niedziela, 28 grudnia 2014

Baza pod cienie Lime Crime – Eyeshadow Helper [recenzja]

Święta, święta, a po nich... Lime Crime. Ofertę marki wyczaiłam kiedyś w internecie, ale nie zdecydowałam się wtedy na żaden produkt, bo nie wiedziałam, od czego zacząć. Potem wyczytałam u Hexxany, że baza Eyeshadow Helper jest boska dla tłustych powiek, więc pobiegłam w podskokach na zakupy. Firma Lime Crime się ceni – za 10-gramową tubkę życzy sobie w polskich warunkach prawie 100 zł. To niemało, ale czasem warto. Szczególnie gdy nie tylko jakość, ale i wydajność należą do ponadprzeciętnych


Etykieta, którą podziwiacie, jest już nieaktualna – obecna wersja to mdły, laleczkowaty fiolecik bez ozdobników. Można pomylić w kosmetyczce z błyszczykiem, także uważajcie, dziewczęta. Nie żeby layout powyżej zdobył moje serce, ale po liftingu szaty graficznej wcale nie jest lepiej – to właśnie zamierzałam Wam powiedzieć w mało zgrabny sposób. Mam nadzieję, że metamorfozie uległa tylko grafika i nikomu nie przyszło do głowy grzebać w składzie, ale obiecać nie mogę – wiecie, jak jest.

Baza nie jest testowana na zwierzętach, zyskała etykietę „wegańskiej”, co brzmi nieco głupawo w kontekście kosmetyków, ale jest jak jest i może komuś zrobi różnicę. Eyeshadow Helper chwali się wodoodpornością, co trudno stwierdzić na pierwszy rzut oka/palca z powodu silikonowo-olejowo-talkowej formuły. Konsystencja jest jednak bardzo udana: nie tak lejąca jak w przypadku niewypału w tubce od Artdeco i nie tak obleśnie zbita jak poprzednia wersja bazy Ingrid w słoiczku. Tu jest akurat – tak, że łatwo wydobyć z opakowania i łatwo zaaplikować na powiekę. Brawo. 


Oglądanie składu jest jak podziwianie podręcznika do starocerkiewnosłowiańskiego. Nie pozostaje mi nic lepszego ponad niezbyt rozgarnięte „yyyy?”. Widzę wosk z pestek słonecznika, a reszta to zaawansowana chemia poza moim zasięgiem, dlatego analizę pozostawiam specjalistom.

Ja mogę tylko stwierdzić, że Eyeshadow Helper robi wszystko, co trzeba: podbija kolory, trzyma makijaż na swoim miejscu przez cały dzień, bardzo mocno ogranicza zbieranie się pigmentu w załamaniach, co jest szczególnie istotne przy moich opadających powiekach z niepotrzebnym i uprzykrzającym życie fałdem skórnym. Łatwo rozciera się na nim cienie, a to jedna z ważniejszych kwestii, dlatego złego słowa o Helperze nie powiem. Mogę tylko odrobinę pozrzędzić na opakowanie, które jest wykonane z porządnego plastiku i ma odpowiedniej szerokości wylot, ale często wyłazi przezeń za dużo produktu, co jest jawnym marnotrawstwem. Ilość, którą widzicie na zdjęciu wyżej, jest nawet przesadzona – do zagruntowania obu powiek wystarczy jeszcze mniej, ale to i tak nie ma właściwie większego znaczenia, bo i przy nadmiernym wyduszaniu zawartości Eyeshadow Helper jest bezwstydnie wydajny.

Nie próbowałam słynnej słoikowej bazy Artdeco ani Stay-On firmy Hean, więc nie jestem w stanie porównać tych dużo tańszych produktów z Lime Crime. Być może przepłaciłam za ten mój frykasik, ale skoro już ze mną jest, nie pozostaje mi nic innego jak cieszyć się i polecać wszystkim wokół. Jest dobrze, naprawdę. Tłustopowiekie niewiasty winny być zachwycone. 

Pojemność: 10 g
Cena: 94 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: bestmakeup.pl

czwartek, 25 grudnia 2014

Co odkryłam w 2014?

Zamiast świątecznych życzeń postanowiłam podzielić się z Wami moimi kosmetycznymi i okołokosmetycznymi odkryciami, jakie poczyniłam w kończącym się już na szczęście 2014 roku. To kolejny trudny rok dla naszej rodziny – rok, w którym zbyt często powtarzałam sobie: „podobno co nas nie zabije, to nas wzmocni, ale to już, k**wa, przesada!”. Pierwszym, najważniejszym niekosmetycznym odkryciem, jakie przychodzi mi do głowy, jest fakt, że nie mam depresyjnej natury i w ekstremalnych sytuacjach przyjmuję postawę bojową. Myślę, że dzieje się tak dzięki wsparciu moich bliskich, bez których najpewniej gdzieś po drodze rozpadłabym się na milion kawałków. Na szczęście nadal jestem w całości i niech tak już zostanie! 

Co innego odkryłam w 2014 roku?  

1. Szczotkę Tangle Teezer

Gdy pierwszy raz wzięłam ją do ręki, pomyślałam: to nie może się udać. Plastikowe kolce wydawały mi się tandetne i byłam przekonana, że z moich cienkich, wypadających włosów zrobią masakrę. Z uwagi na osłabione łojotokiem i nadmiernym stresem cebulki linieję jak bernardyn na wiosnę. Okazało się, że tangle teezer jest w stanie rozczesywać mokre włosy bez niepotrzebnego ich wyrywania, a jedynym, do czego musiałam się przyzwyczaić, było poczucie nadmiernego drapania skóry. Dziś pod choinką znalazłam tangle teezera z facjatą baranka Shauna – połączenie idealne!


