środa, 30 kwietnia 2014

Szałowy fiolet od BarryM: Nail Paint nr 303 Bright Purple

Jakiś czas temu zamieszkała w blogosferze pewna L., która nie pisze o kosmetykach ani słowa, za to pisze o sobie. Chociaż nie... właściwie częściej pisze o otaczającym ją świecie i tak się składa, że jest w tym piekielnie dobra. Zwykle nie czytam blogów tego typu, ale ten jest fantastyczny i zaglądam do L. regularnie. Ona regularnie zagląda do mnie i tak się odwiedzamy, a wokół słonko, chmurki, kwiatki i zajączki. Ze słonka, chmurek i zajączków szybko wynikło spotkanie. A potem jeszcze jedno. Na tym pierwszym dostałam od niej lakier BarryM i choć nie było to najważniejsze wydarzenie wieczoru, na pewno warte jest odnotowania. Zresztą... przecież ja piszę o kosmetykach. Nie o sobie, prawda? :)

Tutaj znajdziecie blog L.: KLIK, a ja już spieszę z opowieścią o odważnym fiolecie, który z radością przytargałam do domu po naszym pierwszym spotkaniu.


To pierwszy lakier BarryM w mojej kolekcji. Sama nie wybrałabym takiego odcienia, bo to naprawdę konkretny, nasycony fiolet zgodnie z ani trochę wymyślną nazwą producenta. Bright Purple i już. Nie wybierając go samodzielnie, wykazałabym słodki brak rozsądku, bo wnętrze butelki kryje 10 ml bardzo ciekawej, nieperłowej, bezdrobinkowej emalii, która zwraca uwagę otoczenia i jest ozdobą samą w sobie. Nie jest to jakiś głęboki, wielowymiarowy fiolet, ale ale. Ostatniej soboty, gdy gotowałam w Willi Matrix ogromny gar zupy jarzynowej dla gości Fundacji im. Barbary i Tadeusza Kierzkowskich, dwa razy ktoś zapytał mnie o to, co mam na paznokciach i gdzie można kupić. Nie zdarza mi się to zbyt często. Hmmm, właściwie chyba zdarzyło się po raz pierwszy. Fiolet na paznokciach można lubić lub nie, ale niezależnie od preferencji koło Bright Purple trudno przejść obojętnie.


Pędzelek jest z tych cieńszych, ale nie ultracienkich, i doskonale współpracuje z moją nieutalentowaną manualnie dłonią. Konsystencja też jest doskonała – ni to glut, ni rozlewające się na skórki, rzadkie nieporozumienie. Porozumienie pomiędzy mną a tym lakierem jest równie doskonałe, co cała reszta i chyba wystarczy już mdłych zachwytów. Aplikacja jest łatwa i bezsmugowa. No i dobrze. Do pełnego krycia wystarczą dwie warstwy. No i bardzo dobrze.


Lakier wytrzymał na paznokciach bez odprysków pięć dni. Potem go zmyłam. Dwa dni po pomalowaniu zaczął ścierać się z końców i to... koniec jego nieestetycznych przewinień. Czuję się bardzo zachęcona do dalszej eksploracji oferty marki. Dziękuję, L.!

niedziela, 27 kwietnia 2014

Lush – Cupcake, czyli (wcale nie taka) czekoladowa maseczka do twarzy [recenzja]

Wiele wskazuje na to, że nie jestem i nie będę miłośniczką naturalnej pielęgnacji. Oczywiście potrafię zaprzyjaźnić się z olejami czy ręcznie robionymi peelingami lub maskami i cieszy mnie, gdy coś, w czym nie ma chemikaliów, dobrze działa na moje ciało. Prawda jest jednak taka, że zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie chętnie zapodaję sobie dobrze uwarzoną chemię, bo ona po prostu działa. Jak mnie boli głowa – biorę ibuprom lub nurofen w wersji sprint i forte, jak jestem przeziębiona – zasuwam tabcin i odpływam w nieznane (swoją drogą: powinni tego zabronić). Krótkie, sensowne składy kosmetyków szanuję, a często wręcz ich poszukuję, ale do szczęścia potrzeba mi... konserwantów. Kosmetyki z konserwantami są wspaniałe, bo dają mi czas na zużycie i możliwość wyboru zapachu czy działania, na które akurat mam ochotę. Lush popędza mnie okrutnie, nie uznaje kompromisów i chce mieć mnie tylko dla siebie. Nie lubię takiej zaborczości, szczególnie jeśli wydobywa się z plastikowego pudełka. A jeszcze szczególniej, gdy zaborczy kosmetyk niewiele oferuje w zamian.


O Lushu naczytałam się rzecz jasna w blogosferze. Potem przy okazji mikołajek organizowanych przez Hexxanę dostałam od Anety sporą próbkę czyścika Angels On Bare Skin. Wyglądał bardzo obiecująco, ale właściwości peelingujące powstrzymały mnie przed testami na szerszą skalę (dzięki ci, kochana naczynkowa gębo). Czyścik podrzuciłam mężowi, który – nie mając pojęcia, z jaką legendą się mierzy – poużywał, a potem stwierdził beztrosko: „świetny jest, kup mi”. No i kupiłam. Raz, a potem drugi (TU mężowska recenzja). Za każdym razem dorzucałam do zamówienia coś jeszcze, żeby powoli poznawać asortyment firmy (poza tym skoro już paczka ma lecieć z tak daleka, niech przyleci wypełniona po brzegi). W tej drugiej paczce znalazł się czekoladowy Cupcake, bo wizja pięknie pachnącej, deserowej papki na mojej twarzy napawała mnie rozkoszą. Maska przeznaczona jest do cer tłustych i nastoletnich. To dwa razy nie ja, ale jestem blisko – jeszcze nie całkiem stara i bardzo tłusta w strefie T, miałam nadzieję na to, że apetyczna czekoladka wyssie z mojej skóry nieskończone złoża sebum i ukoi podrażnienia. Pierwsze rozczarowanie nadeszło wraz z lushową paczką: opakowanie było źle zabezpieczone i bokami wylewała się oleista maź.

Rozczarowanie numer dwa ujawniło się po otwarciu ufajdanego pudełka. Zapach wcale nie był taki czekoladowy! Wciąż bardzo atrakcyjny, ale wyraźnie czuć było miętę, a tak się składa, że nie lubię miętowych czekoladek... Zapach wydaje się oczywisty po obejrzeniu składu: dwa miętowe olejki i zmielone świeże liście mięty muszą dawać o sobie znać. Głównym składnikiem maski jest glinka Rhassoul, a poza nią mamy wiele innych dobroci: len, gliceryna, kakao i masło kakaowe, olejek z drzewa sandałowego, wanilia... Brzmi fajnie i smakowicie, ale czy działa?


Zanim zabrałam się do testowania, pojawiła się wątpliwość: czy te maski w ogóle powinny być sprzedawane wysyłkowo? Na opakowaniu jak byk stoi, że Cupcake ma mieszkać w lodówce, a ten mój nie był chłodzony przez minimum tydzień. Nie mam pojęcia, czy używałam świeżego, pełnosprawnego Cupcake'a, ale muszę zakładać, że producent wie, co robi.

