niedziela, 29 czerwca 2014

Matujący figielek od theBalm: Sexy Mama [recenzja]

To był prawdziwy prezent z przesłaniem! Drogi małżonek ofiarował mi kilka miesięcy temu puder o bardzo wymownej nazwie i pobudzającym wyobraźnię rysunku. Stosowny komentarz w trakcie wręczania pozwolił mi uwierzyć, że ta zmęczona życiem z kurduplem kobieta zwana mną może faktycznie jest jeszcze choć trochę atrakcyjna. A może nawet więcej niż trochę? Oczywiście większa w tym zasługa mężowskiego gadania niż tego małego pudełka z uroczą blondyną na okładce, bo blondyna to tylko pudrować potrafi, a to nic takiego i bez przesady.


Na początku nie bardzo wiedziałam, jak odnaleźć dla niej miejsce w moim życiu. Bo w nim już był tani, bardzo przyzwoity prasowaniec Rimmela Stay Matte, drogi, porządny, krzemionkowy Blot Powder MAC-a, przerośnięte formą, ale przyjemnie luksusowe kulki Guerlain i ze dwa czy trzy pudry sypkie, których dna ujrzeć nie sposób. Po co więc komu skąpo odziana i cyc wypinająca pannica z theBalm? Otóż ponieważ albowiem: czemu nie. Sexy Mama najpierw mieszkała kątem w kosmetyczce wyjazdowej, ale ostatnio trafiła na salony – taka jest sympatyczna. 


Choć zdjęcia nie oddają skali, możecie mi wierzyć, że puder jest niewielki. Nie wiadomo, czy to wada, czy zaleta, czy absolutnie wszystko jedno, bo tradycyjne pudry w kształcie kółka też specjalnie wielkie nie są, więc do kosmetyczki czy torebki mieszczą się bez problemu. No ale powiedzmy, że Sexy Mama mieści się jeszcze lepiej (na pewno dużo lepiej od sypkiej konkurencji). Za to nieco gorzej się z nią współpracuje przy aplikacji pędzlem kabuki. Bo mała. A on wielki. Opakowanie jest świetne nie tylko z powodu uroczej szaty graficznej i wbudowanego lusterka – to, co podoba mi się w nim najbardziej, jest niewidoczne dla oczu, lecz... namagnesowane. Ukrycie w tym papierowym puzderku magnesów, które tak pięknie do siebie lgną, to strzał w dziesiątkę. Nagle używanie czegoś tak prozaicznego jak puder zyskuje element przygody! Na zachętę dorzucę jeszcze fakt, że w składzie nie znajdziecie ni talku, ni parabenów, więc jeśli komuś te dwa składniki przeszkadzają, już teraz powinien uradować się nie na żarty.


Puder jest bezzapachowy i nie wygląda na transparentny – ma całkiem konkretny, beżowy odcień, ale na twarzy faktycznie nie pozostawia kolorowych pamiątek. Jest drobno zmielony, w ogóle nie pyli i daje efekt lekkiego wizualnie, naturalnego matu. Nie osadza się na włoskowym puchu, którego istnienie odkrywa na swej twarzy każda kobieta używająca gównianego pudru, nie zbryla się, nie zapycha, nie podkreśla porów – po prostu dobrze sobie radzi z robotą. Na mojej mieszanej (już prawie w całości tłustej) cerze mat utrzymuje się do trzech godzin, co jest wynikiem całkiem przeciętnym. Dużo lepiej wypada w duecie z dobrym kremem matującym (u mnie obecnie to Bioderma Pore Refiner) i gdy żar nie leje się z nieba. W dni rozżarzone i tak muszę często robić poprawki, a moim przyjacielem są bibułki matujące, dlatego nie ma się co żalić konkretnie na theBalm, bo jeszcze żaden puder na świecie nie poradził sobie z niesprzyjającą aurą i moją okropnie tłustą strefą T naraz. Ciężko mi ocenić wydajność, bo ostała się jeszcze ponad połowa opakowania, a ja regularnie używam tego pudru od kilku tygodni. Na pewno nie znika za szybko, więc plus dla niego. I może małe oklaski?

Nie wyobrażam sobie nie polubić się z Sexy Mamą. Można się w niej nie zakochać, ale nie żywić sympatii? Wykluczone. Fajna z niej laska.

Ile: 7,08 g
Za ile: ok. 55–60 zł
Ocena: 4/6
Dostępność: sklepy internetowe

środa, 25 czerwca 2014

Piękne, pachnące i lekkie: Bioliq – Intensywne serum rewitalizujące [recenzja]

Wiele tysięcy blogowych wpisów temu napatrzyłam się na serum Bioliq i bardzo go zapragnęłam. Nie miało to nic wspólnego ze składem czy działaniem – zauroczyło mnie opakowanie. Szronione szkło, szklana pipeta, nawet napisy wywołują we mnie dreszczyk podniecenia... Czy na pewno miłość jest ślepa? Ja zakochałam się z szeroko otwartymi gałami. Miałam tylko nadzieję, że zawartość okaże się choć trochę przyzwoita.


Bioliq to marka polskiego Aflofarmu. Intensywne serum rewitalizujące producent przeznaczył przede wszystkim dla skóry po 30. roku życia, której właścicielka winna walczyć o nieustającą świeżość i promienność. Myślę, że i przed trzydziechą warto się o te promyki wystarać, bo im dalej w kalendarz, tym bardziej kopie. Wiadomo.

Serum ma wygładzać zmarszczki i inne pomniejsze bruzdy, poprawiać jędrność i elastyczność skóry, nawilżać i odżywiać, dodawać cerze blasku i jeszcze do tego wyrównywać jej koloryt. Niemożliwe, niebywałe, nieprawdopodobne... i nieprawdziwe. Czarodziejskich mocy to serum nie posiada, ale część obietnic producenta się pokryła, co wywołało na mojej – nieco już przecież pomarszczonej – twarzy słodki uśmiech głębokiego zadowolenia.

Źródłem wszelkich cudów na kiju ma być ekskluzywny ekstrakt z kawioru – bogate źródło protein, witamin, lipidów i minerałów. Kawior w składzie podpiera ściany, więc w jednej flaszce można liczyć co najwyżej na smętną mikrokroplę ekstraktu z rybich jajek. Nie mam o to żalu, niech się lepiej rybki lęgną...