2. Pierwsze serio-zmarszczki pod oczami

To odkrycie ma sens, jeśli weźmiemy pod uwagę metrykę i długie lata zaniedbań pielęgnacyjnych tych okolic. Jest mi tak okropnie smutno, że gładka skóra pod oczami już nie wróci, wcale nie czuję, że mnie owe zmarszczki uszlachetniają, a już na pewno nie są szlachetne, gdy zroluje się w nich korektor. Wyglądam wtedy jak stara pudernica, choć rysy twarzy mam raczej dziewczęce. Dziewczynka z bruzdami. Taki tam psikus natury. 

3. Przyjemność z kolekcjonowania kolorówki z wyższej półki

Kiedyś nie bardzo mogłam zrozumieć, jak można kupić róż czy puder za 100+ zł. Po co, skoro podobne odcienie, wykończenia czy nawet jakość da się znaleźć na drogeryjnych półkach? Z czasem poczyniłam kilka szalonych zakupów, pod moje skrzydełka trafiły droższe kosmetyki kolorowe i okazało się, że... zupełnie inaczej się ich używa. Poza dobrą jakością zwykle mamy przecież do czynienia z eleganckimi, porządnymi i cieszącymi oko opakowaniami. Odkryłam, że taki kosmetyk wraz z przybyciem do domu zyskuje nie tylko wartość czysto użytkową – to swego rodzaju trofeum, eksponat, który z jakąś niespotykaną nabożnością podziwiam i dodaję do kolekcji. Ceremonia rozpoczyna się już przed zakupem – wiadomo, że zanim wrzucę coś droższego do koszyka, oglądam, czytam recenzje, słowem: nakręcam się. Gdy eksponat zostanie zdobyty, poświęcam mu więcej uwagi – głębiej analizuję działanie, trwałość, kolor. Nawet jakoś inaczej miesza się w nim pędzlem ;). To zupełnie nowe emocje! Na szczęście udało mi się zachować przy tym zdrowy rozsądek i potrafię dostrzec wśród wysokopółkowych produktów przeciętniaki, a czasem i słabiaki. To zawsze boli, ale cieszę się, że piękna oprawa i mało rozsądne kwotowanie producentów nie zaburzają mojej oceny. Ufff, to wciąż ja – często krytyczna i zrzędząca, ale jednak ja! 

To chyba najdroższa pomadka w mojej kolekcji. Okazało się, że odcień wcale nie jest nadzwyczajny
 i mimo że poprawna, zdecydowanie nie jest warta swojej ceny. Pozostaję wierna dużo tańszemu MAC-owi.

Warto wspomnieć, że przy tych coraz liczniejszych romansach z ofertą Sephory czy Douglasa nie straciłam zainteresowania tanimi markami. Wciąż uwielbiam testować produkty Catrice i Essence, używam regularnie ukochanego różu Astor i cieszę się jak wiewiórka z orzechem w gębie, gdy uda mi się upolować w internetowym outlecie coś potwornie taniego i jednocześnie fantastycznego (vide: błyszczyk Manhattanu). Hm, a może po prostu kocham kosmetyki? To dopiero byłoby odkrycie...

4. Balsam do ust Nuxe

Zwykle z pielęgnacją ust jakoś-to-było, choć sprawy nie ułatwiał fakt, że namiętnie obgryzałam suche skórki i wiecznie zapominałam włożyć do kieszeni płaszcza sztyft ochronny. Obecnie nie bardzo mam co obgryzać, bo do roboty zabrał się Reve de Miel. Nie wiem, co czarodziejskiego jest w tym niewielkim słoiku, ale fakty są takie, że balsam zaaplikowany niezbyt grubą warstwą na noc, rano wciąż jest obecny na wypielęgnowanych ustach. Teraz w wietrzne (bo przecież nie zimowe) dni wystarczy mi zwykła kolorowa pomadka o tłustej formule – dla mnie bomba. A wracając na chwilę do droższych kosmetyków kolorowych, wspomnijmy o tym...

5. ...że zakochałam się w MAC-u

Czy ja pisałam coś wcześniej o zdrowym rozsądku? Jeśli chodzi o MAC-a, mój rozsądek schował się pod łóżkiem i leży tam skulony od wielu długich miesięcy. Kiedyś nawet nie chciałam wejść do salonu MAC – onieśmielał mnie, wszystkiego było tak dużo, że nie wiedziałam, od czego zacząć, a ekspedientki w idealnych, wystrzałowych makijażach wcale nie zachęcały do rozmowy. Dzięki wielomiesięcznej pilnej lekturze blogów przełamałam się i kupiłam pierwszą pomadkę (Syrup). To był rok 2013, a ja nie miałam pojęcia, że pod koniec 2014 moja kolekcja będzie liczyła ich już ze dwadzieścia! Te kosmetyki są niesamowite. Większość z nich jest doskonałej jakości, a od mnogości odcieni, tekstur formuł i... limitowanych edycji można oszaleć. Mimo że z powodu VAT-u ceny w Polsce są mocno zawyżone względem USA i Kanady, a opakowaniom daleko do luksusowych, marka pozostaje dla mnie magiczna i wcale nie dziwię się Marti, że przez kilka lat tytuł jej bloga brzmiał Beauty&MAC. Można stracić głowę dla tego MAC-a, co niniejszym uczyniłam.