Maska ma grudkowatą (piaskową?) fakturę i można wyłowić z niej prawdziwe kawałki czekolady. Są niesmaczne, bo nieposłodzone (ojezuno, musiałam). Konsystencja sprawia, że maska ma przy okazji lekkie działanie peelingujące, więc dla cer takich jak moja nie bardzo się nadaje (naczynka, ach, naczynka). Oczywiście jeśli zmyjecie ją delikatnie, nic złego się nie wydarzy, ale ja tam wolę drapaków unikać, mimo że tęsknię za nimi okrutnie.
Nakłada się łatwo, bo jest zwarta, a dzięki olejom ładnie przylega do skóry. Nie wywołuje mrowienia, ale przyjemnie chłodzi (bardzo zaskakujące jak na miętę z lodówki). Zmyta po 10 minutach u mnie niestety szału nie czyni. Nie rozumiem dlaczego, bo glinka powinna działać wspaniale (vide: glinka Ghassoul z Organique, PS mówią na mieście, że Ghassoul i Rhassoul to ta sama glinka), a jednak nie czuć spektakularnego oczyszczenia. Cera jest odświeżona i gładka, tak jak bywa gładka po olejach, nie jest zmatowiona i nie widzę miejsca dla tego typu maski w mojej pielęgnacji. To nie jest zła maseczka, po prostu jest zbyt mało czarująca, żebym ją specjalnie ściągała zza morza. Morze morzem, ale może... może faktycznie moja papka była nieświeża? No cóż, jeśli nie mieszkacie na terenie kraju, w którym Lush ma linię produkcyjną, Wasze przyjdą w podobnym stanie, a latem pewnie w jeszcze gorszym. Uprzejmie proszę wziąć to pod rozwagę.

Tym razem historia bez happy endu. Właściwie... beż żadnego endu. Cupcake ni ziębi, ni grzeje. No, może trochę ziębi (mięta z lodówki). Aha, moje małe opakowanie wystarcza na 5 użyć. Przynajmniej spokojnie da się dobić dna w wyznaczonym czasie. Ja nie wrócę, bo i po cóż bym miała, ale Wy? Czemu nie, możecie przynajmniej spróbować.

Pojemność: 75 g
Cena: £6,25
Ocena: 3/6
Dostępność: w Polsce wyłącznie wysyłkowo na lush.co.uk

środa, 23 kwietnia 2014

Piankowy prysznic z Organique

Z góry uprzedzam: to będzie wpis o miłości. Bo jak się nie zakochać w Jaśnie Pani Piance?

Dawno, dawno temu, znudzona nieśmiertelną formułą żelu pod prysznic, postanowiłam poszukać czegoś nowego. Wypróbowałam masła myjące Bomb Cosmetics (recenzja) – pomysł ciekawy, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia: konsystencja daleka od maślanej, bardzo rozczarowujące zapachy... Potem były mydła. W kostce. Nie dla mnie one. Mimo że z odsieczą zza niewielkiej wody przybył Lush i jego wspaniałości, to wciąż mydła w kostce. Mydła, które pozostawiają moją skórę bardzo niemiłą w dotyku, żeby nie powiedzieć: tępą. Nie lubię mydeł do ciała. Niestety. Pianki Organique miałam kupić dawno temu i jakoś nigdy się nie złożyło. Do czasu, aż się złożyło. Cóż to za szczęśliwy czas!


Na zdjęciu widzicie dwie, które kupiłam najpierw. Mleczną i African Ebony. Zrobiłam im fotki, mleczną zabrałam pod prysznic, a następnego dnia poleciałam po pomarańczową. Takie to one urzekające. Prawda, że śliczne tłoczenie na wieczku? Normalnie kupiłabym też ichniejsze pudry do kąpieli, bo wyglądają i pachną obłędnie, a fakt, że ekspedientka przesypuje je dla nas z wielkiego naczynia przy użyciu drewnianej łopatki, doprowadza mnie do romantycznego szaleństwa. No ale nie mam wanny. Im bardziej zaglądam do łazienki, tym bardziej jej tam nie widzę. Rozważałam osypywanie się pudrami pod prysznicem, ale to jednak zbyt absurdalne nawet dla mnie. Obiecałam sobie za to, że gdy moje stopy będą obchodzić urodziny, w prezencie otrzymają kąpiel w pudrze Organique. Tymczasem wróćmy do pianek.


Ta w wersji Milk ma zapach, który ja nazywam toaletowym. Tak jak mydła toaletowe. Wiecie, jaki to zapach? Świeży, nieopisywalny. Ale ładny. Nie padłam z zachwytu nad wonią, ale nad właściwościami już tak. O tych jednak za chwilę. Po wsadzeniu nosa do słoika z etykietą „African Ebony” do moich nozdrzy dotarł aromat bardzo uniseksowy. Może nawet męski? Ma w sobie kadzidlaną nutę, nieco słodyczy, jest piękny, ale z pewnością nie dla każdego. Warto powąchać wszystkie warianty w sklepie. Do wyboru mamy jeszcze wspomnianą pomarańczę (piękna, rześka klasyka) i dwa zapachy, których nazwy nic Wam nie powiedzą: kolonialny i grecki. Pakujcie nosy do testerów i podejmujcie decyzję na miejscu. 


Jak głosi producent, pianki do mycia zawierają ponad 30% gliceryny organicznej. To powinno zwiastować wypielęgnowaną skórę po. I zwiastuje. Rzadko mogę powiedzieć o kosmetyku myjącym, że wykazuje jakiekolwiek działanie pielęgnacyjne, ale tutaj to po prostu widać. Skóra po kąpieli jest zadbana, dopieszczona i gładka, a od momentu wytarcia ręcznikiem wcale nie nadaje mi o tym, że chce jej się pić. Ja i tak poję ją zawsze jakimś miłym masłem czy balsamem, bo lubię sprawiać jej przyjemność – taka ze mnie miła ciocia. 


Czemu kocham te pianki? Bo są obłędnie puszyste i lekkie. Bo w kontakcie z wodą zamieniają się w przyjemną, delikatną pianę, bo myją dobrze, nie są tłuste, pięknie pachną i sprawiają, że nudna czynność, jaką jest pozbywanie się potu i brudu ze skóry, staje się przyjemnością. No i oczywiście słoiki wyglądają zacnie na półce w łazience (chociaż można mieć trudności z odkręceniem ich mokrymi rękami). Minusem jest brak folii zabezpieczającej – to niestety niejedyny produkt firmy, któremu brakuje ochrony przed wścibskimi paluchami i mikrobami.

W kolejnych tygodniach używania pianki nie zmieniają stanu skupienia – nie twardnieją ani nie rozpływają się, są idealnie suche i gotowe do akcji, a jeśli dostanie się do słoika odrobina wody (o co nietrudno), wystarczy odwrócić opakowanie do góry nogami i ją po prostu wylać. Pianka stanowi odrębny byt, przypomina dobrze ubitą śmietanę, jest naprawdę idealna.

Słyszałam opinie, że pianki Organique nie są warte swojej ceny, bo za szybko się kończą. Jeśli będziemy nabierać je garściami, faktycznie znikną w oczach (i w słoiku), ale nie ma potrzeby wyciągać tak wielkich ilości. Uwierzcie, do wytworzenia piany, która umyje Was od czoła aż po pięty, wystarczy odrobina. No, góra dwie odrobiny. Nie używam pianek codziennie, więc trudno mi określić dokładnie wydajność, ale jeden 200-mililitrowy słoik starczył na półtora miesiąca niecodziennych piankowych sesji. Myślę, że jeśli skitracie ją tylko dla siebie, może Wam służyć przez cztery tygodnie dzień w dzień, co daje standardową wydajność żelu pod prysznic o podobnej pojemności. Można też wydłużać czas użytkowania, stosując gąbkę do mycia, ale u mnie takiej nie uświadczycie, dlatego nie powiem Wam, jak wielce może podnieść wydajność. Sama nie mam ochoty używać pianki codziennie – uwielbiam tę wyjątkowość w dniu, w którym postanawiam: dziś to TY usuniesz z mego cielska wszystko, co plugawe. A że wyjątkowa wyjątkowość nadchodzi bardzo regularnie, to już całkiem inna historia...