Swoją drogą ciekawe, czemu w składzie dwa razy podana jest gliceryna.
No cóż, nawet gdyby to serum robiło wielkie nic, wciąż miałabym ochotę go używać. Ma idealny, świeży (herbaciany?) zapach, idealną, żelowo-wodnistą konsystencję, idealnie się wchłania, a gustowne szkiełko, w którym jest ukryte, tak zwyczajnie i po prostu raduje swą minimalistyczną elegancją. Po użyciu skóra staje się napięta, ale nie spięta, serum pięknie orzeźwia i wspomaga dalszą pielęgnację. Cera po nim jest świeża i zadbana, a ja niczego więcej nie oczekuję, bo od bajek z etykiet kosmetyków wolę bajki Tomasza (no dobra, może niektóre, większość jest nie do zniesienia). Serum nie zapycha i nie roluje się, można go więc aplikować przed wykonaniem makijażu.

Z przyjemnością zużyję drugą butelkę, która już czeka w zapasach, a Wam przesyłam mniej radosną wieść: 30-mililitrowa flaszeczka wystarczyła na miesiąc z niewielkim okładem, więc jeśli chodzi o wydajność, tu raczej bez rewelacji. Kupiłam moje dwa serum sera (według słownika ortograficznego wciąż nieodmienne) bardzo tanio – po 13 zł za sztukę, ale to było dawno i prawie nieprawda. Obecnie w najtańszej aptece świata można je nabyć po 14 zł bez grosza, a jeśli mieszkacie w Trójmieście, możliwy jest odbiór osobisty. Ogólnie widzę, że bez problemu jest do kupienia za kilkanaście złotych, więc jeśli jakaś apteka lub drogeria wmawia Wam, że ten Bioliq kosztuje bliżej 30 zł, wiedzcie, że to bujda.

Pojemność: 30 ml
Cena: 14–25 zł
Ocena: 5/6

EDIT: serum w kontekście kosmetycznym można już odmieniać, sprawdziłam w poradni językowej PWN! także mamy DWA SERA. kochany PWN sam sobie przeczy niestety, bo w ich słowniku ortograficznym wciąż pozostaje forma nieodmieniona jako jedyna poprawna ;(

piątek, 20 czerwca 2014

Jak wymawiać nazwy firm kosmetycznych? vol. 2

W zeszłym roku we wrześniu opublikowałam post, w którym pomogłam Wam (i sobie) rozwiać wiele wątpliwości dotyczących wymowy nazw firm kosmetycznych. Wielkie Uff nadeszło, gdy dowiedziałam się wreszcie, jak poprosić w aptece o Effaclar K (od La Rosz Poze), gdy mogłam poinformować koleżankę, że woda termalna z Juriaż jest najlepsza, a krem do rąk z masłem shea od L'Oksitan u mnie się nie sprawdził. Tekst o trudnej wymowie (głównie francuskich) połamańców do dziś jest najbardziej popularnym wśród wszystkich, jakie kiedykolwiek napisałam i wciąż ktoś trafia na niego z Google po wpisaniu magicznego „nazwa_firmy jak wymawiać”. Pora na małe uzupełnienie. Mam nadzieję, że i tym razem moje nieprawidłowo zapisane, ale proste do odczytania hasła pomogą Wam raz na zawsze skończyć z wtrąceniami typu: „ten żel pod prysznic jest z Le Peti Marselje, CZY JAK TO TAM SIĘ WYMAWIA”.


Aesop – ejsop
Balmain – belmaą
Boucheron – buszorą
Cacharel – po polsku najbliżej jest kaszarel
CHI – czi
Chloé – kloi
Coryse Salomé – kori salomi(e) – na końcu jest takie trochę i, trochę e
Decléor – dekleor
DKNY – di kej en łaj
Elie Saab – eli sa(a)b
Ella Baché – ela baszej (tak mówią anglojęzyczni)
Ermenegildo Zegna – ermenedżildo zenia (u niektórych słychać: dzenia)
Eveline – ewelajn
Jean Paul Gaultier – żaą pol gutie
Joop! – ju(u)p lub może nawet joup
Juvena – juwena
Kiehl's – kils
Lacoste – lakost
Laura Mercier – lora mersje
Le Petit Marseillais – le peti marselje
Lierac – lierak (nie: lirak)
Lirene – liren
Montagne Jeunesse – montanie żones
Moschino – moskino
Peggy Sage – to firma francuska, a we Francji mówią: pegi saż, anglojęzyczna reszta świata wymawia: pegi sejdż
Thierry Mugler – tieri mugler (po angielsku: tieri mjugler)

Przyznajcie się, która z Was uskuteczniała szalone językowe połamańce? Ja mam parę lingwistycznych grzechów na sumieniu... Aha, wymowę różnych słów w rozmaitych językach możecie poznać na absolutnie cudownej stronie: pl.forvo.com. Część odpowiedzi wyciągnęłam z reklam.

Całuję czule.

wtorek, 17 czerwca 2014

Jestem zielony i śmierdzę: Revlon Parfumerie nr 075 Lime Basil

O pachnących lakierach Revlon naczytałam się na blogach dużo. A może nawet DUŻO. Butelki serii Parfumerie są na swój sposób czarujące, odcienie mi się spodobały, tylko nie pasował mi zupełnie pomysł z wciśnięciem na płytkę paznokciową jakiegokolwiek aromatu. Bo i po co? Wolę, kiedy ręce pięknie pachną kremem do rąk lub ewentualnie nie pachną niczym konkretnym. Zapach paznokcia? Co najmniej idiotyczne. 

Pachnące lakiery Revlon są dostępne od dość dawna, ale mieszkają w innych butelkach. Te z serii Parfumerie to edycja limitowana, dlatego jak zwykle śpieszmy się kochać je, gdyż. Wiadomo co.


