piątek, 28 lutego 2014

Lakier do ust Catrice Wet Shine Stain w odcieniu C01 Innocent

Nie byłabym sobą, gdybym na kolejnym spacerze z Niewielkim nie odwiedziła Natury w poszukiwaniu nowej limitki Catrice. Tym razem marka Catrice podążyła za trendami i wypuściła minikolekcję lakierów do ust. Catrice podąża, a pobliska Natura nie nadąża – po długiej przerwie w dostawach edycji limitowanych wreszcie uzupełnili zapasy o limitkę z... września ubiegłego roku.

W kolekcji Thrilling Me Softly „dominuje czerń w kombinacji z czerwienią i delikatnymi odcieniami nude i różu. Uwagę przyciąga złoto i fiolet. Limitowana edycja Thrilling me Softly by CATRICE opisuje ten trend na nowo w postaci półmetalicznych półmatowych efektów na oczach, ustach i paznokciach. Innowacyjne plastry dekoracyjne do okolic oczu są już uznane jako must-have sezonu jesień/zima. Gotycki glamour – by CATRICE. Edycja dostępna w wybranych drogeriach tej jesieni”.

Wspaniale, tylko gdzie do cholery podziały się jesienne liście?


Ze styczniowej trend-edycji „Celtica” wybrałam już w bardziej cywilizowanym Hebe multifunkcyjny cień, który pokażę Wam niebawem, a tymczasem przenieśmy się w czasie do zeszłego tygodnia, który robił za zeszłą jesień. Perspektywa kolejnych kilku zimnych miesięcy jest na tyle okrutna, że szukamy czegoś, co poprawi nam nastrój i trochę nas rozweseli. Ach, te ciągłe ulewy, ach te wichury... a to dopiero początek! Na samą myśl o nadchodzących mrozach mój tyłek kurczy się z przerażenia.

Ale oto znalazłam lakier do ust. Coraz więcej speców od kolorówki wydaje na świat swoje wersje  tych ponadprzeciętnie trwałych pomadko-błyszczyków z połyskiem, a ja... nie mam jeszcze żadnego!? Czas to zmienić i zakochać się w tej naustnej nowości wraz ze starym dobrym ziomkiem Catrice, którego największą zaletą w przypadku eksperymentów jest przystępna cena i równie przystępna jakość. Producent nazwał swój kosmetyk ostrożnie „pomadką połyskującą do ust”, ale powiadam Wam, że to lakier. No lakier i koniec. Być może są bardziej lakierowe lakiery innych firm, ale ten mój jest na tyle lakierowy, że zamierzam dalej nazywać go lakierem.

Tak naprawdę żaden z trzech dostępnych kolorów wstępnie mnie nie urzekł (są ciemne i wyraziste, a ja mam już dość takich odcieni w swoich zbiorach – leżą i usychają z tęsknoty za moimi wargami). Zdecydowałam się więc na optymistyczną i sympatyczną wersję różową o nazwie Innocent, bo róż to róż – zawsze się przyda. Pozostałe dwa to czerwony Thrilling i śliwkowy Fatal. Ładne, ale zupełnie mi niepotrzebne.


Wrażenie na ustach jest niepodobne do niczego znanego mi wcześniej. To naprawdę lakier! Taki, wiecie, lakierowy. Da się go zdrapać czy zetrzeć, na beton nie zasycha, ale po kilku minutach od aplikacji jest śliski i faktycznie bardzo trwały jak na produkt do ust. Nie spodziewałam się. Nie rusza go picie herbaty i oblizywanie. Ale zostawia ślady na czole i pyzowatym licu Tomasza.

Pachnie... czymś tam. Trochę słodko, trochę gorzko – może być. Na ustach nie pozostawia żadnego wyrazistego smaku, dzięki czemu można się skupić na innych sprawach w życiu. To nieźle, a może nawet dobrze. Ma trwałość 18 miesięcy od pierwszego odkręcenia, tylko oczywiście nigdy nie wiadomo, kiedy faktycznie nastąpiła premiera – pozdrawiam tępe baby odkręcające w drogeriach wszystko, co się da. 

Patrzę na fotkę z moimi ustami ubranymi w Catrice i nie bardzo mi się ona podoba. Poza tym, że macie okazję popodziwiać moją naczynkową brodę, lakier nie wygląda tak bardzo lakierowo, jakbym chciała Wam przekazać. Wyobraźcie sobie jednak usta w tym właśnie odcieniu, które zwracają uwagę połyskiem i są całkiem mocnym akcentem w makijażu. Tak właśnie wygląda Catrice Wet Shine Stain. Ja lubić. W tej cenie polecać spróbować.


Pojemność: 4 ml
Cena: 17 zł
Dostępność: drogerie Natura i Hebe (jeśli wiecie, gdzie jeszcze rzucają Catrice, koniecznie dajcie znać!)

wtorek, 25 lutego 2014

Z serii: Ukradłem żonie bloga, czyli o Lushu, aniołach i moim kosmetycznym rozpasaniu

Dzisiejszy odcinek będzie nietypowy. W razie zbyt poważnego potraktowania przedstawionych poniżej treści reklamacji nie przyjmuję. A więc do roboty – tym razem wypowiem się gościnnie ja, czyli własny, osobisty małżonek Agaty Smarującej. Cóż mnie do tego skłoniło? Już tłumaczę. Jak zapewne wiecie, szatan gender atakuje nas od jakiegoś czasu ze wszystkich stron, w wyniku czego faceci przebierają się w sukienki i niedługo będą rodzić dzieci. W naszym domu jednak niezmiennie utrzymywał się betonowy konserwatyzm. Polegał on zasadniczo na tym, że mój kosmetyczny arsenał składał się z losowo wybranego dezodorantu, wody toaletowej Hugo Boss (niezmiennie ta sama od lat), szamponu (jakiś w zielonej butelce), pasty do zębów i spirytusu salicylowego. O jakichkolwiek innych substancjach, którymi ludzie się smarują, psikają lub malują, mam mniej więcej takie pojęcie, jak o materiałach wykorzystywanych w fuzji termojądrowej, czyli raczej mgliste. 

W tym samym czasie moja droga żona pochłonięta tworzeniem bloga, którego macie przyjemność czytać, gromadziła kolejne kontenery podkładów, cieni, kremów, maseł, maści, proszków i granulek. Minęło zaledwie kilka miesięcy i sytuacja życiowa zmusiła mnie do odstąpienia szuflady ze skarpetkami na rzecz kolekcji lakierów do paznokci, potem gdy pierwszy krok został wykonany, poszło gładko – likwidacja moich przeróżnych modelarskich gratów z szafki nad biurkiem umożliwiła rozlokowanie kilkudziesięciu preparatów do kąpieli, zakup ogromnego regału pod okno z Ikei wywołał z kolei prawdziwą ekstazę małżonki, która natychmiast umieściła w nim kilkanaście wypełnionych po brzegi szufladek i pudeł – na obecną chwilę nie mam już zielonego pojęcia, co się w nich znajduje, równie dobrze mogłyby tam być materiały rozszczepialne i kokaina. Kurierzy i listonosze dostarczający kolejne pudełka materiałów badawczych na bloga mijali się na schodach, ustawiali w kolejce do domofonu, z tego co słyszałem, to jeden nawet w końcu podupadł na zdrowiu, a kolejny zrezygnował i przeniósł się do innego, spokojniejszego rejonu. 

Efekt tego wszystkiego był taki, że zacząłem się czuć nieco jak ubogi kuzyn. Poczucia niższości i lekkiego zażenowania nie udało mi się wyleczyć nawet zakupem nowej wody po goleniu (dwie wody używane rów-no-cześ-nie – wyobrażacie sobie takie rozpasanie i zniewieściałość?! Gorzej niż Krzyś Ibisz...). Przyszedł więc czas na rozwiązanie prawdziwie radykalne. Postanowiłem – uwaga, trzymajcie się mocno – za pośrednictwem żony nabyć pierwszy własny preparat pielęgnacyjny do twarzy. A co! Wcale nie jest powiedziane, że prawdziwy facet musi koniecznie pachnieć koniem, whiskey i cygarami, a oblicze mieć ogorzałe jak kapitan Francis Drake. Szczególnie po trzydziestce warto wziąć te wskazówki pod uwagę, bo co było nie wróci i czasy gładkiej jak pupcia niemowlaka bezobsługowej cery minęły bezpowrotnie wraz z erą fajnych samochodów (dla niewtajemniczonych – fajne samochody powstawały mniej więcej do 2006 roku). 


Wychodzę w życiu z założenia, że jak coś już robić, to na bogato i bez kompromisów, dlatego pierwszym moim zakupem okazał się produkt o nazwie Angels on Bare Skin firmy Lush Cosmetics. Okazało się wnet, że Lush to nie przelewki – zamówiony przeze mnie pojemnik osobiście napełniła, zaplombowała i opatrzyła swym podpisem niejaka Wiola, którą oczywiście serdecznie pozdrawiam. To najwyraźniej jakaś głębiej zakorzeniona brytyjska tradycja, bo podobne praktyki podpisywania się na gotowym dziele stosuje Aston Martin, chociaż tam oczywiście trzeba zapłacić nieco więcej...


