sobota, 31 maja 2014

O żelach pod prysznic Bodyfarm, czyli obwieszczenie dla kąpielowych łakomczuchów

Zarówno ja, jak i mój mąż uwielbiamy w kosmetykach zapachy produktów spożywczych. Tych słodkich i tuczących rzecz jasna. Swoją drogą czy nie dziwi Was, że na drogeryjnych półkach nie widać jeszcze choćby jednej limitowanej edycji balsamów o zapachu sałatki nicejskiej czy pieczonego ziemniaka? Skoro wszystko już było, czemu by nie pójść o krok dalej... W każdym razie, jeśli o nas chodzi, bez względu na porę roku, nastrój, dzień cyklu czy fazę Księżyca, na półkę pod prysznicem wciskamy regularnie rozmaite żele ciasteczkowe (np. Balea), czekoladowe (Aquolina), kawowe (Joanna) – jedne otaczamy czcią i uwielbieniem, a o innych staramy się jak najszybciej zapomnieć. To znaczy ja się staram, bo mój małżonek słynie z mało wybrednego nosa i żeby nos jego skrzywił się z niezadowoleniem, żel musi pachnieć doprawdy odrażająco. Dotychczas nadziei na piękne czekoladowo-ciasteczkowe aromaty szukaliśmy w ofercie Aquoliny, która P. odpowiadała, a mnie niekoniecznie lub nawet nie bardzo, aż nagle w sklepie internetowym Douglasa uśmiechnęły się do mnie ONE...


Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej firmie, ale szybki research wykazał, że Bodyfarm narodził się w Grecji i z powodzeniem swą bogatą ofertą dotrzymuje kroku na przykład The Body Shop. Obie firmy chętnie opowiadają o tym, jak czerpią z natury i obie nęcą szeroką gamą zapachową. Jeszcze jakiś czas temu TBS sprawiał, że dostawałam ślinotoku na widok ich cudownie zachęcających etykiet, ale teraz są już nowe i nijakie, więc nie ma o czym gadać. Bodyfarm wciąż namawia do kąpielowej konsumpcji radosnymi etykietami przedstawiającymi pyszne żarcie i robi to tak skutecznie, że bez odkręcania butelek, zupełnie w ciemno zamówiłam online dwie miniatury: ciasteczkową i maślany karmel. Przyjemność przetestowania 50 mililitrów tych kąpielowych delicji nie jest zbyt tania, bo za tę niewielką pojemność sklep życzy sobie 9,90 zł. Nie ma dramatu, ale nie nazwałabym tego promocją miesiąca. 

Po lewej: żel Bodyfarm w starszej szacie graficznej, tuż obok odświeżony wizualnie brat.

Łatwo się domyślić, jak bardzo udany okazał się mój zakup, skoro na kolejnej fotce widzicie dwie butle w pełnym wymiarze. W ciasteczkowej wersji zakochał się mój mąż, więc dokupiłam mu jeszcze 250 ml szczęścia, dołożyłam też klasyka, czyli ciemną czekoladę. Jest dobrze, a nawet doskonale! Dlaczego? Bo żele Bodyfarm pachną dokładnie_tak_jak_głosi_etykieta. Cocoa Cookies to zamknięte w plastiku, najprawdziwsze kakaowe ciastka, czekolada pachnie po stokroć czekoladowo, a na wspomnienie Butter Caramel moje ślinianki ruszają do pracy ze zdwojoną siłą. Jeszcze nigdy nie wąchałam czegoś tak bliskiego oryginałowi. Zwykle ciasteczkowe kosmetyki mają wspólny, chemiczny zapach, który społeczeństwo uznaje za miły. Czekolada z różnymi dodatkami w wykonaniu Aquoliny pachnie nieźle, przeciętnie lub sadzi przepoconymi skarpetami (wersja z orzechem laskowym) i tak dalej, i tak dalej. Dark Chocolate z Bodyfarm urzekł mnie najmniej z całej trójki, ale tak po prostu pachnie tabliczka ciemnej czekolady. To samo Cocoa Cookies – chcecie ciastka? Macie ciastka. Nie jest wcale powiedziane, że zmywanie z siebie brudu kakaowym ciastkiem jest fajne, ale czy nie o kakaowym ciastku myśli ten, kto kupuje kakaowociasteczkowy żel pod prysznic? Bodyfarm spełnia nasze życzenia w 100%. Po prostu musicie sobie odpowiedzieć na wielce filozoficzne pytanie: czy na pewno marzę o umyciu się prawdziwym produktem spożywczym? Jeśli czujecie pod skórą, że nie, że wolicie chemiczne, słodziutkie i milutkie wydanie deserowego żelu pod prysznic, trzymajcie się z daleka od Bodyfarm. Tako rzecze ciocia Agata.


Na koniec słów kilka o kosmetycznych technikaliach. Nowsze etykiety zawierają starsze składy, brak zmian i... dobrze. Nic plugawego w nich nie występuje, za co duży plus. Na zdjęciu widzicie wielki otwór w miniaturowej butelce – to z niego wydostają się lubieżne, słodkie zapachy. Technicznie rozwiązanie jest dość głupie, ale mój nos był ukontentowany możliwością zaciągnięcia pełnym płucem tego aromatu. I owego także. Żele pienią się niezbyt intensywnie, co niekoniecznie mi się podoba, a poza tym zachowują się na skórze raczej standardowo. Nie ma mowy o pielęgnowaniu czy nawilżaniu, pozostawiają skórę nieprzesadnie gładką i ani trochę szorstką w dotyku. Jeśli więc pominiemy aspekt węchowy, plasują się w moim żelowym rankingu pośród absolutnych średniaków. Po kąpieli niestety dość szybko musimy pożegnać się z bezwstydnymi aromatami, bo te nie utrzymują się długo na skórze. Może to i lepiej, bo mogłabym podgryzać sobie kolana oraz oblizywać pachnące łokcie, a tak pozostaję dla świata wciąż dość normalna. 

Ciekawe, jak sprawdzą się inne zapachy Bodyfarm. Czy białe piżmo jest białym piżmem, a imbir imbirem? Tego pewnie dowiemy się w kolejnych odcinkach.

Pojemność: 50 lub 250 ml 
Cena: 9,90 zł za 50 ml, 29,90 zł za 250 ml
Ocena: 5+/6
Dostępność: widziałam tylko w Douglasie

środa, 28 maja 2014

Pat&Rub – ekoAmpułka nr 5, pod oczy [recenzja]

Kinga Rusin sprawiła, że ostatnie, na co miałam ochotę, to wypróbować kosmetyki Pat&Rub. To nic osobistego, po prostu działa na mnie bardzo źle wszystko, co celebryckie w kontekście konsumenckim: piwo Gulczas (pamiętacie?), napój energetyczny sygnowany przez boksera, wody toaletowe od gwiazd muzyki pop i tak dalej. Tu mamy firmę kosmetyczną, której współwłaścicielką jest prezenterka telewizyjna. Nie chce być inaczej. Zupełnie mi się to nie chciało trzymać kupy. No ale w blogerkach siła. Poczytałam recenzje: najpierw dwie, potem dwadzieścia, a następnie dwieście, i już wiedziałam, że jednak spróbuję kosmetyków „by Kinga Rusin”. Bo może to ma sens.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że masła i balsamy są doskonałej jakości! Nici z dalszego naigrawania się, z podśmiechów podnosowych. Nic z tego, Pat&Rub to coś więcej niż firma, która wypadła celebrytce spod ogona poniekąd przypadkiem. Ulga.

W trakcie testowania kolejnych kosmetyków i ich próbek okazało się, że słabiej sprawdza się u mnie pielęgnacja przeznaczona do twarzy. EkoAmpułka nr 3 do cery naczynkowej zadziałała na moje pełne wypieków lico fatalnie (recenzja) i byłam przekonana, że już nigdy nie zaproszę w nasze nieskromne progi serum z tej serii. Ale nie tylko w blogerkach siła. Siła również w rabatach, które w Pat&Rub się sumują! EkoAmpułkę pod oczy udało mi się kupić za 75 złotych i 84 grosze, czyli za 50% ceny rynkowej. Wciąż sporo, a jednak w tamtym momencie miałam wrażenie, jakoby producent wciskał mi swoją ampułkę nie tyle za pół ceny, co za półdarmo. Ach, te marketingowe psychomanipulacje. 


No i co, warto było? – zapytacie. – Na szczęście tak – odpowiem. Zanim przejdziemy do konkretów, pośmiejmy się przynajmniej z radośnie ścierających się napisów na etykiecie. Ekoluksus z Konstancina. Uhahaha. A teraz serio. To bardzo dobre serum pod oczy, choć niepozbawione wad

Zacznijmy od tego, co rzecze na zachętę producent na stronie wuwuwu: „Zmniejsza Worki, Redukuje Cienie, Wzmacnia, Mikrokrążenie, Wygładza Zmarszczki, Ujędrnia”. Naprawdę nie chcę wnikać w to, jakie worki ma zmniejszać ta ekoAmpułka, ale brzmi co najmniej dwuznacznie. Poza tym widać, że rozmawiamy o Bardzo Poważnych Sprawach typu Ujędrnianie czy Redukcja Cieni. No dobrze, Dobrze Już Dobrze. Się Więcej Nie Czepiam. Obietnic wiele, trudno je spełnić. Zbyt trudno dać radę wszystkiemu, ale tak szczerze: macie jeszcze złudzenia, że wszystko, co producent naobiecuje, będzie prawdą? Ja czytam rozbudowane opisy działania z mocno przymrużonym prawym okiem i zwykle mam realne oczekiwania. To dlatego ekoAmpułka okazała się dobrą inwestycją. 