Być może nie widzę jakichś oczywistych wad tych pianek, ale musicie mi wybaczyć. Jestem zakochana po czubki butów i dopadła mnie miłosna ślepota. 


Pojemność: 200 ml
Cena: 29,90 zł
Ocena: 6/6

niedziela, 20 kwietnia 2014

I Love... Raspberry & Blackberry – krem do rąk [recenzja]

Kosmetyki I love... Cosmetics rezydują na stałe w ofercie Douglasa i tam należałoby się za nimi uganiać. Czy uganiać się warto – to już inna sprawa. Facet, który wymyślił I Love... Cosmetics, pragnął stworzyć to, co udało się już kilku innym firmom: królestwo urzekających zapachem kosmetyków pielęgnacyjnych. Nieco mniej pasjonują go składy i cała ta skomplikowana chemia, dlatego INCI niczym Was nie zachwyci. Ale aromaty? A, to mu się akurat udało. Do wyboru jest wiele apetycznych kompozycji, m.in.: Coconut & Cream, Strawberries & Milkshake, Mango & Papaya, Vanilla & Ice Cream, Blueberry & Smoothie, Choca Mocha Lala... Od samego myślenia cieknie mi ślina i przytyłam już ze dwa kilo. 

Dziś pokażę Wam krem do rąk z linii Raspberry & Blackberry, czyli nieśmiertelny, rymujący się duet: malina i jeżyna. 


Mój krem jest w starej szacie graficznej. Nowa nie zmieniła się diametralnie, po prostu czcionka jest bardziej słodziutka – Barbie z Kenem byliby ukontentowani. Tuba plastikowa, odpowiednio miękka, a otwór zupełnie klasyczny – mała dziurka, z której krem wydostaje się ochoczo, po to by równie ochoczo przybrać kształt jamniczej kupy. 


Malinowo-jeżynowy specjał ma przyjemny, bladoróżowy kolor (co za miła odmiana od jamniczego klocka, hę?) i dobrą, nielejącą konsystencję. Jest treściwy i dość tłusty, ale wchłania się lepiej, niżby się mogło wydawać zaraz po rozsmarowaniu. Na początku byłam przekonana, że to jakiś tłusty, obleśny koszmarek, ale na szczęście się myliłam. Krem znika całkiem sprawnie, ale zostawia  nielepiący, wyraźnie wyczuwalny film. A skąd ta warstwa okluzyjna? To proste. 


Na Wizażu widnieje skład na bazie gliceryny, który został wyjęty nie wiem skąd (może ma to coś wspólnego ze wspomnianym wcześniej jamnikiem i jego... ekhem). Gliceryna jest gdzieś tam obecna, ale malina z jeżyną taplają się w morzu oleju mineralnego, czyli naszej dobrej znajomej parafiny. Gdyby to był krem do twarzy, spojrzałabym na ten skład z odrazą i napisała pewnie kilka niewybrednych zdań na temat tego, jak bardzo producent zbłądził w swych chemicznych poczynaniach. Tym razem parafinę mam w... nosie, bo naprawdę nic złego dłoniom nie wyrządza, poczciwina. Są nawet tacy, którzy korzystają z parafinowych zabiegów na dłonie (tak, M., naprawdę istnieją na świecie tacy psychole!), co więcej, takie zabiegi bardzo sobie chwalą. Ja do nich nie należę, znaczy: nie próbowałam. No i wolałabym, żeby mój krem żadnych dodatkowych powłok nie zostawiał, ale ma to jakiś sens – zimą całkiem dobrze chronił dłonie przed mrozem, a teraz pomaga zmiękczać poskubane, kamienne skórki wokół paznokci. I na jakiś czas wygładza. A jak do tego dorzucimy fakt, że pachnie malinami i jeżynami (trochę chemicznie, nie każdemu może przypaść do gustu), a w trakcie używania zapach nie zmienia się i nie psuje, otrzymujemy całkiem niezły krem do rąk. Można się jedynie przyczepić do ceny (20 zł) – dobre kremy do dłoni da się kupić maksymalnie za dychę (Anida z woskiem pszczelim, intensywnie regenerujący Garnier). Ja już do niego nie wrócę, bo jest zbyt odległy od ideału, ale będę go całkiem miło wspominać. 

Pojemność: 75 ml
Cena: 19,90 zł
Ocena: 4/6
Dostępność: perfumerie Douglas

sobota, 19 kwietnia 2014

Kostka Essie trafi do...

Dziś będzie szybko, bo w domu odbywa się wielkie sprzątanie (rychło w czas) i szeroko pojęte przedświąteczne zamieszanie. No wiecie, oda do sałatki jarzynowej, bliskie spotkanie trzeciego stopnia z odkurzaczem... Wielkanoc spędzimy z rodzicami, ale jak zwykle Święta to doskonała okazja do odgruzowania mieszkania. No to walczymy.


We wpisie o lakierach z kolekcji Essie Resort Fling mówiłam, że chętnie oddam w dobre ręce te cztery wiosenne maluchy. Kto nie doczytał do końca, ten trąba, a ja już zdradzam, kogo wylosowała owocowa maszyna szczęścia:


KasiuS1980, gratuluję Ci serdecznie i czekam na dane do wysyłki. 

A wszystkim Wam życzę radosnych, ciepłych Świąt lub – jeśli nie obchodzicie – miłej chwilowej laby. 

Do później :).

środa, 16 kwietnia 2014

Moje pozłacane szczęście: Astor Pure Color Perfect Blush nr 006 Golden Sand

A było to tak... zrobiłam kiedyś szalone zakupy w eZebrze i nawrzucałam do koszyka mnóstwo taniej kolorówki. Brałam wszystko na oko, tylko kilku szczęśliwców doczekało się odszukania swatchy i głębszych przemyśleń. Za dwieście złotych uzbierało się duże pudło makijażowych i lakierowych zdobyczy, a ja przeżyłam – jak to mawiał kiedyś mój licealny przyjaciel – orgazm wsteczny nosem. Rozpakowywanie czegoś takiego było jedną z najfajniejszych rzeczy, jakie sobie zafundowałam w temacie zakupów. Zdarzyło mi się potem jeszcze kilka mniejszych lub większych zamówień w kosmetycznych outletach, ale tamto było przepotężne. Niezapomniane. Legendarne.
Wśród tego morza kosmetyków, po którym dryfowałam pomiędzy przedmiotami różnej jakości i różnego dopasowania do moich potrzeb, odnalazłam perełkę. Niepozorne, małe, plastikowe pudełko z prawdziwym skarbem w środku.


Róż Pure Color Perfect Blush w odcieniu 006 Golden Sand kupiłam za niecałe pięć złotych. Cena była ultrapromocyjna, a do tego oberwałam jakimś rabatem za duże zamówienie. Nie spodziewałam się po nim niczego nadzwyczajnego, chociaż na żywo wydał się równie interesujący, co na zdjęciach w sklepie.