Właśnie z powodu czynnika zapachowego nie zdecydowałam się na zakup. No dobra, to kłamstwo. Tak naprawdę zapomniałam o tych lakierach i kupiłam po drodze czterdzieści innych, ale historyjka o przemyślanych zakupach i trudnych decyzjach odmownych brzmi dobrze, prawda? Odmienić moje lakierowe, nudne życie postanowiła Luiza (zajrzyjcie na jej bloga, pisze o wszystkim, tylko nie o kosmetykach, i robi to fenomenalnie), która w niedzielę przytargała ze sobą zielonego śmierdziela, żebym sprawdziła, co i jak. No to sprawdziłam. A jak! Zdaniem Lu ten lakier sadzi cytrynowym domestosem. Ja wyczuwam coś innego, od czego idzie cofka jak ta lala. Lime basil to rzadka odmiana bazylii, która dobrze pasuje do tajskiego curry, ale nie powiem Wam, czy zapach lakieru zgadza się z oryginałem, bo nie sądzę, żebym kiedykolwiek dostąpiła zaszczytu posmakowania limonkowej bazylii. Tak czy inaczej w butelce od Revlonu czai się lakier, który przy aplikacji pachnie samym sobą, ale na wyschniętych paznokciach przybiera upiorną formę czegoś trochę-cytrynowego-a-trochę-rzyga-wywołującego. To dobry motyw, jeśli chcecie oduczyć się nerwowego gmerania przy twarzy lub obgryzania skórek. Zapach jest bezlitośnie mocny co najmniej przez pierwszą dobę po aplikacji. Potem na szczęście całkiem się ulatnia.


Lime Basil to kremowa zieleń – w zależności od światła nieco rozbielona lub całkowicie soczysta (głównie to drugie). To kolor, którego na moich paznokciach jeszcze nigdy nie było – dotychczas pojawiały się tylko ugładzone miętówki lub zielenie zgniłe, ewentualnie ciemne, choinkowe tony. Tu mamy letnią łączkę, która tylko czeka, aż jakiś zając usadzi na niej swoje puchate dupsko. Jestem absolutnie oczarowana. 

Ten lakier zadziwił mnie pod każdym względem. Posiada bardzo rzadką konsystencję i chyba najcieńszy pędzelek, jaki na moich oczach wynurzył się z lakierowej toni. – To się nie może udać – pomyślałam. – Nie z moimi zdolnościami manualnymi i trzęsącymi się rękami! A jednak – ten cienki i rzadki zestaw działa fantastycznie. Aplikacja idzie bezproblemowo, skórki się nie zalewają, nie ma smug. Krycie jest dobre już po jednej warstwie, ale zwykle i tak kładę dwie – no to położyłam. Kolejnym jasnym punktem programu jest ekspresowe wysychanie. Nie użyłam żadnego wysuszacza i już po kilku minutach lakier zastygł na wieki. No dobrze, może nie na wieki, ale na kolejne trzy dni, podczas których starł się tylko z końcówek. Żadnych odprysków, żadnych bąbli. Wygląda, jakby miał trwać i trwać, brawo dla tego pana!

Doprawdy nie wiem, po co on tak capi. Gdyby nie to, już bym leciała do sklepu po własny egzemplarz. Znacie te lakiery? Jak inne zapachy? U Obsession spodobał mi się bardzo Pink Pineapple, ale nie wiem, czy nie umrę od jego aromatu, a to jednak trzywarstwowy nude, więc może nie warto?


Pojemność: 11,7 ml
Cena: 19,90 zł
Dostępność: na pewno można znaleźć je w Hebe i Doulgasach.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Który balsam do ciała Pat&Rub wybrać?

Długo mnie nie było, a przecież mam Wam tyle do powiedzenia (jak to ja)! Weekend minął zdecydowanie za szybko, bo – jak wiemy – wszystko, co dobre, kończy się, zanim zdążymy się skapnąć, że w ogóle się zaczęło. Mąż wywiózł siebie i Niewielkiego do dziadków, a matka Tomasza rzuciła się w wir towarzysko-nawet-trochę-imprezowy. To do matki niepodobne. Wśród znajomych, kochanych twarzy pojawiły się te, które może i Wy skądś kojarzycie... Słyszałyście o Magdzie na wakacjach? A o Esach, floresach i fantasmagoriach? Przybyły, odwiedziły, nakupowały i pojechały ;).  To świetne dziewczyny i mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy. Dziękuję za weekend pełen uśmiechu!

To tyle moich zwierzeń i radosnego parskania, a teraz do roboty. Dziś zajmiemy się trzema balsamami Pat&Rub, bo tak się kiedyś złożyło, że nagromadziłam ich aż tyle i stały jeden obok drugiego niczym wojsko na defiladzie. Jak do tego doszło? Cóż... jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to zapewne chodzi o promocje.

Po pierwszych udanych eksperymentach z produktami Pat&Rub wpadłam w prawdziwy kiniowy szał. Regularnie odwiedzałam stronę P&R, oglądałam kolorowe obrazki, szukałam promocji. Drugie zakupy nieco ostudziły mój zapał – ekoAmpułka nr 3 do cery naczynkowej zupełnie się u mnie nie sprawdziła (TU recenzja), co wywołało pewną ostrożność. Ale wystarczyła jedna dobra promocja,  dodatkowy kod rabatowy w skrzynce mailowej i już było po mnie. 


Powitajmy oklaskami tę kolorową trójeczkę. Balsamy mieszkają w estetycznych i higienicznych butlach typu airless, etykiety są odporne na ścieranie, za to mają dość irytujące zatyczki (nakładki? nakrętki? zamknięcia? pozostaję bezbronna wobec tego problemu, chodzi o to coś na górze, jeśli wiecie, co to, oświećcie mnie, proszę, bo zaraz mózg mi eksploduje). Ciężko się JE (uff, wybrnęłam) zakłada i jest to problem również innych airlessów Pat&Rub. Mniejsza o nie. I tak najważniejsze to, co niewidoczne dla oczu, jak stwierdził kiedyś pewien znany Francuz.

Pompki chodzą gładko, nie zacinają się od początku do rychłego końca, ale niestety, bat numer dwa należy się za wydajność, która jest słabieńka. Balsamy wyskakują z butelek na tyle ochoczo, że dosłownie znikają w oczach. Najgorzej w tej kwestii spisuje się wersja Hipoalergiczna, co zapewne jest zasługą konsystencji, o czym za chwilę. Poza tym kłamstwo objętościowe wynika z faktu, że trzeba się nieźle napompować, zanim balsamy łaskawie wyjrzą z opakowania ten pierwszy raz. Ale w końcu wyjdą. One zawsze wychodzą. Opakowanie starcza na kilkanaście użyć. 