Wśród składników aktywnych wiele (oczywiście naturalnych i ekologicznych) dobroci: łagodząca woda z bławatka, wielofunkcyjny olej wiesiołkowy, wygładzający i nawilżający kwas hialuronowy, naturalna witamina E, wyciąg z algi (jakiejś jednej, konkretnej, która ma nawilżać i regenerować), trochę dającej kopa naturalnej kofeiny i to, co spodobało mi się najbardziej: ekstrakt z białej lilii, marapuamy i pfafii. Użyjcie Google, ja powiem tylko, że te trzy są odpowiedzialne za redukcję cieni i opuchlizny.


Zapach identyczny jak w ekoAmpułce do cery naczynkowej – niechemiczna róża. Przyzwyczaiłam się do tego aromatu dawno temu i uznaję go za przyjemny, ale weźcie pod uwagę fakt, że to coś pod oczy pachnie – rzadkość, bo produkty wysyłane w te rejony zwykły nie wydzielać zapachów.

Serum jest rzadkie, wodniste, ale magia szklanej pipety działa. Z przyjemnością zanurzałam ją w estetycznej, równie szklanej buteleczce i rozprowadzałam zawartość pod oczami. Z uwagi na fakt, że serum mieszkało w szkle i było zamknięte w szafie, przyjemnie chłodziło zmęczone dniem okolice.  Można więc zaryzykować śmiałe twierdzenie, że pomaga usuwać opuchliznę i Zmniejszać Wspomniane Wcześniej Worki. Nie stosowałam go rano, bo ze dwa razy wysłałam w jego stronę podejrzenie o rolowanie się, a że korektor pod oczy to dla mnie niezbędna porcja codziennej tapety, nie mogłam ryzykować. Potem byłam prawie pewna, że jednak nic tam się nie roluje. Nie wiem, może podoczom się odmieniło? Mokra porcja serum wieczorem dawała ukojenie i nawilżenie, ale ten efekt nie jest trwały – po wchłonięciu preparat zostawia skórę suchą (ale nie przesuszoną) i napiętą (nie: ściągniętą), dlatego – wbrew temu, co sugeruje producent – nie polecam stosować go solo. Jeśli lubicie efekt takiego napięcia, to jasne, można nic już nie dodawać, ekoAmpułka daje właśnie taki krótki strzał nawilżenia i orzeźwienia, ale dla mnie to za mało. Za to w duecie z kremem pod oczy pokazuje całe swe pielęgnacyjne piękno. Coś podobnego pisała swego czasu Hexxana na temat ekoAmpułki nr 3, która u niej sprawdziła się doskonale, ale właśnie w kremowej asyście, można zatem zaryzykować twierdzenie, że ampułki Pat&Rub tak mają: potrzebują dobrego towarzystwa.

Co więc robi ekoAmpułka? U mnie wyraźnie wspomaga redukcję opuchlizny pod oczami i podkręca nawilżenie, jakie daje krem. W trakcie jej stosowania używałam dwóch dobrych kremów pod oczy: Yves Rocher z serii Riche Creme, a potem kremu nawilżającego Bobbi Brown – jeden i drugi stosowałam dwa razy dziennie – rano solo, a wieczorem z ekoAmpułką i po wieczornym energetyczno-nawilżającym kopniaku delikatna skóra rano prezentowała się lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Na pewno wielka w tym robota moich kremów, ale wyraźnie widać, że ekoAmpułka – szczególnie w kwestii legendarnego Zmniejszania Worków – dołożyła sporo od siebie. Chwała jej za to i cześć. Czego nie robi? Nie zmniejsza cieni. Wciąż mam pod oczami smętne, nieco depresyjne ciemniejsze plamy, które grzecznie koryguję każdego poranka korektorem. Nie podejrzewałabym też patandrubowej ampułki o redukcję zmarszczek i inne nadprzyrodzone zdolności. Robi sporo, ale... na razie nie planuję powrotu. No chyba że znów spotkamy się w mięciutkim, puchatym koszyku promocji. W moim idealnym świecie winien istnieć idealny krem, który nie będzie potrzebował tak drogiego wspomagacza. Ewentualnie idealny świat jest skłonny zaakceptować prawie idealny krem plus dające podobne efekty, ale sporo tańsze serum. Lub drogie serum dające genialne efekty plus tańszy krem na doczepkę. Póki co po dwie stówki za krem i kolejne dwie za serum to dla mnie zbyt wiele. Wierzę, że piękne, wypoczęte oczy da się załatwić taniej*. 

Pojemność: 15 ml
Cena: 185 zł
Ocena: 5/6

*Nie umniejsza to oczywiście mojej sympatii do ekoAmpułki nr 5, która jest fajna i w ogóle. 

niedziela, 25 maja 2014

Garść niewielkich recenzji na koniec niedzieli

Dziś będzie o kosmetykach z zupełnie różnych beczek. Coś do mycia, do się_opryskiwania, do twarzy, ciała i do włosów. Nie ma sensu pisać o nich osobnych powieści przyrodniczych (wcale nie dlatego, że wszystkie są niewydarzone czy coś), dlatego postaram się wreszcie trochę przymknąć i w skrócie przybliżyć Wam piękno lub brzydotę paru kosmetyków, których zdjęcia zalegają mi w folderze „foto smaruje”.


Vintage Washing Gel Cranberry – nie wiem, czy jeszcze uda Wam się go dostać w Tesco (tam się narodził, tam go rozlewają, tam jego ojczyzna), ale jeśli zobaczycie na półce tę żurawinkę ze smutną etykietą „limited edition”, nie bójcie się zabrać jej do domu. Nie mam pojęcia, ile kosztuje, bo dostałam ją w prezencie od Asi, ale należy przypuszczać, że niezbyt obciąża portfel. Wśród innych zalet: słodki zapach deseru żurawinowego (prawdopodobnie budyniu), radosna, obfita piana, fajna, galaretowata konsystencja, która pozwala dozować żel w odpowiedniej ilości oraz miły dla oka wygląd. Krzywdy skórze nie robi, skład ma sympatyczny, nic tylko brać i kąpielą się radować. 


Body Resort – Coconut Caribbean Body Mist – kokoooooosek!!! Z mojej niedawnej ankiety, przeprowadzonej naprędce przy okazji konkursu, wynika, że – podobnie jak ja – lubujecie się w niebiańskim aromacie włochatego orzecha. Z tej właśnie miłości wynikł całkiem bezsensowny zakup kokosowej mgiełki. Zachęcała również jej niedrogość (6,99 zł) i przyjemny dla oka, błękitny plastik. Mgiełka pachnie dokładnie tym, czym ma pachnieć, czyli kokosem. Kokosowym takim. Może kojarzycie ten aromat? ;) Zapach nie utrzymuje się zbyt długo, ale to tylko mgiełka. No właśnie... tylko ona. Co robić z mgiełkami? Po co one zostały wymyślone? Może jakieś zaawansowane perfumiarsko zapachy mają jeszcze jakiś tam niewielki sens (no bo czemu w takim razie nie użyć po prostu EDP lub EDT), ten tutaj jest zupełnie jednowymiarowy, więc jeśli mam nadawać sobie zapach, to zawsze wybieram jeden z dużo mocniej aromatycznych flakonów i tylko decyduję, czy ma być bardziej słodko, czy bardziej świeżo. Może młode dziewczęta niezobowiązująco opryskują się takim Coconut Caribbean na przerwach między matmą o biolą? Naprawdę nie wiem! Ja się czasem opryskuję ot tak, gdy nie pachnę niczym innym, ale prawda jest taka, że jedyny powód to fakt, że „mam kokoska, to poużywam kokoska”. Dziwna dziwność z tymi mgiełkami.


Klorane – suchy szampon z wyciągiem z pokrzywy – to był mój pierwszy suchy szampon i zakupiłam go w czasach, gdy Batiste nie wyskakiwało z lodówki i reklamówki. Niegdyś wydawał mi się zbędny, nie umiałam docenić jego walorów i zawsze wybierałam mycie głowy zamiast opryskiwania podejrzanym białym proszkiem w sprayu. Oczywistym jest, że mycia włosów nie da się zastąpić opryskiwaniem, ale był taki czas, kiedy skóra okalająca mą twarzoczaszkę przetłuszczała się tak bardzo, że straciłam nad nią kontrolę. Hormony czy inne pierdony, nie wiem, ale nie chciałam stać się niewolnicą codziennego mycia głowy, więc postanowiłam spróbować. Nagle okazało się, że to nie takie głupie! Może nie mam poczucia tej świeżości, która towarzyszy myciu i odżywianiu, ale włosy po takim szamponie wyglądają dobrze. Nietłusto. Można zmoczyć łeb co drugi dzień i o to chodzi! Pokrzywowy Klorane nie odbiega jakością od Batiste i pachnie podobnie do konkurencji w wersji Original. Niezbyt to może piękne, ale przynajmniej nie daje włosom sztucznego, nieszamponowego zapachu. Szampon Klorane okazał się bardzo wydajny i chętnie do niego wrócę, ale tylko jeśli będzie do kupienia w sensownej promocji. Na Allegro kupiłam go za 20 zł + wysyłka, ale stacjonarnie jest sporo droższy. Cenowo wygrywa Batiste, a skoro jakość ta sama...