Producent przysięga, że róż w 90% składa się z naturalnych składników lub – uwaga – takich, które pochodzą z naturalnych źródeł. Ewidentnie ktoś dziergał grubymi nićmi ten marketingowy sweterek, zresztą moim zdaniem całkiem niepotrzebnie i bez sensu. Róż podobno zawiera ekstrakty z passiflory, pelargonii i orchidei. Brzmi wspaniale. Smacznego? Miłego wąchania? Dla mnie równie dobrze mógłby mieć ekstrakty z przylaszczki, piżmaczka wiosennego i kurzyśladu polnego. Kogo to obchodzi? Przecież liczy się kolor.


Golden Sand to taki róż-nieróż. Pozłacany, drobinkowy beż pasujący do wszystkich pomadek nude – tych beżowych, brązowych i w odcieniu zgaszonego różu – z powodzeniem może robić też za bronzer. U mnie jest jednym i drugim – na zmianę lub naraz, w zależności od tego, jak wielką plamę i jakim pędzlem uczynię. Z powodzeniem można go aplikować na całą twarz – rozświetli, doda skórze blasku. Mimo obfitości kwiecia w sobie jest bezzapachowy i twardy jak kamień (ha! przecież to róż w kamieniu...), dzięki czemu nie pyli. Natężenie koloru jest średnie, a efekt subtelny, choć oczywiście można go stopniować. Niezbyt mocna pigmentacja to ogromna zaleta, bo daje nam zdrowo rozświetlone poliki i trudno zrobić sobie nim krzywdę. Jedyne, do czego mogę go przyrównać, to róż Sugarbomb z Benefitu. Sugarbomb jest brzoskwiniowy, ale daje podobny blask. No to co, pokazujemy?


Do zdjęć użyłam go naprawdę dużo, a i tak nie udało mi się uchwycić jego piękna. Na żywo tym razem był bardzo wyraźny, co wcale nie dało przerysowanego, dziuniowego efektu. Na mojej mieszanej cerze trzyma się długo i wracam do niego regularnie, nieco zaniepokojona faktem, że w pudełku powoli widać złowrogi prześwit. Rysą na nieskazitelnym wizerunku mojego złotego ulubieńca jest dość wygórowana cena regularna (w Rossmannie widziałam jakiś czas temu róże z tej serii za prawie 40 zł) jak na skromne dwa gramy szczęścia. 

Nie wiem, czy przypadkiem firma Astor nie przestała dokładać do szaf tego odcienia. Jeśli tak, to lecę po zapas, a potem czas na nowy związek...


Pojemność: 2 g
Cena: w drogeriach bez promocji: niecałe 40 zł, w internecie ok. 6 zł (wszędzie wyprzedany, znalazłam go jeszcze w paatal.pl)
Ocena: 5+/6

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Essie – kolekcja Resort Fling 2014 + swatche Find Me An Oasis / Cocktails & Coconuts

Wiosenna kolekcja Resort Fling 2014 to moja kolejna próba oswojenia ukochanych przez blogerki lakierów, które – mimo wielu pięknych odcieni – na moich paznokciach zupełnie się nie trzymają. Kupując tę kostkę z miniaturami, pomyślałam: a tam, przecież nie może być tak źle! To lakiery dobrej jakości i otoczone mgiełką uwielbienia, na pewno będą wyborne! I co? I spadaj na drzewo, Essie.


Essie-cube jest urzekający. To taki przedmiot, który po wydobyciu z paczki z bublinkową folią (kupiłam wysyłkowo) cieszy i rozczula. Same lakiery w skromnej pojemności po 5 ml każdy dają niemałą nadzieję uczynienia czegoś niesamowitego, czyli zdenkowania emalii do paznokci. Chciałam spróbować, miałam plan, ach, życie...


W kolekcji dostępne są cztery odcienie: nierzucający się w oczy jasny beż Cocktails & Coconuts, bardzo jasny błękit Find Me An Oasis, pastelowy koral Resort Fling i wieczorowy ciemny fiolet Under The Twilight. Kolory dobrane są fajnie. W moim odczuciu to multifunkcyjny zestaw odcieni, które nie brzydną i nie starzeją się. Oprócz połyskującego (głównie w butelce) Cocktails & Coconuts, wszystkie mają wciąż modne, kremowe wykończenie. Pędzelki są wąskie, takie jak we wszystkich Essie z serii Professional. Maluje się nimi łatwiej, niż przypuszczałam (rzekła miłośniczka szerokich pędzli dla opornych). Lakiery są dość rzadkie, ale nie rozlewają się po skórkach (chyba że mówimy o moich skórkach – te nie znają dnia ani godziny). 


Kolory dużo bardziej podobały mi się na zdjęciach reklamowych niż w butelkach, ale takie życie – magiczne paluszki grafików wiedzą, jak zrobić, żebym się obśliniła i kliknęła „dodaj do koszyka”. Co będzie potem, to już całkiem nie ich problem. Mission accomplished. Od razu mówię: to nie są brzydkie lakiery. Są... estetyczne? poprawne? zwyczajne? Jeśli o mnie chodzi, na dziką miłość pod palmami nie ma co liczyć, ale gdyby moja kolekcja lakierów była niewielka, a ja chciałabym szybko wzbogacić ją o kilka sprawdzonych kolorystycznych rozwiązań, pewnie byłabym zadowolona.

Obfitość trybu przypuszczającego działa jednak na niekorzyść Resort Fling. A największą niekorzyścią dla mnie jest fakt, że... te cholerne Essie wciąż nie chcą się trzymać moich paznokci! Po dwóch lub trzech dniach odchodzą płatami, a już następnego dnia po aplikacji zaczynają się ścierać z końców. Eksperymentowałam z bazami i ciągle to samo. Może znacie jakiś specyfik, na którym lakiery trzymają się betonowo w każdych warunkach mistycznych


Find Me An Oasis to według producenta „odświeżający, lodowy błękit”. Według mnie: całkiem zwykły błękit, nic specjalnego, nic zapadającego w pamięć. Kolor, jakich wiele (nawet u mnie w zbiorach błękitów mam parę, te dużo tańsze nie odbiegają urodą). 


To całkiem-nic-specjalnego kryje po dwóch rzadkich warstwach. Dla mnie ten odcień okazał się za jasny – czułam się, jakbym pomalowała paznokcie korektorem biurowym, mimo że do bieli mu daleko. Z czary goryczy żłopie również mały bąbelek, który powstał przy malowaniu i zasechł ku pamięci. Możecie go ujrzeć na serdecznym palcu (to ta mikrokropka).


Cocktails & Coconuts to ciepły, piaskowy odcień beżu ze srebrnym shimmerem, który widać w butelce na ściankach, ale na paznokciach znika w sposób niezwykle tajemniczy. W efekcie dostajemy zwyczajny jasny beż. Ładny nude, jakich wiele. Na zdjęciach widoczne dwie warstwy.


Zobaczymy, jak wypadną dwa ostatnie kolory. Koral na paznokciach to nie moja bajka (chciałam go użyć eksperymentalnie), a ciemniak zwany Under The Twilight wciąż mnie interesuje, ale nie wiem, czy warto w ogóle odkręcać te butelki. Może lepiej oddać w dobre ręce komuś, do kogo ta kolekcja bardziej przemawia? Macie ochotę na rozdanie? Jeśli na Waszych paznokciach Essie siedzą grzecznie, a kolory Wam się podobają, dajcie znać w komentarzu, że pragniecie zaopiekować się moją Essie-kostką. Zgłoszenia zbieram do piątku 18 kwietnia.