Konsystencję mają podobną – nielejącą, dość zwartą jak na coś, czemu na imię balsam (Balsam). Wersja Hipoalergiczna jest nieco bardziej puszysta od reszty, bo świstak siedział i pompował ją tym powietrzem. Nie wiem, czy tylko mnie się trafił taki nabąblowany egzemplarz, czy tak mają w standardzie, ale z pewnością pogarsza to wydajność, co przy cenie regularnej 59 zł jest nietęgą wiadomością. Poza tym bohaterzy dzisiejszego odcinka wcale nie rozprowadzają się gładko i przyjemnie – nie ma dramatu, ale są tacy... susi (słowo miesiąca). Dziwne te balsamy. 

Na szczęście każdy z nich ma inny zapach, co w przypadku tej firmy wcale nie jest oczywiste (czy wiecie, że produkty z urodzinowej linii Orzeźwiającej pachną IDENTYCZNIE jak seria Rewitalizująca?). Wszechobecna u P&R cytryna ukryła się tylko w czerwonej butelce żurawinowo-cytrynowej. Zapach jest ładny, rześki, tylko nudny i powtarzalny, ale jeśli ktoś lubi cytrynę z interesującą (nieżurawinową) nutą, będzie zadowolony. Brązowa linia Rozgrzewająca z cynamonem, goździkiem, imbirem i szałwią pachnie bardzo dziwacznie – na pewno nie jest to zapach dla każdego. Mnie się podoba, ale nie oszalałam na jego punkcie. Wyczuwam nuty korzenne bez wyraźnego akcentu cynamonowego. Nie jest to zapach duszący, ale może zbrzydnąć. Linia Hipoalergiczna jest ładna, uniseksowa i nie do opowiedzenia. Ona jako jedyna mi się nie nudzi – od cytryn i goździków na dłuższą metę można osłabnąć, szczególnie że są to zapachy bardzo intensywne. Wszystkie wchłaniają się dobrze, choć pozostawiają na skórze wyczuwalny, na szczęście niewkurzający, film.


Balsam z linii Hipoalergicznej ma „wygładzać i super nawilżać”, z Rewitalizującej – „regenerować i super nawilżać”, a z Rozgrzewającej „ujędrniać i super nawilżać”. Ultradenerwujące językowo supernawilżenie to wspólny mianownik dla tych trzech balsamów i chociaż dla każdego „super” znaczy co innego, to fakt: nawilżają dobrze. Ja jestem z tych, które zawsze wybiorą treściwsze formuły kremów i maseł (tak tak, to widać w tym tekście jak na dłoni...), ale należy oddać sprawiedliwość balsamom: działają. Nie są to najlepsze nawilżacze świata, moim zdaniem nie mają innych właściwości poza nawilżającymi, ale jak zwykle plus za składy i szczytną ideę smarowania się czymś zbliżonym do natury. Nie widzę różnicy w działaniu, więc jedynym sensownym kryterium, jakim można by się kierować przy zakupach, powinien być zapach. 

Jaka jest moja odpowiedź na pytanie: który balsam Pat&Rub wybrać? Wybierz masło do ciała.

Pojemność: 200 ml
Cena: 59 zł
Ocena: 4-/6
Dostępność: www.patandrub.pl, www.merlin.pl i drogerie Sephora

środa, 11 czerwca 2014

Feel The Grace! – różany suflet Stenders [recenzja]

Jakiś czas temu tak bardzo zachwyciłam się ekspresową, efektowną przesyłką od Stenders, że aż postanowiłam obkichać się z wrażenia w Waszym towarzystwie: klik. Przyznać trzeba: tempo mieli niesamowite – dostawa do domu w kilkanaście godzin od złożenia zamówienia. To było moje pierwsze spotkanie z marką i aż dziwne, że nie zamówiłam od razu wielkiej paki kosmetyków, bo to do mnie bardzo podobne. Czyżby starość zaglądała w oczy? Krem grejpfrutowy wciąż leży nieotwarty, ale kilka tygodni temu wzięłam w obroty niezwykle estetyczny słoik z czymś, co ma nazwę, od której mięknie mi serce: różany suflet pod prysznic. 


„Lekka kremowa pianka oczyszcza Twoją skórę tak delikatnie, jak płatki róż. Poczuj królewski aromat różanego olejku eterycznego, który tworzy jasny, majestatyczny wdzięk”. Umarłam i trafiłam do marketingowego piekła? Zalała mnie lekka kremowa pianka, a potem z majestatycznym wdziękiem wyzionęłam ducha? Jeżeli w sferze językowej jest coś, co rozwala mnie bardziej od kretyńskich błędów ortograficznych typu: „drodzy klijęci, przepraszamy, ale dziś zamkniente”, są to właśnie pięknie i poetycko brzmiące marketingowe dyrdymały. I czy Waszym zdaniem płatki róż mogą delikatnie oczyszczać skórę? Czy one w ogóle oczyszczają cokolwiek komukolwiek? To chyba jakiś gramatyczny niewypał. Lub intencjonalny. No nic. Pokaż kotku, co masz w środku. Oh, puuuszek!


Tak, tak, po otwarciu dobrze zabezpieczonego opakowania moim oczom ukazał się najpyszniejszy bladoróżowy krem (taki spożywczy, z kremówki, wiecie), który niestety nie pachniał tak przednio, jak wyglądał, ale wciąż dawał radę. Różany aromat był bardzo prawdziwy, naturalnie olejkowo-różany z jakimś delikatnie nieprzyjemnym polotem czegoś, czego nie potrafię zidentyfikować. Kremowa pianka prezentowała się co najmniej tak fantastycznie jak moje ukochane pianki do mycia z Organique i byłam pewna, że kąpiel w jej towarzystwie okaże się niezapomnianym przeżyciem!

