału nie było. Jest wydajny, pachnie mocno średnio... czasami swędziała mnie po nim głowa, ale zwykle nie. Dobrze domywał, nie plątał, a jednak jego działanie mnie nie powaliło. Może jeszcze się spotkamy, ale raczej nieprędko. 

Hipp – Baby Sanft – szampon od 1. dnia życia – Hippa zdenkował mój syn na spółę z pędzlami. Ja próbowałam myć głowę tym delikatnym kosmetykiem, ale wygląda na to, że nie dla mnie delikatesy. Nie umiem się cieszyć z czystych, miękkich, ale totalnie poplątanych włosów, dlatego dalsze hippowe przygody pozostawiam Tomaszowi. Jemu zwisa, co leję mu na głowę, ale ja wiem, że to, co jest lane, ma dobry skład i i dobre działanie. Może jak będzie starszy, to doceni. A może będzie miał to w dupie?

Nivea – Long Repair – odżywka odbudowująca – olejek babassu, płynna keratyna w konfrontacji z łamliwymi, rozdwajającymi się, długimi włosami – tak wygląda teoria producenta. Moje włosy są dość długie, nie łamią się i rozdwajają wyłącznie pojedyncze sztuki, ale rzadko się to zdarza, bo regularnie podcinam końcówki. Nie jest to odżywka wymyślona dla tak cienkich włosideł, jak moje, dlatego zawsze mam po niej zapewniony perfekcyjny efekt przyklapu i perfekcyjne dociążenie, które na mojej rzadko owłosionej głowie jest raczej przeciążeniem. Nie zmienia to jednak faktu, że odżywka cudownie wygładza, pięknie pachnie, jest bardzo wydajna i czasem po prostu nie mogę sobie odmówić przyjemności posiadania takich księżniczkowatych, lejących się piórek. Dla grubowłosych powinna być bajkowa!



Bodyfarm – Dark Chocolate – żel pod prysznic – o zapachowej magii produktów Bodyfarm rozprawiałam niedawno TU. Żel Dark Chocolate to naturalna kontynuacja naszych zachwytów nad tym, jak bardzo zapach żelu do mycia może być bliski rzeczywistości. Czekolada wymiata o każdej porze roku. Kochamy, wrócimy.

Mythos – oliwkowy żel pod prysznic (miniatura) – on pachnie czymś z mojego dzieciństwa! Im bardziej go wącham, tym bardziej nie wiem, czym. Na pewno nie polewałam się za młodu Mythosem (na pewno na pewno?), więc to musiał być jakiś inny żel. Albo inne coś. Nie wiem. Zapach nie jest jakiś super, ale przedszkole stanęło mi przed oczami, więc natchniona tym jakże odległym wspomnieniem nie napiszę Wam o Mythosie nic negatywnego. Mała butelka starczyła na dłużej, niż podejrzewałam, żel działał prawidłowo (czyli mył i nie wysuszał skóry). Nie urzekł, ale to nic. Przecież pachnie przedszkolem!

Yves Rocher – Jardins du Monde – żel pod prysznic, wersja pomarańczowa – jako że regularnie robię zakupy w Yves Rocher, a Magda na wakacjach zagląda do salonów YR tylko okazjonalnie, logicznym jest, że ten żel dostałam właśnie od niej i równie logicznym – że wersja pomarańczowa gościła u mnie po raz pierwszy. To nie była najśliczniejsza pomarańcza, jaką wąchałam, ale dość wierna oryginałowi. Używało się miło, tylko – tradycyjnie dla tej serii – bardzo krótko, ok. 3 tygodni. Na pewno jeszcze się spotkamy, przecież to Yves Rocher ;).


Bielenda – Esencja Młodości – Nawilżający płyn micelarny – ten micel tańczy i śpiewa. Przygrywa mu kwas hialuronowy, a komórki macierzyste przytupują do rytmu. I oczyszcza, i matuje, i nawilża, i wsysa młodość w zmęczoną życiem skórę... to wszystko dzieje się według producenta po przetarciu twarzy wacikiem. Tak niebywałe, że aż nie zauważyłam. Za to wyraźnie widziałam niedomyte, pandzie oczy, co sprawiło, że moje zainteresowanie tym micelem spadło. Ale gdyby używać go tylko do reszty twarzy, sprawdzi się dobrze. Jest delikatny, a do tego ładnie pachnie, nie lepi się i – w przeciwieństwie do mojej ulubionej różowej Biodermy – nie jest gorzki. A że do demakijażu oczu najczęściej i tak używam płynów dwufazowych, nie wykluczam ponownego spotkania z Bielendą. 

Almea Baby Foot – skarpety peelingujące – dziwna sprawa z tymi skarpetami. Kupiłam je, kiedy na blogach temat skarpet złuszczających dopiero się rozkręcał i moje egzemplarze zamawiałam w jakimś nieznanym sklepie za około 50 zł. Niedawno Biedronka przyczyniła się do apogeum skarpetowego szału, a ja przypomniałam sobie, że mam te moje niepopularne, starałam się również nie pamiętać o tym, ile za nie zapłaciłam. Jako że jutro wybieramy się na urlop, jasnym jest, że stopy złuszczają mi się z dużym opóźnieniem właśnie teraz. Nie wygląda to dobrze i wcale dobrze nie rokuje (pięty są bardziej popękane niż złuszczone). Pełną recenzją pewnie Was poczęstuję za jakiś czas, na razie mój stosunek do skarpet firmy Almea jest raczej chłodny. 

Fitomed – Żel do mycia twarzy z mydlnicą lekarską, do cery tłustej – bardzo lubię działanie produktów myjących do cery tłustej z Fitomedu. Są niezwykle delikatne i nie wysuszają mojej mieszanej cery. Niestety, mają też najgorsze na świecie opakowania. Tu etykieta łaskawie opuściła lokal, by nie drażnić już mego poczucia estetyki, niestety nie wiedziała biedaczka, że odkleiwszy się, również sprawi ból mym gałkom ocznym. Wybaczam tylko dlatego, że doceniam głębokie wnętrze. To już kolejne zużyte opakowanie i na pewno będzie więcej. Brrrrr.


Bobbi Brown – Hydrating Eye Cream – to drogi, ale dobry krem nawilżający pod oczy. Pełna recenzja niebawem (choć w zasadzie to już mogłaby być pełna recenzja). To, co jest w tym kremie najbardziej niesamowite, to wydajność. Używany dwa razy dziennie wystarczył na ponad trzy miesiące. 

Pat&Rub – Orzeźwiające masło do ciała – nie wiem, po co Pat&Rub zawracało sobie głowę wymyślaniem na etykiecie jakichś pomarańczy, grejpfrutów i ziół. Linia Orzeźwiająca pachnie IDENTYCZNIE jak Rewitalizująca (z żurawiną i cytryną), naprawdę wszystko jedno, czy wrzucicie do koszyka zielone, czy czerwone opakowania. Działanie – podobnie jak w przypadku linii Otulającej, którą wielbię – doskonałe. Masło ma świetną konsystencję, świetną wydajność, świetnie nawilża. 

Bioliq – Krem regenerujący do cery trądzikowej na noc – to jeden z tych kremów, o których nie mam pojęcia, co napisać, bo zupełnie nie mam zdania na jego temat. Miał ograniczać wysyp zaskórników, ale ja nie miewam wysypów. Miewam za to regularnie pojedyncze, irytujące, ropne wypryski, które w trakcie stosowania kremu Bioliq nadal pojawiały się od czasu do czasu. No ale moja cera nie jest trądzikowa, więc się nie zna. Ja mogę tylko powiedzieć, że konsystencja jest lekka, ale krem zostawia tłusty film, który trwa do rana. Na razie nie planuję powrotu, chociaż zły nie jest. 