Wiosnę z Essie uznaję za zakończoną.

czwartek, 10 kwietnia 2014

La Roche-Posay – Effaclar K, czyli retinoidy dla strachliwych [recenzja]

Przyszedł taki moment w moim życiu, w którym spojrzałam w lustro, a potem ja i moja twarz jednogłośnie stwierdziłyśmy, że... jest źle. Wróćmy do mojej cery: jest mieszana z bardzo tłustą strefą T, do tego naczynkowa z utrwalonym rumieniem na jednym (sic!) policzku, skłonna do zapychania, dość wrażliwa, zrobiła się na policzkach nierówna, a do tego wysadziło ją kraterami, w których mieszkają misternie poupychane, utlenione u góry pokłady sebum, popularnie zwane zaskórnikami otwartymi lub wągrami. Brzmi jak opis wyglądu wiedźmy Konstancji? Tak też wygląda. Na szczęście tylko z bliska. Na nieszczęście to blisko oglądam codziennie w lustrze. Szczerze mówiąc, kiedy moja cera odwala największe szopki i raczy mnie wszystkimi nieszczęściami, jakie jest w stanie wymyślić, rozkładam bezradnie ręce. Jak mam ci pomóc, cholero? Jeśli za bardzo oczyszczę, to podrażnię, jeśli zredukuję sebum w strefie T, policzki wyschną na wiór, jeżeli zacznę traktować łagodnie, pory jak kratery włączą opcję full loading, a ja będę mogła usmażyć kotlety na obiad na własnym smalcu (i to wcale nie tym z tyłka).

W związku ze zmasowanym atakiem wszelkich nagębnych plag egipskich, w nowym roku zaprzęgłam do roboty retinoidy we własnej Effaclarowej osobie. I czekałam na cud. A przynajmniej na jakiś zwrot akcji. 


Mogłam oczywiście zacząć od zachwalanego wszędzie Effaclaru DUO (teraz już Duo+ z nowym, dodatkowym składnikiem), ale naczytałam się na blogu Kosmostolog o dobroci, jaka płynie z retinoidów, i zapragnęłam zmierzyć się z legendą. Wybrałam łagodniejszą wersję kremu z retinolem – Effaclar K, potem dokupiłam jeszcze agresywny i bezkompromisowy Redermic R, ale tego drugiego nigdy nie otworzyłam. Ze strachu. Że jednak będzie jeszcze gorzej niż jest. Jak pokazały przykłady M. i egri.hempe, strach nie był bezzasadny – obie stwierdziły po kilku przyjemnych miesiącach z Redermikiem R, że było okropnie i wcale nie jest lepiej. I że nie warto. A co z łagodniejszym Effaclarem K? No cóż, ten przynajmniej nie kopie. I nie gryzie. Punkt dla niego.


Skład tym razem nie mówi mi nic szczególnego, magiczna kula wróżb pozostała czarna i nieczuła na tę zaawansowaną chemię. Wygląda skutecznie, może tylko zdziwił mnie trochę dimethicone – wygląda jak pójście na łatwiznę w kwestii wygładzania, które obiecuje producent przy regularnym stosowaniu. A co w ogóle ma nam dać Effaclar K? Wygładzoną powierzchnię skóry, zwężone, oczyszczone pory, rozświetloną, promienną cerę z nieproszonymi gośćmi (czyli że z syfami) ograniczonymi do minimum. Czysty retinol jest hardkorem – zmniejsza aktywność gruczołów łojowych, hamuje nadmierne rogowacenie, dzięki czemu skóra mniej się świeci, a powierzchnia jest wygładzona. Przy okazji ma również działanie przeciwzmarszczkowe, pogrubia naskórek, co z kolei pozytywnie wpływa na cery płytko unaczynione i te z trądzikiem różowatym. Wszystko pięknie, ale jak pokazała historia, wiele cer (a może większość?) nie radzi sobie z retinolem. Twarz szpeci się na wiele tygodni i nie chce naprawić, mamy wielki wysyp, podrażnienia, a nawet poparzenia. Effaclar K zawiera dużo łagodniejszy retinoid retinyl linoleate (czyli retinol zmiksowany z kwasem linolowym), który też może podrażniać, ale u mnie nic takiego się nie wydarzyło. Żadnego wysypu, żadnej czerwoności poza tą, co zwykle. 


Effaclar K – lekki krem, półżelowa formuła, moim zdaniem nie nadaje się pod makijaż. Będzie się rolować, więc lepiej klepać go na noc. Poza tym jest fotouczulający, zatem w wersji na dzień bez filtrów pięćdziesiątek lepiej nie ruszać się z domu. To krem odnawiający do cer tłustych, dlatego jeśli macie mieszaną jak ja, uwaga, bo może wysuszać poliki. Bez sensownych działań nawilżających nie ma sensu go stosować. Dobrym rozwiązaniem jest też aplikowanie wyłącznie w strefie T – to jeśli  wygląd reszty facjaty Was satysfakcjonuje. U mnie kratery i nierówności na policzkach przesądziły sprawę – poszłam na całość. 

Nie żałuję, efekty są, i to niemałe, choć do pełnego zachwytu trochę zabrakło. Effaclar K stosowałam codziennie wieczorem przez prawie trzy miesiące (potem tuba wyzionęła ducha, dla koneserów dodam: metalowa tuba). Działanie zauważyłam już po kilku dniach – w momencie gdy zaczęłam go stosować, moja broda usłana była podskórnymi tłuszczowymi gulami, które były nie do ruszenia (no chyba żeby je wycisnąć, ale to NIGDY się dobrze nie kończy, więc odpuściłam). Effaclar sprawił, że tłuszczowe wypierdki zaczęły iść do góry, w stronę ujścia gruczołów łojowych – zaczęło się więc odtykanie tego – za przeproszeniem – sebo-sracza! Potem mój zapał opadł, bo i zapał Effaclaru stał się jakby mniejszy. Zabrakło mu siły do całkowitego wypchnięcia z zatkanych porów tłustego śmietniska. Zajął się za to innymi aspektami mojej dermobrzydoty – widoczne stało się zmatowienie cery (oczywiście nie żaden pełny mat, po prostu mniej się świeciłam, wciąż bardzo miłe), pojedyncze wypryski przestały się pojawiać tak ochoczo, jak wcześniej – cera faktycznie zaczęła wyglądać zdrowiej. Na tym etapie nie byłam jeszcze zachwycona. Zachwyt przyszedł chwilę później – po odstawieniu Effaclaru K. Niedługo po tym doniosłym wydarzeniu gule w magiczny sposób opuściły moją brodę. Kiedy? Jak? Ojej. Na tym zależało mi bardzo, dlatego będę bić pokłony temu kremowi za to, że umiał. Że dał radę. Że jest bohaterski.
Nie wysuszył jakoś strasznie moich policzków, ale wyraźnie potrzebowały nawilżacza, dlatego dostawały codziennie podwójną porcję.

Co się nie wydarzyło w trakcie kuracji? Nie wiedzieć czemu, krem nie wykonał tej pozornie prostej roboty, jaką jest wykurzenie z nosa i policzków armii czarnych kropek – stały się mniej widoczne, ale nie poszły precz, co z kolei niesie ze sobą wiadomość, że zwężenie porów też tyłka nie urwało. Poza tym miałam ogromną nadzieję, że pogrubianie naskórka, które oferują retinoidy, przełoży się na zmniejszenie widoczności moich świnkowych ognisk na policzkach. Niestety, nie tym razem. Jeszcze nie tym.