Przeżycie jest... średnie. Suflet Stenders pozostaje daleko w tyle za Organique'owym Creamy Whip, ale zdecydowanie prowadzi przed masłem do mycia Bomb Cosmetics. Co jest gorsze od Organique? Konsystencja. Wciąż ciekawa, ale cięższa. Bliżej Stendersowi do masła Bomb Cosmetics, choć jeszcze należy rozpatrywać go w kategorii tych puszystych. Coś złego stało się również z zapachem wkrótce po otwarciu opakowania Rose Shower Souffle. Nuta, która mi nie odpowiadała, stała się jeszcze wyraźniejsza, co niestety bardzo zepsuło przyjemność kąpieli. No i stoi sobie ten słój pod prysznicem jak wyrzut sumienia, a ja zużywam wszystko inne, byle nie odkręcać stendersowej różyczki. Nie o to chodzi w kupowaniu czegokolwiek do mycia za czterdzieści złotych, tak sobie myślę ja. I nie bardzo pociesza mnie fakt, że moją sztukę nabyłam z 20% rabatem. Poza nieco rozczarowującą konsystencją i zupełnie nieudanym zapachem nie dostrzegam większych wad. Suflet rozprowadza się bez większych problemów, delikatnie się pieni, łatwo spłukuje. Nie jestem zachwycona efektem, jaki pozostawia na skórze (blisko do „tępej” czystości po mydłach w kostce), ale mogło być gorzej. Chciałabym powąchać inne wersje zapachowe, do wyboru poza różą są jeszcze: grejpfrutowa, żurawinowa i lawendowa

Z wieści innej treści: suflet ma neutralne pH 5,5, nie zawiera parabenów i siarczanów. W składzie  cuda, dziwy: gliceryna przed wodą, a sprawcą różanego zapachu jest olejek z róży damasceńskiej. Po otwarciu mamy tylko trzy miesiące na zużycie. Suflet jest dość wydajny jak na piankową formułę, a gdyby używać go w duecie z gąbką, myślę, że ledwo zdążycie ze zużyciem całości w pojedynkę w ciągu przepisowych trzech miesięcy. Aha, etykieta na wieku jest marnej jakości – szybko się ściera i zaburza doznania estetyczne brudasa w kąpieli.

Nie wiem, co strzeliło mi do głowy, żeby wrzucić do koszyka różany Feel The Grace, bo nie jestem wielką miłośniczką róży. Może żurawina lepiej dałaby radę? Albo grejpfrut. Spotkanie z myjącym sufletem nie zachęciło mnie do dalszych eksperymentów z marką Stenders. Zobaczymy, jak wypadnie grejpfrutowy krem do ciała, ja tymczasem z podkuloną kitą wracam do ukochanych pianek z Organique.


Pojemność: 110 g
Cena: 39,90 zł
Ocena: 3/6
Dostępność: sklepy firmowe Stenders i sklep online

niedziela, 8 czerwca 2014

Nie takie brzydkie kaczątko: L'Oréal Color Riche nr 805 Mysterious Icon

Bardzo lubię maluchy z L'Oréal – da się je zużyć w całości, są dobrej jakości i mają różne ciekawe kolory. Nie kupuję ich jednak w pełnej cenie. Dwie dychy za 5 ml to trochę słaby interes. Wybrane odcienie da się zdobyć za 8 zł w internetowym outlecie (tu oczywiście opłacają się większe zakupy, inaczej koszty wysyłki zjedzą całą okazję), a na resztę warto polować w czasie akcji promocyjnych -40% w Rossmannach, Hebe, Super-Pharmach i innych Naturach. Dziś przedstawiam Wam mało atrakcyjnego smutasa, który po opuszczeniu butelki robi się całkiem przyjemnym, niekoniecznie wieczorowym, brązowym elegantem. 


Lakiery z kolekcji Color Riche mają wszystko, co najlepsze: dobre krycie już po jednej warstwie (przynajmniej te ciemniejsze sztuki, które miałam okazję nosić), idealną, nielejącą i nieglutowatą konsystencję oraz bardzo szeroki pędzelek (co najmniej taki jak w nieprofesjonalnych Essie) – tu rzecz gustu, ja takie lubię, bo mam szeroką płytkę, a więc dużo naraz do opędzlowania ;).


Numer 805, czyli Mysterious Icon, to prawdziwie miedziany odcień – w sztucznym świetle iskrzy złotymi drobinkami, za dnia nieco łagodnieje, choć – jak widzicie – wciąż nie można odmówić mu blasku. Ja takie ciemne lakiery chętnie noszę przez cały rok: mój mózg nie przerabia prognozy pogody na chęć przywdziewania jasnych, słodkich różyków i innych pasteli. Może z natury jestem ponura :>. A tak serio: jasne, radosne odcienie równie chętnie noszę, ale nie ma to nic wspólnego z aurą. W kwestii lakierów obowiązuje u mnie zasada: na kogo padnie, na tego bęc. Przynajmniej tak to wygląda od kilkunastu miesięcy. 

Jeśli chodzi o technikalia, Mysterious Icon nie odbiega od poprzedników, z którymi miałam do czynienia: ładnie się rozprowadza, nie smuży, z jedną warstwą można bez wstydu wyjść do ludzi, chociaż zalecam dwie – pod światło wyglądają dużo lepiej. Schnie całkiem szybko, a jego jedynym grzechem jest ścieranie się z końców już po 24 godzinach od nałożenia. Poza tym nie odpryskuje i nie złazi płatami, można go nosić co najmniej przez 4-5 dni. Nie wiem, co by było dalej, bo po tym czasie zmywam go sama. Bardzo ładnie pasuje do letnich, jasnoróżowych spodni – sprawdzone dzisiaj :). 

Na pewno warto zwrócić uwagę na tę serię. Moim skromnym, nieeksperckim zdaniem jest bardzo udana. 