BeBeauty – Mleczko nawilżające do oczyszczania i demakijażu twarzy i oczu – przeznaczone do skóry normalnej i mieszanej mleczko biedronkowego BeBeauty jest całkiem niezłe, ale nie pokochamy się nigdy, bo zawiera parafinę, która zostawia na skórze warstwę okluzyjną, a ja takiej nie potrzebuję, wręcz jest niemile widziana, jeśli rozmawiamy o mleczku do demakijażu (uf, co za długie zdanie). W ogóle formuła mleczka nie jest mi zbyt bliska, ale nie odrzucam jej, co czyni wiele blogerek. Odrzucam za to zakupy w Biedronce, bo po stokroć nie cierpię nie płacić kartą w sklepie, w którym z założenia robię większe zakupy. No głupie to jak sto sześćdziesiąt. Biedronek nie kocham i nie pokocham również ze względów asortymentowo-wystawienniczych, więc bez względu na przyzwoite działanie i ładny zapach mleczka, nie planuję dalszych zakupów. Ach, i oczywiście obiecane nawilżenie to bujdy na resorach, ale czy trzeba w ogóle o tym wspominać?


Dax Cosmetics – Perfecta SPA – Masło do ciała Marcepan +omega-6 – oj, z produktami Perfecty nie przyjaźnię się od dawna, bo to wielka loteria. Są łatwo dostępne, mają przyjazne ceny, uśmiechają się do mnie etykietami, a potem zawsze coś jest mniej lub bardziej nie halo. O marcepanowym maśle nasłuchałam i naczytałam się wiele dobrego, dlatego postanowiłam dać firmie kolejną szansę. No i fajnie, że dałam! Patrząc na skład, trochę się odechciewa, ale cała reszta poprawia pierwsze złe wrażenie. Przede wszystkim jest to (w moim rozumieniu) najprawdziwsze masło do ciała. Idealnie maślana konsystencja, przyzwoite nawilżanie, doraźne wygładzenie skóry (w końcu to masło wygładzające) i ładny, choć ani trochę marcepanowy czy migdałowy, zapach sprawiają, że żywię wobec tego masła same ciepłe uczucia. Ma parafinę (która na ciele mi nie przeszkadza), parabeny (które są straszakiem, ale ja się nie boję), ma jednak również sporo oleju ze słodkich migdałów i działa, więc co mi tam standardowy jak na produkty tej klasy skład. Pewnie nasze drogi jeszcze się spotkają, choć oczywiście znam przyjemniejsze cielesne pielęgnatory.

Dziś tyle. Dobrej nocy i dzień dobry!

czwartek, 22 maja 2014

Catrice – Une, Deux, Trois LE – Meet Rosy [swatche]

I znowu będzie o sprawach kolorowych. Kolorowych i limitowanych. Tym razem z niższej niż MAC-owa półki. Walentynkową kolekcję Une, Deux, Trois firma Catrice zaprezentowała w Polsce w samą porę – na początku kwietnia (sic!), a ja nie byłabym sobą, gdybym się nią nie zainteresowała. Nieraz pisałam o mojej słabości do Catrice, dlatego po prostu nie mogłam przejść obojętnie obok tej wiosennej propozycji! Wybór kolorystyczny szeroki: Meet Cherry, Berry, Pinky, Rosy lub Nudy. W każdym zestawie są pasujące do siebie: róż, pomadka i lakier (kolekcję możecie obejrzeć TU). Kiedy wybierałam wersję, którą zabiorę ze sobą, miałam na to jakieś 30 sekund – Tomek w wózku wyraźnie dawał znać, że ma w pampersie moje zakupy i mam natychmiast opuścić lokal lub zrobi zadymę z serii: „mamo, wiesz, CO zamierzam wykonać i na pewno NIE chcesz tego podziwiać”. No to chwyciłam coś – w moim wyobrażeniu – dziewczęcego i innego niż zwykle. Blady róż. Wiosenny, odmładzający, ale czy piękny?


Nie ma się co przywalać do opakowań, ponieważ są porządne. Szczególnie cieszy to pomadkowe. Trzeba Wam wiedzieć, że Catrice pakuje swoje sztyfty w bardzo dobrej jakości, odpowiednio ciężkie opakowania. Trudno uwierzyć, że pomadki pochodzą ze średniej drogeryjnej półki i kosztują mniej niż 20 złotych. Róż też robi dobre wrażenie – mieszka w solidnym tworzywie. Zdobienia to oczywiście rzecz gustu, ale moim zdaniem całość prezentuje się estetycznie.

Najpierw zajmijmy się pomadką. Nazwa Velvet Lip Colour sugeruje coś bardzo miłego dla ust i oka. Matowe wykończenie, ostatnio szalenie modne, trochę niepokoi, bo często zwiastuje kłopoty z przesuszeniem, no ale dajmy jej szansę.


Maźnięta na nadgarstku wciąż robi dobre wrażenie – zgodnie z przewidywaniami to jasny, dziewczęcy, dobrze napigmentowany różowy odcień, który natychmiast skojarzył mi się z podobnie różową, matową, pudrową pomadką z mojej kolekcji, czyli MAC-ową Please Me. 


Please Me jest najbliższa Meet Rosy, ale okazało się, że różni je bardzo wiele. Chociaż obie są matowe, jasnoróżowe, dość cukierkowe i nie mają koloru moich marzeń, MAC wygrywa bez dwóch zdań. Przede wszystkim odcieniem, ale wyglądem na ustach również. Nie przytłacza konsystencją, choć faktycznie nieco wysusza. Meet Rosy u mnie prezentuje się po prostu źle:


W tym odcieniu jestem całkiem nieszczęśliwa, a może i nieszczęsna? Czuję się idiotycznie, jak przerysowana blondi, spodziewałam się całkiem innego efektu. Poza tym to, jak zachowuje się na ustach, również pozostawia wiele do życzenia: podkreśla skórki, o których istnieniu nie miałam pojęcia (to chyba niestety zmora większości matowych pomadek), przy ocieraniu warg (no wiecie, ten ruch tarcia jednej o drugą na koniec malunków) na ustach robią się słoje podobne do tych z kapelusza rydza czy olszówki. Różowy grzybek? Nie dla mnie. Plus przynajmniej taki, że jak to zwykle bywa w przypadku matów, całkiem nieźle trzyma się ust. I jest dość smaczna.

Kolejny nabytek z limitowanej edycji Une, Deux, Trois to „delikatny pudrowy róż w dwóch dopasowanych odcieniach, który zapewni świeży wygląd cery”. Moja wersja wygląda tak:


Podejrzewam, że dwie części cienia do czegoś służą, na przykład do tego, by nakładać je osobno, według humoru. Ale ja jeżdżę pędzlem po całej powierzchni i wychodzi na poliku o, takie coś. Ma prawo się podobać, chociaż na zdjęciu wyszedł jakiś podszyty brązem (to pewnie niefortunne światło). Jest różowy, mniej więcej tak różowy jak prawa część różu w opakowaniu, i taki daje efekt. Pigmentacja dobra, ładnie nabiera się na pędzel, nie pyli. Nie jest na szczęście zbyt mocno napigmentowany, co uznaję za wielką zaletę, bo naprawdę ciężko mi się z takimi przegiętymi różami pracuje (a może każdemu jest równie ciężko?). Niestety, ten odcień nadaje się dla mnie tylko pod warunkiem wcześniejszego zagruntowania twarzy dobrze kryjącym fluidem – inaczej miesza się z naczynkowymi plamami na policzkach i wyglądam, jakbym miała jeszcze bardziej utrwalony naczyniowy rumieniec, niż to jest w rzeczywistości. Ale to ja. Jeśli nie macie rumianego lica na co dzień, powinien ładnie odświeżyć to, co jest niezbyt świeże. Czy jakoś tak.

PS możecie obejrzeć, jak wspaniale prezentuje się na moich rzęsach słynny żółtek z Lovely w połączeniu z odżywką Clinique... So fuckin' mrau! Jako posiadaczka 12 rzęs czuję się bosko. Padajcie z zachwytu damy i facety (podpowiem: bez odżywki jest lepiej, ale również nie czuję się oczarowana, rzęs mam jednak nagle jakby więcej).

Czyli tym razem zakupy mogłam sobie darować. Ktoś ma ochotę potestować pomadkę Meet Rosy? Użyłam jej dwa razy plus swatch na ręce. Jeśli lubicie takie cukiereczki i umiecie się z nimi obchodzić, chętnie przekażę pomadkę w dobre ręce. Na ewentualne zgłoszenia czekam do jutra. 

Velvet Lip Colour, aksamitna pomadka o matowym wykończeniu: 16,99 zł
Defining Blush, podwójny róż do policzków: 14,99 zł
Lakiery do kompletu dostaniecie za 10,49 zł, ale ja ich Wam nie polecę, bo po pierwsze: żadnego nie kupiłam, a po drugie: nie kupiłam, bo jakość emalii Catrice – mimo cudownej gamy kolorystycznej – jest mocno dyskusyjna. Z każdym odcieniem, z jakim do tej pory się zetknęłam, miałam jakiś problem.

Dostępność: drogerie Hebe, wybrane inne drogerie.