Jeśli macie na twarzy taki meksyk, jak ja miałam jeszcze kilka miesięcy temu, spróbujcie zmierzyć się z tymi łagodnymi retinoidami. Jest spora szansa, że krzywdy Wam nie zrobią, a już naprawdę wielka, że uczynią coś dobrego. Ja na pewno wrócę do Effaclaru K, chyba że znajdę w międzyczasie coś skuteczniejszego.

Pojemność: 30 ml
Cena: różna, 45–70 zł
Ocena: 5/6

niedziela, 6 kwietnia 2014

Do poczytania: Michèle Fitoussi – Helena Rubinstein. Kobieta, która wymyśliła piękno

Dziś, zamiast o kosmetykach, będzie o kosmetycznej królowej. Jednej z kilku królowych, ale ta bez wątpienia zapada w pamięć: Helena Rubinstein – zimny, pracowity, trudny dla otoczenia babsztyl.

Książkę Michèle Fitoussi czytałam ze trzy miesiące, można by więc przypuszczać, że jest nudna lub z innego powodu nieudana, jednak nic bardziej mylnego – to doskonale napisana biografia, bez dłużyzn, choć z wieloma szczegółami. Opowiada nie tylko historię życia silnej duchem pracoholiczki (i tyranki?) – Heleny Rubinstein, ale też pięknie pokazuje czasy, w jakich żyła i to, jak rozwijała się branża kosmetyczna. Kto mógł przypuszczać, że największą rywalką Heleny w zdobywaniu kosmetycznego świata była akurat Elizabeth Arden? Czy wiecie, że Max Factor to polski Żyd Maksymilian Faktorowicz? Jak to możliwe, że biedna żydowska dziewczyna z (teraz już) krakowskiego Kazimierza stworzyła kosmetyczne imperium? Poczytajcie, doczytajcie. 

To opowieść nie tylko o świecie kosmetyków – autorka przybliżyła również kulisy powstania wielkich domów modowych, pokazała, jak elita radziła sobie w czasie drugiej wojny. Mamy tu wiele wątków, ale wszystkie skupiają się wokół niezwykle barwnej postaci, jaką była Helena. 


Jej pierwszy słynny krem Valaze prawdopodobnie dziś wszystkie blogerki urodowe zjechałyby od góry do dołu. Był bardzo tłusty i ciężki i założę się, że zapychał. Ale w tamtych czasach kobiety dopiero zachłystywały się pielęgnacją i każdą nowinkę łykały jak płotka pęczak (to płotki łowi się na pęczak, prawda?). 
Wszystkie kobiety, które przychodziły po poradę pielęgnacyjną do Heleny Rubinstein, słyszały jedno: „Skóra sucha, trzeba nawilżać”. Uniwersalna prawda, która przyniosła jej fortunę.

Rubinstein: kobieta sukcesu, nieumiejąca kochać matka, żona wydzielająca kolejnym mężom niezbyt wysokie kieszonkowe, a wreszcie dystyngowana starsza pani, która – opływając w luksusach – dożyła ponad dziewięćdziesiątki w dobrym zdrowiu i z czystym umysłem. Była zawodową kłamczuchą, elegancką ściemniarą, która karmiła kobiety tym, co chciały usłyszeć. Z jej biografii dowiecie się, dlaczego kremy wysokopółkowe są takie drogie i... że te ceny to właściwie wyłącznie nasza (kobiet) wina. 

Warto poznać Helenę i jej historię. Ja od razu po przeczytaniu tej książki nabrałam ochoty na słynnego HR-owego pytonka ;)


Przy okazji: jeśli książki są Wam bliskie, szukacie pomysłów na kolejne lektury lub chcecie się podzielić opinią z innymi czytelnikami, polecam książkowy serwis społecznościowy LubimyCzytac.pl. Fantastyczne miejsce! Mój profil na LC możecie znaleźć TU.


Michèle Fitoussi – Helena Rubinstein. Kobieta, która wymyśliła piękno
tytuł oryginału: Helena Rubinstein: The Woman Who Invented Beauty

tłumaczenie: Krystyna Sławińska
wydawnictwo: Muza SA
data wydania: 24 października 2012


Książkę można kupić w wersji papierowej i w formie ebooka.

czwartek, 3 kwietnia 2014

To już rok!

W tym tygodniu minął rok od mojego pierwszego wpisu na tym blogu. Tak naprawdę bloga beauty zaczęłam pisać dwa lub trzy tygodnie wcześniej, tyle że na platformie Wordpress. Szybko się stamtąd wyniosłam, kiedy odkryłam, że to właśnie na Blogspocie toczy się blogowe życie, istnieje prężnie działająca społeczność blogerek, można używać podręcznego blogrolla. Zostałam tutaj i... przepadłam! 

Dlaczego blog beauty?

Blog dlatego, że chciałam wrócić do pisania. Kocham pisać, a życie tak mi się ułożyło, że coraz rzadziej miałam ku temu okazję. Potem ciąża i małe, wrzeszczące stworzenie w domu... tęskniłam za pisaniem. Musiałam zacząć pisać. Musiałam odnaleźć kawałek siebie w momencie, gdy wraz z pojawieniem się Tomasza świat wywrócił się do góry nogami. A dlaczego o kosmetykach? Bo chciałam pisać o czymś niemęczącym, przyjemnym i... kobiecym – od kilku miesięcy działałam jak automat: mleko, pielucha, grzechotka, podkrążone oczy... Pisanie o czymkolwiek innym prawdopodobnie by nie wyszło. No chyba że o dzieciach, ale tego tematu miałam po dziurki w nosie.

Co się zmieniło przez ostatni rok? Bardzo wiele!