L'Occitane – Amande – Smooth Hands – migdałowy krem do rąk z L'Occitane, o którym pisałam już w recenzji porównawczej z drugim migdałowym kremem do rąk z L'Occitane. Obydwa ładnie wygładzają, ale wolę intensywnie pachnącego braciszka (Delicious Hands) od tej wersji kwiatowej. Aha, ten na koniec zmienił zapach. Niefajnie. Nie wrócę, bo: patrz wyżej.


Bioderma – Sebium Pore Refiner – miniatura wystarczyła na wiele użyć, krem zaskoczył mnie wydajnością. Matuje doskonale, na parę godzin, świetnie nadaje się pod makijaż i bardzo mi się podoba. Tak bardzo, że kupiłam już pełnowymiarowe opakowanie. 

Caudalie – Vinosource – nawilżający sorbetM. kiedyś się nim zachwycała, ale ona tak uwielbia Caudalie, że miłość przesłania jej zdrowy rozsądek i naklejki z cenami ;). W pełnym wymiarze (40 ml) za ten sorbet producent życzy sobie 90 zł. Jestem oczywiście skłonna tyle zapłacić za krem do twarzy, jeśli zachwyci mnie działaniem. Ten jest... poprawny i przyjemny, więc być może, być może... Na pewno nie mogę odmówić mu delikatności, formuła jest lekka, szybko się wchłania, nie roluje. Ale znam dużo lepsze nawilżacze, więc jeśli wrzucę do koszyka sorbet z serii Vinosource, na pewno stanie się to przy okazji jakiejś niezgorszej promocji.

Dermika – Olśnienie – baza pod makijaż wygładzająca skórę – ta miniatura to limitowany wynalazek wyprodukowany specjalnie dla Shiny Box. Nie wiem, po co oni to robią, skoro boxy mają służyć poznawaniu realnej oferty firm kosmetycznych i ewentualnym przyszłym zakupom. Ta baza bardzo mi się spodobała, zawiera nierzucające się w oczy rozświetlające drobinki, ma idealną, lekką konsystencję. Tylko co z tego, skoro podobno nie mogę jej kupić? Sprawdziłam, Dermika ma w ofercie inną bazę z drobinkami złota. Może to ta? A może inna? Bezsensowne działanie marketingowe, którego nie popieram. Aha, kolejnym problemem był fakt, że data ważności baz dołączonych do pudełek Shiny to był lipiec 2014. Dali nam parę krótkich miesięcy na testy. Trochę dziwne, przecież podobno to edycja specjalna? A może zlewki staroci zamknięte w limitowanym pudełeczku? 

Artdeco – Pure Minerals – mineralna baza pod cienie – zupełnie inna od przebojowej bazy w słoiczku, zupełnie nieudana, bo rzadka i ociekająca tłuszczem. Mój egzemplarz dodatkowo pogryziony przez Tomasza. Wywalam bez żalu. Tu recenzja: klik


Robiłam mały, niezobowiązujący przegląd lakierów, w wyniku którego do śmieci poleciał biały, przeterminowany, zepsuty lakier Paese (nie użyłam ani razu, śpieszmy się kochać lakiery, tak szybko odchodzą), najgorsza w historii wszechświata baza i top w jednym od Revlonu (znęcałam się nad nią TU) oraz baza Essie All-In-One Base, która przez ponad rok używania nie zgęstniała (do resztki ciężko się dobrać, dlatego już się żegnamy) i wszystko byłoby świetnie, gdyby nie fakt, że lakiery Essie w ogóle nie chciały się na niej trzymać. Tak dziwne, że aż może śmieszne? Wiele miesięcy narzekania, że nie dla mnie Essie, bo schodzą płatami, a potem nagle zdziwienie, bo te same Essie trzymają się wcale nieźle na odżywkach Sally Hansen. Co ciekawe, lakiery innych marek dobrze współpracowały z All-In-One. Wyrzucam, pełna sprzecznych emocji, targających mą kosmetyczną duszę... 


Wśród zużytych próbek znalazł się m.in. beznadziejny krem wyrównujący koloryt od Bandi (ciemny, nietrzymający się cery, jakościowo porównywalny z BBB od Pat&Rub), intensywnie nawilżające serum Clochee, które nie nawilżało intensywnie, a do tego nie pozwalało nakładać na siebie podkładu, a także najgłupszy krem do stóp w historii ludzkości: rozgrzewająco-chłodzący. Mnie tylko ciut schłodził, ale i tak było śmiesznie. 

Tyle w lipcu. Jutro pędzimy na Pierwszy Krótki Urlop Bez Dziecka. Czuję się szczęśliwie patologiczną matką, będę tęsknić i – jak na wytrawną blogerkę beauty przystało – wybieram się w polskie Tatry przez czeski DM i słowacką Słowację. Za Wami też będę tęsknić! 

wtorek, 29 lipca 2014

Trzy mydła z Lusha – czy warto zawracać sobie nimi głowę?

Dawno temu w styczniu przybyły do mnie z Lusha mydła i inne przysmaki. Część poszła w świat, a część dostała robotę w łazience. Robota przyjemna, nic tylko myć. Kostki miały pójść pod prysznic i zmywać z ciał naszych trudy dnia i (hm, hm) nocy. Ostatecznie dwie smakowicie pachnące posłużyły jako mydło do rąk, a węgiel – zgodnie z nazwą (czyli że Coalface) – ogarniał przetłuszczającą się twarz. Co z tego wyszło? Mówiąc w skrócie: absolutna czystość. Czy było miło? Mniej więcej.

Kiedyś o tym pisałam, ale warto wspomnieć, że nigdy nie zakochałam się w Lushu. Moja skóra nie docenia tych stu procent natury, a ja całkiem straciłam zapał do zagranicznych zakupów, bo ani one tanie, ani dla mnie specjalnie atrakcyjne. Nie znoszę też poganiania przez krótkie daty ważności – to akurat najbardziej dopiekło mi przy maskach do twarzy, w przypadku kostek myjących nie ma wielkiego znaczenia, bo ich trwałość jest największa ze wszystkich produktów Lush, z jakimi miałam do czynienia. Niemniej Lush odziera mnie z wielu przyjemności: swobodnego wybierania z zapasów tego, na co akurat mam ochotę (muszę mieć ochotę na Lusha, nim skiśnie na dobre), powolnego zużywania na zmianę z innymi produktami (jak wyżej), a także z radości, jaka mnie spotyka, gdy oglądam piękne, estetyczne opakowanie kosmetyku i aż żal mi go nadgryzać spragnionym higieny tudzież pielęgnacji paznokciem. Zakupy zrobiłam znowu, bo Piotr, zwany zwykle moim mężem, bardzo polubił się z czyścikiem Angels On Bare Skin. No to wzięłam kilka mydeł, żeby przesyłka nie wyglądała smutno. 


Kostki wybrałam, sugerując się rekomendacjami świetnie znającej lushową ofertę Hexxany. I dobrze zrobiłam, bo zapachowo był to strzał w dziesiątkę. Honey I Washed the Kids jako pierwszy przestał być dziewicą i chwilę po odfoliowaniu wypełnił calutką łazienkę niesamowicie apetycznym zapachem, którego opisać nie sposób. Miodowa nuta to nie wszystko – miesza się z wytapianym w maśle karmelem, by za chwilę nieco ocucić subtelną, rześką nutą. Kompozycja jest nie do podrobienia i mimo że kostkę zużyłam dawno temu, wciąż mam w pamięci jej zapach. Starczyła na długo, zużywała się elegancko – bez łamania i nieestetycznej papki w mydelniczce. Zaskoczył mnie fakt, że rozpuściła się w całości, wraz z doklejonym plastrem miodu, który – wbrew temu, co sądziłam – nie służył tylko ozdobie. Zapach na skórze utrzymywał się niebywale długo. Przemiłe, prawda?