EDIT: Pomadka trafi do Pink Lipstick, już piszę do Ciebie maila.

poniedziałek, 19 maja 2014

O ściółce leśnej z Wielkiej Brytanii: Lush – Dreamwash [recenzja]

Wyobraźcie to sobie: jesteście w lesie, mamy piękny, słoneczny dzień. W nocy padało, dlatego czuć leśną wilgoć. Jest jednak ciepło i relaksująco. W oddali słychać szum potoku, bo to las górski. Cóż zrobić w takim miłym miejscu? Wiadomo: położyć się na mchu i torfie, a następnie dokładnie wytarzać. Każdy by tak zrobił. Prawda?


Wymarzone szorowanie według firmy Lush powinno tak właśnie wyglądać. My i torf. I mech. I jeszcze glina. Jest świeżo i blisko natury. Tylko czy na pewno w tym właściwym sensie? Nazwa „shower smoothie” działa na mnie doskonale, a kąpiel marzeń wyobrażałam sobie w niezwykłych okolicznościach. No i mam, okoliczności niezwykłe wielce. Zażyłaś kąpieli marzeń, kobieto? Cudownie, to teraz na kolana i do pracy! Szoruj kabinę prysznicową, póki nie odzyska dawnego blasku. No bo pal sześć zapach! Gdyby to był jedyny problem, może dałabym sobie spokój, w końcu aromaty pozostają kwestią gustu, jedni kochają fiołki, inni (za) długo dojrzewające sery (mężu, pozdrawiam!), ale w przypadku Dreamwash kłopot rodzi się w momencie, gdy po kąpieli rozejrzymy się wokół. Wszystko jest ufajdane na siwo. Same popłuczyny również nie wyglądają zachęcająco – to siwoszara, pienista masa, przypominająca tę nieprzyjemnie syfiastą pianę, jaką czasem generuje morze tudzież ocean. Jeśli dorzucimy do tego fakt, że na zużycie lushowej papki mamy zaledwie osiem tygodni (w przypadku użytkowników z Polski będzie to jeszcze mniej tygodni, bo podróż z fabryki mazideł do domostwa trwa około siedmiu dni), narodzi się zaraz magiczne w swej prostocie pytanie: PO CO?


Po co kupować Dreamwash? Po co zamawiać wysyłkę do Polski za wcale niemało złotówek? Po co oglądać ten śliczny, estetyczny, wcale_nie_brudny pojemnik i dać sobie upaprać prysznic jego zawartością? Sama się nad tym zastanawiam. Może dałoby się znaleźć parę powodów.
Powód nr 1: bo to Lush. Dla wielu z Was to w zupełności wystarczy. Magia firmy, tego co nieosiągalne, naturalne, ekologiczne...
Powód nr 2: naturalny skład i silne działanie kojące. Ta pasta ma według założeń producentów ratować skłonną do podrażnień, przewrażliwioną skórę. Być może tak jest, ale trudno mi to ocenić, bo moja skóra wielkich problemów nie robi, chyba że mówimy o tej na twarzy. Jednak dla ludzi, dla których większość dostępnych specyfików oznacza dermalną katastrofę, to może być doskonały powód do zakupu. W składzie: aloes, lawenda, róża, olejek z drzewa herbacianego, rumianek, a wszystko to zblendowane z kalaminą, czyli węglanem cynku – substancją silnie łagodzącą, uspokajającą i przeciwdziałającą nadreaktywności skóry. Zdaje się, że to ona czyni ten prysznicowy syf, mam nadzieję, że faktycznie ma nadnaturalne, kojące moce.
Powód nr 3: konsystencja. O tak, ona jest warta grzechu. To cudownie gładka, delikatna masa, którą z przyjemnością aplikuje się na skórę. Lekko się pieni i wszystko byłoby wspaniale, ale niestety, po zmyciu Dreamwasha pojawia się efekt, którego bardzo, BARDZO nie lubię. Skóra przy dotyku stawia opór, jest wymyta w ten niefajny, mydlany sposób. Wiecie, o co chodzi? Zawsze tak jest po użyciu zwykłego mydła w kostce. Tutaj, mimo miłej otoczki, mam wrażenie, jakbym umyła się kostką Arko za złotówkę.

Ściółkowy smoothie nie jest chyba fatalny, ale zupełnie nie dla mnie. No nie wiem, może ktoś lubi się taplać w takim naturalnym błotku po ciężkim dniu pracy – ja pod prysznicem wolę coś pachnącego. Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałabym nacierać się w ramach pożegnania wyczerpującego dnia czymś, co nie jest przyjemnie pachnące i relaksujące, i w ogóle jest mało przyjemne. Na co dzień wystarczająco często otaczam się wątpliwej urody zapachami. Kupy Tomasza, worek ze śmieciami (i kupą Tomasza), zepsute jedzenie, spocone pachy w komunikacji miejskiej, śmierdzący żule na ławce pod domem... Wierzę, że dla części z Was delikatność Dreamwasha i jego w pełni naturalny INCI mogą znaczyć wiele. Ja podziękuję.

Pojemność: 250 g
Cena: 9,75£ (ok. 50 zł)
Ocena: 2+/6 (ocena subiektywna, dla wrażliwców to może być strzał w dziesiątkę i wielka miłość)

sobota, 17 maja 2014

Spieszmy się kochać limitki, tak szybko odchodzą! Ostatnie chwile M•A•C Alluring Aquatic

Limitowana edycja MAC-a Alluring Aquatic zainteresowała mnie już w materiałach promocyjnych. A kiedy na blogach pojawiły się zdjęcia i swatche, ślina pociekła mi do pasa, a nawet do paznokci u stóp. Gdy tylko pierwsze dni maja nawiedziły kalendarz, pobiegłam w podskokach do salonu MAC. Akurat tak wyszło, że stało się to w Katowicach. Miałam plan przywiezienia sobie cudnej pamiątki z majówki na Śląsku (tym cudniejszej, że mąż rzucił hasło: „Ja stawiam!”), przekroczyłam próg MAC-owej oazy rozpusty i... zonk. Alluring Aquatic na półkach sklepowych nie istniał. Wtenczas dowiedziałam się, że tylko dwa salony w Polsce dostąpiły zaszczytu otrzymania Aquatica i są to salony warszawskie. Za chwilę jednak dumna pani katowiczanka ogłosiła, że Temu Salonowi również udało się wyrwać z tajnych zasobów MAC-a morskie przedmioty, tyle że będą dostępne w drugiej połowie maja. I że zaprasza. Tylko niestety już nie mnie.


Wróciłam do Warszawy, zajęłam się swym matczynym żywotem i udało mi się trafić do salonu MAC w Galerii Mokotów dopiero wczoraj. Z daleka widziałam śliczną wystawkę z cudeńkami z dna morza. Niestety, bliskie spotkanie z Alluring Aquatic było bardzo rozczarowujące. Na wielu testerach wisiała okrutna naklejka „sold out”. 
– Proszę pani, to już dwa tygodnie, klientki walą drzwiami i oknami, bo kolekcja jest cudowna! – usłyszałam. Jest cudowna, a raczej była. Teraz mamy do wyboru cudowne resztki. Oczywiście przesadzam, ale rozgoryczona byłam bardzo, bo wybrałam się do MAC-a po pomadkę Mystical, a ona jako jedyna była tak samo sold out, jak wszystkie pudry i bronzery w kamieniu, na które również ostrzyłam sobie zęby. Nie ma jednak tego złego – do moich zbiorów trafił kremowy cień o niezwykłej konsystencji, którego wcale nie planowałam zabierać do domu, a teraz cieszę się jak przygłupia fretka, że zasilił moją kolekcję. Wraz z cieniem przygarnęłam za skromne 131 złotych róż w kolorze, którego za nic w świecie nie kupiłabym po przymierzeniu na dłoni. Był pomarańczowy jak największy koszmar wśród bronzerów. I nieco drogawy jak na róż, który i tak nie jest mi potrzebny. Bądźmy jednak szczerzy: łatwo stracić głowę i pojęcie o cyferkach, kiedy w przebrzydłym, MAC-owym salonie kuszą pudełka z tak pięknymi kroplami. Słowo daję, to jakiś marynistyczno-kosmetyczny pornos. 


Extra Dimension Eye Shadow w odcieniu Legendary Lure rozkochał mnie w sobie cudownie kremową konsystencją. Dotychczas pracowałam tylko z kremowymi cieniami Catrice i Essence, z czego pierwsze uznaję za niezwykle przyjemne i należą do grona moich kolorowych ulubieńców, ale Essence rozczarowało zbitą strukturą i problematyczną aplikacją. Ten tutaj konsystencję ma idealną, pigmentację świetną, jest zupełnie inny od Made To Stay z Catrice – delikatniejszy, bardziej pudrowy. Efekt, który widzicie niżej, osiągnęłam po jednym machnięciu paluchem po dłoni. Taki z niego zawodnik. Trochę rozczarowałam się kolorem, bo – choć stalowy jest uniwersalny – miałam kupić metaliczny cień z zielonymi akcentami. W salonie oglądałam coś dużo bardziej oliwkowego i teraz nie wiem, czy to kwestia światła, czy pani jednak pomyliła się i wlepiła mi inny odcień, niż chciałam (nie sprawdziłam oczywiście zawczasu, jak wabi się moja nowa oliwkowa miłość). Płakać jednak nie będę, bo Legendary Lure nie można odmówić uroku. Na pewno się nie zmarnuje :).


Gdy wiedziałam już, że żaden z pudrów brązujących nie trafi pod mój dach, zerknęłam łaskawym okiem w stronę dwóch różów Extra Dimension Blush, które należą do kolekcji Alluring Aquatic. Wybór niewielki i sądziłam, że łatwy – po obsmarowaniu ręki jednym i drugim byłam przekonana, że kupię bardziej różowy Sea Me, Hear Me. Seduced At Sea wyglądał na intensywny koral, pomarańczowe nieszczęście, to się po prostu nie mogło udać. Pani z MAC-a była jednak przekonana, że to właśnie koral będzie dla mej facjaty tym jedynym. Cóż, wygląda na to, że miała rację. 


