niedziela, 12 stycznia 2014

Suche olejki: Nuxe Huile Prodigieuse vs. Yves Rocher Monoi de Tahiti – który lepszy?

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o suchych olejkach, nawet nie umiałam ich sobie wyobrazić. Przecież olejek z natury jest tłusty, sprawdziłam to dokładnie na milutkim ciałku Tomasza i mniej milutkim własnym. O co więc chodzi z olejkami suchymi? To prawie tak absurdalne jak woda w proszku. Tak sądziłam.


Pierwszym suchym olejkiem, jaki trafił w moje ręce, był yvesrocherowy Monoi de Tahiti. Zainteresował mnie po przeczytaniu recenzji u Magdy na Wakacjach i podczas jednego z szalonych rajdów po stronie Yves Rocher wrzuciłam go do koszyka. Blogowy klasyk – Nuxe Huile Prodigieuse – dołączył do zbiorów niedługo później. Kupiłam go na wrześniowym urlopie w Gdyni i jego zapach chyba już zawsze będzie mi się kojarzył właśnie z tymi wakacjami. 

Teraz już wiem, że suchość tych olejków wiąże się z ich szybkim wchłanianiem – tłusty płyn po krótkiej chwili znika z powierzchni skóry, pozostawiając po sobie tylko ledwo wyczuwalną pod palcami warstwę ochronną. Ten efekt jest interesujący, ale nie zachwyciłby mnie, gdyby nie intrygujące nuty zapachowe, jakie odnalazłam w obydwu butelkach. 


Zacznijmy od klasyka. Nuxe Huile Prodigieuse [czyt. niuks łil prodiżjuz] mieści się w eleganckiej, szklanej butelce z atomizerem, która ma pewną wadę – jest okrutnie niewygodna. Gdy zaczynamy aplikować olejek, dłonie ślizgają się po ciężkim szkle, a kwadratowa, spora butelka bardzo źle leży w tłustej dłoni. To chyba jedyne, co mi się w nim nie podoba. Ja mam największą pojemność – 100 ml, ale są też pięćdziesiątki, które na pewno łatwiej okiełznać. 

Oleje: ze słodkich migdałów, kamelii, ogórecznika, orzechów makadamia i laskowych, olej słonecznikowy i oliwa z oliwek, to tylko niektóre z tłustych składników Huile Prodigieuse. W składzie znajdziecie też ekstrakt z dziurawca, liści rozmarynu, wyciąg z pomidora i witaminę E. Wiele cennych składników plus absolutnie tajemniczy parfum/fragrance. Czym pachnie ten olejek? Nie mam pojęcia, ale jest to jeden z najpiękniejszych zapachów, jakie aplikowałam na skórę. Jak go określić – orientalny? To za mało, w każdym razie jest piękny, może trochę kadzidlany, sama nie wiem... Bez wątpienia to największa zaleta olejku od Nuxe. 

Producent określa go jako multifunkcyjny i przeznacza do ciała, włosów, a nawet twarzy! Właściwości pielęgnacyjne pośladków mi nie urwały, ale chodzi raczej o ogólne właściwości suchych olejków – brakuje mi spektakularnego nawilżenia, brakuje tego ukojenia, jakie dają najlepsze masła i kremy nawilżające. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość tego typu produktom – nawilżenie jest zadowalające, a do tego oleje dają efekt cudownego wygładzenia, zatem wcieranie oleistej mazi w ciało, włosy czy twarz swój sens posiada. I to całkiem spory. Nie pryskałam włosów na całej długości, tylko końcówki. W tej roli sprawdził się dobrze. Twarz chętnie przyjmuje olejowe dobrodziejstwa od Nuxe, ale nie każdemu może odpowiadać wyrazisty zapach tak blisko nosa. Moja teściowa jest zachwycona, ja na sobie nie sprawdzałam z uwagi na kapryśną cerę. Mimo zdecydowanej zapachowej nuty olejek Nuxe nie jest duszący. Aromat utrzymuje się na skórze przez kilka godzin, ale jest delikatny, niedrażniący. Zupełnie inaczej sprawa ma się z Monoi de Tahiti od Yves Rocher...