To drugie, tajniackie mydło, z którego szybko zwiały literki, nazywa się Sultana of Soap i według mojego nosa pachnie tylko odrobinę gorzej od miodowego Honey I Washed the Kids (zdaje się, że Hexx uważa dokładnie odwrotnie). Nie ma mowy, żebym opisała Wam zapach Sultany (no nie umiem: słodki, przyjemny, tyle) – zamiast tego opowiem o jego nadzwyczajności. Otóż Sultana of Soap jest nadzwyczajnie nafaszerowana rodzynkami i płatkami migdałów. Sprawia to wyjątkowo nieestetyczne wrażenie w mydelniczce, szczególnie gdy dużo bardziej miękka Sultana powoli rozkłada się pod wpływem wody i obnaża swoje glutowato-rodzynkowe wnętrzności. Tego mydła dużo gorzej mi się używało, ale za to miało bardzo dobre właściwości nawilżające i wygładzające.

Niestety, w obu przypadkach używanie tych kostek do mycia ciała uznałam za beznadziejne i zrezygnowałam po pierwszych kotach-za-płotach. Podobnie jak w przypadku wszystkich znanych mi mydeł w kawałku, lushowe przysmaki pozostawiają moją skórę czystą w bardzo nieprzyjemny, nieakceptowalny sposób – na cierpko. Ciało jest niemiłe w dotyku, „stawia się”, gdy jest głaskane (a kto nie lubi się głaskać, hę?). Ten efekt był mniej zauważalny po umyciu się Sultaną, ale wciąż nie było idealnie, dlatego odpuściłam. Do rąk oba nadają się wyśmienicie, a przy tym robią za łazienkowy odświeżacz powietrza i są w tym skuteczniejsze od produktów dedykowanych. Ot, Lushowe czary mary. 


Coalface to zupełnie inna historia. Praktycznie bezzapachowa (a już na pewno nie perfumowana), niezwykle szorstka u podstawy porcja węglowego mydła. Podobno można umyć i wybielić nią zęby, ale jakoś nie mogłam się przełamać. Do ciała też nieszczególnie miałam ochotę – mając do wyboru niepachnące, czarne, szorstkie mydło lub cudnie pachnący żel pod prysznic, nie miałam wątpliwości, komu chcę powierzyć mój pot i bakterie. Za to jako zmywacz twarzowego brudu czarna kostka sprawdza się aż za dobrze – doczyszcza wszystko, co się da i traktuje skórę twarzy podobnie jak pozostałe kostki traktują resztę ciała: gdy użyję Coalface, moja cera autentycznie skrzypi z czystości. Kto lubi ten efekt, będzie mógł radować się nim długo, bo Coalface używany wyłącznie do mycia twarzy, jest baaaaaardzo wydajny. Nie psuje się. Działa do samego końca. Ja wolę przyjemniejszą w dotyku skórę, ale doceniam lushową metodę doczyszczania. Węgiel ma sens i na pewno jeszcze będę z nim eksperymentować (może tym razem mały romans z Lawendową Farmą?).

Czy warto zamawiać online mydlane kostki z Lusha? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ja mogę bez nich żyć, ale na pewno są to dobre kosmetyki myjące. Gdybym znalazła się kiedyś w Londynie lub w innym miejscu na Ziemi, gdzie można nabyć stacjonarnie produkty Lusha, na pewno wyszłabym z torbą zakupów. Ale żeby specjalnie klikać i płacić, i paczkę z poczty odbierać? Czy ja wiem...


piątek, 25 lipca 2014

Essence – Cookies & Cream LE: róż bardzo różowy

Kolekcja Cookies & Cream wydarzyła się w świecie Essence w kwietniu, ale z powodzeniem można ją odnaleźć w polskich drogeriach nawet dziś. W pobliskim Super-Pharmie jeszcze w zeszłym tygodniu szafa Essence zachęcała mnie do kupienia resztek edycji limitowanej Ice Ice Baby – hitu tegorocznej zimy, także wiecie. No. A gdybyście nie spotkały Cookies & Cream na żywo, właśnie przydybałam tę limitkę w TYM sklepie online. Także wiecie. No.


Mój egzemplarz przyjechał do domu wraz z ciasteczkowym kremem do rąk z Czeskiego Cieszyna, ale – jak się szybko okazało – żaden z niego rarytas, bo chwilę po moich majówkowych zakupach zobaczyłam tę kolekcję na rodzimych półkach. Wygląda na to, że dystrybucja edycji limitowanych od Cosnovy przynajmniej w niektórych drogeriach ruszyła z kopyta i jest szansa, że będziemy cieszyć się kolekcjami letnimi latem, zimowymi zimą i tak dalej. Beach Cruisers jest tego wcale niezłym przykładem. Wracając do wiosennych ciasteczek, no cóż, znowu przepadłam przez magiczne zaklęcie dla pasibrzuchów. Kolekcja Cookies & Cream spodobała mi się prawie cała, więc oczywistym było, że coś ciasteczkowego do mego domu trafi. Zapach kremu do rąk niezmiennie napawa mnie rozkoszą, miałam cichą nadzieję, że róż też sadzi ciastkami. Niestety. 


Jedyny dostępny odcień różu Cookies & Cream to 01 Cakepop, That's Top! Urzekł mnie ten wypiekany, wypukły okrąglak w prostym opakowaniu – od czasu do czasu miło nacieszyć oko odrobiną minimalizmu. A co tam w środku? Oj, wiele.


Róż jest tak mocno napigmentowany, że to aż nieprzyzwoite. Jest miękki, lekki, a puchaty pędzel, taki jak np. widoczny na zdjęciu Real Techniques, nabiera go jednorazowo tyle, że dałoby się wymalować tą ilością całą familię klaunów i klauniątek. Kolor w wersji nieroztartej jest – z punktu widzenia makijażu-nie-na-wybiegi-oraz-nie-do-cyrku – makabryczny. To jakiś jaskrawy, wściekły, niemalże neonowy koral. Prawdziwy różowy postrach dla niewprawionych dłoni (o, na przykład takich jak moje). Po roztarciu zrobiło się mniej groteskowo, ale wciąż groźnie. Cóż, morał jest jeden: z tym różem z pewnością da się przesadzić


Nawet po otrzepaniu pędzla i ostrożnej aplikacji róż jest bardzo widoczny i – nie chce być inaczej – zwraca uwagę. Jeśli lubicie mocny efekt, będziecie zachwycone, bo kolor jest uroczy i bardzo dziewczęcy. To faktycznie ciepły, koralowy róż z nienachalnym połyskiem i mimo solidnego rumieńca, jaki Wam zafunduje, nie będzie przywoływał skojarzeń z problemami naczynkowymi.  Swoją drogą, czy to nie dziwaczne? Wątpliwej jakości modelka ze zdjęcia ma cerę naczynkową, ogorzałe poliki, które najpierw stara się pokryć szpachlą, by rumieniec był niewidoczny, a następnie bierze do ręki róż i trzaska nowego buraka, tylko w innym odcieniu. Ach, ta babska logika. 

A Cakepop, That's Pop! lubię. Cieszę się, że ze mną zamieszkał. Tylko rzadko się spotykamy przy pędzlu, bo zwykle rano mam na konturowanie twarzy 30 sekund w okolicach 8:27. Także wiecie, no.