Kiedy zaaplikowała Seduced At Sea na moje poliki, okazało się, że całość prezentuje się niezwykle świeżo (bo rozświetla) i sympatycznie. Moje blond-pierze dobrze skomponowało się z różem, który nagle przestał straszyć pomarańczowymi tonami i stał się interesującą, dziewczęcą brzoskwinką. Tu również konsystencja zaskakuje. Jest podobnie aksamitna, pudrowa i kremowa jak w przypadku cieni. Nigdy nie miałam różu o takiej fakturze, więc mam nadzieję, że poradzę sobie z jego aplikacją. Wszystko jednak wyglądało banalnie – trzy sekundy pędzlowania każdego policzka i po sześciu roboczosekundach fantastyczny efekt. Myślę, że nasza przyjaźń rozkwitnie. Witaj w domu, maluchu!


Dawno zakupy kolorowych kosmetyków nie wywołały we mnie takiej euforii. Jeżeli Wy też się podkochujecie w tej limitowanej edycji, pędźcie prędko do salonu MAC, nim obrotne panie obkleją soldałtami wszystkie elementy tej morskiej układanki. Sklep internetowy już świeci pustkami, dostaw nie będzie. Może dziewczęta ze Śląska jeszcze dadzą radę upolować to, na co mają ochotę? Powodzenia i chwalcie się łupami! Ja spływam.

Alluring Aquatic Limited Edition
Extra Dimension Eye Shadow, Legendary Lure: 82 zł
Extra Dimension Blush, Seduced At Sea: 131 zł

piątek, 16 maja 2014

Wyniki majówkowego konkursu

Czas ogrzać ten deszczowy i ponury dzień miłą wiadomością – miłą przynajmniej dla jednej z Was ;). Dziękuję wszystkim za zgłoszenia – tym razem frekwencja była zacna, a ja zaczęłam żałować, że nie przytargałam w DM-owych siatkach więcej kosmetyków, którymi mogłabym obdarować kilka moich czytelniczek. 

Przypomnijmy, jak wygląda zestaw nagród:


Warto wspomnieć jeszcze kilka słów na temat odpowiedzi na pytanie konkursowe. Pytałam o to, jaki kosmetyczny zapach jest Waszym ulubionym. Zgodnie z przewidywaniami podzieliłyście się na dwa obozy: wielbicielek zapachów owocowych (szczególnie cytrusów) i smakowitych słodkich nut. Wiele z Was zmienia preferencje w zależności od pory roku. Nie ma zapachowego zwycięzcy, ale wśród odpowiedzi królowały: kokos, malina, cytrusy. Sporo było też głosów na czekoladę, różę i arbuza. Wezmę to pod uwagę przy kolejnym konkursie :). A teraz czas na zwyciężczynię, która należy do... malinowego klanu.


Zestaw DM-owy trafi do Ani, a żeby nie było wątpliwości, uściślę, że chodzi o Anię z bloga Po tej stronie lustra. Aniu, gratuluję i czekam na dane do wysyłki. 

A wszystkim Wam życzę udanego weekendu! 

wtorek, 13 maja 2014

Pat&Rub – Hipoalergiczny balsam do stóp [recenzja]

Słuchajcie, zrobimy tak. Wy sobie naprawicie kopytka magicznymi złuszczającymi skarpetami, o których w blogosferze aż huczy, a ja Wam powiem, co zrobić, żeby Wasze brand new odnóża pozostały jak najdłużej piękne, gładkie i odżywione. Umowa stoi?

Po pierwsze: regularne zdzieranie naskórka, który od dawna winien być na emeryturze. Niedługo wrzucę post porównujący trzy peelingi, jakie aktualnie mieszkają w mojej łazience. Po drugie: od czasu do czasu kąpiel w pachnącej soli do stóp (jeśli nie pomoże w odmaczaniu, to na pewno olejki eteryczne poprawią Wam nastrój), a potem szorowanie tarką lub pumeksem. Po trzecie: doskonały krem do stóp, który będziecie wcierać w swe gładziuśkie stópeńki codziennie wieczorem. Oto i on. Higieniczny. Patandrubowy. Hipoalergiczny.


Najpierw zastanówcie się, czego oczekujecie od takiego kremu. Jeżeli tego, że w magiczny sposób zamieni odciski, modzele i słoniowe podeszwy w pupę niemowlaka, to znaczy, że jesteście tam, gdzie byłam ja kilkanaście miesięcy temu. Podobno wiara czyni cuda, ale nie w przypadku stóp*. Nic z tego. Trzeba się wziąć do roboty i szorować, kremować, szorować, kremować, szorować... Niestety, już dawno odkryłam, że jeśli chodzi o dolne kończyny, nie ma przebacz. Tylko systematyczna, ciężka praca, użalanie się nad sobą ze stopą w umywalce i wcieranie kremu, a potem powstrzymywanie moczu do czasu wchłonięcia, mogą utrzymać podeszwy w dobrej kondycji. 

Kremów do stóp spotkałam na swojej drodze wiele. Zwykle te, które miały najlepiej i najdłużej nawilżać, były najbardziej nie do zniesienia. Przyzwyczaiłam się, że posmarowane stopy są przez cały wieczór tłuste, więc zanim przyglebię nimi o ciemne panele w domu, muszę wytrzeć je w szorstki ręcznik lub założyć grube skarpety. Zdanie w tym temacie zmieniłam po zużyciu tuby kremu Acerin Intensive (recenzja), który serdecznie Wam polecam, a wielkie łał przyszło wraz z pierwszym użyciem balsamu Pat&Rub z serii Hipoalergicznej. Robi właściwie to samo, co Acerin, tyle że lepiej. I nie pachnie cytryną. 


Balsam, który nazywam kremem, bo w sumie czemu nie, według słów producenta składa się w 99,5% ze składników pochodzenia naturalnego. Nawet nie chce mi się tego analizować i sprawdzać, cóż to znaczy, ale chyba wiecie, że ta firma jest tak bardzo zgodna z naturą i ekologiczna, że można od tego puścić pawia. Na zdjęciu powyżej widzicie zarówno skład, jak i wyboldowane składniki aktywne – wszystko prezentuje się doskonale, ale najważniejsze, że: działa

Krem jest bardzo lekki (może dlatego, że jest balsamem...), elegancko się dozuje za pomocą niezacinającego się airlessa i pachnie tak samo jak cała linia Hipoalergiczna, czyli bardzo ciekawie. To taka uniseksowa nuta, nieporównywalna z czymkolwiek mi znanym, więc tym razem musicie się obejść bez kwiecistych epitetów. Wchłania się ekspresem, nie zostawia tłustej warstwy i jest równie doskonały na stopach, co na dłoniach. Jeśli więc szukacie uniwersalnego kremu do wszystkich swoich kończyn, ten powinien Was zachwycić. Nawilża zacnie i trwale, a używany codziennie, utrzymuje stopy w najlepszej możliwej kondycji. Wiem, co mówię – nie testowałam jeszcze słynnych magicznych kwasowych skarpet, a moje stopy są w najlepszym stanie, od kiedy je pamiętam. 

Wszystko w tym balsamie jest doskonałe poza wydajnością. Jak to zwykle bywa z patandrubowymi produktami w airlessach, balsam znika w oczach. Ale jeśli poszukujecie dobrego, niewkurzającego tłustą formułą kremu do stóp (i rąk!), lećcie w podskokach do sklepu internetowego Pat&Rub, bo akurat mają promocję. 

W maju Pat&Rub przewidział rabat -15% na wszystkie kremy do rąk i stóp, a jak zamówicie po jednym na każdą parę kończyn, to ponoć dokładają tarkę (to a propos kremowania i szorowania...). Ja zamówiłam parę z serii Home SPA – ciekawe, czy jakość będzie równie dobra. Do -15% dołóżcie -10% od blogerek (widziałam w bannerach na blogach: wpisujecie hasło FRAJDA). Za 39 zł minus 25% to już ma jakiś sens. 

Pojemność: 100 ml
Cena: 39 zł
Ocena: 6/6

*Ci od wiary i cudów musieli gdzieś napisać o tych stopach małym drukiem. Jeśli się dopatrzycie, dajcie znać. 

sobota, 10 maja 2014

Yves Rocher – Hydra Vegétal – koncentrat nawilżający [recenzja]

Już kiedyś Wam mówiłam, że robię zakupy w internetowym sklepie Yves Rocher średnio co dwa miesiące. Mam słabość do tej firmy, mimo że jest bardzo nierówna – kupowanie ich kosmetyków to wieczne dryfowanie po morzu, w którym zatonęło wprawdzie kilka statków wyładowanych po brzegi skarbami, ale łatwo wyłowić też sporo nieszczególnie wartościowych kamieni, a i zdechła ryba się trafi. I cóż, że ryba? Ja szukam złota i pereł!


Koncentrat z serii Hydra Vegétal został wzbogacony o sok z kanadyjskiego klonu (tego, z którego powstaje taki pyszny syrop!) i niebieskiej agawy z Meksyku. Wieść niesie, że posiadają one zdolność zatrzymywania wody w skórze. Według producenta preparat stanowi źródło długotrwałego nawilżenia już od pierwszej aplikacji i sprawia, że skóra jest pełna blasku. Jak zwykle brzmi świetnie. A co siedzi w przyjemnej dla oka szklanej butli?