6. Lakiery Essie trzymają się również moich paznokci

W ubiegłym roku, gdy poznałam markę Essie, natychmiast spotkało mnie srogie rozczarowanie. Z jakiegoś powodu na moich paznokciach lakiery tej firmy się nie trzymały. Po dwóch dniach odpryskiwały, wyglądały beznadziejnie i nie dało się ich godnie nosić. Już myślałam, że nie dla mnie dziesiątki butelek z pięknymi odcieniami, gdy nagle okazało się, że... wystarczy zmienić bazę. Nie przyszło mi do głowy, że na mojej płytce lakiery Essie nie trzymają się na... bazie Essie. Na tej samej bazie lakiery innych firm trwały po kilka dni, ale Essie okazało się niekompatybilne samo ze sobą. 

7. Warto pisać bloga, bo komentować go może Twoja przyszła przyjaciółka

O przyjaźniach blogowych napisano już wiele, bo wiele z Was nawiązało takowe – od recenzji kremu do wspólnej kawy, od wspólnej kawy do wspólnej imprezy, od wspólnej imprezy do wspólnych zwierzeń o 4 nad ranem... Ja również znalazłam w blogosferze urodowej kilka fantastycznych dusz – niektóre udało mi się poznać osobiście (M., Esy, Agata), są też takie, które bardzo chciałabym zobaczyć, ale dzieli nas wiele kilometrów i nie będzie to łatwe (co nie znaczy, że niemożliwe :)). W tym roku zupełnym przypadkiem na mojego bloga trafiła Lu – blogerka absolutnie nieurodowa (chociaż absolutnie urodziwa), której niesamowite pióro i usposobienie bliskie Osiołkowi ze Stumilowego Lasu rozkochały mnie w sobie od pierwszego wejrzenia. Kiedyś kojarzyłam ją z blogowych komentarzy, dziś jest dla mnie jak siostra, mieszkamy niedaleko siebie (bo tak sobie wymyśliłyśmy), rzucamy mięsem w fejsbukowym oknie w środku nocy i wiemy o sobie tak wiele, że to aż nieprzyzwoite. Taka to Lu przytrafiła mi się przypadkiem, podobnie przypadkowa jak mój mąż odnaleziony dawno temu pomiędzy empetrójkami na Soulseeku. 

Oto moje tegoroczne odkrycia. Jestem bardzo, baaaardzo ciekawa, jakie są Wasze!

sobota, 20 grudnia 2014

Słynny dwufazowy płyn do demakijażu oczu od Chanel – czy wart swojej ceny?

Coś takiego jak płyn do demakijażu za stówę w moim domu raczej się nie pojawia. Właściwie dotychczas pojawiło się zaledwie raz, a fakt ten zawdzięczać mogę jedynie koleżankom blogerkom, które niestrudzone wodzą na pokuszenie. Co i rusz. Niech żyją blogerki! Wypijmy za ich zdrowie mleko kokosowe, podnieśmy swe szklanice, brzdęk, brzdęk!


Chociaż gdyby się nad tym zastanowić na spokojnie: dlaczego miałabym nie zapłacić stówy za Doskonały Płyn do Demakijażu? Przecież oczy są mi miłe, dbam o nie, nie chcę ich podrażniać, trzeć wściekle i tak dalej. Dlaczego krem do twarzy za stówę to absolutnie nic nadzwyczajnego, a dwufaza ma w mej głowie status rolki papieru toaletowego? Nie wiem i postanowiłam zmienić tenże pogląd, zaczynając od legendy. Legendy, która – jak się okazało – była niedostępna w każdej odwiedzonej przeze mnie stacjonarnej drogerii. Niech więc żyje internet. Wypijmy za jego zdrowie mleko kokosowe...


Na początek opakowanie: stosowne do ceny – niewymuszona skromna elegancja w porządnym, matowym plastiku. Uwielbiam taki przemyślany minimalizm. Urocza wydała mi się też nadgorliwość producenta, który najpierw przyspawał do dziury wylotowej ochronny plastik, a następnie zafoliował kartonik. Tak na wszelki wypadek. Uwielbiam te wszelkie wypadki! 

Płyn wewnątrz jest przyjemnie błękitny – to taki świeży błękit, który swą barwą potrafi wprawić w optymistyczny nastrój nawet największego ponuraka. Fazy dobrze mieszają się ze sobą i pozostają wymieszane na tyle długo, bym nie musiała stresować się, że nie zdążę nalać na wacik tego, co potrzeba (tak było w przypadku dwufazówki Delii, brr). Płyn jest bezzapachowy. Po wymieszaniu wychodzi bardzo tłusty, co ma tę zaletę, że gładko i zwinnie sunie po powiekach, i tę wadę, że zostawia po sobie tłustą pamiątkę. W porównaniu z Chanel mój ulubieniec z Yves Rocher wylany na wacik wydaje się kosmetycznym chamem – gorzej mu idzie praca, jakoś tak oporniej i z mniejszym przekonaniem (mimo wszystko efekt końcowy jest świetny, więc brak tak idealnego jak w Chanel poślizgu w ogóle mi nie przeszkadza). 


Skład krótki, wysoko na liście mamy chabra bławatka, który jest również składnikiem mojego ulubionego dwufazowego płynu Yves Rocher. Znalazło się też miejsce dla parafiny, która w okolicach oczu mi nie przeszkadza, choć w Pur Bleuet z Yves Rocher jej nie znajdziecie, i dla parabenu, który mi wisi, ale wiem, że te konserwanty nie są kochane przez składowych analityków. Także tego. Skład nie powala i nawet tych kilka kropel olejku z róży damasceńskiej nie ratuje sytuacji. 