Olej monoi de Tahiti to macerat kwiatów monoi, czyli gardenii tahitańskiej, w oleju kokosowym. Nie całkiem jeszcze otwarte kwiaty monoi są ręcznie zbierane, a potem macerowane nie krócej niż 10 dni. To może oznaczać tylko jedno: propozycja Yves Rocher sadzi tahitańską gardenią aż miło. Zapach tego olejku jest bardzo egzotyczny, bardzo ciekawy i jednocześnie tak intensywny, że wciąż jeszcze zastanawiam się, czy pachnie cudownie, czy poddusza smrodem. Łatwo przekroczyć cienką granicę przy takich zdecydowanych, mocnych aromatach. Są dni, gdy zapach Monoi de Tahiti mnie zachwyca, są i takie, gdy kompletnie nie mam na niego ochoty. Nie jest oczywiście tak intensywny jak perfumy czy woda toaletowa, ale za to bardzo trwały – po zbliżeniu nosa nawet po pięciu godzinach wciąż czuć tahitańską gardenię bardzo wyraźnie. Po takim czasie po olejku Nuxe zapachowo nie ma już śladu. Lekko odparowany na skórze pachnie dużo lepiej niż zaraz po się_spryskaniu. Odwrotnie do Nuxe, który ucieka spod nosa zdecydowanie za szybko i szybko zaczynam za nim tęsknić. Monoi de Tahiti to zapach wakacji – takich, na które sama nigdy się nie wybieram, czyli plaża, drinki z palemką i usmażona w słońcu skóra. Miło jednak pomarzyć o słońcu i rozgrzanych pośladach – szczególnie gdy za oknem śnieg z deszczem, mimo dość zaawansowanego stycznia. 

Olejek Yves Rocher mieszka w plastikowej butelce, która dużo lepiej pasuje do dłoni, ale nie jest już tak estetyczna jak Nuxe. Mimo wszystko moim zdaniem wciąż ładna. W obydwu przypadkach atomizer jest niebezpieczny – łatwo obryzgać wszystko naokoło olejkiem, który – mimo że suchy – to jednak wciąż zachowuje swoje tłuste właściwości i niechętnie wyprowadza się z ubrań. 
Właściwości suchego olejku Yves Rocher są zbliżone do Nuxe. Szybko się wchłania, nie pozostawia nieprzyjemnej tłustej warstwy, dobrze pielęgnuje. Dopieszcza zmysły, rzecz jasna jeśli akceptujecie ten specyficzny zapach. Wrażliwym nosom sugeruję powąchanie go w sklepie stacjonarnym – ja poszłam na całość, ale uwielbiam słodsze, cięższe zapachy kosmetyków, więc istniała duża szansa, że mi się spodoba. Olejek można stosować do ciała i włosów, ale nie nadaje się do twarzy, choćby ze względu na ten trudny zapach.

Który jest lepszy? Trudno powiedzieć. Zależy, co dla Was jest najważniejsze w tego typu kosmetykach. Cenowo zdecydowanie wygrywa Monoi de Tahiti, właściwości mają podobne, a zapach to sprawa indywidualna. Gdybym miała wybierać, postawiłabym raczej na produkt Nuxe – aromat tego olejku jest dla mnie jednoznacznie cudowny, no i nie jest tak intensywny jak Yves Rocher, co sprawia, że zawsze mam na niego ochotę. Warto też zwrócić uwagę na jego multifunkcyjność – z powodzeniem można używać go do twarzy, podczas gdy producent Monoi de Tahiti nawet tego nie zaleca. Mimo wszystko tahitańska gardenia też daje radę i jako produkt do pielęgnacji ciała jest godna polecenia. Jeżeli lubicie wyraziste, egzotyczne nuty zapachowe, a wydanie przynajmniej 70 zł na 100 ml olejku to dla Was rozbój w biały dzień, polecam propozycję Yves Rocher – jakością nie ustępuje słynnemu Huile Prodigieuse. Francuzi jednak wiedzą, co dobre!


Yves Rocher – Monoi de Tahiti
Pojemność: 125 ml
Cena: 39 zł (cena regularna, w Yves Rocher bardzo łatwo o promocje)

Nuxe – Huile Prodigieuse
Pojemność: 50 lub 100 ml
Cena: bardzo różna, można go kupić solo i w zestawach, ceny zaczynają się od 45 zł za 50 ml; większą pojemność widziałam już za niecałe 70 zł.