Po pierwsze, siedzi w niej pompka. Bardzo funkcjonalna – da się wycisnąć trochę i więcej niż trochę. Ewentualnie trochę więcej. Jest fajna, bo wysysa z butelki praktycznie wszystko, zero marnotrawstwa. Po drugie, w butelce znajduje się coś lekkiego i coś (według mojego nosa) podśmierdującego. Dopiero po kilku tygodniach nos się przyzwyczaił na tyle, że przestał zwracać uwagę. Zapach miał być świeży i teoretycznie jest – może ogórkowy? może nie? Tylko że w tle pozostaje jakaś niesympatyczna nuta. Wiem jednak, że mój nos jest wyjątkowo wrażliwy i wiele z Was nie wyczuwa nieprzyjemności, które on wyłapuje, dlatego nie mogę stwierdzić jednoznacznie, że koncentrat śmierdzi. Bo może śmierdzi tylko według niektórych, bardziej zrzędliwych nozdrzy? Jeśli mam porównywać świeże, ogórkowe nuty w produktach pielęgnacyjnych Yves Rocher, milion razy lepiej wypada (zdaniem mojego nosa) seria Elixir 7.9. I tak to. 


Myślałam, że koncentrat to inna nazwa serum, ale to żadne serum – raczej emulsja. Jest wodnista, ale nie przelewa się przez palce, można kulturalnie rozprowadzić ją po twarzy i poczekać, aż kulturalnie wyschnie. Ona jednak przy wysychaniu jest dość chamska – nie roluje się, więc pod makijaż jak najbardziej się nadaje, ale niestety, po wchłonięciu skóra się lepi. To bardzo przeszkadza mi w czynieniu makijażu, bo po nałożeniu kremu, potem podkładu, a potem pudru skóra nadal klei się pod palcami. To bardzo nieświetne. 


W składzie różne różności. Silikonowe wygładzacze, gliceryna, żel aloesowy, olej kokosowy i widzicie resztę, więc nie ma sensu się rozwodzić. Tradycyjnie pokręcę nosem (tak, tym, któremu ciągle coś śmierdzi) na alkohol w składzie, bo to taki nieładny składnik w preparatach do twarzy. Zaprzecza idei nawilżania. Koncentrat nie zawiera za to składników pochodzenia zwierzęcego ani parabenów. 

Wspaniała wiadomość jest taka, że ekspresowo się wchłania i nie zapycha. Niewspaniała, że o spektakularnym nawilżeniu można zapomnieć. Działa doraźnie, no i kleistość wykończenia sprawia, że moja mieszana w kierunku tłustej cera czuje się niedopieszczona. Zużyłam bez obrzydzenia, bo Hydra Vegetal ma sens – wspiera nawilżanie, wchłania się szybko i nie robi scen, ale do zachwytu mi daleko. A ja lubię się zachwycać oraz zachwycam się tym, że lubię. 

Złoto i perły? Nie tym razem. 

Pojemność: 30 ml
Cena: teoretycznie 72 zł, ale to cena regularna, którą trudno zapłacić, obecnie na stronie promocja (a jakże!) 49 zł
Ocena: 3/6

wtorek, 6 maja 2014

Denko prodżekt, odc. 13

Nadrabiam zaległości, a w międzyczasie sprzątam. Kolejna siatka śmieci i kolejna okazja do poczytania krótkich recenzji. Co my tu mamy...


Po pierwsze: w tym miesiącu moja rodzina robi za bandę brudasów. Rąk namyliśmy się co niemiara, ale z szorowaniem korpusów skromnie. Podobno pozory mylą, a szczęśliwi brudu nie liczą, znacie to staropolskie przysłowie? Tak, ja też nie znam. W każdym razie trzeba Wam wiedzieć, że w ubiegłym miesiącu w tym domu do dna doprowadzono, co następuje.


Bodyfarm – Butter Caramel Shower Gel – Bodyfarm to grecka firma, która robi oszałamiające zapachowo żele. Więcej opowiem Wam w innym odcinku, ale to było coś! (maślanego, karmelowego, niesamowitego). Jeżeli lubicie niezdrowe żarcie pod prysznicem, szukajcie tych zakazanych butelek w Douglasie.

Yves Rocher – Collection Cacao – kakaowo-pistacjowe mydło do rąk – tym razem nieszczególnie będę wzdychać z powodu faktu, że Collection Cacao to limitowana edycja. Czekoladowa pistacja była słodka i apetyczna, ale strasznie... płaska (?) zapachowo. Aromat tani, niewyszukany, może się znudzić. Mnie się znudził, więc butelka dobiła dna w samą porę.

Caudalie – Fleur de Vigne Shower Gel – miniatura żelu Caudalie pochodzi z zestawu podróżnych miniatur, który zakupiłam jakiś czas temu, żeby poznać lepiej markę. Pełnego wymiaru nie przewiduję, bo żel, owszem, pachnie świeżo (podobnie jak cała seria Fleur de Vigne), ale w ogóle nie chce się pienić (bardzo tego nie lubię) i niczym mnie nie oczarował. Szkoda mi wydawać 30 zł plus wysyłka na coś zupełnie przeciętnego. Nie jestem alergikiem, nie potrzebuję do szczęścia superdelikatnego żelu wzbogaconego aloesem, o zapachu białej róży i czegoś tam, co w praktyce daje aromat z nutą ogórka tudzież melona. Tym razem, Caudalie, dzięki, ale nie, dzięki.


Dalej mamy dwa peelingi. Ten z lewej to Natural Extracts – Kremowy Peeling do ciała łagodząco-nawilżający z ekstraktem z aloesu. Mianowanie go wielkimi literami Kremowym Peelingiem jest tu pewnym nadużyciem, ponieważ peelinguje ledwo co, ewentualnie ledwie nic. Ma za to przyjemny, świeży, delikatny zapach i jest wynalazkiem dość dziwnym, bo to faktycznie krem z jakimiś tam symbolicznymi drobinkami. Nivea, która wypuściła najgłupszy znany ludzkości wynalazek, jakim jest balsam pod prysznic, powinna wziąć przykład z tej nikomu nieznanej, taniej firmy dostępnej w Carrefourze, bo ten tutaj krem jest naprawdę kremowy, dobrze jest się nim wysmarować w towarzystwie wody, ładnie się zmywa i mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że – zgodnie z etykietą – nawilża i łagodzi. Szkoda, że nie zdziera naskórka ni trochę, ale moje 3 złote już dawno mu wybaczyły tę niedoskonałość.

Dermika – Passioné Body – Zmysłowy peeling kwiatowy do ciała – tutaj wszystko się zgadza. Peeling również ma kremową bazę, bardzo dobrze zdziera martwe komórki naskórka (R.I.P.), pięknie pachnie kwiatami (niestety, nie mam pojęcia, jakimi, bo nie znam się na kwiatach), a zapach utrzymuje się jeszcze przez pewien czas po zabiegu. Niestety, nie dane mi było zużyć do końca, bo kupiłam go kilka miesięcy temu w promocji w Hebe i okazało się, że po miesiącu od otwarcia zwyczajnie się przeterminował. Co ciekawe, zaczął śmierdzieć dokładnie po upływie ważności. Praktycznie co do dnia. Taki to on doskonale wymierzony. Chętnie zmierzę się z nim znowu, kiedyś tam. Aha, oba egzemplarze dostają naganę za zamknięcie opakowania. Nakrętki pod prysznicem? Powinni tego zabronić.


La Roche-Posay – Effaclar – oczyszczający żel do skóry tłustej i wrażliwej – to moje prawdziwe trofeum! Gdy butelka wydała z siebie ostatnie pierdnięcie, odetchnęłam z ulgą i pełna dumy wrzuciłam ją do kosmetycznych śmieci. Te 200 ml myjącego szczęścia mieszkało w mojej łazience   rok. Przez te 12 miesięcy zdarzyło mi się oczywiście zbaczać z effaclarowego kursu i myć twarz czymś innym, ale przyznać trzeba, że butla Effaclaru jest nie do zajechania. Jeśli nie lubicie trwonić ciężko zarobionych złotówek i macie cerę tłustą lub mieszaną, kupujcie śmiało. W aptekach internetowych jest do zdobycia już od 20-kilku złotych i zdecydowanie to inwestycja, która się opłaca. Przez cały okres użytkowania żel nie zmienił zapachu, konsystencji ani właściwości. Działa bardzo dobrze, dogłębnie oczyszcza skórę, trzeba tylko pamiętać o regularnym nawilżaniu po, bo inaczej może przesuszać. Ja, mimo że mam cerę mieszaną, nie cierpiałam z powodu odwodnionych policzków, dlatego codzienne używanie kremu nawilżającego powinno uchronić Was przed pustynną katastrofą. Effaclar pachnie świeżo ściętymi kwiatami, ale nie od strony pąka, tylko od tej wiechciowatej, trawiastej strony. Nuty zapachowe tego typu możecie wyczuć, wchodząc do kwiaciarni. Ciekawe, czy komukolwiek nos podpowiada podobną odpowiedź na pytanie: czym pachnie Effaclar? Pewnie do niego wrócę, ale nieprędko – mam kilka innych kosmetyków do sprawdzenia i modlę się, żeby okazały się choć trochę mniej wydajne...