Co do samego produktu - żona podpowiada mi, cytuję, że jest to „pasta do mycia twarzy, która lekko peelinguje”. OK, nie czuję się kompetentny, aby twierdzić inaczej. Skąd akurat taki, a nie inny wybór? Historia jest dość prozaiczna, próbka tego specyfiku walała się u nas pod prysznicem, zasugerowano mi umycie nim mej facjaty, skorzystałem i poczułem się oczarowany przepięknym zapachem. „Angels” pachnie w bardzo naturalny sposób, co odróżnia go od większości mi znanych (czyli pewnie ze trzech) kosmetyków o podobnym zastosowaniu. Jest to aromat silnie ziołowy, nieco gorzki, z wyraźną nutką lawendy. Nie wierzcie oszczerstwom mej żony, która twierdzi że mój nos nie nadaje się do niczego, włącznie ze stwierdzeniem, czy nasze dziecko zdołało już się, że tak powiem, wypróżnić. Przysięgam, że nie jest ze mną aż tak źle i ręczę swoim honorem, że lushowy zapach jest naprawdę śliczny

Bardzo charakterystyczną cechą naszego Lusha jest jego konsystencja – gruboziarnista i grudkowata. W związku z powyższym użytkowanie jest nieco utrudnione, bo trzeba poradzić sobie z licznymi bryłkami, które uporczywie próbują się uformować w czasie mycia. Nie jest to ziarnistość związana z peelingującym charakterem preparatu, tylko „coś więcej” – „Angels” zachowuje się jak twarda modelina i nie bardzo wykazuje skłonności do współpracy. 


No dobra, ale co z efektem? Czy oprócz niewątpliwego prestiżu i dekadenckiej oryginalności odczuję jakieś inne pozytywne konsekwencje stosowanie tego kosmetyku? Wygląda na to, że tak. Po nawet stosunkowo krótkim okresie aplikowania Lusha moja nieco podmęczona życiem cera stała się wyraźnie szczęśliwsza – gładka, mniej zaczerwieniona i mniej usiana różnego rodzaju niemiłymi niespodziankami. W kategorii „skuteczność” oceniam produkt bardzo pozytywnie i obiecuję, droga żono, że będę stosować go sumiennie. 

I to by było na tyle. Tę dyletancką recenzję chciałbym zakończyć małą prywatą i zaprosić Was na mojego bloga książkowego, który kryje się tutaj: KLIK. W końcu cóż może być lepszego po wieczornej pielęgnacji od dobrej książki? ­

poniedziałek, 24 lutego 2014

Lawendowa Farma – Mix Masełko Shea migdałowe [recenzja]

Właścicielka Lawendowej Farmy to bardzo miła, ciepła osoba. Lubimy miłe, ciepłe osoby, prawda? Ja tak i dlatego latem z przyjemnością zrobiłam zakupy u pani Ewy. To był czas, kiedy zachwyciłam się działaniem masła shea i wydawało mi się, że jest ono lekiem na całe zasuszone zło. Potem okazało się, że owszem, moja skóra bardzo lubi ten składnik, ale woli go w drogeryjnych kompozycjach niż prosto z wiejskiego podwórka. Nawet tak uroczego jak Lawendowa Farma. W każdym razie bezpośredniego maślanego dobrodziejstwa nie docenia. A może to ja go nie doceniam? Opowiem Wam więc o tym tutaj kosmetycznym masmiksie, ale wiedzcie, że nie dla mnie on. Co nie znaczy, że nie dla Was.


Skład prosty i sympatyczny: rafinowane masło shea zmiksowane na krem z olejem ze słodkich migdałów, a do tego witamina E (zapobiega jełczeniu) i wosk pszczeli, który ma stabilizować masę w trakcie wysyłki. Nic więcej. Mimo że zgodnie z zapewnieniem autorki receptury obecnie dostępne masełka nie zawierają olejków eterycznych (a więc nie powinny uczulać), moje masełko pachnie lekko cytrusowo. Ani trochę nie czuć orzechowego shea, a tym bardziej marcepanu. Sorry, łakomczuchy. Cytrus jest ledwo wyczuwalny. Odszukałam stare zamówienie i stoi tam jak byk (a może wół?): „Migdałowe z grapefruitem”, więc u mnie olejek eteryczny musi być, ale na stronie nie ma już opcji zamówienia takiej pachnącej wersji. Myślę jednak, że jeśli napiszecie do pani Ewy, może Wam ukręcić Mix Masełko z dodatkiem pachnącego olejku.

Konsystencja świeżego produktu przypomina dobrze ubitą śmietanę lub białko, niestety na moim zdjęciu tego nie widać – tu jest już ugniecione i otwarte od kilku tygodni. Efekt na świeżo możecie zobaczyć tutaj: KLIK. W każdym razie konsystencja jest niesamowita! Masełko jest puszyste i niezwykle delikatne. Najlepiej smarować się nim zaraz po kąpieli, co zresztą Lawendowa Farma zaleca – w innym przypadku może się nieco tępo rozprowadzać.


Posiadaczki suchej skóry i wielbicielki naturalnej pielęgnacji mogą być zachwycone. Mazidło niezawierające ani odrobiny chemii, w dodatku bajkowo aksamitne. Ideał? Tak, ale tylko jeśli lubicie tłuste formuły. Skład mówi sam za siebie: to tłuszcz polany tłuszczem i tłuszczem zaprawiony, więc nie należy się spodziewać, że po wsmarowaniu Mix Masełka skóra będzie gładka, elastyczna i... już. Jest gładka, elastyczna i tłusta. No ale przecież smarujecie się masłem.

Masełko nadaje się również do twarzy, choć ja akurat tam go nie nakładałam, bo nie potrzebuję takiego natłuszczenia. Poza tym latem poczyniłam za dużo eksperymentów i potem gorzko tego żałowałam, zatem odpuściłam temat smarowania twarzy masmiksem. Na co dzień i tak mogłabym wytapiać smalec z mojej strefy T, więc ju noł.

Co jeszcze powinnyście wiedzieć... Data ważności jest krótka – tylko dwa miesiące od momentu produkcji, dlatego to jeden z tych kosmetyków, których nie polecam wrzucać do worka z etykietą „na kiedyś tam”. Moim zdaniem można go używać spokojnie przez trzy miesiące – po ośmiu przepisowych tygodniach nic się z nim nie działo, właściwości bez zmian, tylko konsystencja zrobiła się bardziej zbita i sucha. Mix należy przechowywać w chłodnym miejscu i... to tyle. Jeśli przerażają Was takie słowa, jak: konserwant, paraben, parafina, to powinno być coś dla Was! 

Dla mnie to była miła przygoda, ale zdecydowanie wolę, jak na słoiku widnieje znaczek: „dobre przez 6/9/12 miesięcy po otwarciu”. I wolę nie być tłusta (w każdym sensie). Ale to tylko ja. 


Pojemność: 75 lub 150 ml
Cena: 12 zł za 75 ml, 21,50 zł za 150 ml
Ocena: dobra!
Dostępność: tylko na stronie Lawendowej Farmy: KLIK

sobota, 22 lutego 2014

Garść minirecenzji produktów, o których nie warto się rozwlekać

Od dłuższego czasu na dysku zalegają mi fotki kosmetyków, o których nie pisałam Wam przez wiele miesięcy, bo zupełnie zbędnym wydawało mi się komponowanie radosnych poematów na ich temat. Nie jest to zbiór produktów złych, no ale ile można pisać o takim mydle do rąk? Hmm, w sumie ja mogłabym długo na każdy temat, ale tym razem się ściągnę i powściągnę. Końcówka karnawału, sobotni wieczór – macie się dobrze bawić, a nie czytać ciągnące się w nieskończoność dyrdymały, czy tak?

Aha, zdjęcia powstawały w różnym czasie i różnych okolicznościach, dlatego wybaczcie mi niespójność artystyczną. 



Balea – malinowe mydło w płynie

Kiedyś już wspominałam, że moja faza na produkty trudno dostępnej Balei trwała miesiąc. Przez ten miesiąc zaopatrzyłam się w pokaźną kolekcję niemieckiej taniochy z DM-u i używałam, używałam, używałam... Część zalega mi jeszcze w zapasach, ale przecież życie toczy się dalej, a za blogowymi trendami coraz trudniej nadążyć. Trzeba jednak przyznać, że słynne zapachy Balei w większości są naprawdę udane. Odwołują się do prostych aromatów z dzieciństwa i choć daleko im do wielowymiarowych, wyrafinowanych kompozycji, są bardzo miłą odmianą w prysznicowo-pielęgnacyjnej codzienności. No i jeszcze te wesolutkie etykiety... Latem mnie kupiły, a owoce z obrazków po prostu żarłam oczami. Malinowe mydło w płynie pachnie ładnie malinami, myje i nie wysusza. Pompka się nie zacina, wydajność standardowa. Uff, to było łatwe, kto następny?