Kiedyś mówiłam, że wyleczyłam się z czarnych kresek na linii wodnej i na dolnej linii rzęs. Kłamałam. Poznałam pewną stylistkę, która pomogła mi zrozumieć, że moda na brak czarnej kreski jest bez sensu i powinnam to olać, jeśli dobrze się w niej czuję i dobrze wyglądam. Jej zdaniem moje oko lubi czarne kreski. No to niech sobie ma to oko. Niech się cieszy. I niech ja się cieszę. Wolność dla czarnych kresek!

Ile: 3,5 g
Za ile: 12,99 zł
Dostępność: wybrane szafy Essence, internet

poniedziałek, 21 lipca 2014

Ile jest peelingu w peelingu? I Love... Coconut & Cream – peeling myjący [recenzja]

O firmie I Love... Cosmetics wspominałam przy okazji recenzji malinowego kremu do rąk. Krem pachniał ślicznie, działał nieźle, dzięki czemu nie odstraszył mnie od reszty zakupionych niegdyś w Douglasie wynalazków. Nie od dziś wiadomo, że jestem zapachowym łasuchem i raduję się niczym fretka na wolności, gdy używane przeze mnie kosmetyki pachną żarciem. Tym słodkim. Tym pysznym i tuczącym. W takim kontekście nikogo nie powinno dziwić, że linia Coconut & Cream nastawia dziś dumnie pierś do recenzji. 


Kremowy kokos... brzmi jak marzenie! Przynajmniej jak moje. Peeling I Love... Cosmetics dodałam do koszyka po tym, jak ślinowy zwis sięgnął kolan. Obietnica „ucieczki do raju” prosto z Ursynowa wydała mi się aż nazbyt kusząca. „Exotic explosion”, „drifting away” i „idyllic beach” to trzy frazy, które mój mózg łyknął bez swego wrodzonego krytycyzmu. Ten stan nieco podejrzanej euforii towarzyszy mi do dziś, mimo że peeling... delikatnie mówiąc, do najlepszych nie należy

Kremowy żel z podobno-złuszczającymi drobinami mieszka w przezroczystej tubie z wygodnym zatrzaskiem, dzięki czemu miło się po niego sięga pod prysznicem. Zapach jest przepyszny! To nie ten kokos, z jakim regularnie macie przyjemność w rozmaitych kokosowych kosmetykach. Tutaj mamy kokosowy deser, w którym naprawdę czuć tę obiecaną słodką śmietankę. Coconut & Cream mógłby być budyniem lub puddingiem. Jedno jest pewne: to coś rozkosznie pysznego (może lody?), od czego w nadmiarze możecie puścić równie rozkosznego pawia. Czy ta słodycz jest fajna, to już kwestia gustu. Dla mnie na szybką sesję pod prysznicem – jak najbardziej, ale nie jestem pewna, czy miło by się używało kremu do ciała z tej samej linii. 


Skład nie powala i na pewno nie należy do naturalnych, ale widziałam dużo gorsze. Obecność dobrze pieniącego się SLeS-u na drugim miejscu po wodzie sprawia, że peeling staje się bardzo skutecznym kremowym żelem myjącym. No i właśnie. Bo to żel myjący, a nie żaden peeling. Zerknijmy na kilka marnych wypierdków, które opuściły tubę w celu się_sfotografowania:


Nawet jeśli to jeszcze Waszym zdaniem nie wygląda żenująco, zapewniam, że te ciemne cosie nie mają żadnych właściwości ściernych. Można by trzeć tym żelem tyłek niemowlaka, a wspomniany niemowlak nawet nie piśnie, bo nie zauważy, że myjecie go czymś innym niż zwykle. Cóż więcej? Chyba nic. Z radością używam Coconut & Cream, gdy najdzie mnie ochota na wyjątkową słodycz pod prysznicem, ale nigdy nie biorę go serio pod uwagę, kiedy planuję pozbyć się martwego naskórka. Warto płacić trzy dychy za niezdzierający deser kokosowy? Raczej nie, ale jeżeli poszukujecie gęstego kremowego żelu myjącego o obłędnym zapachu, to może być coś dla Was. 

Pojemność: 200 ml
Cena: 29,90 zł
Ocena: jak to ocenić? za zapach: 5+, za działanie: 2+ (plus, bo myje) 
Dostępność: wyłącznym dystrybutorem w Polsce jest Douglas

czwartek, 17 lipca 2014

Bielenda Professional – Aloesowa maska algowa do twarzy [recenzja]

Opisanie tego kosmetyku wymaga wyznania mu miłości. Tak, to opowieść o tym, jak zakochałam się w wielkim słoju zielonego proszku. Masko algowa, ma najdroższa, niejedyna, o tobie będzie dziś. 


Bielenda ma w ofercie różne rodzaje masek algowych: chłodzącą z rutyną i witaminą C, cytrusową, witaminową, żurawinową, z glinką ghassoul, z koloidalnym złotem, z czerwonym winem, ze spiruliną, z kozim mlekiem, z proteinami mleka, z arbuzem, perłą, placentą... Jest wersja wybielająca i diamentowa, jest też specjalna na zmarszczki mimiczne, a nawet liftingująca i normalizująca (to dwie różne) dla mężczyzn! Ufff, sporo tego. I co? I mam ochotę wypróbować je wszystkie. Poza tym mężczyźni mają lepiej, bo te niemęskie są dla wszystkich (czyli dla mężczyzn również), a męskie same wskazują, kto ma nimi obdarzać swą cerę. Co za świat. Przejdźmy dalej.

Wersja, którą wybrałam poniekąd losowo (bo każda obiecuje jakiś fantastyczny efekt, doprawdy trudno się zdecydować, w jaki sposób mam być piękna), jest z aloesem i producent przeznaczył ją dla każdego rodzaju cery wymagającego regeneracji. Słowo szeroko pojęte, ale Bielendzie chodziło przede wszystkim o pomoc cerze trądzikowej lub w jakikolwiek inny sposób problematycznej

Nieco pitu-pierdu od producenta: „wzmacnia system odpornościowy skóry, zwiększa napięcie i elastyczność, wyraźny efekt liftingujący, łagodzi stany zapalne, wspomaga leczenie skór łojotokowych i trądzikowych, długotrwale nawilża, rewitalizuje zmęczoną i szarą cerę, czyni skórę rozświetloną, gładką i aksamitną”. Dobra, bez żartów i bez przesady. Przecież to marketingowe bujdy. Czy to możliwe, żeby były prawdziwe? Tak... całkiem serio-serio?


Algi poznałam już wcześniej dzięki Organique. Moja chyba-ulubiona polska firma również ma w ofercie kilka rodzajów masek z algami, ale obawiam się, że cenowo wychodzą nieporównywalnie drożej (ok. 20 zł za 30 g, podczas gdy 190 g alg z Bielendy kupicie za 45 zł). Testowałam wersję żurawinową i byłam bardzo zadowolona, chociaż czytałam opinie, że może wysypywać. U mnie nic takiego się nie wydarzyło, podobnie Bielendowe algi z aloesem pozostały dla mojej cery li i jedynie źródłem wielkiej rozkoszy. To 190-gramowe opakowanie ma starczyć na 10 zabiegów. Nie liczę, ale zapewne tak właśnie jest, bo 30 gramów maseczki z Organique rozpracowujemy w dwóch turach. Skład aloesowej Bielendy macie poniżej, rzut okiem na jasnozielony proszek, w którym ukryła się niezwykle przydatna miarka – powyżej, a teraz przejdźmy do zachwytów.  