Color Riche nr 805, Mysterious Icon
Pojemność: 5 ml
Cena: ok. 21 zł 

czwartek, 5 czerwca 2014

Dwa róże nieduże: M•A•C Patentpolish Lip Pencil: Spontaneous i Kittenish

Jako że niedawno robiłam zakupy w MAC-u, a pomadki wysypują się z mojego pięknego organizera, postanowiłam dosypać do wspomnianego organizera jeszcze dwie, uprzednio zrobiwszy kolejne zakupy w MAC-u. Czy jest na sali lekarz, terapeuta lub egzorcysta? Dziś dla odmiany mało będzie gadania, bo i o czym tu gadać? Moje niezdrowe zainteresowanie produktami do ust kwitnie, truskawki są po 4 złote za kilogram, a lato idzie niezdarnie. O tych truskawkach z pozoru bez sensu, ale chciałam Wam tylko powiedzieć, że gdy na świecie robi się ciepło, zielono, słonecznie i optymistycznie, moje usta pragną koloru. No to macie, drogie usta, kolejne dwa cudeńka. Radujcie się, nim skisi i zważy je ząb czasu.


Kolekcjonowanie kosmetyków do ust z MAC-a jest wciągające jak koka o północy (tak przypuszczam). Wynika to z faktu, że firma robi wokół siebie słuszne, apetyczne konsumencko zamieszanie, ale to nie wszystko. Pomadki MAC są po prostu doskonałej jakości. Nie twierdzę, że nie da się znaleźć podobnie doskonałych taniej, gdzie indziej. Mówię tylko, że te są fantastyczne, a bogata paleta kolorystyczna i wiele różnych wykończeń sprawiło, że całkowicie oszalałam na ich punkcie. Nie musicie się jednak martwić – jak zawsze jestem krytyczna, widzę wady (choć ich widzieć nie chcę) i z żalem, ale i satysfakcją poinformuję Was, jeśli któryś z MAC-ów z mojej kolekcji okaże się słaby. Lub jakiś tam. 

Kredka do ust z limitowanej kolekcji Patentpolish miała być jedyna, ale jak zaczęłam oglądać swatche, dopadł mnie tradycyjny paraliż decyzyjny. Z pomocą, jak zawsze, przybył ten mój podejrzanie idealny małżonek i powiedział, że ja sobie mogę kupić jedną kredkę, a on mi kupi drugą. Now we're talking. 


Kolekcja Patentpolish Lip Pencil liczy sobie 12 odcieni. Kolory, które wybrałam, są różne, a z drugiej strony to ta sama para kaloszy. Róże, przyjemne, bardzo dziewczęce, niewściekłe. Nie umiałam wybrać jednego, to wybrałam dwa. Hurra. Pasują do jasnych blondynek, nie są numerem jeden w makijażu, ale pięknie go dopełniają. 

Formuła dobrze już wszystkim znana. Chubby Sticki z Clinique, Color Boosty z Bourjois i tak dalej, i tak dalej... Ogromnie je lubię, bo faktycznie pielęgnują usta przez długie godziny, a jednocześnie nadają całkiem konkretny kolor. Schodzą równomiernie i oczywiście nie ma co liczyć na nie wiadomo jakie wyniki nieścieralności. Ale te tutaj dają radę dłużej, niż sądziłam, że dadzą. 

Swatche na ręce: po lewej/na górze Spontaneous, po prawej/na dole Kittenish.

Patentpolishe na ustach były robione o zachodzie słońca, więc kolory są ciepłe i moja cera również wydaje się ciepła, co jest nieprawdą, żeby nie powiedzieć: kłamstwem. Nie mam innych zdjęć, a bardzo już chciałam się z Wami podzielić moją radością, dlatego wyobraźcie sobie, jak to może wyglądać w dziennym, jasnym świetle, PROSZĘ. 

Po lewej mamy Spontaneous, który ma zaskakująco mokre wykończenie. Na ustach stonowany, soczysty, efekt z serii: „gdzieś to już widziałam, lecz wciąż czaruje mnie”. Kittenish jest bardziej różowy, ale nie śmiesznie różowy. Ładnie, tak, że matce Tomasza pasuje i nie wygląda głupkowato. Czy już mówiłam, że uwielbiam tę niezobowiązującą formułę kredek do ust, które można uznać również za balsam_koloryzujący_lub_być_może_błyszczyk_w_sztyfcie? Jest dobrze. I waniliowo. I da się te kredki jeszcze kupić na stronie MAC-a, w przeciwieństwie do większości kosmetyków z kolekcji Maleficent, która weszła do Polski kilka dni temu. 


M•A•C Patentpolish Lip Pencil
Ile: 2,3 g
Za ile: 84 zł
Ocena: <3 

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Denko prodżekt, odc. 14

Szkoda, że miesiące upływają szybko wyłącznie w kontekście zużywania kosmetyków. Dopiero pisałam o śmieciach i usuwałam je sprzed mojego pełnego czarnych kropek nosa, a tu już następna grupa pustaków czeka na życzliwe słowo. Denkowanie idzie sprawnie, czego nie mogę niestety powiedzieć o współczesności z mym słodkim (po)Tomkiem. Dwulatku, daj żyć!


W maju żywota dokonało sporo produktów kolorowych, co – jak wiemy – jest niezwykle rzadkie. Nie wszystkie dobiły dna, część po prostu śmiertelnie (lub śmierdząco) się pochorowała, a ja postanowiłam ukrócić ich cierpienie i przyspieszyć proces kosmetycznej reinkarnacji, zwanej przez niektórych recyklingiem. Żegnajcie i do zobaczenia w kolejnych wcieleniach.


Vintage Washing Gel Cranberry – pisałam o nim niedawno, więc odsyłam tu. Bardzo przyjemny, urodziwie pachnący żel z Tesco, którego największą wadą jest fakt, że ma na opakowaniu napis „limited edition”. 

Hipp – Pielęgnacyjny płyn do kąpieli dla niemowląt – mimo zmienionej etykiety właściwości wciąż te same. Nadal jest to cudownie łagodny i ładnie pachnący płyn, którego z powodzeniem może używać cała rodzina. O kosmetykach Hipp pisałam kiedyś tu. Aha, trochę wkurzająca jest butelka, bo choć z miękkiego plastiku, to jest bezsensownie długa, płaska i resztki wychodzą w asyście (na szczęście pachnących) pierdnięć. 

Perfecta Mama – żel do higieny intymnej – wciąż nie znam lepszego i nie zamierzam poznawać, bo ten jest idealny. Bezzapachowy, nie podrażnia, dobrze się pieni, chroni przed stanami zapalnymi, a do tego wydajny – kolejna butelka, którą zużywałam przez kilka miesięcy. Poza tym plus za pompkę. Największym minusem jest etykieta, ale widziałam gorsze przypadki, więc w tym miejscu kończę się czepiać. 