Flos-Lek – żel ze świetlikiem lekarskim i chabrem bławatkiem

Żel przeznaczony jest do powiek i pod oczy, a kupiłam go, bo pewnego razu moje oczy wyjąkały mi nieśmiało, że są zmęczone od wielogodzinnego gapienia się w monitor i pragną odetchnąć. Nie zamierzałam oczywiście oderwać ich od ekranu (wolne żarty!), ale postanowiłam wziąć pod uwagę to ględzenie i kupiłam im na pocieszenie żel ze świetlikiem Flos-Leku. Kiedyś, kiedyś używałam świetlikowych kropli do oczu i sprawdzały się świetnie, więc i tutaj spodziewałam się efektu wow. Ten niestety nie wystąpił, ale żel faktycznie trochę pomagał. Najbardziej zdziwiło mnie, że zaaplikowany na powieki zamiast chłodzić – delikatnie rozgrzewa. Uczucie ukojenia zwykle kojarzyło mi się właśnie z ochłodą (experience: żelowe formuły, metalowe kulki do masażu, mentol w składzie). Okazało się jednak, że uczucie rozgrzania również ożywia zmęczone wokółoczne okolice i to wcale nie takie głupie rozwiązanie. Używałabym go chętnie i namiętnie, ale rano pod makijaż się nie nadał (zostawia skorupkę niczym rozbełtane kurze białko), a wieczorem wolę aplikować treściwe formuły i świetlik z bławatkiem Flos-Leku jakoś mi się nie chce tu dobrze wkomponować. Producent daje tylko trzy miesiące na zużycie i niemożliwym jest go w tym czasie zdenkować, ale pod koniec i tak nie nadaje się do użycia, bo dosłownie znika w oczach. Woda, mimo zakręconego słoika, ucieka (nie mam pojęcia, którędy), a na koniec zostaje w słoiku odchudzony o połowę żel, który ciągnie się, jest gęsty i całkiem do bani. Żel kosztuje kilka złotych (może sześć?), więc można go wypróbować. Jeśli nie przeszkadza Wam efekt kurzego białka, powinien się sprawdzić.

PS Czy Wy też byłyście rozczarowane, gdy dowiedziałyście się, że świetlik w kosmetykach nie jest zmielonym owadem, tylko jakimś żenującym białym, polnym kwiatkiem? 



Dr Irena Eris – Body Art – Intensywnie ujędrniający balsam do pielęgnacji biustu C+ 


Okej, porozmawiajmy chwilę o moim biuście. Nie jest on na pewno ogromny – przez sporą część życia byłam wręcz przekonana, że jest niewielki. Kiedy z różnych powodów kilka lat temu zamieniłam się w szczęśliwie zakochanego, wyfruniętego z rodzinnego gniazda pulpeta (no to już macie te „różne powody”), przez chwilę cycki miałam całkiem całkiem, ale porównując je choćby do dorodnego, pięknego biustu mamy, nie było o czym gadać. Przez lata żyłam więc w przeświadczeniu, że małe jest piękne, a miseczka B oznacza B like Beautiful. Do czasu, gdy odchudzona już wersja mnie poszła z moją przyjaciółką na wizytę do brafiterki. Dwie godziny później wyszłam z salonu z pięknym, drogim kompletem, który składał się z medium-majtek i biustonosza w rozmiarze E (a może nawet F?). Świat zmienił się na zawsze, chociaż miałam gdzieś z tyłu głowy, że teoria rozmiarowa brafiterów jest – delikatnie mówiąc – grubymi nićmi szyta... 
A gdy dwa lata później przyszło do zakupu balsamu ujędrniającego biust, byłam w prawdziwej kropce. Balsam Dr Ireny Eris ma jak wół napisane, że przeznaczony jest do tych pełniejszych biustów. Kiedy myślę o pełniejszych, widzę raczej rozmiarówkę bliską grejpfrutowi czy pomelo, niż klasycznej pomarańczy... No ale przecież ja mam co najmniej E, powiedziała mi to SPECJALISTKA! No to kupiłam tego „ceplusa”. I nie zrobił nic. I do dziś nie wiem, czy to dlatego, że jednak pomarańcza bliższa jest mandarynce niż grejpfrutowi, czy po prostu ten balsam nie działa...



Dairy Fun – Bath Gel o zapachu truskawki

Seria Dairy Fun to wynalazek Delii, która nie jest może całkiem beznadziejną firmą, ale ciągle z jej produktami coś jest nie tak. Tutaj na pewno warto pochwalić fajną, młodzieżową szatę graficzną, która przyciąga wzrok i zachęciła mnie do kupna. W linii kosmetyków z krową w logotypie są naprawdę udane wynalazki – ja znam pięknie pachnące kule do kąpieli, które moja mama uwielbia, nie pogardziłabym też kąpielowymi pudrami w świetnych dzbankach. Kiedyś na pewno przetestuję masło do ciała z kolekcji Dairy Fun, ale do truskawkowego żelu nie wrócę. 
Zaczęło się obiecująco – żel pachniał prawie-niechemiczną-truskawką i już myślałam, że znalazłam w końcu długo poszukiwaną kąpielową truskawkę idealną. Chciałam Wam nawet o tym opowiedzieć i z wypiekami na twarzy zasiadłam do pisania (no dobra, zawsze siadam do pisania z wypiekami na twarzy – vide cera naczynkowa), ale pomyślałam potem: poczekam jeszcze trochę, zobaczymy, czy do końca 400-mililitrowej butli będzie tak fajnie. Jak zwykle koncepcja testowania czegoś aż do ujrzenia dna sprawdziła się – po kilku tygodniach od pierwszego otwarcia zapach żelu zmienił się nie do poznania. Z dnia na dzień truskawka zamieniła się w intensywnie eksploatowaną ścierę do podłogi. Smuteczek.

Może wersje kokosowa albo czekoladowa nie robią takich numerów? Jeśli miałyście którąś z nich, koniecznie dajcie znać, bo żel ma bardzo miłą, jedwabistą konsystencję i być może obecna w składzie prowitamina B5 trochę pielęgnuje skórę (na pewno jej nie wysusza). Pamiętam, że to był jeden z niewielu kosmetyków myjących, które zrobiły na mnie tak dobre pielęgnacyjne wrażenie.

To tyle w dzisiejszym odcinku. Miłej reszty weekendu!

środa, 19 lutego 2014

Stylizator brwi dla blondynek: Catrice Eyebrow Set [recenzja]

Jasna oprawa oczu to moja zmora. Zanim zaczęłam się malować (czyli daaaaaaawno, dawno temu, w ubiegłym wieku :P), miałam przynajmniej ciemne, gęste i ładne rzęsy. Chciałam jednak mieć jeszcze ładniejsze, dlatego teraz, po latach upiększania, są doprawdy urzekające: przerzedzone, jasnoszare i całkiem wyblakłe na końcach. Moim wyrazistym spojrzeniem mogłabym zaczarować niejedno męskie serce, ale wiecie, nie próbuję, jakem mężatka. Taka ze mnie raw-beauty-princzeska.

Brwi mam jasne (ale nie aż tak, jak to bywa u niektórych blondyniątek), dlatego za młodu ich nie podkreślałam. Za staru zaczęłam i bardzo sobie to chwalę, bo mimo że nie mam ich ładnie wystylizowanych (jedna bardziej łysa, druga niemalże krzaczasta – rozważam wizytę w brow barze...), to jednak uczesane i podkreślone są bardziej do ludzi podobne, a już na pewno bardziej podobne do siebie. Wzajemnie. I kończą makijaż. I tak dalej. No, wszystkie mądrości na ten temat przyswajam, akceptuję i zgadzam_się_z. 

Pierwszym kosmetykiem, który kupiłam, żeby nadać brwiom kształtu i szyku, był set od Catrice. Pierwszy strzał i od razu celny. Czyli nuda.


Z oferty Cosnovy zwykle bardziej interesują mnie produkty marki Catrice niż jej tańszej siostry Essence. Catrice kojarzy mi się z dobrą jakością w przystępnej cenie. Dlatego długo kręciłam nosem z niezadowolenia, kiedy otworzyłam po raz pierwszy moje pudełko i okazało się, że ciemniejszy cień jest ukruszony i wala się tu i tam. Kilka miesięcy później starły się napisy.

Estetyczne pudełko z całkiem porządnego plastiku zawiera dwa cienie, a także lusterkomikropęsetę, płaski, skośny minipędzelek i tycią spiralę do wyczesywania niesfornych włosków. Pęseta jest słaba, ale dwustronnego pędzelka z powodzeniem można używać – mały, płaski, skośnie ścięty, a przy tym dość sztywny, pozwala precyzyjnie obrysować brzegi i dobrze wypełnić lichy, łysiejący środek. 


Myślałam, że ciemniejszy cień w ogóle mi się nie przyda – nie chciałam mieć nagle przytłaczających, ponurych jak nigdy krzaczorów, no i obstawiałam, że ten jaśniejszy jest dla blondynek, a wszystkie dziewczęta z ciemną oprawą ucieszą się z ciemnego cienia. Nic bardziej mylnego. Oba i tak są dość jasne i dają naturalny efekt. Ten set został stworzony dla jasnych i średnich opraw – podkreśla brwi delikatnie, średnio lub całkiem serio-serio, w zależności od tego, ile cienia użyjecie. Nie jest to więc do końca bezpieczny zestaw, którym nie idzie zrobić sobie kuku – malowałam się kiedyś w półmroku, naprędce, wydawało mi się, że wszystko robię jak zwykle, a gdy słońce wzeszło, a ja zerknęłam w lustro, okazało się, że wyglądam jak stara pudernica, która ręcznie dorysowuje zgrabne zawijaski czarną kredką (oczywiście mówię to w kontekście mojej jasnej oprawy oczu).