A teraz najważniejsze: działanie. I tu właśnie mam problem, bo jest i tak, i śmak, z przewagą śmaka o poranku, niestety. Płyn Chanel szybko rozpuszcza makijaż, a parafinowy poślizg chroni przed nadmiernym pocieraniem delikatnych okolic wokół oczu. Nie używałam go nigdy do demakijażu całej twarzy, bo do tego służy mi płyn micelarny i/lub żel myjący. Z tuszem, kredką, cieniami Chanel rozprawia się szybko i delikatnie, ale jest jeden problem. Po użyciu tej dwufazy codziennie rano wita mnie widok samej siebie w przebraniu pandy wielkiej. Jest to równie dziwne, co żenujące, bo oznacza, że: a) nie umiem zmywać oczu, b) ostro przepłaciłam za gówno w sreberku, c) obie te rzeczy naraz. A tak serio: nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje, ale sytuacja powtarza się za każdym razem – rano mam pod oczami rozmazane, szare smugi, mimo że wieczorny demakijaż wydaje się perfekcyjny. Jedynym sposobem, żeby tego uniknąć, jest przetarcie oczu na koniec płynem micelarnym. Z tego względu moje rozczarowanie dwufazówką Chanel jest ogromne, bo zapowiadała się świetnie (no, może poza stosunkiem ceny do wydajności – ubywa zdecydowanie za szybko), a efekty są mocno poniżej oczekiwań. W tej sytuacji z podkulonym ogonem wracam do yvesrocherowego Pur Bleuet, który w cenie regularnej kosztuje 24 złote, a zmywa wszystko do zera.


Pojemność: tylko 100 ml
Cena: 120 zł (ja kupiłam za 95 zł + przesyłka)
Ocena: bez uwzględniania ceny: 4+/6 (mimo wszystko delikatnie i szybko można wykonać nim demakijaż, a potencjalną pandę zneutralizuje przetarcie oczu płynem micelarnym). Jeśli weźmiemy pod uwagę kwotę, jaką trzeba wywalić z portfela, Demaquillant Yeux Intense zasłuży co najwyżej na tróję.

środa, 17 grudnia 2014

Catrice – Absolute Bright, czyli paleta absolutnie nieciekawa

Dawno, dawno temu była sobie paletka. Pojawiła się na świecie jako młodsza siostra Absolute Nude (recenzja klik) i natychmiast wywołała ciekawość i lekki ślinotok Agaty, matki Tomasza. Agata, matka Tomasza, akurat była w fazie zachwytu nad efektem rozświetlania ruchomej powieki czym się da, pragnęła też pobawić się jasnymi odcieniami, dlatego będąca na wyciągnięcie ręki Absolute Bright wydała się idealna. Niestety, nadzieje poszły z dymem wraz z pierwszymi pociągnięciami pędzla. Łaj, oł, łaj?


Ta wersja Absolute Bright została nazwana 010 Candy Warhol – nazwa tyleż pomysłowa, co bezużyteczna, gdyż/ponieważ/albowiem nie ma innej palety Absolute Bright w kolekcji Catrice. Pewnie kiedyś się to zmieni i stąd numerek porządkowy na dzień dobry, ale na razie pozostaje on dla nas bez większego znaczenia. 


Przyznajcie, na pierwszy, a nawet drugi rzut oka wnętrze wygląda co najmniej nieźle: mamy białą perłę, żółtą perłę, różową perłę... i jeszcze trzy inne perły, które widzicie na obrazku powyżej i zobaczycie na tych poniżej. Przejdźmy więc do poniższych, wcale niebrzydkich fotografii.



No naprawdę, radowały się me oczęta na myśl o przystrojeniu takimi rozmaitymi, bezwstydnymi połyskiwaczami. Wiedziałam, że trzeba będzie z perłami uważać, bo – jak mawia staropolskie przysłowie – co za dużo, to lata 80., ale uzbrojona w tę ostrożność mimo wszystko spokojnie ruszyłam do testów. Najpierw wstępne macanko:


Jest okej, są miękkie, łatwo się nabierają, ale... pojawił się pierwszy problem. Cienie zeswatchowane na ręce wydały się jakieś... podobne? Niby różne odcienie, a jednak nabrałam podejrzeń. Wstępna penetracja palety odbyła się za pomocą palców i tu nie miałam żadnych uwag dotyczących pigmentacji. Niestety, sprawa skomplikowała się po wzięciu w obroty pędzli (pacynkę dołączoną do zestawu z założenia olałam, bo nie mam bladego pojęcia, jak można się malować pacynkami, nie umiem – taka ze mnie miękka gąbka). Okazało się, że kolory, nie dość, że podobne, to jeszcze po bardzo delikatnym roztarciu rozpływają się w makijażowym niebycie. I bardzo się to wszystko pyli. Może w tym problem? Czyżby pigment odfruwał romantycznie w stronę zachodzącego słońca? 


W tym mało wyszukanym makijażu zrobionym bez bazy użyłam co najmniej czterech odcieni z Absolute Bright. Widać? No właśnie. Próbuję się ich doliczyć i jakoś nie idzie. Aha, to, co tam połyskuje najbliżej rzęs, to już nie Catrice, tylko srebrny eyeliner MUA. Niestety, zupełnie nie umiem docenić walorów Absolute Bright – dla mnie każdy z tych odcieni (no, może poza białym) to jeden diabeł. Nie ma sensu ich mieszać – szkoda czasu. Jakość też pozostawia wiele do życzenia. Pojedynczy cień na całą powiekę (którykolwiek, serio) jeszcze ma jakąś moc ekspresowego upiększania, ale w takim scenariuszu lepiej kupić jednego porządnego Inglota lub jedno porządne cokolwiek_innego, a Absolute Bright zwyczajnie nie zawracać sobie głowy.

Cena: 21 zł
Ocena: 2/6
Dostępność: szafy Catrice w Hebe i Naturach. Palety dostępne również online tu i tam. 

sobota, 13 grudnia 2014

Kremy do rąk Essence – czy warto?