28 komentarzy:

  1. Uwielbiam obydwa, za jakiś czas sięgnę po drugą butlę Monoi, bo mam w zapasie :)
    Nuxe ma zapach niebiański, jest woda toaletowa o tym zapachu, ale oczywiście u nas niedostępna, może kiedyś ją zdobędę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie wiem, czy chciałabym wodę toaletową Nuxe'ową, to jednak może być niezły hardkor... :)

      Usuń
    2. Oj ja by chciała ! :)

      Usuń
  2. wybieram Nuxe :P bezsprzecznie, bez dwóch zdań i bez zawahania :]

    OdpowiedzUsuń
  3. To ja wybieram Caudalie Divine Oil :D
    Nuxe lubię, ale jakoś specjalnie za nim nie szaleję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja miałam nuxe, ale nie lubię ze względu na zapach:(

    OdpowiedzUsuń
  5. miałam suchy olejek garnier. nie polubiłam się z taką formą kosmetyku. wolę normalne olejki, lepiej nawilżają moją skórę

    OdpowiedzUsuń
  6. Z chęcią przetestowałabym oba :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam Nuxe 50ml, ale teraz nie ma mnie w domu, i zaczynam za nim tęsknić, bo nie zdążyłam go użyć :(

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam wersję Nuxe, i bardzo go lubię. Ten z YR bardzo kusi i pewnie kiedyś też będzie mój. Mam też olejek suchy z Eveline, ale jeszcze się z nim nie zaznajomiłam ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie dla mnie, niestety.
    Nie lubię olejowej formuły w kosmetykach.

    OdpowiedzUsuń
  10. Miałam z YR żel z tej serii co olejek i teraz jestem ciekawa czy podobnie pachną. Generalnie nie lubię dominujących zapachów, dlatego spodobał mi się Nuxe, ale skoro oba działają dobrze to kusi mnie YR ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam ten żel, to ten sam wariant zapachowy

      Usuń
  11. Mam nuxa i uwielbiam jego zapach, ale... chyba nie potrafię znaleźć zastosowania. Na włosy - źle, na twarz - źle. Skórę to tak słabo nawilża. Chyba mażę się tym jedynie dla zapachu, który moim zdaniem jest odrobinę babciny, ale ja takie lubię:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. babciny puderek to jest Yves Rocher, o którym nie napisałam, mają tam taki w sprzedaży :)

      Usuń
  12. no ja nie słyszałam o suchych olejkach :)))

    OdpowiedzUsuń
  13. jedyny olejek do ciała, jaki stosuję z przyjemnością, to olejek Eisenberga (też francuski :P hihi).. choć Nuxiaka nie znam :) ale pozostanę póki co z Edziem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no i znowu. Ty mówisz: Eisenberg, a ja widzę tego bezczelnie przystojnego kolesia w drogim garniaku :D

      Usuń
  14. Miałam jedynie miniaturkę olejku z Nuxe ale bardzo go polubiłam i sprawię go sobie na wakacje :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja nie miałam jeszcze żadnego suchego olejku. Ale ten z NUXE wydaje się być bardziej dla mnie, może sobie kiedyś kupię :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Nuxe mnie kusi, ale w wersji rozświetlającej:) Obiecuję sobie, że tego lata w końcu do mnie trafi:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam miniaturkę tego rozświetlającego - fajny jest, ale może faktycznie lepiej na lato :)

      Usuń
  17. Po tej notce szybciutko pobiegłam na stronę YR, ale niestety olejek monoi jest już niedostępny :/, co do Nuxe to również mam ochotę na rozświetlającą wersję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojjj, szkoda :( mam nadzieję, że uzupełnią zapasy wcześniej niż latem! ciekawe, czy w salonach są teraz dostępne

      Usuń
  18. Łil prodiżjuz i jego multifunkcyjność wymiatają :D

    OdpowiedzUsuń
  19. Mam olejek z Nuxe, ale wersję z drobinkami, bardzo go lubię :)

    OdpowiedzUsuń