Jak widzicie, oba catrice'owe cienie są jaśniejsze i cieplejsze od Permanent Taupe z Maybelline. Z uwagi na suchą formułę są też trochę mniej trwałe od kremowego Color Tattoo, ale to tylko sprzyja łatwiejszemu demakijażowi, bo – nie wiem jak u Was – ale zwykle pot nie ścieka mi po brwiach oraz przy nich w ciągu dnia nie gmeram. 

Od pierwszego otwarcia nic więcej się nie pokruszyło, cienie mają dobrą konsystencję – niezbyt twardą, odrobinę tłustą. W sytuacjach awaryjnych nadadzą się też do powiek, chociaż zdecydowanie wolę używać tych tradycyjnych. Ten ciemniejszy jest za to całkiem dobry do podkreślania dolnej powieki – nie osypuje się i jest prosty w aplikacji. Żałuję, że na pomysł używania go w ten sposób wpadłam dopiero niedawno. 

Catrice Eyebrow Set nie nada się dla tych z Was, które lubią mieć wyraźnie podkreślony każdy jeden włosek – tutaj polecam formuły żelowe (jeśli zostajemy przy tej samej firmie, godny polecenia jest Catrice Eyebrow Filler). Jeżeli odpowiada Wam lekko rozmyty efekt, jaki osiąga się za pomocą cieni,  polecam ten zestaw. 

Pojemność: 4 g
Cena: 16,99 zł
Ocena: 5/6

poniedziałek, 17 lutego 2014

Bioderma Sensibio Light + krótki wywód na temat palących naczynek, czyli recenzja z morałem

Gdy odkryłam wielki sekret wszechświata: moja cera jest naczynkowa!, wpadłam w popłoch okraszony histerycznymi atakami na lusterko powiększające, nawet do kilkunastu razy dziennie. Plamy, wszędzie plamy, gdzieniegdzie pajączki, jak to się stało?! Zwalałam na ciążę, własne niedbalstwo, na uczulenie pokremowe (nie mylić z pokarmowym), na cokolwiek i wszystkolwiek. Prawda jest jednak taka, że cerę naczynkową miałam zawsze, tylko nie wiedziałam, że to ona. A teraz, w okolicach trzydziestki, zgodnie z odwiecznym porządkiem planu psucia się i gnicia, moja zwykle skłonna do rumieńców skóra ukazała swe brzydkie oblicze.

Gdy stało się to jasne, nerwowo zaczęłam kupować produkty do cery naczynkowej. Kremy, serum, maseczki – byle pozbyć się tego CZEGOŚ. Niestety, gdy zajęłam się pielęgnacją przeciwrumieniową, okazało się, że za bardzo się świecę, czasem za bardzo mnie wysypuje, no i że ta moja cera ma się jeszcze gorzej niż przedtem, a plamy jak były, tak są. Dziś wiem, że nie warto skupiać się tak bardzo na problemie naczynkowym, jeśli ma się też kilka innych kłopotów z cerą. Naczynka można uspokoić, ale plamy i tak nie pójdą precz, chyba że zafundujemy im jakiś większy zwrot akcji typu laserowe zamykanie. Żeby ogarnąć temat, trzeba działać kompleksowo: unikać czynników wywołujących rumieńce, chronić zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie (suplementy), no i traktować cerę naczynkową jak delikatną panienkę, która łatwo się obraża i stroi fochy. Tak naprawdę to JEST delikatna panienka, która łatwo się obraża i stroi fochy – jeden fałszywy ruch i już strzela swymi czerwonymi działami. A jeśli nie będziesz jej traktować z należytymi honorami, ześle na Ciebie trądzik różowaty. Nieważne, co zrobisz, ona i tak rządzi.

Ten tradycyjnie przydługi wstęp miał na celu wyjaśnienie Wam, że nie oczekuję już cudów od kremów do cery naczynkowej. Czerwone plamy NIE znikną w magiczny sposób i NIE przestaną się pojawiać od wsmarowywania kremu z największą nawet starannością. Warto mieć realne oczekiwania i nie skupiać się tak bardzo na gaszeniu naczyniowych pożarów. Najważniejsze to nie szkodzić swojej wesolutkiej, świnkowej cerze i właśnie takie nieszkodzenie zwykle oferują producenci preparatów do pielęgnacji tego typu skóry. 


Wracając do bohatera dzisiejszego odcinka: mój pierwszy kontakt z kremową ofertą Biodermy to Sensibio AR przeznaczony do wrażliwej cery naczynkowej. Recenzję możecie przeczytać TU, a ja powiem tylko w skrócie, że krem miał pewne osiągnięcia w pielęgnacji mojej cery, ale ubranie go przez producenta w naklejkę „do cery mieszanej i tłustej” było dość dziwaczne – krem był półtłusty, ciężki, obfity w parafinę i moim zdaniem nieodpowiedni dla cer, do których go polecono. Rozwiązanie problemu ciężkości przyszło samo: Sensibio Light wpadł mi sam do koszyka przy okazji promocji w Super-Pharmie. Zapłaciłam za niego niecałe 10 zł i rozpoczęłam testowanie.

Sensibio Light to krem łagodząco-nawilżający, który pierwotnie mylnie wzięłam za lżejszą wersję Sensibio AR. Grają wprawdzie w tej samej drużynie, ale w tym przypadku producent nie obiecuje już cudownego uzdrowienia cery z problemem naczynkowym – krem przeznaczony jest do skóry wrażliwej (i nadwrażliwej) jako uspokajacz wszelkiej dermalnej wścieklizny. Ma zmniejszać reaktywność skóry, łagodzić uczucie gorąca, pieczenia i ściągnięcia, a przy tym dobrze nawilżać. Ma więc pośrednio działać na styrane naczynka, a ja uznałam to za uczciwy deal, oczywiście pod warunkiem, że obietnice się spełnią.

Po raz kolejny zdziwiło mnie przeznaczenie kremu: skóra wrażliwa, normalna i sucha. Ani słowa o mieszanej lub tłustej, a to przecież one ochoczo piją kremy o lekkiej formule. Ja mam wrażliwą  mieszaną w kierunku tłustej i zaryzykuję stwierdzenie, że Sensibio Light nada się do każdego rodzaju cery. 


Formuła Sensibio AR została poważnie zepsuta parafiną na drugim miejscu w składzie. Tu na szczęście jej nie ma – krem jest na bazie gliceryny, w składzie nie ma żadnych spektakularnych zapychaczy. Brak też parabenów i mogących uczulać substancji zapachowych. I wiecie co? Jest świetny.

Bezzapachowylekki, wchłania się szybko, choć nie w 100% – zostawia delikatną warstwę ochronną, ale nie jest to nieprzyjemny smalec. Kupiłam go, żeby pomagał gasić rumieniec, a on zaskoczył mnie dobrymi właściwościami nawilżającymi. Faktycznie przynosi ukojenie, nie zapycha, nie roluje się, więc nadaje się pod makijaż. Nieco mniejsza niż standardowa pojemność 40 ml nie przeszkadza, bo przez swoją lekką formułę i dobre właściwości należy aplikować go w niewielkich ilościach. Tubka starczy więc nawet na trzy miesiące. To naprawdę porządny krem na dzień i moje bardzo miłe zaskoczenie.

Fakt, że pasuje do każdej cery, dodatkowo podnosi mu notowania, a do ideału brakuje mu chyba tylko filtra przeciwsłonecznego :). Polecam, może uda Wam się ucapić go też w jakiejś miłej promocji, na pewno warto wypróbować. 


Pojemność: 40 ml
Cena: w zależności od apteki 40–52 zł
Ocena: 6/6

sobota, 15 lutego 2014

Tanio i różowo: Miss Sporty – Perfect Color Lipstick nr 036 Kiss Me

Wybaczcie, że zawracam Wam głowę takimi błahostkami. Dzisiaj będzie małe nic takiego. To tylko średniej jakości pomadka, którą kupiłam za grosze. Jednak, mimo średniej jakości, chętnie jej używam i dlatego postanowiłam Wam o niej opowiedzieć.

Pomadek uzbierało mi się przez ostatnie miesiące mnóstwo, a duża w tym zasługa stojących na straży czystości mojego portfela blogerek i vlogerek. Oglądam swatche, czytam zachwyty, poddaję się tępej zadumie nad fotografiami soczystych ust... Nim nastała era blogera, używałam głównie błyszczyków, transparentnych balsamów ochronnych, a w ramach jesiennych szaleństw stroiłam wargi w mocniejsze złoto-brązy (odjechana ja). Fuksja? Róż? Czerwień? To były zakazane kolory, które u innych wyglądały ładnie, ale żeby tak na moje osobiste usta pakować? Wykluczone! W sumie nie bardzo wiedziałam, dlaczego wykluczone, ale wewnętrzny kodeks odrzucał te odcienie z automatu.
No a potem przyszły złe blogerki i świat się zmienił... i moje zbiory też się zmieniły. Matka szaleje! (trochę).