Trochę się zdziwiłam, gdy okazało się, że najnowsza limitowana edycja Essence to trzy kremy do rąk i... już. Zaawansowane procesy myślowe pod moją blond kopułą szybko pozwoliły mi jednak dojść do wniosku, że właściwie to świetny pomysł – w zimne miesiące kremy do rąk są naprawdę potrzebne, piękne, jedzeniowe zapachy na tę porę też jak znalazł, no i przede wszystkim pytanie pomocnicze: czy naprawdę kolejny cień do powiek, kredka lub rozświetlacz są mi potrzebne? Otóż nie są. Ani te limitowane, ani ze stałej oferty. Ani z Essence, ani nawet od Diora. Przynajmniej nie w tym tygodniu ;).


Mój egzemplarz kremu Cookies & Almond kupiłam w cieszyńskim DM-ie. Podejrzewałam, że będzie dostępny również w Polsce, ale skoro już rzucił mi się w oczy, przygarnęłam biedną ciasteczkową sierotkę. Krem jest w sporo szerszej niż w poprzednich edycjach tubie, co niekoniecznie mi się podoba, bo ucierpiała na tym jego poręczność. Zapach jak zwykle bezwstydnie apetyczny – nazwałabym go raczej „almond cookies” niż „cookies & almond”, ale to już szczegóły. Migdałowy aromat jest z serii spożywczych syntetyków, co wcale nie ujmuje mu urody. Nie jest też tak natrętny, jak choćby w moim ulubionym kremie L'Occitane Delicious Hands, tylko wesoło towarzyszy w trudnym dnia przetrwaniu. Przyjemnie nam razem, to na pewno.


Konsystencja odpowiednia – nie za gęsta, nielejąca, a właściwych rozmiarów dozownik ułatwia porcjowanie kremu w zależności od potrzeb. Po zerknięciu na skład łatwo można stwierdzić, że tym razem o nasze dłonie dba duet: olej kokosowy i masło shea. Fajnie, że oni, bo to dwaj mocni zawodnicy. Producent dorzucił też nieco wazeliny, co w komplecie daje nam formułę dość tłustą i przy nałożonej większej ilości potrzebującą dłuższej chwili na wchłonięcie. Przez pewien czas po aplikacji krem czuć na dłoniach, mimo że ani się nie lepi, ani nie roluje. W tym czasie ochrona rąk jest właściwa – potem problemy z przesuszoną skórą niestety powracają. Na pewno sytuacja poprawia się przy regularnym (2–3 razy dziennie) stosowaniu kremu, ale doraźnie nie jest w stanie naprawić wszelkiego suchego zła tego świata. W sumie wcale mnie to nie dziwi. Ogólnie to bardzo fajny krem na co dzień, warto nosić go w torebce późną jesienią, bo przymila się do właściciela nie tylko zapachem, ale i całkiem dobrym działaniem. To kolejna kremowa propozycja Essence, która miło mnie zaskakuje. Poprzednicy wcale nie byli gorsi.


Mam jeszcze dwa kremy z poprzednich edycji – 24h Hand Protection o zapachu banana w gorzkiej czekoladzie i drugi, sprzed kilku miesięcy, o zapachu ciasteczkowym. Obydwa pachną obłędnie, szczególnie ten czekoladowy banan (czekolady tu mało, za to banana od groma!). Bananowca używałam wiosną z ogromną przyjemnością, chociaż nie dało się go stosować ukradkiem, bo zapach zwracał uwagę otoczenia. Nigdy wcześniej nie spotkałam bananowego kremu do rąk, dlatego zapamiętam go na długo, a teraz oszczędzam, bo smutno będzie się rozstawać. Wersja bananowa jest też dużo lepszym nawilżaczem od ciasteczkowej, co nawet ma sens, jeśli porównamy składy i weźmiemy pod uwagę fakt, że krem bananowy ma dopisek „24h hand protection balm”. Oczywiście nie liczyłabym na to, że po jednorazowym użyciu tego kremu przez całą dobę moje dłonie będą gładkie i wilgotne jak obsikana pupa niemowlaka, ale fakt faktem – to najlepszy nawilżacz z całej trójki. 

Na górze INCI kremu ciasteczkowego, na dole – bananowego.

Niecałe 9 zł za sztukę brzmi jak dobra cena za tak dużą (100 ml) pojemność. Jeśli macie poważne problemy z przesuszonymi dłońmi, polecałabym raczej mój ulubiony krem ratunkowy Garnier (klik) w czerwonej tubie, ale do pielęgnacji normalnej skóry, która od czasu do czasu lubi brylować w towarzystwie swymi suchościami, kremy Essence powinny wystarczyć.

Pojemność: 100 ml
Cena: 8,99 zł
Ocena: 4+/6
Dostępność: okresowo w szafach Essence (m.in. drogerie Natura i Hebe)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Tanie i świetne: Manhattan – Long Lasting Gloss Glide Lip Gloss – 56Z

Który to już raz zabieram się za tanią kolorówkę niemieckiej firmy Manhattan? Odpowiedź brzmi: któryś, w każdym razie z pewnością nie pierwszy (i, jak sądzę, nie ostatni). Ostatni raz w szafie Manhattanu grzebałam ze dwa lata temu, więc – same rozumiecie – nie jestem na bieżąco. A jednak moja kolekcja co kilka miesięcy powiększa się o kolejne manhattanowe eksponaty. Jak? Jak zwykle: internetowo, outletowo. W związku z tym, że outletowo, mogę zakładać, że tego błyszczyka w szafach w Rossmannie (czy innym czymś tam) nie znajdziecie, bo pewnie pochodzi z limitowanej lub wycofanej edycji, ewentualnie nigdy nie pojawił się w Polsce. 