Wyobraźcie sobie, że marketingowe bujdy są – jak na bujdy i niebujdy – wyjątkowo zgodne z rzeczywistością. Maski algowe czynią czary, a wersja aloesowa czyni czary zaiste niedyskretnie. No nie da się nie zauważyć dobroczynnego wpływu tego proszku na cerę, która dotychczas miała ze sobą problem. Uwielbiam maski algowe za to, że po wymieszaniu z wodą otrzymujemy gluta, który – po wymuszonej przez instrukcję rychłej aplikacji – zastyga na twarzy, a po zabiegu musimy z siebie zdjąć coś, co jest najzwyklejszą w świecie maską Fantomasa. Zabawa przednia. Od kiedy uraczyłam mą facjatę maską algową z aloesem, zaczęłam uwielbiać maski algowe za ich ogólną niesamowitość. Bo wiecie, ta na przykład nawilża do nieprzyzwoitości. I cudownie chłodzi w trakcie, dzięki czemu ma działanie uspokajające. Łagodzi stany zapalne, gasi rumieńce, rozjaśnia cerę (choć nie jest to chyba efekt trwały), napina i ożywia ją tajemnymi mocami. Po pożegnaniu looku Fantomasa skóra jest gładka, chłodna i tak nawilżona, że aż przemoczona niczym kwiatowe rabatki po wielkiej ulewie. Zaprawdę trudno w to wszystko uwierzyć, ale tak jest. Przynajmniej u mnie. Moc alg jest ze mną!

Jedynym minusem, jaki dostrzegam, jest ograniczona dostępność masek Bielendy, ale w sumie – czy w czasach, gdy przez co najmniej pół dnia macie nosy przyklejone do monitorów nurzających się w wi-fi, to naprawdę jakiś wielki problem?

Pojemność: 190 g
Cena: ok. 45 zł
Ocena: 6/6
Dostępność: drogerie internetowe, sklepy z kosmetyką profesjonalną

poniedziałek, 14 lipca 2014

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 6

Dzisiejszy odcinek z kosmetycznymi niewypałami poświęcam produktom makijażowym. Przed Wami czteromiejscowy hol of szejm. Zwiedzanie rozpoczynamy od obejrzenia bazy pod cienie Artdeco, która nie jest tą wspaniałą bazą znaną przez cały blogowy świat...  


Artdeco – Pure Minerals – mineralna baza pod cienie 

Mineralna baza dla wrażliwców, która jest tak różna od słynnej, zachwalanej, w słoiczku, że aż trudno uwierzyć w ich wspólne drzewo genealogiczne. Ta tutaj za każdym razem wita nas cudnym, olejowym rzygiem. Tak na dobry początek dnia. Na wstępie naszej znajomości nie wiedziałam, na co ją stać, więc parę razy oberwałam solidną porcyjką lejącego tłuszczu. Potem nauczyłam się ugniatać zakręconą tubę i efekt był nieco lepszy, choć – jak widzicie na zdjęciu – wcale nie doskonały. Niestety, ta okrutna konsystencja niesie za sobą dalsze przykrości: moim tłustym powiekom robiło się po niej gorzej, cienie rolowały się szybciej niż zwykle, no po prostu klapa na całej linii. Faktycznie jest łagodna i nie podrażnia, ale wiecie, niespecjalnie mnie to już interesuje.


Catrice – Liquid Lip Tint 

Ten tint został już wycofany z szaf Catrice (ostatecznie dzieje się tak z większością ich produktów, wymieniają się regularnie, partiami, znikają cichaczem z konsumenckich żyć), ale jeszcze do niedawna można było go nabyć w drogeriach Natura w koszach z przecenionymi końcówkami kolekcji. Jeżeli jakimś cudem go zauważycie i – co gorsza – zapragniecie posiadać – uprzejmie służę prześliczną ilustracją, którą – dla lepszego efektu – specjalnie wykonałam z wyjątkowo ohydnym fleszem. Tint zaraz po zakupie, na świeżo, był bardzo przyjemny. Pysznie słodki, barwił usta na całkiem twarzowe bordo. Nacieszyłam się nim trochę, a potem gorące uczucia przeszły na kogoś (coś?) innego. Wróciłam po kilku miesiącach i odkryłam, że mieszkańcy Szuflandii zużyli w międzyczasie połowę butelki. To, co po sobie zostawili, to bardzo gęsty, nienadający się do niczego glut, który warstwowo rozkłada się na powierzchni ust, wieńcząc dzieło urodziwą ciemną poświatą przypominającą efekt za ciemnej konturówki. To co, skusicie się na – z pewnością wielokrotnie odkręcany przez kretyńskie klientki – tincik w promocji?


Yves Rocher – Peau Parfaite 6w1 – krem BB w odcieniu light 

Na szczęście ten krem BB dostałam w gratisie do zamówienia. Na nieszczęście moja mama też go dostała i podarowała mi wraz z innymi yvesrocherowymi produktami. Tak oto stałam się posiadaczką 100 mililitrów całkiem beznadziejnego kremu-na-pewno-nie-bb w odcieniu light, czyli teoretycznie moim. Nie będę nawet wnikać w to, jakie sześć w jednym wymyślił producent. Powiem tylko, że krem ma bardzo azjatycki, różowo-siny odcień, tylko niestety nie chce się stopić z cerą tak, jak robią to koledzy zza gór i mórz. Efekt na twarzy to różowawa, rozmazana szpachla. Dzięki wyjątkowo nieudanej formule niezależni obserwatorzy mogą podziwiać Waszą technikę nakładania podkładu, widać każde pociągnięcie palcem. Mogłabym oczywiście spróbować zaaplikować go gąbką-jajem, ale jest tyle lepszych kremów udających BB, że niestety, nie znalazłam w sobie mocy sprawczej.


Maybelline – Forever Strong Pro nr 730 Lunar Grey 

To moje najnowsze bublowe odkrycie. Lakier kupiłam dawno temu wraz z dwoma innymi odcieniami w jednej z tych nie-dających-się-olać-promocji, zdaje się, że to akurat był kosmetyczny outlet. To było dość dawno, Lunar Grey czekał na swoją kolej, aż wreszcie wygrzebałam go z szuflady i z radością zabrałam się za malowanie. Taki on jasny i letni, no i z shimmerem – chciałam go porównać z Catrice'owym Lilactric, bo to taka smutniejsza, szara wersja liliowego kolegi. O ile do lakieru Catrice mam parę uwag technicznych, ale ogólnie daje się go nosić z niemałą przyjemnością, o tyle Maybelline prawie od razu okazał się bezużyteczny. Zupełnie nie wygląda na takiego zwiędłego fallusa, ale z jakiegoś powodu NIE WYSYCHA. Baza ta co zwykle, Seche Vite na górę i... wielka dziura w paznokciu po kilku godzinach od malowania. Lakier z błahego, codziennego powodu zadarł się czule całą swą Jaśnie Plastelinowatością, pozostawiając paznokieć całkowicie nieoglądalnym. Tak się złożyło, że z Lunar Greyem poszłam na całość i pomalowałam nim również paznokcie u stóp. Bałam się zaglądać, no ale. Cóż, lewy paluch również zgubił część lakieru. Nie mogę się doczekać randek z pozostałymi odcieniami...

Znacie któryś z tych produktów? Jak tam Wasze kolorowe buble?

czwartek, 10 lipca 2014

Coryse Salomé – Compétence Anti-Age Firming Throat Cream, czyli krem do szyi, moi mili.

Truskawkowe zakupy wciągają. Pewnego dnia odstałam swoje w pocztowej kolejce, potem z portfela wyfrunęło 100 zł VAT-u (który na szczęście Truskawka zwraca), a na koniec z wypiekami na twarzy* popędziłam do domu, gdzie – uprzednio uśpiwszy Tomasza – rozpakowałam pudełko pełne skarbów. Nie wiem, od czego to zależy, ale za tamtym razem Truskawkowi pracownicy pięknie opakowali każdy kosmetyk w ozdobny papier, co spotęgowało wrażenie przyspieszonej Gwiazdki. W paczce znalazło się sporo okazyjnie kupionych wynalazków, a wśród nich dwa słoiki kremu do szyi prosto z Paryża! (a właściwie z Hongkongu, bo tam truskawkowe kosmetyki zaczynają swoją podróż). 