Po pierwsze: nigdy wcześniej nie uskuteczniałam tak zaawansowanej pielęgnacji! Krem na dzień, na noc, peelingi, maseczki, olejki, serum... Rok temu moje wieczorne rytuały trwały kilka minut (włącznie z myciem zębów), a teraz... same wiecie.
Po drugie: nigdy nie miałam tylu kosmetyków. To chyba dotyczy każdej blogerki urodowej, która nie tylko regularnie pisze, ale też czyta blogi o tej tematyce. Pokusy czyhają za każdym rogiem, kupony promocyjne wypadają nawet z lodówki, a uprzejmi marketingowcy ze sklepów, w których Już Zrobiłam Zakupy, natychmiast po zrealizowaniu zlecenia służą wybornym rabatem i propozycjami nie do odrzucenia... 
Po trzecie: zaczęłam komentować to, co czytam. Nie pod nosem, nie w kierunku męża, tylko normalnie, w internecie, pod swoim pseudonimem. Kiedyś nie mieściło mi się to w głowie, po prostu czytałam coś i przechodziłam nad tym do porządku dziennego, a teraz... to przecież są rozmowy ze znajomymi, nie jakieś zwykłe komentarze. A jeśli piszę do nieznajomej, to ze świadomością, że na pewno będzie jej miło. Bo mnie zawsze jest miło, gdy do mnie piszecie. Słowem: zużywam swój bezcenny wolny czas na pisanie komentarzy, co jeszcze dwanaście miesięcy temu wydawało mi się absurdalne, pozbawione sensu i zwyczajnie głupie.
Po czwarte: zaczęłam czytać składy i wiem, co oznacza hasło INCI. Wcześniej wierzyłam temu, co producenci pisali na przodzie wielkimi literami, i nie miałam pojęcia, że jeśli ktoś fatyguje się na tyle, by opisać swój szampon jako ten „z olejem arganowym”, wspomniany olej może być również na samym końcu składu. 
Po piąte: zmieniłam makijażowe obyczaje. Nie maluję już na co dzień mocnej, czarnej kreski na dolnej linii rzęs (niech Wam będzie, że to wiocha, że passe i że tak malują się licealistki) i zmywam makijaż oczu do zera przed pójściem spać. To wielka zmiana, bo wcześniej tylko dokładałam kolejne warstwy tuszu do mojej tuszorzeźby, która się przez noc nadkruszała. Pełen demakijaż oczu odbywał się dopiero, gdy następna warstwa źle siadała na poprzednich ;). 
Po szóste: mam zawsze pomalowane paznokcie i szufladę pełną kolorowych lakierów. Rok temu byłam wierna wyłącznie beżom, brązom i szarościom. To dopiero było nudne...
Po siódme: pamiętam o tym, żeby przypudrować nosek, gdy się świeci (lub użyć czegoś tak zaawansowanego jak bibułka matująca!) i coraz częściej poprawiam zjedzoną pomadkę. Zwykle moje usta były pomalowane do pierwszego gryza lub przedostatniego łyku herbaty. 
Po ósme: przestałam nosić bojówki, polary i inne podobnie młodzieżowe sztuki odzieży, bo przestały pasować do przypudrowanego noska i poprawionych pomadką ust. Tego typu outfity zostawiam na wakacje w mazurskiej chacie i na inne, bardziej sportowe momenty mojego życia.
Po dziewiąte: w całkiem naturalny i przyjemny sposób rozwijam się w jakiejś dziedzinie. Dotychczas moje próby zgłębiania innych tematów szybko kończyły się niepowodzeniem – brakowało systematyczności, zapału, żywego zainteresowania. Lubię wiedzieć tak dużo o czymś. Lubię wiedzieć o tym czymś coraz więcej i więcej. I wcale nie uważam, że „pisanie o kosmetykach jest głupie”. 
Po ostatnie: mam swoje miejsce w sieci, które jest dla mnie bardzo ważne i wracam do niego regularnie. Z ogromną przyjemnością. No i poznałam wiele innych, fantastycznych miejsc w sieci, bez których nie wyobrażam już sobie codzienności. To również jest ogromnie przyjemne.

Co to wszystko oznacza? 

Koło trzydziestki wreszcie zaczęłam czuć się kobieco. Jestem mamą prawie dwuletniego Tomasza, najdzielniejszego chłopca świata, i wcale nie wyglądam jak zapuszczona matka Polka, bez makijażu, w dresie czy poplamionej bluzce. Nie jestem matką, która wygrywając dziecko, przegrała siebie. Nie jestem i nie chcę być! Mimo wielu kompleksów czuję się ze sobą coraz lepiej i mam nadzieję, że już niedługo spojrzę w lustro i powiem z pełnym przekonaniem: Hej, jesteś piękna!

Dziękuję Wam za ten rok i obyśmy spotykały się tu przez kolejny. I kolejny. I może nawet jeszcze jeden! To miejsce żyje dzięki Wam, a ja tak zwyczajnie, po ludzku cieszę się, że mam do kogo pisać „o tych głupich kosmetykach”. 

To co, kielony w górę? 

środa, 2 kwietnia 2014

Denko prodżekt, odc. 12

Od pewnego czasu czyszczę szafki z zapasami. Mimo że szuflady jeszcze mi się nie pourywały od nadmiaru kosmetyków z etykietą „na później” (Iwetto, pozdrawiam!), staram się pozbywać kolejnych butelek, tubek i słoików, zanim znów wyruszę na dzikie łowy. W tym miesiącu ze zużywaniem zapasów nie poszło mi za dobrze, ale w plastikowym worku opuszczą lokal pewne zalegające, otwarte od dawna kremy. Lubię mieć wybór zapachowy i konsystencyjny, ale na niektórych państwa zdecydowanie przyszedł czas.


Tradycyjnie w zużywaniu kosmetyków kolorowych postępów brak, za to są ogromne sukcesy w gromadzeniu nowych. Odkryłam, że zbieractwo w tej dziedzinie jest cudownie wciągające i zachwyca! No to zbieram.  A tymczasem do śmietnika lecą:


Lirene – żel pod prysznic z oliwką z bawełny – z tej serii najbardziej kochałam fioletową wersję z oliwką z winogron. W związku z tym, że darzyłam ją tak głębokim uczuciem, Lirene wycofało tę wersję z produkcji (niesatysfakcjonujące wyniki sprzedaży, zdarza się). Zawartość niebieskiej butelki jest przyjemna i ładnie pachnie, ale jak zwykle... to już nie to. Zapach jest na tyle mało porywający, że już go nie pamiętam, a oliwkowa moc znana z fioletowej butelki tutaj jakoś nie występuje. To po prostu miły żel pod prysznic, który nie wysusza i pozostawia skórę gładką.

Ziaja – Oliwka do masażu antycellulitowa – fantastyczna, pięknie pachnąca pomarańczą oliwka, którą wywalam, bo straciła ważność, a ja kupiłam ją do masażu bańką chińską, ale do dziś tej bańki w domu nie mam ;). Jeśli chcecie szukać antycellulitowych właściwości, to upatrywałabym ich właśnie w tym połączeniu: pomarańcza od Ziai plus bańka. 

Lush – Angels On Bare Skin – to nie moje, ja nie używam takich wynalazków, opinii szukajcie u mojego męża, który kiedyś w przypływie natchnienia wysmarował dla mnie recenzję tego Lushowego bajeru: klik.

Organique – Creamy Whip – Milk – pianki do mycia od Organique to hit! więcej o nich już niebawem, ale moja miłość do nich jest olbrzymia. Ta mleczna pachnie „toaletowo”, bardzo przyjemnie. W kolejce już czeka okaz afrykański i pomarańczowy. Mmmmm, nie mogę się doczekać :).


Yves Rocher – Pur Bleuet – dwufazówka z wyciągiem z chabra bławatka – moja ulubiona, pisałam o niej nie raz. Tu recenzja, a w użyciu kolejna butelka.

Fitomed – Tonik oczyszczający ziołowy do cery tłustej z szałwią lekarską – ja mam cerę mieszaną, ale ona bardzo lubi się z tym tonikiem w przeciwieństwie do oczu, które nie lubią się z jego etykietą. Ale to nic, ukrywam brzydala na tyłach kosmetycznej gwardii i cichaczem zużywam, bo jest przyjemnie delikatny, niedrogi, daje uczucie świeżej, dobrze oczyszczonej skóry i pomaga trzymać w ryzach coś, co szumnie nazywa się moją wrażliwą, naczyniową, mieszaną w kierunku tłustej cerą. Do kosza leci kolejna butelka i na pewno pojawią się następne.