Jedno jest pewne: jak stary by nie był, u mnie wciąż sprawuje się doskonale, pachnie normalnie (trochę pudrowo) i wszystko z nim w porządku, więc z nówką ze sklepu nie powinno być inaczej. 

Błyszczyk Gloss Glide mieszka w całkiem zwyczajnym błyszczykowym opakowaniu z zupełnie standardowym gąbkowym aplikatorem. Fajnie się tą gąbką operuje, konsystencja też jest fajna – podobna do ich słynnych matowych pomadek w kremie (które, o ile się nie mylę, ci marketingowi bezsensownicy wycofali?). Czyli że gęsta i treściwa. I bydlę jest wcale dobrze napigmentowane. 


Nie umiem rapować o kolorach, więc poprzestańmy na tym, że Gloss Glide o numero-literze 56Z to fiolet z drobinkami i połyskiem. Jaki to fiolet, oceńcie same, bo ja się nie znam. Dla mnie to jesienny fioletowy fiolet. Z fioletów umiem wymienić oberżynę i śliwkę. I wrzos. Czy to może być wrzos? Może mi pomożecie? Chętnie się dowiem, co mi się tak podoba, chociaż z filozoficznego punktu widzenia: co-za-różnica.


Na ustach wygląda to tak, odcień jest wyraźny i ładnie się trzyma. Błyszczyk nie jest klejący, więc nie przyklejają się do niego pojedyncze (innych nie mam) włosy. Jak na tak intensywny odcień, zawija się z ust bardzo przyzwoicie – blednie i matowieje. Nie ma pielęgnującej/nawilżającej formuły, więc dobrze jest wypielęgnować się na boku na własną rękę. Na jesień do byle jakiego, trzyminutowego makijażu matki-Polki-szybko-rano-wychodzącej jak znalazł. 

W tym sezonie pan 56Z otrzymał zaszczytne miejsce w kieszeni płaszcza i nie waham się go używać.  Fajny?

Ile: 5 ml
Cena: 3,99 zł w TYM sklepie i 4,99 zł w TYM.
Ocena: błyszczykowy ideał, a stosunek ceny do jakości miażdży.

sobota, 6 grudnia 2014

Wyniki DM-owego konkursu

Moje Drogie, mam nadzieję, że weekend upływa Wam miło, a Mikołaj nie okazał się starym sklerotykiem i nie zapomniał załadować upominków do Waszych butów lub łóżek. Ja chyba mam u niego fory, bo nie dość, że wpakował niesamowity prezent pod poduszkę, to jeszcze nasłał moją mamę z paczką z TBS-u, a  jakby tego było mało, kazał pewnemu starszemu panu o 9 rano w sobotę zapindalać z pudełkiem dobroci (szczegóły na FB) pod moje drzwi. Co za koleś z tego Mikołaja. 

Obiecałam szybkie rozwiązanie konkursu z kosmetykami Balea i Alverde, dlatego bez zbędnych dłużyzn przejdę do rzeczy. 


Zestaw nr 1 renifery zawleką do:


Zestaw nr 2 otrzyma:


Gratuluję, dziewczyny! Czekam na Wasze dane do wysyłki, a wszystkim, którzy wzięli udział w konkursie, bardzo dziękuję i po cichu daję znać, że w tym roku jeszcze nie skończyłam rozdawać kosmetycznych smakołyków!

piątek, 5 grudnia 2014

Przyjrzyjmy się wspólnie kosmetykom Yves Rocher ze świątecznej edycji

Coooooraz bliżej Święta, coooooraz bliżej Święta... jeśli nie wiecie, co kupić nie tyle bliskim, co tym dalszym (dla bliskich możecie postarać się bardziej!), zachęcam do skierowania patrzałek w stronę świątecznych kolekcji kosmetyków Yves Rocher. Zeszłoroczne czekolady z dodatkami niespecjalnie mnie przekonały – wersja z pistacją okazała się zbyt dusząca i jednowymiarowa, czekolady z pomarańczą nie lubię, o malinie czytałam niepochlebne opinie, więc odpuściłam... Myślałam, że w tym roku też nie będzie się czym podniecać, ale istnieją pewne jasne punkty tegorocznej świątecznej oferty. 


Pokażę Wam, co sama kupiłam dla siebie, dla rodziny. Po pierwsze, wcale nie najpiękniejsze: czerwone i czarne owoce. Te czarne to słodziutka jeżyna, na szczęście nie mdła, mojemu mężowi przypomina czarne frugo, a mnie fioletowe skittlesy. Taki aromat wita nas z butelek, ale wyraźnie zmienia się w kontakcie z wodą. Soczysta, obfita piana ma nagle zupełnie delikatny i prawie pozbawiony słodyczy zapach, który szybko (chyba zbyt szybko) się ulatnia. Czerwone owoce w butelce pachną jak owocowa galaretka, taka w cukrowej posypce i okrągłym opakowaniu, pewnie ją kojarzycie? Pod prysznicem czerwone owoce również tracą swoją zapachową moc, pozostając jedynie mało intensywnym, choć wciąż miłym, żurawinowym żelem pod prysznic. Jeśli lubicie intensywne aromaty w kąpieli, nie zachęcam i nie polecam, choć dać tego typu kosmetyki na prezent np. cioci to żaden wstyd. Myślę, że z powodzeniem mogą umilić wspomnianej cioci zimowe wieczory. 