Jednym z tych nowych, nietypowych zakupów jest mało szokujący, ale dość odważny (jak na mnie) odcień różu o zachęcającej nazwie Kiss Me. Miss Sporty jaka jest, każdy widzi – to zbiór taniutkich kosmetyków, wśród których można szukać debeściaków, ale po pierwsze będzie ciężko, a po drugie: po co? Lakiery mają niezłe, a reszta nigdy nie zwróciła jakością mojej uwagi, ale nie o to tu chodzi. Przynajmniej u mnie nie o to. Kupuję produkty takich niskopółkowych marek po to, żeby testować nowe kolory i pomysły bez niepotrzebnego nadwerężania portfela. Jeśli coś mi się spodoba i zadziała, chętnie szukam odpowiedników wśród lepszych jakościowo produktów, ale uważam, że do eksperymentów szafy pełne taniochy są niezastąpione.

Ta pomadka ma w sobie coś absolutnie wyjątkowego: arbuzowy zapach. To piękny, słodki aromat, który znam dobrze z arbuzowej linii kosmetyków marki Apis (recenzje tu: klik i klik). Aż chce się jej używać tylko z tego powodu! Bywa, że wyciągam ją z szuflady po to, żeby powąchać, a potem odkładam na miejsce. Ot, lekki arbuzowy fetysz (chyba lepszy niż facet w rajstopach?). Na ustach zapach utrzymuje się długo, co niezmiennie utrzymuje mnie w dobrym nastroju w tę beznadziejną zimę.

Warto pochwalić również opakowanie, które – mimo że wykonane z lekkiego plastiku, trzyma się nieźle i posiada bardzo przyzwoity, głośny zatrzask, co powinno być wzorem choćby dla twórców  serii Satin Touch (Sensique) czy nawet dla Essence. 


Na ustach w zimowym świetle kolor wyszedł nieco cukierkowy, ale w rzeczywistości taki nie jest.  Prawdę o nim ukazują swatche. Możecie za to zobaczyć, jak się rozprowadza na  zagruntowanych wcześniej balsamem ustach. Tuż przed publikacją zrobiłam jeszcze na szybko strzał w sztucznym świetle, tu odcień jest bliski oryginałowi (i bez balsamu):


Wykończenie perłowe, nienachalne w swoim błysku, zwyczajnie ładne. Taki tam lekko połyskujący, malinowy (?) róż.

Na koniec zbierzmy kilka wniosków, skarg i zażaleń, jakie padają pod kątem pomadek Miss Sporty i tanich pomadek w ogóle.

A bo szybko się ściera” – szczerze mówiąc, poza kilkoma wyjątkami, wszystkie moje pomadki szybko się ścierają – od gadania, picia, jedzenia i oblizywania warg. Robię wszystkie te rzeczy w ciągu dnia, wcale nierzadko. Wy nie? Przecież to nie lakier do paznokci, że jak raz zalejesz i wyschnie, to niczym beton tkwi i tkwi. Przez długie lata nawet nie dotykałam się do tradycyjnych szminek, bo uważałam to za bezsensowne – po co się malować, skoro za chwilę i tak wszystko zjem? Teraz odnalazłam już sens malowania ust apetycznymi odcieniami, chociaż ciągle nie mam nawyku regularnych poprawek i po wyjściu z domu nadrabiam braki błyszczykiem, który akurat mam w torebce. Kiss Me schodzi szybko, ale zapłaciłam za nią 3 zł, więc cudów nie oczekuję. Plusem jest to, że schodzi dość równomiernie.

„A bo wysusza usta i podkreśla skórki” – ok, przyznaję, Perfect Color Lipstick rzeczywiście lekko suszy, ale to samo robią z moimi ustami Catrice, Essence, Bell i wiele innych. Dlatego zanim zaaplikuję pomadkę bez właściwości pielęgnacyjnych, smaruję usta dobrym balsamem. A jeśli mimo to po pewnym czasie odczuwam dyskomfort, okładam się błyszczykiem. Ot, cała historia. 

To naprawdę przyjemna, arbuzowa taniocha :). Do wyboru jest 20 odcieni i z tego co czytałam, wszystkie pachną podobnie. Cmok&mniam. 


Cena: 2,99 zł w internetowych outletach, w szafach Miss Sporty to będzie jakieś 7-8 zł.
Ocena: w swojej kategorii cenowej dobra.

czwartek, 13 lutego 2014

O tuszach, różach, półtorakach, oportunistach i innych przyjemniakach

Dwa miesiące temu opublikowałam tekst pt. „Pewne sprawy językowe, które mogą przydać się blogerce, a także innym uczestnikom świata”. Zebrałam w nim kilka zaobserwowanych na szeroką blogową skalę zjawisk i błędów i postanowiłam podzielić się z Wami odrobiną językowej poprawności. Nie sądziłam, że post stanie się jednym z najczęściej czytanych i że tak Wam się spodoba! Prosiłyście o więcej, więc przychodzę z kolejnym radosnym polonistycznym obwieszczeniem :). 


Półtora czy półtorej?

Sprawa jest prosta:
!półtorej roku, !półtorej dnia – zapomnijcie o tym, to językowy obciach.
półtora roku, półtora dnia, bo TEN rok i dzień
półtorej godziny, półtorej doby, bo TA godzina i doba.


Trudna odmiana

Y czy ów? Pewnie to pytanie nieraz padało w Waszych głowach. Sama czasem się zastanawiam, czy rozmaite słowa w dopełniaczu liczby mnogiej będą się kończyć miękkim i przyjemnym -y, czy może aż nazbyt polskim -ów. Bywa z tym różnie, Słownik poprawnej polszczyzny rozstrzyga te tematy, więc warto go mieć pod ręką. W świecie kosmetyków problemy sprawiają tusze i róże

Jedyna poprawna kolorówkowa odmiana to: tuszów, różów. Nie: !tuszy, !róży. Możemy pragnąć jednej róży na walentynki i tuszy pstrąga na kolację lub ewentualnie marzyć o własnej małej tuszy, mimo zjedzenia zbyt wielu pstrągów ;). Oczywiście gdy zabraknie Wam w zapasach tuszów albo różów, koniecznie zróbcie zakupy! 

PS Jak widzicie, walentynki piszemy małą literą – wielka jest tylko wtedy, gdy mówimy o dniu świętego Walentego. 


Co naprawdę oznacza słowo bynajmniej?


Prawdopodobnie dla części z Was ta wiadomość okaże się druzgocąca. Bynajmniej NIE JEST synonimem przynajmniej. Serio. Tak, wiem, to szokujące.

Zdanie: „Ja bynajmniej jestem mądrzejsza od ciebie!” można skwitować tylko jednym: Bynajmniej.

Bynajmniej to położenie nacisku na to, że coś NIE JEST jakieś. Bynajmniej oznacza: wcale, ani trochę, zupełnie i często łączy się z partykułą nie

Jeśli więc koleżanka Cię wkurza swoimi opowieściami o tym, jakiego ma wspaniałego męża, piękne mieszkanie i w ogóle jaka cała jest idealna, zawsze możesz w akcie desperacji dokopać jej, mówiąc:

„Ja przynajmniej jestem mądrzejsza od ciebie”. 

Jeżeli wybierzesz wersję odwrotną, chcesz położyć uszy po sobie i przyznać się do tego, że mądrzejsza nie jesteś, powiedz:

„Ja bynajmniej nie jestem mądrzejsza od ciebie”. (jeśli źle Ci po takim wyznaniu, zawsze warto dorzucić coś w stylu: „Ale za to twój facet to idiota”. Mała rzecz a cieszy!)

W tym scenariuszu być może faktycznie nie będziesz mądrzejsza od swojej współkonwersatorki (to słowo nie istnieje, wymyśliłam je naprędce – magia słowotwórstwa!), ale z pewnością okażesz się językowo sprawniejsza od... hmmm, rzeszy Polaków. 

Na koniec o oportuniście, który wcale oporu nie stawia


Mam jeszcze jedną, prawdopodobnie nawet bardziej miażdżącą mózg, wiadomość:
Oportunista to wcale nie ten, kto stawia opór, tudzież stawia się. To ktoś dokładnie odwrotny! Oportunista dopasowuje swoje poglądy i postawę do innych po to, żeby poprawić swoje notowania. Jest więc człowiekiem bez zasad, przystosowującym się do okoliczności dla doraźnych osobistych korzyści. Taki to on, ten oportunista, nieoporny. 


Chcecie więcej? Będzie więcej! Z przyjemnością pomogę Wam uchronić się przed kolejnym językowym fo-pa tudzież innym fła-gra ;). 

poniedziałek, 10 lutego 2014

Nuxe – Lotion Tonique aux 3 Roses [recenzja]

Suchy olejek Nuxe to gwiazda blogosfery. Pięknie pachnący, estetycznie opakowany, cieszący zmysły. Jego zapach i działanie zachwyciły mnie na tyle (klik), że zainteresowałam się marką Nuxe (czyt. niukse) i postanowiłam poznać inne produkty francuskiego producenta. Jakiś czas temu przy okazji zakupów w internetowej aptece dorzuciłam do zamówienia 200-mililitrową butelkę toniku i liczyłam po cichu, że za trzy dychy otrzymam coś naprawdę ekstra. 