Yves Rocher – Riche Crème – przeciwzmarszczkowy krem pod oczy dla cery dojrzałej – może i w całości wielce dojrzała nie jestem, ale pod oczami owszem. Pierwsze zmarszczki obecne, pragnienie intensywnego nawilżenia również. Krem z serii Riche niedawno zmienił recepturę (o poprzednim pisałam tu: recenzja), ale wciąż jest doskonałym kremem pod oczy. Bez wysiłku utrzymuje optymalne nawilżenie, nie roluje się, jest lekki i treściwy zarazem. Używałam go na dzień i na noc i starczył na ok. półtora miesiąca. Nie radzę aplikować go na powieki lub zbyt blisko oczu, bo może podrażniać. Chętnie kupię go ponownie, jak tylko zrobię kolejny napad na sklep internetowy Yves Rocher (o mojej zakupowej ekstazie i o działaniu sekty YR poczytacie TU).

Lush – Cupcake – Fresh Face Mask – pisałam o tej masce niedawno (recenzja), dlatego nie ma sensu się rozwodzić. Mimo dobrego składu dla mnie okazała się rozczarowująco przeciętna. Nie planuję powrotu, szczególnie że kupowanie Lusha to w Polsce spore przedsięwzięcie.

Pat&Rub – Face Tonik – próbka starczyła mi na sporo użyć i zachęciła do zakupu tego toniku. Jest bardzo delikatny, odświeża i tonizuje, doskonale przygotowuje skórę do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. 


Dax Cosmetics – Perfecta SPA – Masło do ciała wygładzające – nie mam zbyt dobrych doświadczeń z kosmetykami pielęgnacyjnymi Perfecty (zdecydowanie najkoszmarniejsze było masło kakaowe – recenzja), ale nie przekreśliłam marki, bo swego czasu odkryłam w jej ofercie świetny żel do higieny intymnej, któremu jestem wierna od prawie trzech lat*. To marcepanowe masło mile mnie zaskoczyło. Ma idealnie maślaną konsystencję, nieźle nawilża, trochę wygładza (oczywiście doraźnie) i ładnie pachnie (choć nie jest to zapach marcepanowy czy migdałowy). Nie będę rozmyślać o nim po nocach, ale nie wykluczam powrotu.

Isana – krem do ciała Figa & Granat – testowałam wszystkie trzy kremy Isany w półlitrowych słojach (analiza porównawcza tutaj) i z tym zeszło mi się najdłużej. Pomyłką jest wlanie tak rzadkiego kremu (konsystencja balsamu, a nawet mleczka) do słoika, bo przelewa się przez palce. Poza tym zły nie jest. Pachnie kwiatowo, bieli przy rozsmarowywaniu, nawilża przyzwoicie. Niestety, poziomem nawilżenia nawet nie zbliża się do wersji kakaowej, dlatego nie planuję ponownego zakupu.

Tołpa – Dermo Body – Serum wypełniające biust – sama nie wiedziałam, czego oczekiwać od serum do biustu, bo nigdy wcześniej takiego nie stosowałam. Wyobrażałam sobie ujędrnienie, może lekkie uniesienie (co po ciąży i kilku tygodniach z laktatorem byłoby całkiem spoko). Serum Tołpy zasycha, tworząc cienką skorupę i być może to ona miała w założeniu dać jakiś efekt uniesienia. Mnie się to nie podoba, za to spodobał się zapach. O co chodzi z tym wypełnianiem? Czy ktoś w ogóle wierzy w takie cuda? Szukam dalej. Następna stacja: balsam ujędrniający Pat&Rub.


Lady Speed Stick mówię nie, bo po kilku latach przerwy w używaniu żelowych antyperspirantów przypomniał mi, jakie to rozwiązanie jest nieestetyczne. Żel wydostaje się spod wieczka i zasycha, część pozostaje klejąca... nie, nie, nie. Ładny, uniseksowy zapach i dobra ochrona nie mają tu już większego znaczenia.

Nivea Dry Comfort Plus to z kolei wynalazek, do którego zachęcały mnie na zmianę M. i Esy, floresy. Nie używałam kulek od lat, powróciłam do korzeni i jestem bardzo, bardzo zadowolona! Dry Comfort pachnie ślicznie (jak to Nivea), odświeża, nie pozwala się spocić, a jeśli pozwoli, to nie na śmierdząco. Doskonała wiadomość na lato. Kolejna sztuka już w użyciu.


Nivea – Szampon odbudowujący Long Repair – przeznaczony do włosów łamliwych, rozdwajających się lub długich, z olejkiem babassu i płynną keratyną. Brzmi świetnie, dawne wielbicielki na pewno niepokoi fraza „nowa formuła”, ale ja w starej tego szamponu nie znałam, dlatego nie miałam uprzedzeń. Nivea jak zwykle pachnie czarodziejsko, a efekt, jaki daje na włosach, może się podobać lub nie. Dociąża (dla niektórych synonimem dociążania jest przyklapnięcie), maksymalnie wygładza (za każdym razem gumka spadała mi z wrażenia), włosy nie wymagają odżywki, ale ja i tak sobie z nią poczynałam. Szampon z odżywką z tej samej serii sprawia, że włosy lśnią i się ślizgają – na moich rzadkich cieniznach to nie jest do końca wymarzony efekt, bo potrzebuję odbicia u nasady i zwiększonej objętości, ale obiektywnie to bardzo dobry szampon. Do grubych, gęstych włosów – jak marzenie.

Klorane – suchy szampon z ekstraktem z pokrzywy – kupiłam go wiele miesięcy temu, jeszcze zanim dotarł w moje skromne progi szał związany z Batiste. Klorane sprawdza się dobrze, pachnie niezbyt pięknie (o ile się nie mylę, podobnie do Batiste w wersji Original), okazał się bardzo wydajny i chętnie bym do niego wróciła, ale jednak konkurencja ma dużo lepsze ceny.


Na koniec trochę pomakijażowego śmiecia. O tuszach pisałam przed chwilą, więc do opinii na temat Bourjois odsyłam Was do recenzji zbiorczej: klik. Obok widzicie dwie stożkowate kredki: TBS-owy kajal i Yves-Rocherowy khol. Khol okazał się ciemniejszy, kajal tłustszy, obie były świetne, ale ostatniego centymetra już nie zużyłam, bo ten kształt jest głupawy – szeroka podstawa uniemożliwia normalną aplikację na powiekę (chyba że chcecie czarrrrrne smokey). Khol od YR możecie teraz kupić za 29,90 zł. TBS-owy kajal został dawno temu wycofany. Ta fiolka ze sztuczną krwią to tint do ust od Catrice, który kiedyś dawał całkiem przyjemny efekt, ale po kilku miesiącach od otwarcia stracił połowę objętości (znaczy się: wysechł) i do niczego się już nie nadaje. Peszek. Nie kupujcie go z koszyków promocyjnych w Naturach, bo dostaniecie takie bezużyteczne coś. Na koniec dwa słowa o zmywaczu Essence: to najgorszy acetonowy zmywacz, jakiego używałam. Działa gorzej od wielu bezacetonowych, jest zupełnie beznadziejny. Ale ładnie pachnie kokoskiem, jeśli to coś zmienia :).

Ufff, kto dobrnął do końca, dla tego oklaski <klask, klask>. Miłego wieczoru, Drogie Panie! 


*chodzi o bezzapachowy, bardzo delikatny żel z serii Perfecta Mama, o ten: klik.

poniedziałek, 5 maja 2014

Pomajówkowy konkurs DM-owy

Majówka minęła szybko, błogo i beztomaszowo, a dzięki bazie wypadowej w Katowicach mogliśmy swobodnie odwiedzić zarówno Bielsko-Białą, Szczyrk i Wisłę, jak i Cieszyn. Tak, tak, jego obie strony. Wyprawa do DM-u od początku była oczywista, solidne zakupy z Baleą w roli głównej – również. Mimo że apetyt na te niedrogie, pięknie pachnące kosmetyki dawno mi przeszedł (swego czasu obkupiłam się przez internet), odpuścić nie mogłam. Nie było lekko – dwukilometrowy (x2) spacer w szpilkach w deszczową sobotę moje kochające płaską podeszwę stopy jeszcze długo będą pamiętać, ale ciekawość zwyciężyła. Po prostu musiałam zobaczyć, jak wygląda Ten Słynny DM! No cóż. Wygląda jak Rossmann. Albo jak Hebe. Za to w środku można spotkać parę Polaków i usłyszeć taki oto dialog:

On: Kochanie, może już wystarczy?
Ona: Poczekaj, kazały mi wziąć jeszcze coś do włosów z Alverde.
On: A tej firmy nie ma przypadkiem w Rossmannie?
Ona (niemalże obrażona): No co ty, zwariowałeś?! Tam jest Alterra.
On: ...
Ona: Może wezmę jeszcze to. Powiesz mi, co to jest? 
On (czyta etykietę) Odżywka do włosów.
Ona: Do jakich włosów?
On: Nie wiem, do wszystkich.
Ona: No dobra, to biorę dwie butelki. Basia ma suche, a Anecie się przetłuszczają...

I tak dalej, i tak dalej... To nie był dialog mój i męża, ale pewnie mógłby być. W DM-ie jak w domu! Tylko czemu te cholerne etykiety są po niemiecku?

Ze sklepu wyszliśmy z dwiema ciężkimi siatkami i z wielkim bananem na mojej twarzy. Mówcie, co chcecie: tona kosmetyków kupionych naraz ZAWSZE poprawia humor. Nawet, jeśli część planujecie oddać przyjaciółkom, a część na konkurs... o, na przykład na taki jak mój.