Z jeżynowej serii dla siebie kupiłam jeszcze krem i puder do ciała. O tym drugim za chwilę, a o pierwszym na razie się nie wypowiem, bo jeszcze go nie otwierałam (zapasy, ach, zapasy...). Nie mogłam się również oprzeć mydłom w płynie – butelki wyglądają estetycznie, a takich mydeł przecież nigdy w domu za wiele. Na pewno jedno z nich wystawię w łazience tuż przed Świętami, żeby nawet tam zbudować choć odrobinę świątecznego nastroju. Skoro nie planuję zakupu papieru toaletowego w renifery i nie będę podziwiać w kiblu migoczących kolorowych lampek, niech będą chociaż te owoce.


Ale wiecie, co w tym sezonie pachnie absolutnie fantastycznie? Karmelizowana gruszka! Zakochałam się w tym zapachu tak bardzo, że sprawiłam sobie gruszkową wodę toaletową. Wiecie, czym pachnie karmelizowana gruszka? Karmelizowaną gruszką. Tak po prostu. Kosmetyki z tej serii pokazują całą swą gruszkowatą gruszkowość, okraszoną odrobiną świątecznej słodyczy. No odlot po prostu, oczywiście – jak to bywa przy zapachach tego typu – dla wybrańców. To zapach nietypowy, bardzo specyficzny i choć dla mnie piękny, nie wiem, czy odważyłabym się polecać Wam go do kupienia w ciemno. Bardzo zaskoczyła mnie, niewidoczna na zdjęciu (z powodu mojego gapiostwa), woda toaletowa, która również pachnie karmelizowaną gruszką i mimo że nie wyobrażałam sobie, jak mogłabym taki zapach nosić na sobie, okazało się to bardzo przyjemne. Nie na co dzień, nie na zawsze, ale dla odmiany – jak najbardziej. Nigdy nie wąchałam niczego podobnego – ani w kosmetykach, ani w perfumach. Eksperyment z wodą toaletową (która, przy okazji mówiąc, utrzymuje się na skórze dłużej, niż sądziłam) zachęcił mnie do eksplorowania innych niezobowiązujących owocowych zapachów Yves Rocher. Bo te klasyczne kompozycje perfumiarskie są mi znane i, pełna samozdziwienia, doceniam.


Wracając do gruszki, kremowy żel pod prysznic i balsam do ciała mieszkają w dużych, 400-mililitrowych butlach, których sporą wadą jest brak dozownika. Zarówno balsam, jak i żel leją się prosto z szerokiej dziury, co niekoniecznie mi odpowiada. Pamiętam, że na stronie Yves Rocher można kupić oddzielnie dozownik do tego typu butelek, ale umówmy się, takie pojęcie ekologii jest cokolwiek gówniane. Przynajmniej w kosmetykach świątecznych, które co do zasady mają oczywiste przeznaczenie prezentowe. Co mam zrobić – zapakować dwie ładne butelki i dołożyć folię z dozownikiem? A może z dwoma? Może zrobię z tych dozowników cukierki, tylko jak, skoro takie one niewymiarowe? Niniejszym wysyłam do producenta (niezbyt wysoką, ale jednak) falę hejtu. 


Na zdjęciu powyżej jeszcze dwa kremy do rąk i jeżynowe mleczko do ciała, które przeznaczyłam na prezenty, więc nie odkręcam i nie oceniam ich pielęgnacyjnych mocy. Wiedzcie jednak, że da się skomponować tematyczny zapachowo zestaw jeżynowy lub, hm, galaretkowy i wybór kosmetyków, jakie można ze sobą zestawić, wcale nie jest mały. Poniżej jeszcze bardzo świąteczna i radująca me oko kula z żelem pod prysznic, który kryje w sobie drobinki o nie do końca jasnym dla mnie przeznaczeniu. Rozpuszczą się? Zostawią brokat na ciele i ręczniku? Tego dowie się przyszły właściciel połyskującej kuli. W każdym razie wizualnie ten przedmiot bardzo do mnie trafia. Bombka do powąchania i się_umycia. Czemu nie.


A na koniec intrygujący bohater świątecznej kolekcji: połyskujący puder do ciała. Szczerze mówiąc, przed wrzuceniem go do koszyka, nie zastanowiłam się zbyt głęboko. Miałam rabat -100 zł na cały koszyk, więc ewentualny niewypał był mi niestraszny. Nie miałam nigdy pudru do ciała i nie bardzo wiedziałam, czego się po nim spodziewać. Przede wszystkim ubzdurałam sobie, że będzie w kamieniu. Nie jest. 


Opakowanie kryje w sobie silnie mieniący się pyłek o wyraźnym, słodkim, jeżynowym zapachu. Pyłek po otwarciu radośnie fruwa po pokoju. Do jego aplikacji wytypowany został tandetnie wyglądający puszek, który ma dokładnie taką samą wartość aplikacyjną jak maskotka przedstawiająca krótkowłosego kota rasy europejskiej. Miało wyjść słodko – niestety, w praktyce jest dość żałośnie. Pyłek na skórze iskrzy jak pogrzany, szczególnie w sztucznym świetle. Na sylwestra będzie idealny, no dobrze, może w blasku wigilijnych świec również znajdzie się dla niego uzasadnienie. Nie wiem, czy wymyślę mu zastosowanie, bo na bal sylwestrowy się nie wybieram. Może zachęcę Tomasza do posypywania nim gołębi na spacerze – tak, żeby mieniły się w słońcu i przestały wyglądać szaro i smętnie. Depresyjne gołębie. Nie cierpię ich. Ponadto mam teorię, że w ostatnich latach pozjadały większość wróbli. Biedne wróble, głupie gołębie.