Bioderma – Sébium H2O – płyn micelarny do cery mieszanej, tłustej i trądzikowej – ja też należę do miłośniczek różowego micela Biodermy (czyli Sensibio H2O), chociaż dostrzegam pewne jego wady (i nie mówię tu wcale o cenie). Jedną z przebrzydłych właściwości, które wykazuje także wersja zielona, jest obrzydliwie gorzki smak. Z tego względu nie da się używać obu płynów w okolicy ust, a przynajmniej ja nie mam na to ochoty. Ale oba dobrze radzą sobie z demakijażem oczu, co jest naprawdę rzadkością w przypadku płynów micelarnych w ogóle. Nie zauważyłam wielkich zmian w wydzielaniu sebum po zużyciu zawartości zielonej butelki, dlatego następnym razem znowu kupię zapas różowych – one faktycznie są bardzo delikatne dla upierdliwych cer naczyniowych. 

Bioderma – Sensibio Light – krem nawilżająco-łagodzący do cery wrażliwej – doskonały krem i moje duże odkrycie. Lekka konsystencja, łagodność i bardzo dobre właściwości nawilżające czynią go jednym z najlepszych kremów na dzień, z jakimi miała przyjemność moja złośliwa cera. Do tego jest jeszcze wydajny. Zdecydowanie polecam, nie tylko naczynkowcom czy przetłuszczającym się (recenzja).

Auriga – Flavo-C – serum witaminowe – jak już pisałam w recenzji, to była ośmioprocentowa wersja dla cieniasów. Jeśli macie jaja i nie boicie się podrażnień, spróbujcie Flavo-C Forte (stężenie witaminy C: 15%). Ja się przymierzam, niech no tylko zużyję kolejną ósemkę... Serum mi się spodobało, wyrównuje koloryt, cera wygląda po nim zdrowiej. Niestety, nie uspokoiło naczynek, a bardzo mi na tym zależało, dlatego właśnie planuję zmierzyć się z wersją Forte. 


Joanna – Rzepa – Szampon wzmacniający do włosów przetłuszczających się ze skłonnością do wypadania – ta długa nazwa idealnie oddaje stan moich piórek. Przy okazji: jestem załamana ich stanem, sypią się garściami, a biotyna brana już piąty tydzień na razie tylko delikatnie ograniczyła ten straszny proceder. Zapewne jest to wysyp postresowy, po wydarzeniach z października (to zawsze dzieje się z opóźnieniem), ale załamkę mam konkretną – jak żyć z 1/3 objętości (and still counting)? Jeśli macie jakieś sposoby na szybkie zatrzymanie tego procederu, piszcie. Aha, większość suplementów diety odpada, bo zawierają cynk, po którym czuję się jak w pierwszym trymestrze ciąży. Jeśli chodzi o szampon Joanny, sprawdzał się u mnie dobrze. Rzeczywiście ogranicza przetłuszczanie, chociaż nie można stosować go zbyt często, bo potrafi przesuszyć i głowa swędzi jak po desancie 13. dywizji pancernych komarów. Odżywka rzepowa pachnie dużo ładniej, a tu mamy regularny, warzywny smrodek, ale da się wytrzymać. Na pewno jeszcze się spotkamy.

Batiste – suchy szampon, wersja Original (miniatura 50 ml) – nie ma żadnego konkretnego zapachu, ale to dobrze, bo mnie raczej drażnią syntetyczne wisienki i tropiki. Efekt po suchym szamponie nie jest moim ulubionym, ale po kolejnej minibutelce stwierdziłam, że jednak będę się zaopatrywać regularnie w suche szampony w ramach walki z codziennym myciem głowy. Taki przypudrowany tłuszcz jednak jakoś lepiej wygląda. Przydatny wynalazek. Tylko nie polecam kupowania tych kurduplastych opakowań, bo szampon kończy się po 3–4 użyciach.


Joanna – Naturia – Masło do ciała z kawą, odżywcze – wielbię to masło za słodki, deserowy zapach i idealnie maślaną konsystencję. I choć powstało na bazie parafiny, a firmie Joanna należy się kocówa za brak folii ochronnej, złego słowa nie powiem. Tu powiedziałam wiele dobrych: klik.

Pat&Rub – Hipoalergiczny balsam do ciała – nie będę się rozpisywać, bo niedługo pojawi się na blogu recenzja porównawcza trzech balsamów P&R. Powiem tylko tyle: jest dobrze, choć za krótko. Wydajność tych balsamów jest beznadziejna, na szczęście mają inne ważne zalety.

Yves Rocher – Culture Bio – odżywcze mleczko do ciała (miniatura) – według Yves Rocher połączenie miodu z muesli daje zapach... migdała. Bardzo logiczne, nie będę się spierać :). Mleczko Culture Bio to całkiem nic specjalnego – jak ktoś lubi marcepanowe wydanie migdała, zapach mu się spodoba, ale o właściwościach łatwo zapomnieć. Mleczko szybko się wchłania, nie pozostawia tłustego filmu... właściwie nie pozostawia po sobie niczego poza zapachem. Dla mnie bez sensu.

Organic Shop – Organic Vanilla & Orchid – kolejny mus do ciała, który jest po prostu bardzo lekkim kremem. Ten, podobnie jak kawowa Joanna, też nie miał folii zabezpieczającej przed wścibskimi paluchami, ale poza tym był okej. Zapach niewaniliowy – kwiatowy. Czy orchidea? No idea, ale pachniał świeżo i przyjemnie. Wchłaniał się dobrze, nawilżał przyzwoicie, ale niczym szczególnym mnie nie zachwycił, więc ganiać za nim po internecie nie będę. Tu recenzja


Style Pen – Nail Polish Remover, czyli zmywacz o zapachu cytrynowym – nie, nie, nie. Tłuste, źle domywające płatki, które wyschły, nim zdążyłam je zużyć. Nie rozumiem tego zjawiska przyrody, ale się na nie nie godzę.

Inglot – Long & Curly Mascara – dostałam w spadku od teściowej (spokojnie, teściowa żyje i ma się dobrze!), której coś w nim nie pasowało (może uczulał? nie pamiętam). Bardzo miłe zaskoczenie, bo to tusz z serii tych, których sama nigdy bym nie kupiła: wydłuża i podkręca, a ja mam rzęsy długie i ładnie wywinięte, za to smutnie rzadkie. Cienka szczotka z krótkimi włoskami daje bardzo ładny efekt delikatnie podkreślonych, idealnie rozczesanych firanek. Na niezobowiązujące, dzienne malunki – ideał. Świetny okazał się też do malowania dolnych rzęs. No naprawdę nie spodziewałabym się, a już na pewno nie szukałabym tuszu do rzęs w salonie Inglota.


Na koniec trochę próbkowego śmiecia, wśród którego możecie dojrzeć pełny wymiar maski algowej z żurawiną od Organique. Miałam już dawno Wam o niej napisać, ale mam brzydkie zdjęcia, a maska – jak widzicie – już nie istnieje i nie wiem, czy szpecić bloga brzydkimi fotografiami, czy sobie darować :). Ogólnie pod koniec zeszłego roku zakochałam się w maskach algowych, które dają fantastyczne nawilżenie, no i super się je ściąga (jak charakteryzację Fantomasa). Przynajmniej maski Organique i Bielendy dają taki efekt, za resztę nie odpowiadam. Maseczka oczyszczająca Korres (tu: występ gościnny jako próbka) bardzo mnie zainteresowała i rozważam zakup pełnego wymiaru, bo po peelingu enzymatycznym Organique dopełniła dzieła zniszczenia brudu i nawet wągrów. Fantastyczny efekt. Chciałabym się dowiedzieć, czy naprawdę jest taka doskonała, czy tylko mi się zdawało. 

Tyle na dziś, tak mi lekko i cudownie, gdy kolejne kosmetyczne śmieci opuszczają lokal!