Warunkiem wzięcia udziału w konkursie jest odpowiedź w komentarzu na proste pytanie: 

Jaki zapach w kosmetykach jest Twoim ukochanym? 

Nagrody to: malinowy peelingujący żel myjący do twarzy, arbuzowy żel pod prysznic z limitowanej edycji, pomarańczowy żel pod prysznic ze stałej oferty, krem-żel pod oczy, dwurazowa maseczka, bezacetonowy zmywacz do paznokci w płatkach i nagroda niespodzianka, o której nie powiem ani słowa! 

Na zgłoszenia czekam do 15 maja 2014 do północy, a potem prędko wylosuję zwycięzcę. Powodzenia :)

sobota, 3 maja 2014

Agata tuszów wiele naotwierała...

...i Wam o nich opowiedzieć chciała. Dobra, wiem, słaby rymik. A czemu aż tyle naraz się otworzyło i ukazuje swe ciemne otwory niczym wrota piekieł? Odpowiedź brzmi: bo tak jakoś wyszło. Znajdzie się tu coś bardzo starego, coś nowego, coś od jednej mamy, coś od drugiej (w sensie: tuszowe śmieci lub niewypały). Brałam wszystko, bo chciałam na własnych rzęsach przetestować rozmaite szczotki, konsystencje i firmy, głównie dlatego, że każda idealna maskara, na którą trafiam, zostaje natychmiast wycofana lub już w momencie zakupu należy do przeszłości, mimo że przecież trzymam ją w rękach i swymi magicznymi właściwościami poraża przypadkowych przechodniów. Szukanie tuszowego ideału jest jak szukanie wody na Saharze, a przynajmniej takie mam wrażenie. Tusze schodzą u mnie w dużych ilościach, bo nie wyobrażam sobie noszenia gołych rzęs. To zupełnie, jakbym wyszła na spacer z Tomkiem w sukience i bez majtek. Może nikt nie zauważy, ale stres jest. A ja nie mogę tak w stresie spacerować...


Zazwyczaj moje tusze mają pogrubiać. Maskara to jedyny znany mi przedmiot, który celowo wykonuje tego typu zabieg. Kobiety są dziwne. Tyle nadają o dietach, za dużych tyłkach, wylewającym się sadle, a potem idą do sklepu i wydają pięć dych, żeby pogrubiło. Albo nawet i stówę. A tak całkiem serio: mam dość długie i rzadkie rzęsy, dlatego dodanie im objętości jest w cenie, chociaż ostatnio coraz częściej doceniam idealnie wyczesane firanki bez dodatkowych kilogramów tuszu. Tradycyjnie złoszczę się jednak, gdy pod magicznymi hasłami: „ultra volume”, „ultimate boosting”, „dramatic look” czy „extra super lash”, kryje się cienka warstwa tuszu, która nie robi nic wielkiego. Równie wkurzona jestem na ciężką, czarną, grudowatą maź, o której pamięć pielęgnować będą kolejne pokolenia wacików.

Zanim poleje się żółć, lukier i nim sypnę workiem confetti, zaprezentujmy kandydatki do zupełnie bezsensownego tytułu tuszowej Małej Miss. 


Kandydatka nr 1 to podstarzała i nieco już wyłysiała Volume Clubbing Black Jack od Bourjois (ok. 45 zł za 9 ml). Ma pogrubiać (a jakże!) i zawiera złote mikrodrobinki, które powinny dawać party-łał-efekt, ale zamiast tego sprawiają, że czerń jest wyblakła. Tusz przybył do mnie bardzo wysuszony, ale mama twierdzi, że od początku taki był. Pogrubia, ale przy tym grupuje rzęsy w kępki, a po zastygnięciu kruszy się. Kompletnie niewarta swojej ceny i chyba najgorsza ze wszystkich maskar w tym konkursie.

L'Oréal Volume Million Lashes (ok. 50 zł za 9 ml) to z kolei jeden z moich ulubionych tuszów w ogóle. Firma wypuściła na rynek kilka rodzajów VML, ale znam tylko tę jedną podstawową, więc nie powiem Wam, jak wypada na tle reszty. Fakty z cyklu „urzekła mnie twoja tuszowa historia”: pachnie różą i nigdy nie wysycha. Mówiąc: nigdy, mam na myśli nigdy-nigdy. Prędzej zużyjecie go do ostatniej kropli, niż wywalicie z powodu wyschnięcia, ewentualnie pozbędziecie się, bo minie data ważności od otwarcia, pewnie z jakimś nielegalnym okładem, a ten dalej będzie na chodzie. Egzemplarz, który Wam prezentuję, ma już prawie rok (czyli jest dawno po terminie...) i nadal zachowuje się tak samo, jak na początku. Wyląduje w koszu dlatego, że gdy go używam, słodka, mała panda płacze. Duża silikonowa szczotka jest ostra, ale ładnie rozczesuje rzęsy. Tusz jest rzadki, precyzyjnie (bezkępkowo) pogrubia i pięknie wydłuża, ale wymaga odrobiny wprawy, bo nieumiejętnie nałożony może lekko sklejać. Od czasu do czasu (pewnie zaaplikowany zbyt blisko oka) wywołuje łzawienie. Prezentuje piękną, głęboką czerń i mimo że nie jest idealny, pewnie jeszcze nie raz się spotkamy.

Kandydatka nr 3, czyli Manhattan Ultimate Boosting (ok. 20 zł za 6,5 ml), to jeden z przypadków, o których wspominałam wcześniej: producent obiecuje śliwki na sośnie (w tym przypadku znowu chodzi o pogrubienie), a maskara robi całkiem nic szczególnego. Może nawet nie robi całkiem nic?Ostre, krótkie silikonowe włoski ładnie rozczesują, ale o pogrubieniu nie ma mowy. Tuszu prawie na rzęsach nie widać, jeśli ktoś lubi subtelny efekt, tutaj się nie zawiedzie. Ja jestem mocno zawiedziona, więc słodkiego, miłego życia Manhattanie, ale na pewno nie na moich rzęsach.

Elite Paris Slim Mascara to jedyny brązowy tusz, jaki kiedykolwiek testowałam. Kupiła go moja teściowa zupełnie niechcący – to znaczy chciała Elite Paris, ale nie w wersji brązowej, co przy jej czarnych włosach i ciemnej oprawie oczu jest całkiem zrozumiałe. Dla mnie jako względnie jasnej blondynki brąz wydaje się sensownym rozwiązaniem, a to spotkanie okazało się całkiem miłe. W tym przypadku brąz jest czarniejszy od wątpliwej czerni Manhattanowego Ultimate Boosting. Silikonowa szczotka pięknie rozdziela rzęsy i daje ładny, naturalny efekt. Tusz – jako jedyny z całej gromady – nie miał pogrubiać, dlatego nie rozpatruję go pod tym kątem. Nie daje efektu wow, ale daje radę. Nie osypuje się, nie można zrobić nim sobie krzywdy. Jeżeli szukacie idealnego rozdzielenia i naturalnego wyglądu, polecam Elite Paris Slim.

Maskara Catrice False Lashes Volume Fake It! (18,99 zł za 10 ml) przy pierwszym odkręceniu wprawiła mnie w osłupienie. Szczotka jest – delikatnie mówiąc – dziwna. Przedziwna. Dziwaczna.
W tym szaleństwie jest metoda, tylko nie wiem, po co mam szaleć. Catrice obiecał pogrubienie, które można uzyskać po dogłębnym przestudiowaniu wszystkich skrętów i zakrętów. Rzęsy po użyciu tego tuszu mogą wyglądać ładnie, ale ten efekt osiąga się w pocie czoła, manewrując tą niebywałą wężową szczotką lekko drżącą ze stresu dłonią. Wszystko to jednak nie ma większego znaczenia, bo False Lashes Volume Fake It! pochodzi z limitowanej edycji. To se ne vrati, ale... pamiętamy!

Ostatnia kandydatka to Philosophy Divine Volumizing (10 ml, cena różna, do 80 zł). Wygrałaby natychmiast, ale jestem tak wkurzona na tę firmę, że na złość i ludziom wbrew nie rąbnę w gong moim internetowym paznokciem. Dlaczego? Bo ta maskara jest idealna i... już jej nie ma. Tusz-duch. Philosophy zajmuje się teraz wyłącznie pielęgnacją. Niemamsłówbyopisaćjakbardzojestemzła. Tradycyjna szczotka optymalnej wielkości bez zarzutu aplikuje intensywnie czarną maź. Elegancko pogrubia (nie jest to efekt dramatyczny), nie skleja, trzyma się cały dzień bez osypywania, wygląda naturalnie, nadaje spojrzeniu wyrazistości, pięknie współgra z mocniejszym makijażem. Mam w zapasach jeszcze trzy sztuki, które zaraz po moim strasznym odkryciu w popłochu kupiłam w Truskawkowym sklepiku. Szlag by cię, Philosophy.

Zostawiam Was z moimi odkręconymi tuszami pełna smutku i zadumy. Oraz wewnętrznej zadymy. Nie wskazuję zwycięzcy, bo dla każdego dobre co innego. Jestem pewna, że żadna z Was nie byłaby zawiedziona tuszem Philosophy, ale cóż nam z tego? Ja poszukuję dalej godnego następcy Divine Volumizing, a o efektach poszukiwań będę informować Was na bieżąco. Jesteśmy w taczu.