Coryse Salomé to francuska marka pielęgnacyjna, która ładuje do wszystkich swoich produktów kompleksy RNA i DNA. Ponoć odgrywają one kluczową rolę w metabolizmie i budowie nowych komórek skóry, ale czy tak jest naprawdę, najbledszego pojęcia nie mam. Uwierzyłam, że ma to jakiś sens, dlatego z okazji promocji wrzuciłam do zakupowego kosza od razu dwa słoiki (no wiecie, jak można nie skorzystać z przeceny: ze 107 zł na 43? :P). 


Bohater dzisiejszego odcinka (Lu :*) to przeciwzmarszczkowy, ujędrniający krem do szyi, który według producenta ma szereg zalet: intensywnie liftinguje, wspiera odnowę komórkową, usuwa zmarszczki i fałdy skórne (czyli że je wsysa?), wygładza, odmładza i inne czyni swawole.  Z moich obserwacji wszechświata wynika, że większość pań interesujących się na serio pielęgnacją samych siebie traktuje wierne swe towarzyszki – szyje – po macoszemu. Nie żebym sama była grzechem pielęgnacyjnym nieskalana: ile to już razy zdarzało się, że ładowałam w te rejony krem, który lekko się przeterminował albo zapychał cerę, albo śmierdział. Albo wszystko naraz. Ile to już razy wysmarowałam się od czoła po palce u stóp, zapominając o wiernej szyi mej! Z jakiegoś powodu, zanim głębokie zmarszczki rozorają obwisłe fałdy szyjne niczym rajdówka szutrową ścieżkę leśną, szyję z reguły mamy w dupie, jakkolwiek nieanatomicznie by to brzmiało. Nie jest to dobre postępowanie, bo to właśnie szyja zdradza nasz wiek, najszybciej dorabia się braku jędrności, zwisów i głębokich zmarszczek. Dlatego postanowiłam zmienić swe karygodne postępowanie i potraktować tę część ciała z szacunkiem. No to masz tu, szyjko, ssij kwasy nukleinowe i bądź piękna.


Porządny, ciężki słoik skrywa nieurzekająco pachnący, treściwy krem, który wygląda na bardzo tłusty, ale jest tłusty tylko trochę. Wydajność oceniam dobrze (choć w tygodniach Wam jej nie podam, ale na pewno wyszło ich wiele) – nic, tylko smarować bez specjalnych oszczędności. Jeśli nie gmeracie sobie przy twarzy i szyi w celu rozładowania stresu, Compétence Anti-Age Firming Throat Cream całkowicie Was zadowoli. Ja niestety czasem gmeram, więc odkryłam, że krem – rozcierany intensywnie w górę i w dół – chętnie się roluje.
No i co z tego? To czarodziej! Smarowałam dzielnie szyję każdego dnia, raczej raz dziennie niż dwa, i muszę przyznać, że ze spłycaniem zmarszczek coś jest na rzeczy. To nie tak, że nagle pozbyłam się ich, ale naprawdę są jakieś takie płytsze... Rozpoczęłam właśnie drugi słoik, żeby sprawdzić, czy mi się nie zdawało, w razie gdyby mi się jednak zdało, z pewnością odszczekam na blogu mą śmiałą teorię. Dziś jednak nie chce być inaczej: nieestetycznie poprzeczne bruzdy trochę mniej rzucają się w oczy, a to już coś, prawda? Ponadto krem lekko napina skórę i nieźle nawilża, co w tych okolicach również jest mile widziane. Nie mam porównania z innymi kremami do szyi, bo... same wiecie, ale może są inne, łatwiej dostępne, tańsze, które też pomagają tępić starcze stempelki na gardle? Jeśli znacie takowe, szybko dajcie mi znać, a tymczasem wklejam tajemniczy skład kremu Coryse Salomé:


Wianuszek konserwantów nie robi dobrego wrażenia, ale reszta jest dość interesująca. Mimo sympatii, jaką żywię do tego kremu, wciąż poszukuję innego, łatwego do zdobycia. To jak, pomożecie, czy wciąż macie swoje szyje w kosmetycznym poważaniu?

Pojemność: 50 ml
Cena: ok. 105 zł (obecnie przeceniony na 43 zł)
Ocena: 4+/6
Dostępność: widziałam tylko na Truskawce


*Okej, wypieki mam zawsze, a właściwie jeden wypiek trwały na prawym policzku. Ach, kochana cero niesymetrycznie rumiana, naczynkowa ty, wrażliwa ty!

środa, 9 lipca 2014

Elektryzujący lilak: Catrice – Ultimate Nail Lacquer nr 30 Lilactric

Oto lakier, którego nazwa została wymyślona perfekcyjnie. Bo niby to lilak jakich wiele, a jednak nadzwyczajny. Bo się mieni, a jego próby zwrócenia na siebie uwagi są doprawdy udane. Chyba że dzień pochmurny, ale chwilowo nam to nie grozi. Taki to on. Liliowy bez z fleszem


Mimo że mam wielką słabość do marki Catrice, niezwykle rzadko sięgam po ich lakiery. Mają wprawdzie cudowne kolory – sama przyjemność na nie patrzeć, gdy zatroskane przepychają się na sklepowej półce, walcząc o miejsce w koszyku – ale jakość pozostawia najczęściej sporo do życzenia. Lilactric mieszka u mnie od dawna, ale przypomniała mi o nim Simply, która upolowała go niedawno w trakcie polskich zakupów. Nie dziwię się Jej, bo mnie też zachwycił już na etapie buszowania po Naturze.

Po kilku miesiącach od otwarcia lakier ma wciąż odpowiednią konsystencję – jest dość rzadki, ale nie lejący. Mimo wszystko to nie emalia z serii łatwych, przyjemnych i wybaczających błędy  niewprawnej ręki. Na przykład tak niewydarzonej manualnie jak ręka Tomaszowej matki. Gdy próbuję nakładać go grubszą warstwą, zawsze upierniczę sobie skórki lub zostawię mięciutkie, nigdyniewysychające pasmo, w każdej chwili gotowe do zdarcia się lub co najmniej odgniecenia faktury kołdry. Pędzelek jest szeroki i płaski, przypomina mi ten od Rimmel Salon Pro. Dwie warstwy dają ładne krycie, trzecia dopełniłaby dzieła, ale ja się nie podejmuję, bo – jak to bywa z lakierami Catrice – wszystko schnie dość opornie. Oczywiście wysychanie idzie Lilactricowi 100 razy lepiej niż mojemu najgorszemu zeszłorocznemu blogerskiemu koszmarkowi z Wibo, ale do ideału wciąż daleko. Jeżeli zapodacie dwie grubsze warstwy, nawet wysuszacz Seche Vite może okazać się z deka niepełnosprawny. Niewątpliwą zaletą odcienia Lilactric jest fakt, że mimo niełatwego, połyskującego wykończenia, nie smuży.


Choć nie jest to mój lakier pierwszego wyboru, ciągle do niego wracam, bo subtelny efekt, jaki daje, ogromnie mi się podoba. Nie poddałam się niesłabnącej modzie na kremowe, nieopalizujące emalie i od czasu do czasu z przyjemnością aplikuję na paznokcie coś połyskującego. Tutaj połysk daleki jest od średniowiecznej, perłowej tandety.