Stara Mydlarnia – Home Spa, Mango & Maracuja, mydło do rąk – całkiem nic specjalnego. Ledwo wyczuwalny zapach, myje ręce, bo czemu miałoby nie? Na dnie zostaje sporo produktu, którego nie da się wycisnąć bez dolewania wody. Moje pierwsze spotkanie ze Starą Mydlarnią zdecydowanie rozczarowujące.

Lush – Dreamwash – o tym, dlaczego nie zatraciłam się w nacieraniu ściółką leśną, poczytacie w recenzji

Lush – Honey I Washed The Kids – nie widać go na zdjęciu, ale trudno pokazać kostkę mydła, które rozpłynęło się w radosnym, kosmetycznym niebycie... Ten Lush, w przeciwieństwie do poprzednika, pachnie wybornie, jest wydajny, ma apetyczny karmelowy kolor i jeśli zamieszka w otwartej mydelniczce, roztacza wokół przepiękny, słodki aromat. Nie sprawdził się u mnie jako myjak do ciała, ale to dlatego, że nie cierpię tej charakterystycznej cierpkości skóry po użyciu mydła w kostce. Mimo wszystko dla niego (i dla Sultana Of Soap) warto zrobić zakupy w Lushu! 

Body Farm – Cocoa Cookies, żel pod prysznic – pisałam o tych żelach ostatnio, więc nie będę się powtarzać. Wersja ciasteczkowa to najprawdziwsze zmielone ciastka kakaowe. Zastanówcie się, czy na pewno macie ochotę umyć się czymś takim – odpowiedź wcale nie jest oczywista :).


Lirene – Selected From Nature – lekki krem bioaktywnie nawilżający – wszystko w tym kremie byłoby wspaniałe, zaczynając od delikatnego, przemiłego zapachu, przez lekką konsystencję, na przyjemnej dla oka etykiecie kończąc, ale niestety, krem zapycha (prawdopodobnie dlatego, że utkany jest parafiną) i choć nie odnotowałam po nim wysypu tłustych, czerwonych pryszczy i pryszcząt, na brodzie pojawiły się podskórne gule. Wielka szkoda, bo gdyby nie to, byłby naprawdę przyjemnym kremem na dzień (oraz dobrą bazą pod makijaż) i chętnie bym do niego wróciła. Gdy odkryłam fakt zapychania, zużyłam go do rąk i ciała – bardzo dobrze się sprawdził ;).

Bandi – Young Care – Oczyszczająca Maska Drożdżowa (recenzja tu) – nie eliminuje wągrów, chociaż miała, ale za to rozjaśnia cerę. Podobnie jak poprzednik, została stworzona na bazie parafiny, ale na szczęście nie spowodowała wysypu – może dlatego, że maski nie używa się tak regularnie jak kremu? 

Apis – Żurawinowa Witalność – ujędrniający krem z żurawiną i olejkiem arganowym – skład ma świetny, pojemność mocno przesadzoną (110 ml!), trudno go zużyć w wyznaczonym terminie 6 miesięcy od otwarcia. Uwielbiam go za delikatny, żurawinowy zapach i lekką konsystencję, ale nie powiem Wam, jak sprawuje się na twarzy, bo używałam tylko do szyi. Wszystko dlatego, że byłam ciekawska i wymacałam go zaraz po zakupach, a potem kilka miesięcy przeleżał w szafce zapomniany. Nie miałam jąder, żeby aplikować go na wrażliwą skórę twarzy po tym czasie, szczególnie w okresie, w którym moja cera zachowywała się jak rozkapryszona gówniara. Na szyi  krem sprawdził się doskonale, dawał odpowiednie nawilżenie i jędrność pewnie też, ale tego drugiego nigdy nie umiem dobrze ocenić. Na pewno kiedyś wypróbuję go zgodnie z przeznaczeniem.

Yves Rocher – Hydra Vegétal – koncentrat nawilżający – czymże byłoby moje denko bez choćby jednego produktu Yves Rocher? Sekta czuwa, newslettery z przebrzydłymi rabatami regularnie wysyła, więc wciąż robię u nich o wiele za duże zakupy. No i masz ci koncentrat. Ten tutaj jest niezły, ale nieporywający. Mam jeszcze jedną butelkę, ale nie wiem, czy nie poślę jej dalej w świat. Tu recenzja.


La Roche Posay – Effaclar K – została mi resztka i tak sobie leżała w pomiętej butelce jak wyrzut sumienia. Zamiast jednak wyrzucać sumienie, zużyłam i wyrzucam puste opakowanie po Effaclarze. U mnie retinoidy zadziałały doskonale (szczegóły tu), za jakiś czas planuję powrót. Z pudła z zapasami wciąż straszy Redermic R, ale po horrorystycznych historiach M. i egri.hempe nie zanosi się na to, bym kiedykolwiek miała skazić nim swoją bezcenną twarz.

Dermedic – Hydrain 3 Hialuro – płyn micelarny – przeznaczony do skóry suchej i bardzo suchej, czyli bardzo nie do mojej, ale co za różnica, przecież to micel. W cenie regularnej moim zdaniem nie jest wart grzechu, ale nabyłam go kiedyś wraz z magicznymi kuponami zniżkowymi w Super-Pharmie za niecałą dychę i to już ma jakiś sens. Micel ma ładny, orzeźwiający zapach (zmierzający w stronę ogórka, ale ogórkiem niebędący), jest delikatny i niegorzki (wielki plus, który jest jednocześnie największym minusem mojej ulubionej Biodermy). Niestety, zupełnie nie radzi sobie z demakijażem oczu. Właściwie to nie jest jeszcze dyskwalifikacja, bo i tak najczęściej zmywam oczy dwufazówkami, ale mimo wszystko jeśli mam wybierać, wolę płyn micelarny, który i na usmarowane różnymi wynalazkami oczy coś zaradzi.