Według polskiej naklejki mamy do czynienia z tonikiem do demakijażu na bazie trzech róż z dodatkiem oczaru wirginijskiego i rumianku. Można go stosować do twarzy i oczu, jest odpowiedni do każdego rodzaju skóry, również bardzo wrażliwej. Producent głosi, że tonik nie zawiera alkoholu (co jest prawdą tylko w sensie: nie zawiera niezbyt uprzejmego w działaniu alkoholu denaturowanego, szczegóły niżej), a jeśli to komuś robi różnicę, nie ma w nim też parabenów i fenoksyetanolu. No i fajnie – alkoholowych toników mam po kokardy od czasu spróbowania cuchnącego spirytusem salicylowym Clinique (wspominałam o nim tu: KLIK). Od razu mówię, że nie sprawdzałam trójróżanego toniku w funkcji demakijażowej – od tego mam żele, micele, mleczka, pianki i inne wynalazki. Toniku używam rano do odświeżenia cery po wieczornych zabiegach pielęgnacyjnych i wieczorem – aby przywrócić skórze po myciu właściwe pH.
Aha, na denkowanie producent daje nam 6 miesięcy. 


Tonik pachnie dość osobliwie. Spodziewałam się aromatu różanego, ale po odkręceniu butelki do moich nozdrzy dotarło coś zdecydowanie odmiennego. To zasługa tajemniczego parfum/fragrance oraz dwóch aromatycznych gorzałek: alkoholu benzylowego (który podobno imituje zapach jaśminu) i alkoholu cynamonowego (podobno pachnie jak hiacynt... hmmm, tylko jak pachnie hiacynt?).  Perfumy jaśminowo-hiacyntowe dają naprawdę ciekawy aromat... fioletowych skittlesów.  Fioletowe skittlesy pachną za to bardzo sztuczną wersją soku winogronowego. Mój nos tak właśnie odbiera to, co wydobywa się z otworu widocznego na zdjęciu powyżej, nos mojego męża przywołuje z kolei radosne wspomnienia z czasów licealnych, gdy (wtedy_jeszcze_nie)mąż wspinał się na wyżyny alkoholowej dekadencji, popijając nalewki spod lady o wdzięcznej nazwie Goliat. Mogłabym kontynuować ten zapachowy wywód, ale wystarczy to uprościć, stwierdzając, że tonik Nuxe ma specyficzny, drażniący zapach, który nie jest może jednoznacznie brzydki, ale moim zdaniem mocno przesadzony. Od toniku oczekuję orzeźwienia, a przynajmniej neutralności – tu mamy duszącą słodycz. Róże trzy, śmierdzisz ty? Pozwólcie, że jeszcze przez chwilę poudaję wytrawnego chemika (wujku Google, Hilfe!) Zapach może się podobać, ale zwróćmy uwagę na pewien fakt: alkohole aromatyczne znajdują się na liście potencjalnych alergenów, co zupełnie mi nie pasuje w toniku przeznaczonym m.in. dla skóry bardzo wrażliwej. No po co oni tu wlali tego smroda? Zupełnie nie pojmuję.

To nie jest jedyny powód mojego zrzędzenia. Ten tutaj... ekhem... preparat spokojnie mógłby robić za klej do paneli, albowiem skóra po nim lepi się okrutnie. No jasne, że nie muszę się macać po poliku, może i nawet nie powinnam, ale macanie następuje samoistnie, poniekąd wbrew woli, a gdy już macnę, to mi tak zwyczajnie, po ludzku źle.

Poza tym mucha nie siada. Tonique aux 3 Roses nie wysusza, nie podrażnia, krzywdy nie czyni. Nie jest więc jakiś po stokroć plugawy, ale co z tego, skoro i tak go nie cierpię? Z uwagi na kleistość i zapach nie odważyłabym się użyć go do demakijażu oczu, do czego wspomniana wcześniej naklejka polskiego dystrybutora wyraźnie zachęca (nie wiem, co piszą w oryginale, bo moja znajomość francuskiego czai się gdzieś między oui a merci). Jeśli znacie ten tonik i próbowałyście zmywać nim tusz, dajcie znać, jak poszło.

„Łagodzi, odświeża, zmywa resztki makijażu”. Srata tata.

Pojemność: 200 lub 400 ml
Cena: 30–43 zł za 200 ml
Ocena: 3/6

sobota, 8 lutego 2014

Graficzne czary-mary z taką jedną od małego uśmiechu...

Witajcie w moim nowym blogowym mieszkaniu! Jak widzicie, jest większe, inaczej urządzone, zmieniły się kolory ścian. W poprzednim czułam się dobrze, sama je remontowałam i dopieszczałam szczegóły. Problem w tym, że w pracach dekoracyjnych jestem cienka jak przedszkolak w liczeniu całek, dlatego tym razem postanowiłam oddać remont w ręce profesjonalistki.

Ma na imię Paula, na co dzień możecie ją spotkać na blogu one little smile :). 

Mam nadzieję, że szybko oswoicie się z nowym wystrojem i że Wam się podoba. Ja czuję się tu bardzo dobrze. Dzięki, Paulo!

Pokontemplujmy przez chwilę odejście dawnego, czarującego layoutu:



A teraz... zapraszam na parapetówkę!

piątek, 7 lutego 2014

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 5

Moje kosmetyczne zbiory rosną w szafkach jak grzyby po deszczu. Często kupuję pod wpływem chwili, blogów, promocji lub ot tak sobie, dlatego bubli ci u mnie dostatek. Co tym razem? Coś drogiego, coś taniego, coś śmierdzącego...

1. Przypal sobie pryszcza



Clinique, 3-step Skin Care System, Clarifying Lotion 3 (tonik do cery tłustej i mieszanej) – pierwsze, co pomyślałam po odkręceniu butelki: to się nie może udać. Z otworu wydobyła się swojska woń... spirytusu. Moje zdziwienie było nieopisane, bo przecież jak to możliwe? Taka znana firma, wysokopółkowa, o której słyszałam tyle dobrego, sprzedaje mi gówno, tłumacząc, że to skarb? Na drugim miejscu w składzie alcohol denat. Czy trzeba dodawać coś jeszcze? Spróbowałam jednak, niejako z przymusu, bo tonik zabrałam ze sobą do szpitala i przez krótką chwilę zwyczajnie nie miałam czym twarzy przecierać. Moje przypuszczenia potwierdziły się od razu (wow, co za niespodzianka!): efekt identyczny jak po użyciu nasączonego spirytusem salicylowym wacika. Skóra tak gładka, że aż świeci. I piecze. Następnego dnia pryszcze podsuszone, a do tego płynie sobie wielka rzeka, wielka rzeka pełna... sebum. Nie życzę tego żadnej mieszanej ani tłustej cerze. Nawet  cerze pryszczatej Magdy, która pocałowała się w ósmej klasie z moją sympatią na szkolnej wycieczce (yhhh, do dziś mną trzęsie na to wspomnienie!). Wracając do toniku, na szczęście butelka jest w rozmiarze mini, bo pochodzi z zestawu miniatur zakupionego w Douglasie. Pragnęłam tego zestawu, bo chciałam przetestować „słynny Clinique”. No to mam za swoje. 


2. Umyj się kostką do kibla



Ma Provence – lawendowy żel pod prysznic – tego pachnisia kupiłam na fali miłości do lawendy, jaka obudziła się we mnie jeszcze latem, po zakupach w Lawendowej Farmie. A że na farmie pełnej lawendy nabyłam przedmioty pachnące lawendą, to chyba całkiem nic dziwnego. Wiem zatem, jak pachnie ta prawdziwa. Powiadam Wam: lawenda Ma Provence jest równie prawdziwa co broda Świętego Mikołaja, który odwiedził przedszkole, coby rozdać cukierki i pomarańcze. Ten żel pod prysznic stał być może kiedyś koło lawendy, ale potem zdarzył się wypadek: zupełnie nagle, w niewyjaśnionych okolicznościach, wpadł do muszli klozetowej i wymieszał się z niezbyt wyszukaną aromatycznie kostką do sracza o zapachu morskiej bryzy. Ja wiem, że fajnie, jak z muszli miast zapachu moczu wydobywa się świeży aromat... czegoś tam. Czy jednak na pewno lubicie go tak bardzo, żeby nacierać się nim pod prysznicem? Jeśli tak, zapomnijcie, że wrzuciłam ten żel do worka z bublami. Ostatecznie poza tym, że sadzi syntetyczną morską bryzą (kto w ogóle wymyślił tę powielaną przez lata kretyńską nazwę?), jest zupełnie zwyczajnym i całkiem wydajnym żelem pod prysznic w wygodnej butelce z pompką. Co kto lubi.