Na zdjęciach widzicie u góry wersję w sztucznym świetle, a na dole paznokcie ze spaceru z Tomkiem w słoneczny, letni dzień. Słońce wydobywa z Lilactrica opalizującą moc złotych drobin. Ładnie, prawda? Lakier trzyma się dzielnie paznokci przez kilka dni, symbolicznie ściera się na końcach (na zdjęciu ze spaceru to już czwarty dzień jego napaznokciowej egzystencji), nie odpryskuje, nie schodzi płatami. Bardzo się lubimy, szczególnie latem. Jeśli Wam też przypadł do gustu, zasuwajcie po niego do drogerii, bo Cosnova (właściciel Catrice i Essence) ma w niemiłym zwyczaju co kilka miesięcy wymieniać połowę swoich szaf.


Pojemność: 10 ml
Cena: ja kupiłam za 10,49 zł (ale zupełnie nie pamiętam, czy to cena regularna tych lakierów, czy była jakaś promocja).

poniedziałek, 7 lipca 2014

Denko prodżekt, odc. 15



Oto ja i moje spóźnione kosmetyczne dno. Tym razem zupełnie nieszokujące wielością pustaków, bo przez półtora tygodnia czerwca korzystałam z zasobów rodziców, u których przyszło nam mieszkać w trakcie remontu. Przez ten czas ani razu nie użyłam balsamu do ciała i wiecie co? Zupełnie nic. Moja skóra, która przez długie miesiące dzień w dzień traktowana była z należytymi honorami, sprawia wrażenie zabalsamowanej za życia. Na wieki. Zero przesuszenia – nawet na łydkach! Jaki z tego morał? Wcierajcie, smarujcie i róbcie to regularnie. Opłaca się!


Biochemia Urody – Hydrolat oczarowy – z naturalną pielęgnacją żyjemy w otwartym związku, bywa, że zmieniamy status na „to skomplikowane” lub „wolny/wolna”, ale hydrolat oczarowy trwa, działa, łagodzi i jest jednym z najfajniejszych toników, jakie stawiałam w łazienkowej szafce. Pachnie mokrym mchem, jak na tonik całkiem nieźle oczyszcza. No, słowa złego nie powiem. Tu recenzja.

Garnier – Czysta Skóra Active – Peeling Brusher – przedziwny, zbyt drogi jak na tę półkę żel do mycia twarzy, który pod niebieskim plastikiem skrywa silikonową, pokaźnych rozmiarów szczotę do masażu. Moja wrażliwa, naczynkowa cera nie lubi mechanicznych peelingów, ale ta szczotka ma miękkie, gumowe włoski i nie robi krzywdy mej buraczkowej hrabiance. Sam żel ma rozwiązywać problem trądziku i wągrów – pierwszy problem poza pojedynczymi syfami u mnie nie występuje, więc się nie wypowiem, a czarne kropy pozostają nieruszone, więc pod tym względem żel sprawuje się cienko. Ma miętowy aromat, fajnie się pieni przy masażu wbudowanym gumiakiem, ale jest za rzadki, więc łatwo porozlewać go sobie po stopach. Nie wrócę, bo niczym mnie nie zachwycił, a mam już swoich ulubieńców do mycia facjaty.

Johnson&Johnson – Clean & Clear – Przeciw wągrom peelingujący żel – polska część nazwy tego produktu czaruje mnie swą składnią, ale żel – w istocie kremem będący – leci do kosza zużyty do połowy, bo nastał się w łazience zdecydowanie za długo, a ja w międzyczasie odkryłam, że moja cera jest naczynkowa i peelingujące drobiny aplikowane na twarz zdecydowanie odpadają. Mogę powiedzieć Wam o nim tyle, że pachnie kwasem, bo i kwas zawiera, oczyszcza solidnie i zmniejsza widoczność wągrów, ale czy pozwala pozbyć się ich trwale – tego już nie udało mi się sprawdzić.

Yves Rocher – Pur Bleuet – dwufazowy płyn do demakijażu – nasta butelka mojej ulubionej dwufazy poleciała do kosza. Będą kolejne. Recenzja: klik

Lush – Angels On Bare Skin – ta słynna lushowa pasta myjąca zachwyciła mojego małżonka. Swoją wyborną recenzję zostawił tutaj, a ja na razie nie planuję zakupów w tym sklepie, bo bez naturalnych kosmetyków Lusha zdecydowanie mogę się obejść.


Bandi – Hydro Care – Krem Intensywnie Nawilżający – lubię jego zapach i opakowanie, nawilża bardzo przyzwoicie, a kupię go znowu już niebawem, gdyż zdenkował go... mój coraz światlejszy kosmetycznie mąż. „Skończył mi się mój ulubiony krem nawilżający, czy MOŻESZ COŚ Z TYM ZROBIĆ?” – usłyszałam. Dobra, zrobię, a o tym, jak sprawdził się na mojej cerze, Wy możecie poczytać tu: klik.

Benefit – Moisturize Triple Performing Facial Emulsion – miniatura emulsji nawilżającej Benefitu to lekki, beztłuszczowy krem nawilżający z filtrem SPF 15 PA++, który w pełnym, 50-mililitrowym wymiarze kosztuje 129 zł i jego zakup uważam za całkowicie bezsensowny. Słodka, szklana buteleczka okazuje się po stokroć głupia, gdy przychodzi do wydobycia z niej emulsji, krem – mimo że lekki – pozostawia na skórze film, nawilża nieźle, ale niezachwycająco, więc nie widzę żadnego powodu do zakupu pełnego wymiaru. Przynajmniej jest wydajny. 

Clinique – Dramatically Different Moisturizing Gel – o ile w przypadku emulsji Benefit srodze się rozczarowałam, bo bardzo chciałam, żeby ten krem okazał się fantastyczny (wiecie, bardzo lubię Benefit, kibicuję im, trzymam kciuki i takie tam), o tyle do Clinique od początku byłam źle nastawiona. Bo ich pierdołensy o pielęgnacyjnych trzech krokach u mnie kompletnie się nie sprawdziły: wybrałam zestaw miniatur do cery mieszanej w kierunku tłustej i ichniejszy tonik o mało nie wypalił mi dziur w policzkach. Czysta, żywa gorzała, coś koszmarnego. Żel, który ma nawilżać mocno, totalnie, niewyobrażalnie, jest z kolei po brzegi wypełniony silikonami, które niesamowicie wygładzają skórę, ale jak wiemy, ten efekt wygładzenia to ubrany w estetyczną butelkę, chwilowy bulszit. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że z dnia na dzień serce mi mięknie, a Dramatically Different Moisturizing Gel, wbrew zdrowemu rozsądkowi, coraz bardziej mi odpowiada! Tego nie było w scenariuszu. Żelowa formuła powinna się rolować, a tego nie robi, więc świetnie pasuje pod makijaż. Nawilżenie obecne, zapychania brak. Dziwne, dziwne. Ten żel nie ma  najmniejszego pielęgnacyjnego sensu, ale poprawia nastrój. Kto wie, może jeszcze kiedyś się spotkamy. 

Bioliq – Intensywne serum rewitalizujące – pisałam o nim ostatnio, więc nie ma sensu się powtarzać: klik. Bardzo je polubiłam i planuję powrót, mimo że czarodziejskich mocy nie posiada. 


Dermedic – Antipersp R – kulka z aluminium, wydaje mi się, że chroni dobrze, ale trudno to ocenić, bo od nowości prezentuje zapach spoconej pachy. Może go kojarzycie, taka spocona po wuefie koszulka używającej antyperspirantu gimnazjalistki. Niby nie śmierdzi jej spod pach, a jednak po 40 minutach biegania wokół szkoły pacha świeżością nie grzeszy. Na pewno nie wrócę do tego roll-ona, bo za 24,50 zł będę miała dwie świetne kulki Nivei i jeszcze zostanie mi reszta na balonówę. 