Dear Body – Vanilla Lace – balsam do ciała – nabyłam go dawno, dawno temu, we wrześniu w Gdyni. Zużywałam powoli, ale z dużą przyjemnością, bo pachnie bardzo waniliowo i uroczyście ;). To właściwie mleczko, a nie balsam, jest bardzo rzadkie, dobrze się wchłania, nie pozostawia tłustej warstwy i otula zapachem na dość długo. No i całkiem przyzwoicie nawilża. Moje serce należy do maseł i treściwych kremów, ale urzekł mnie zapachem i chętnie do niego wrócę. Tu recenzja: klik.

Pat&Rub – ekoAmpułka nr 5 pod oczy – ostatnio o niej pisałam, więc nie będę od nowa nadawać o ścierających się napisach i o tym, jak dobrze działa w duecie z kremem. Jeśli przegapiliście, zapraszam tu.

Miniaturka kremu na noc Caudalie zaprezentowała się nieźle, ale zapach mnie nie oczarował, nie poczułam aury niezwykłości, dlatego na razie nie planuję pełnego wymiaru.


BeBeauty – Peeling do stóp złuszczający – niezbyt mocno zdziera, fajnie, że ma naturalny pumeks. Z instrukcji dowiadujemy się, że należy intensywnie, energicznie trzeć i w tym szaleństwie jest metoda – rytmiczne, prędkie szorowanie przynosi całkiem niezłe rezultaty, a zawarte w peelingu kwasy owocowe dają efekt gładkiej, przyjemnej w dotyku skóry. Oczywiście pod warunkiem, że nie macie słoniowych podeszew. Na to poradzą już tylko kwasowe skarpety i gruboziarnista tarka.

Beauty Friends – Tomato Maskpack – dostałam jako gratis do zamówienia w ekobieca.pl. Miły gest, tym bardziej że nie znałam tej firmy. Maska jest przyjemna w stosowaniu, bo w postaci bawełnianej płachty. Wyprodukowana z myślą o azjatyckich kobietach nie bardzo pasuje rozstawem dziur do moich sarnich (psich?) oczu, ale nic to. Nawilża dobrze, więc to korzystny gratis.

The Body Shop – Almond Hand&Nail Cream – pisałam już o tym kremie tutaj. Oszałamiający zapach, ekspresowe wchłanianie i krótkotrwały efekt wygładzenia. Pielęgnacyjnie nic ciekawego, ale przyjemność z używania ogromna!

Flos-Lek – Wazelina kosmetyczna & ochronna do ust (wersja pomarańczowa) – uwielbiam! Prosty składnik, który wykonuje dobrze swoją robotę, czyli natłuszcza (ale cieniutką warstwą), chroni przed mrozem i skwarem, a do tego obłędnie pachnie i smakuje pomarańczką. I jest bardzo wydajny. To jeden z najlepszych balsamów ochronnych, jakich używałam, do tego niska cena i dobra dostępność zachęcają do zakupów.

Oriflame – Perfecting Face Primer – jakiś artefakt odnaleziony na dnie kosmetycznego kufra. Wyrzucam, bo nie mogę sobie przypomnieć, kiedy otworzyłam tę bazę, ale wiem, że było to zdecydowanie zbyt dawno temu. Z tego co pamiętam, baza jest dość zwyczajnym kremem, który nie daje spektakularnych efektów. Nie ma sensu kupować ponownie – na co dzień używam serum i kremu dostosowanego do potrzeb mojej skóry, a jak potrzebuję porządnego wygładzenia od czasu do czasu, to ładuję silikony. 


Na koniec słów kilka o kolorówce. Do kosza lecą zużyte tusze, o których niedawno pisałam, czyli mój ukochany, wycofany Philosophy, Catrice Fake It! z dziwaczną szczotką, brązowa maskara Slim Effect od Elite, która jest poprawna, ładnie rozczesuje rzęsy, ale trudno odnaleźć w niej choćby odrobinę wyjątkowości i mój ulubieniec od L'Oréal – klasyczna wersja Million Volume Lashes, która jest nie do zajechania, ale otworzyłam ją już tyle miesięcy temu, że dalsze jej używanie robi się nieprzyzwoite. Po tym najdłuższym zdaniu świata nastąpi kolejne, krótsze, w którym przestrzegam Was przed zbyt prędkim otwieraniem dawno nieotwieranych opakowań. Wodoodporny eyeliner Max Factor Colour X dostałam od teściowej, która z jakiegoś powodu go nie chciała. Ja użyłam go kilka razy, zupełnie nie pamiętam, czy było fajnie, a potem zapomniałam o jego istnieniu. Teraz otworzyłam go z radością na licu, a chwilę później miałam upierniczoną szafkę, podłogę i stopę, ponieważ eyeliner wyrzygał się na mnie jakąś niebieskawą wodą (naprawdę mu gorzej, bo urodził się jako czarnuch).

W tym miesiącu żegnam się też z długą kredką z Lovely, która zła nie była, ale też już mieszka ze mną za długo, a ja w wersji czarnej używam głównie ukochanej Stylo Regard Waterproof z Yves Rocher, więc ta leżała zapomniana. Czerń Lovely nie jest głęboka, ale z kredką pracuje się nieźle. Za takie pieniądze nie ma co narzekać. Na rodzinnej fotografii widzicie jeszcze korektor Astor SkinMatch, również sędziwy rezydent mojego kuferka, który był używany rzadko, bo wybrałam zbyt jasny odcień Ivory, przez co uzyskiwałam pod oczami śliczny efekt blondyny po solarce, która regularnie opalała się w goglach. Na koniec mamy dumnie wykończony puder Rimmel Stay Matte, który bardzo lubię i uważam, że w tej cenie (ok. 20 zł minus częste megarabaty w drogeriach) jest naprawdę wart odnotowania. Mojej bardzo tłustej strefy T nie matowi rzecz jasna na dzień cały, powiedziałabym, że wyniki ma raczej średnie (2-3 h bez świecenia), ale w duecie z bibułkami matującymi stanowi odpowiednią ochronę przed smalcowym obciachem. Oczywiście istnieją na świecie lepsze pudry matujące, ale jeśli szukacie dobrego prasowańca w rozsądnej cenie, tego mogę polecić.

Ufff, to już jest koniec, nie ma już nic. Kto nie doczytał do końca, ten trąba.