3. Zrób się na pandę



Delia Dermo System – dwufazowy płyn do demakijażu oczu i ust – to było tak: postanowiłam skończyć z nienormalnymi zakupami w Yves Rocher (o moich nienormalnych zakupach czytaj tu: KLIK), a jedyne, co z tego wyszło, to braki w zapasach produktów do demakijażu. Ukochany yvesrocherowy Pur Bleuet dobił dna, a ja w panice odkryłam, że nie mam kolejnej butelki! Tego samego dnia wyskoczyłam do pobliskiego Carrefoura (którego z całego serca nie znoszę) i kupiłam dwufazę Delii, bo: a) chciałam ją przetestować, b) nie było wielkiego wyboru. Co można powiedzieć o tym płynie? Jest bezzapachowy, łagodny dla oczu i... łagodny w ogóle. Tak bardzo łagodny, że za nic w świecie nie chce zmyć żadnego tuszu do rzęs. Efekt pandy gwarantowany. W przypadku intensywnego tarcia jakoś da się nim zmyć resztki makijażu, oczy są czyste, tylko takie jakieś... czerwone? Płyn jest bardzo tłusty, bo – jak widzicie – składa się głównie z fazy tłuszczowej. Powinien radzić sobie świetnie, a jednak to najprawdziwsza demakijażowa oferma. Fazy bardzo szybko się oddzielają, więc zupełnie nie na miejscu jest nakrętka, którą się odkręca, odkręca i odkręca... Na waciku zwykle zostawały mi tłuste plamy w wodnych obwódkach. Naprawdę używanie tego czegoś to przyjemność porównywalna z lizaniem brudnej klamki. Widziałam, że ostatnio zmienili opakowanie na nieco przyjemniejsze dla oka i chyba łatwiejsze w obsłudze – może się skusicie?

Znacie te produkty? Też je pokochałyście miłością nieopisaną? Jak tam Wasze radosne bubelki i bublątka?

niedziela, 2 lutego 2014

Denko prodżekt, odc. 10½

Wyspane? To dobrze, czas na dalszy ciąg mojego kosmetycznego śmietniska :). Tu pierwsza część: KLIK.


Yves Rocher – Pur Bleuet – dwufazowy płyn do demakijażu – wciąż moja ulubiona dwufazówka, między innymi dlatego, że nieczęsto testuję inne. Ostatnio spróbowałam z Delią i było okropnie, więc wracam do Pur Bleueta skruszona. Kupię, jak wykończę zapasy. Recenzja tu: KLIK

Caudalie – płyn micelarny (miniatura 50 ml) – minibutelka miała duży otwór, więc micel skończył się, zanim zdążyłam się nad nim porządnie zadumać. Spodobał mi się delikatny, świeży zapach i fakt, że nie jest gorzki (w przeciwieństwie do Biodermy), ale niestety, nie radził sobie z domywaniem niektórych tuszów, mimo że nie były wodoodporne. Nie zachęcił mnie do kupna.

Lush – Angels On Bare Skin (próbka) – słynnym Lushowym czyścikiem podzieliła się ze mną Aneta (dziękuję!). Jako że zawiera migdałowe drobiny, nie mogę go stosować na wrażliwych policzkach, popróbowałam więc w strefie T i bardzo mi podpasował. Olejki lawendowy i rumiankowy tworzą piękny, wyjątkowy aromat, który jest na tyle specyficzny, że może się nie podobać. Nie dane mi było jednak wykończyć tej całkiem wydajnej próbki, bo tematem zainteresował się mój mąż. Poużywał, powąchał i stwierdził: „Fajne, co to? kup mi”.  No to kupiłam. W ten oto sposób zupełnie nieświadomy powagi sytuacji zaczął używać legendarnego Lusha  ;).  


Style Pen – jagodowy zmywacz do paznokci w płatkach – lipny zmywacz, który miał ułatwiać życie, a poważnie je utrudnił. Cienkie płatki nasączone są oleistą mazią, która wcale dobrze sobie nie radzi choćby z ciemniejszymi kolorami, a do tego pozostawia tłuste palce, co wymaga dodatkowej interwencji. Przy ciemnych lakierach jeden płatek wystarcza na jeden paznokieć, co oznacza, że jest trzyrazowy. Miał być na wyjazdy i na szybkie okazje, tyle że zupełnie nie wyszło. Ładnie pachniał, ale nigdy więcej.

Bourjois – bezacetonowy zmywacz do paznokci – pachniał cukierkowo, zmywał nie najgorzej, ale jednak nie ma jak acetonowy emaliowy killer. Oszczędzam płytkę, więc do lżejszej roboty chętnie wykorzystuję bezacetonowe zmywacze, ten jest niezły, więc może jeszcze go kupię.


Dax Cosmetics – Cashmere Secret Glam – baza wygładzająco-rozświetlająca – na co dzień nie używam baz, bo pracuję nad kondycją mojej trudnej cery naczynkowo-mieszano-okresowo-pryszczato-losowo-się-uwrażliwiającej. Wyrzucam pół opakowania tego Daxa ze względu na straconą ważność, ale baza była w porządku – zawierała rozświetlające drobinki, dużo silikonu, więc maksymalnie wygładzała, pachniała basenowym chlorem (lubię basenowy chlor!) i nadawała się dobrze na podkład pod imprezową tapetę (na co dzień nie, bo taka formuła zapycha). Inna sprawa, że nie mam porównania, bo jak do tej pory to moja jedyna silikonowa baza. Nie wiem, czy kupię ponownie, pewnie będę chciała sprawdzić something new.

Maybelline – nr 010 Pink Sugar – gorzki żelkowy błyszczyk, który nie pozostawiał na ustach żadnego efektu i nie miał żadnych właściwości pielęgnacyjnych. Próbowałam go używać, ale to naprawdę nie miało sensu. Nigdy więcej. Minirecenzja tu: KLIK.

Yves Rocher – Sexy Pulp – pogrubiający tusz do rzęs – gruba szczota bardzo ładnie spełnia swoje zadanie i zwykle za nią przepadam, ale ostatnio trochę miałam dość grubych szczot. Ten tusz moim zdaniem jest bardzo dobrej jakości, starcza na długo i nawet gdy dogorywa, sporo można z niego wycisnąć. Na pewno wrócę (ahoj, yvesrocherowa przygodo!).

Carmex wiśniowy – nie pojmuję, o co chodzi z zachwytami nad Carmexem – mam wrażenie, że miałam do czynienia z jakimś innym Carmexem niż Wasze Carmexy. Moim zdaniem tego używać się nie da, chyba że... do stóp: KLIK Nie kupię.



Perfecta Mama – żel do higieny intymnej – wspominam o nim cichutko, bo to najlepszy okołocipkowy żel, jakiego używałam. Bezzapachowy i z dobrym składem, i bardzo wydajny. I tyle. Będę kupować, dopóki nie wycofają.

Gillette – Satin Care – żel do golenia z aloesem – bardzo Was proszę, nie wyciągajcie pochopnych wniosków z faktu, że butelka od tego żelu zardzewiała... Używałam go częściej niż raz do roku w kroku, słowo! Był delikatny i zamieniał się w gęstą, porządną pianę. Pachniał super, zadanie spełniał, kupię.

Dove – Go Fresh – granat i werbena – Dove chyba robił jakąś kampanię na blogach, bo kilka miesięcy temu czytałam o tych antyperspirantach w wielu miejscach. Wszyscy zachwalali, więc postanowiłam przełamać dezodorantowy impas i kupiłam pierwszy spray od czasów podstawówki. To była bardzo miła odmiana – zapach świeży, owocowy, ochrona dobra, bardzo mi się spodobało. Już druga butelka idzie do śmieci i będą kolejne. 

Fa – NutriSkin – antyperspirant w sztyfcie – nie polubiłam go, pachniał ładnie, ale był zbity, tępo szorował po skórze i kruszył się. Nie kupię.

The Body Shop – Deo Dry Fresh & Floral Stick – ten sztyft potraktowałam jak wyzwanie. To NIE jest antyperspirant, więc na dzień się nie nadawał, swego czasu wrzuciłam go do worka z kosmetycznymi niewypałami: KLIK. Postanowiłam jednak dać mu szansę i stosowałam go na wieczór. Nie dawał wielkiego odświeżenia, ale też nie wadził. Byłam ciekawa, na ile starczy ten różany kamień. Po... 10 miesiącach codziennego smarowania odpuściłam, został jeszcze z centymetr. Nie planuję dalszych przygód z tym bezsensownym Floral Stickiem.

Na koniec próbki:


Nivea – Odżywczy balsam do ciała pod prysznic – po stokroć idiotyczne rozwiązanie. Gdy poszła fama na blogach o tym balsamie, myślałam, że to po prostu kremowy żel pod prysznic z jakimiś mocno nawilżającymi składnikami. To jednak jest dużo gorszy pomysł: najpierw trzeba się umyć, potem opłukać, potem wysmarować Niveą, a potem... spłukać. Jaki to ma sens? Jak to ma przyspieszać balsamowanie, skoro i tak musimy wysmarować całe ciało, jak zwykle? Nie wiem, o co chodziło twórcom i nie jestem pewna, czy oni wiedzieli. Nivea tym samym otrzymuje prestiżową nagrodę Kosmetycznej Debilki Roku 2013. 

Bandi – Hydro Care – Serum intensywnie nawilżające – po niewielkiej próbce ciężko orzec coś więcej, konsystencja bardzo wodnista, szybko się wchłania, na razie nie planuję zakupu.

Bourjois – Glamour Lovely EDP – słodki, kwiatowy zapach – uroczy, ale nie w moim klimacie. 