Isana – balsam z olejem arganowym – naczytałam się kiedyś o tym balsamie, że cudowny, że wybornie nawilża, że coś tam. Kupiłam go w promocji za niewiele złotych i nie zakochałam się. Pachnie niezbyt interesująco, właściwości ma dobre, ale nie jest to jeden z najlepszych nawilżaczy, jakich używałam, ciężko go wypierdzieć z butelki do końca, szata graficzna mnie nie cieszy, nie chce mi się go znowu kupować. Niechże to kremowanie będzie chociaż przyjemne.

Pat&Rub – Otulające masło do ciała – o, no właśnie, przyjemne kremowanie. Doskonały przykład. Masło Pat&Rub zachwyciło mnie zapachem (co za miła odmiana od wszechobecnej, nudnej patandrubowej cytryny), zachwyciło działaniem, zużywałam go niespiesznie, bo żal było się rozstawać. Cieszę się, że weszło do stałej oferty, na pewno kupię je na sezon jesienno-zimowy. Bardzo udany produkt.


AA Ciało wrażliwe – Nawilżająco-relaksujący żel do mycia ciała – Crème Brûlée – fajny, tani żel, który pachnie tak samo jak te wszystkie ciasteczkowe/karmelowe/cholerawiejakie kosmetyki typu kakaowy krem Isany czy szampon i odżywka Balei w czarnej tubie. Pieni się średnio, ale nie wysusza. Może wrócę, czemu nie?

Pat&Rub – Rozgrzewający żel myjący – tu znowu z naturalną pielęgnacją średnio mi po drodze. Żel rozgrzewa tylko w wyobraźni producenta, cała ta linia nazywa się bezsensownie, bo nie rozgrzewa nic a nic. Nawet mentalnie. Zapach w wydaniu balsamowym jest nawet ciekawy, choć dla wielu może być męczący – niestety, pod prysznicem ujawnia swą brzydotę. Do tego wszystkiego żel słabo się pieni i jest niewydajny. Za tę kasę nie warto. Nie było nam razem miło.

Pat&Rub – Hipoalergiczny olejek do kąpieli (próbka) – nie mam w domu wanny, a pod prysznicem nie bardzo się sprawdza akurat ta patandrubowa olejowa formuła. Nie pieni się wcale, rozlewa między palcami, nie rozumiem tego produktu, więc u mnie pod prysznicem romansu z tego nie będzie. Ale wierzę, że w kąpieli może być przyjemnie.


W tym miesiącu olałam próbki i saszetki. Zapomniałam o istnieniu pudełka z próbkami. Wspomnę więc tylko szybko, że maseczka Balei była w porządku (uwielbiam łatwe w obsłudze maseczki w płachtach), ale nie na tyle, żeby się zabijać o jej powrót do moich kosmetycznych zbiorów; Głęboki peeling wygładzający AA to zupełny średniak (ma dużo parafiny), choć połączenie peelingujących drobin (aua) z enzymami jest interesujące. Próbka silikonowej bazy pod makijaż Sephory zachęciła mnie do zakupu pełnego wymiaru i przy okazji ostatnich sephorowych promocji trafiła do mojego koszyka. 

Więcej grzechów nie pamiętam. Do następnego!

sobota, 5 lipca 2014

Dyskretne nawilżanie z Joko: Wet Lips, J56

Dawno mnie nie było, ale miałam dobry, choć męczący powód: remont. Zamieszkaliśmy z Tomaszem u dziadków, a w tym czasie nasza ohydna, stara, rozpadająca się ruda kuchnia zmieniała się w nowoczesne, piękne i przyjemne miejsce, w którym aż chce się tłuc garami i czynić insze swawole. Swawole czynić na pewno będziemy (każdy podług własnych upodobań), ale że nie ma to tamto, przybywam do Was z mokrą od deszczu i od siebie pomadką z Joko.


W porządnym, eleganckim opakowaniu producent ukrył sztyft, który robi to, co uwielbiamy: skutecznie zaraża usta swym kolorem, a do tego nawilża. Nie cierpię wysuszających mocy matowych szminek, dlatego dużo częściej sięgam po tłustsze, pielęgnujące formuły. Joko pod tym względem daje czadu! W składzie mamy ochronne woski i trójcę pielęgnująco-chroniących witamin: A, E i F. Wieść niesie, że pomadki z serii Wet Lips zawierają masło shea, olej rycynowy i peptydy. Mimo że dwa pierwsze składniki potrafią zarówno nawilżyć, jak i wysuszyć – różnie tu bywa u różnych – nie wyobrażam sobie, żeby pomadka Joko miała kogokolwiek skrzywdzić naustną Saharą. Nie ma takiej opcji. Ona naprawdę nawilża, a przynajmniej utrzymuje usta w doskonałym stanie. Kupiłam tę szminkę zupełnie od niechcenia, przy okazji innych kosmetycznych zakupów. Nie miałam pojęcia, że tak mnie zauroczy całym swym pomadkowym jestestwem!


Wspominałam już o tym tu lub gdzieś, że kilka miesięcy temu straciłam głowę dla pomadek z MAC-a. Nigdy wcześniej nie kupowałam smarowideł do ust w zabójczej cenie ponad 80 zł za sztukę, ale gdy poznałam niesamowitą jakość MAC-owych cudeniek, po prostu przepadłam. Mój portfel nie nadążał z produkcją papierków, a ja tylko wrzucałam do koszyka kolejne sztuki, nie mogąc nasycić się mnogością odcieni i wykończeń. W ofercie MAC-a jest kilka dość tłustych formuł, które mimo obniżonej trwałości, wciąż prezentują wysoki poziom. Joko Wet Lips spokojnie może stanąć z nimi w szeregu. 


Odcień J56 na moich ustach staje się typowym my lips but better. Zgaszony, bezdrobinkowy róż, dobrze napigmentowany, gładko sunie nawet po zupełnie nieprzygotowanych na nadejście koloru wargach. Nie podkreśla skórek, daje subtelny efekt zwilżonych ust, wygląda świeżo i naturalnie. Trwałość to żadna rewelacja (Joko jest nieodporna na łakomstwo, gadulstwo i się_całowanie), ale fakty są takie: tłuste pomadki – nawet te ze 86 złotych – nie mają w zwyczaju zostawać z nami na dłużej. Chociaż jeśli moja J56 zostanie bohaterką mejkapu, w którym wyskakuję na miasto samotnie, nie gadam (bo nie mam z kim) i nie jem (bo już za późno), trzyma się ust co najmniej przez trzy godziny, a czy mogłaby dłużej, tego nie wiem – nigdy nie chadzam po mieście samotnie i bez jedzenia przez tak długi czas :P. Aha, schodzi równomiernie. To wspaniale, prawda?

Z serii Wet Lips mam jeszcze odcień J50 – złoty brąz z mnóstwem drobinek. Mimo staroświeckiego zestawu cech (że brązowy, że z drobinkami), na moich ustach prezentuje się dużo lepiej niż w istocie pradawne pomadki Bell w czerwonych opakowaniach, które z lubością kupuje od wieeeeeelu lat moja mama.

Z czyściutkim jak moja nowa kuchnia sumieniem polecam Wam tego Wet Lipsa, a że w kolekcji jest wiele kolorów do wyboru, wierzę, że znajdziecie coś dla siebie. To miła alternatywa dla tłuściutkich, drogich i dla wielu nieosiągalnych pomadek MAC-a. Serio-serio. 

Cena: ok. 20 zł, ja kupiłam za 15 zł gdzieś w internecie. 
Dostępność: drogerie (widziałam w Jasmin), internet.