W ten sposób wspólnie dobrnęliśmy do końca. Odczuwam wielką satysfakcję z faktu, że choć trochę przejaśniało w moich kosmetycznych szafkach. Zobaczymy, co przyniesie luty. A Wam jak poszło w ostatnim miesiącu?


sobota, 1 lutego 2014

Denko prodżekt, odc. 10

W tym miesiącu wyrzucam dużo śmieci. Tak dużo, że ledwo zmieściły się w beznadziejnym worku od Pat&Rub. Była kiedyś promocja, na którą załapałam się przypadkiem – zakupy powyżej iluś tam były nagradzane pogniecioną, plastikową ekotorbą, liczba toreb na szczęście ograniczona, na nieszczęście ja się jeszcze załapałam. Nie wiem, po co ona w ogóle powstała, bo wstyd z tym wyjść na ulicę czy nawet do kiosku, w związku z czym znalazłam jej idealne zastosowanie: od kilku miesięcy urodziwa torba przechowuje kosmetyczne śmieci. 


Postaram się nie rozwodzić, coby nie zanudzić Was moimi śmieciowymi wywodami. Ale niczego nie obiecuję – znacie mnie. Na początek lekki kaliber, czyli substancje myjące ukryte w przeciętnej urody opakowaniach:


Soraya – Piękne Ciało – Zmysłowy żel do mycia ciała odświeżająco-nawilżający – a tam zaraz zmysłowy, po prostu poziomkowy. Z Sorayą zwykle nie jest mi po drodze, ale żele to opcja bezpieczna, a ten dawał radę – poziomkowa nuta była nietypowa i dość zbliżona do rzeczywistej poziomki prosto z krzaka, ale te wszystkie pierdoły na opakowaniu producent naprawdę mógł sobie darować. Że zmysłowy, że nawilża? Jest poziomkowy i myje. I się pieni. I już nie powróci, bo to limitka. Kupiłabym więcej, ale wiadomo. Jeśli chodzi o naklejkę, to musiałam oglądać tę brzydką, zmutowaną formę od samego początku, bo żel był sprzedawany w zestawie z balsamem, przy czym status zestawu nadała porcja taśmy klejącej. Very stylish. 

Ma Provence – żel pod prysznic Lavender Blossom – więcej o nim napiszę w kolejnym odcinku serii „Moje kosmetyczne pomyłki”, a teraz powiem tylko, że doceniam porządną butelkę z aluminium oraz równie porządny dozownik. Cóż, chciałam powiedzieć coś miłego. Nie kupię, bo śmierdzi.

Cetaphil – Restoraderm – Emulsja do mycia dla niemowląt i dzieci – tę emulsję dostałam od znajomej dermatolog, która z kolei dostała ją od producenta. To było latem, emulsja miała dopiero wejść na rynek, a na dobry, miły początek dermatologicznej współpracy na opakowaniu nie zamieszczono etykiety ze składem. Zaufałam w ciemno i nie mam zastrzeżeń do jakości – emulsja ma konsystencję rzadkiego balsamu, jest bezzapachowa (przeznaczona dla wrażliwych dupek niemowlaków i dla wszystkich ultraalergików), prawie się nie pieni i traktuje wrażliwą skórę łagodnie i z honorami. Wolę pachnące kosmetyki myjące, choćby i delikatnie, no i ten brak piany trochę mi doskwierał, ale może jeszcze go kupię, bo to dobry kosmetyk jest.


L'Occitane – Bonne Mere – mleczne mydło w płynie – mój mózg ma tę właściwość, że jak dociera do niego coś o mleku i miodzie, od razu się przegrzewa. To skutkuje wieloma zakupami zestawień mleczno-miodowych, ale też mleka lub miodu solo. Kiedy zobaczyłam serię Bonne Mere, natychmiast jej zapragnęłam – pech chciał, że właśnie ją wycofywali, więc kupiłam tylko to, co udało mi się zdobyć. Jedną z rzeczy jest mydło w płynie, które radowało moje oczy za każdym razem, gdy wchodziłam do łazienki, a poza tym mydło jak mydło – myło i pachniało „toaletowo”. Zawsze przeżywam podobne rozczarowanie kosmetykami mlecznymi. Wyobrażam sobie aromaty najpyszniejszych deserów, a potem dostaję coś toaletowego. No ale jak pachnie mleko-mleko? Na pewno nie jak lody śmietankowe polane waniliowym sosem. Szkoda, ale czas dorosnąć. Tego już nie kupię, bo: patrz wyżej.

Joanna Naturia – Peeling myjący z czarną porzeczką – faktycznie gdzieś tam mieszka ta czarna porzeczka w składzie, pachnie akceptowalnie, ale dla mnie zbyt słodko i sztucznie. Drobinki wielkości miałkiego piasku są dla mnie za słabe, nie spodobało mi się. Wolę wersję grejpfrutową, tej nie kupię ponownie.

Organique – Sugar Peeling czekoladowy – pisałam o nim tu: KLIK. Aromatyczny, gruboziarnisty tłuścioch, którego upierdliwością jest to, że tłusta, wartościowa powłoka ochronna, jaką po sobie zostawia, wygląda na skórze jak beznadziejny samoopalacz. Ciężko to domyć, ale poza tym jest świetny, oczywiście jeśli akceptujecie oleje w zdzierakach. Chętnie wypróbuję jaśniejszą wersję tego peelingu, ciekawe, czy znajdę równie przyjemny zapach?


Yves Rocher – Minceur Cafe Vert – krem wyszczuplający na brzuch – mama podarowała mi go jakiś czas po porodzie, cobym mogła naprawić zmaltretowany ciążą brzuch. Okazuje się jednak, że mnogość włókien kolagenowych w mojej skórze (genetyczne) uchroniła mnie przed efektem balonika ze spuszczonym powietrzem, trzeba mi tylko kilku kilogramów mniej i serii intensywnych ćwiczeń (może kiedyś...). O kremie Yves Rocher nie mogę powiedzieć nic rzetelnego, bo używałam go bardzo nieregularnie. Nie pachniał zbyt pięknie i chyba lekko chłodził, zawiera wyciąg z ziaren zielonej kawy, które mają czynić cuda, w które i tak nie wierzę. Nie kupię, ale co ja tam wiem...

Soraya – Piękne Ciało – Sunny Touch – balsam do ciała poprawiający koloryt skóry – to druga składowa eleganckiego zestawu Sorai, o którym wspomniałam wyżej, i kolejny całkiem udany produkt. Balsam pachniał trochę inaczej niż żel, ale też uderzał w poziomkową nutę. Wyciąg z orzecha królewskiego (czyli włoskiego, użyłam Google) miał poprawiać koloryt, ale nie zauważyłam, żeby to robił – może dlatego, że smaruję się zwykle wieczorem w półmroku, a następnego dnia zapominam podziwiać swoje nogi. Nawilżał nieźle i może bym go kupiła, ale wobec tyyyyylu zapasów wydaje się to mało realne.

L'Occitane – Koncentrat mleczny do ciała – to był mój najbardziej odlotowy zakup kosmetyczny: krem do ciała za 179 zł, nie mam pojęcia, jak do tego doszło. Jestem w stanie zapłacić dużo za kremy do twarzy, ale zwykłe nawilżające mazańce do ciała za tyle złotówek to czyste szaleństwo. Uwielbiam zapach serii migdałowej Amande, więc ten koncentrat również mnie zachwycał. Oszczędzałam, oszczędzałam, aż zaczęły robić się w nim grudki, więc musiałam szybko go wykończyć. Nawilża dobrze, ale nie oszałamiająco, a szklany słoik – choć piękny – jest mało praktyczny. Czar nieco prysł, chociaż nie wykluczam kolejnego zakupu w przypływie szalonego natchnienia (niezwykle prawdopodobne, że owo natchnienie nadejdzie wraz z którymś kuponem rabatowym – takowe od czasu do czasu nawiedzają moją niezwykle podatną na wpływy skrzynkę mailową). Recenzja tu: KLIK


Isana – Bodycreme Olive – o trzech kremach w pękatych słojach rossmannowej Isany pisałam tutaj: KLIK. Muszę się do czegoś przyznać: dużo lepiej idzie mi denkowanie rzeczy lipnych niż tych fantastycznych. Ten swoisty masochizm wynika z faktu, że fantastycznościami chcę się cieszyć jak najdłużej, a beznadziejności pozbyć jak najszybciej, ale jakby się nad tym spokojnie zastanowić, jest to dość głupie. Krem oliwkowy pielęgnacyjnie nawet dawał radę, ale nieznośny zapach świeżych, zielonych oliwek zmieszanych z kwaśnym, duszącym mydlanym dodatkiem skutecznie odbierał mi nadzieję na rozstanie w pokoju. Nie kupię ponownie.

Yves Rocher – Riche Crème – przeciwzmarszczkowy krem pod oczy – ten dla odmiany jest bardzo dobry, pisałam o nim tu: KLIK. Kupiłam go znowu, ale już w nowej szacie graficznej i z nowym składem. Jak przetestuję, dam Wam znać, czy z nowego też taki mocny zawodnik.

W tym miejscu urwę swój list i zaproszę na ciąg dalszy przy naszym następnym spotkaniu. Miałam się nie rozwodzić, ale jednak się rozwiodłam, dlatego ciąg dalszy nastąpi :).