Podsumowując: jeśli chcecie się mienić w Święta i w karnawale, dużo lepszym pomysłem będzie zakup obłędnie wyglądających pudrów do ciała, które w swej ofercie ma Douglas. Cena praktycznie taka sama, a jakże inne wykonanie... KLIK.

Jeśli zaś chodzi o świąteczną kolekcję Yves Rocher, do kupienia są jeszcze balsamy do ust z czerwonymi i czarnymi owocami, które podejrzewam o pielęgnacyjną przeciętność, bazując na posiadanej przeze mnie malince z ubiegłego sezonu. Nie jest zła, ale sztyft jest sztywny, balsam barwi usta na różowo i w porównaniu choćby z wazeliną Flos-Leku wypada średnio. Podejrzewam więc, że tegoroczne sztyfty będą odpowiednie wyłącznie dla niewymagających ust w czasie nietrzaskających mrozów.

Nie powiem Wam nic o zapachu określanym jako „pomarańcza zanurzona w gorącej czekoladzie”, ponieważ ani trochę mnie on nie interesuje, więc nie kupiłam, nie wąchałam, nie znam się. Widzicie tu coś potencjalnie interesującego?

wtorek, 2 grudnia 2014

Projekt denko, odc. 20

Tegoroczny listopad, podobnie jak zeszłoroczny październik, uświadomił mi, że stopniowo przestaję kochać jesień. W czasach przedtomaszowych ohydne, dżdżyste i wietrzne dni były świetną okazją do zakopania się pod kocem z kubkiem herbaty i udawania przed samą sobą, że muszę pracować nad Bardzo Ważnym Projektem i nie ma szans, bym wyszła z domu, gdyż jestem zbyt zarobiona (znacie to?). W tym roku nie ma zmiłuj – Tomek ma bardzo napięty grafik przedpołudniowych zajęć z terapeutami, a nawet jeśli trafi się dzień bezzajęciowy, ciągnie mnie na dwór. Bo chce chlapać się w kapce, znaleźć kami i ogłosić, że idziemy TU. I że dach. I że amamamam oraz piciu. Ostatecznie obydwojgu nam ohydnie, ale to wiemy już po fakcie. Zresztą jemu ohydnie mniej, bo świat taki ciekawy. Więc kroczymy, spacerujemy, a w skrajnych przypadkach uczymy się na pamięć rozkładu galerii handlowych. 


Mój listopadowy worek śmieci pokazuje mi, że życie zmieniło się niewiarygodnie. Kiedyś znalazłyby się tutaj starannie dobrane kremy i żele – słodkie, cynamonowe, karmelowe zapachy. Tym razem wywalam opakowania po letnich, lekkich, orzeźwiających kosmetykach, bo... nie pomyślałam. Że to już jesień. I że trzeba mi kontrolowanej słodyczy. Ach, Tomaszu, Tomaszu.


DelaWell – Sensual Salt Scrub – Zmysłowy Scrub Solny dla dłoni, stóp i ciała – moje stopy na pewno nie byłyby zadowolone z takiego peelingu, a może po prostu nie zauważyłyby, że pochylam się nad nimi, obficie stękając, bo peeling jest co najwyżej średnim zdzierakiem, czyli na stopach nie zrobi żadnego wrażenia. Dla dłoni jak najbardziej okej, ciało było umiarkowanie usatysfakcjonowane, ale na pewno nie spotkamy się ponownie, bo mimo przyjemnego malinowego zapachu zdyskwalifikowałam ten produkt za to, jak okropny syf zostawiał pod prysznicem. Tłusty, biały, pianopodobny nalot na moich brązowych kafelkach wyglądał ohydnie i niełatwo było się go pozbyć. Nie mam nic do peelingów zostawiających olejową powłokę na skórze, ale może-bez-przesady-hę. Ach, no i okazało się, że zdecydowanie wygrywają cukrowe scruby, bo solne plus mała ranka w dowolnym miejscu na skórze = mini koniec świata.

Yves Rocher – Jardins du Monde – żel pod prysznic, wersja grejpfrutowa – zastanawiałam się niedawno, czy kiedykolwiek przestanę oglądać w łazience opakowania Jardins du Monde i doszłam do wniosku, że stanie się tak, jeśli kiedyś znudzi mi się myszkowanie po stronie Yves Rocher. Na razie się nie zanosi, dlatego żele będą powracać w rozmaitych wersjach zapachowych, bo szkód skórze nie czynią i prześlicznie pachną. Jak zwykle minusem jest słaba wydajność, która jednak w ogóle mi nie przeszkadza, bo zanim zdążę zużyć zapasy, już kolejna „promocja życia” zmusza mnie do zakupów na stronie producenta. Grejpfrut jest rześki i bardzo realistyczny – chętnie do niego wrócę.

Nivea – Angel Star – kremowy żel pod prysznic – miał pachnieć malinowo, ale niespecjalnie malinowy się okazał. Zapach wciąż ładny, konsystencja zgodnie z obietnicą kremowa, wydajność dzięki temu dobra. Nie mam uwag, ale wobec wszystkich pięknie pachnących kosmetyków myjących, jakie są na rynku, niegodny powtórki.

Equilibra – Aloe Shampoo – niejednokrotnie wspominałam, jak bardzo nie znam się na pielęgnacji włosów, ale jeśli coś jest dobre, naprawdę każdy włosowy troglodyta będzie w stanie to zauważyć. No i zauważyłam. Equilibra, wciąż i wciąż zachwalana przez Magdę, na moich cienkich i marnych piórkach daje efekt wygładzenia bez przyklapu, nie przyspiesza przetłuszczania i w lepszych momentach cyklu potrafi nawet dodać objętości. Delikatny zapach przypomina mi jakiś kosmetyk z lat 90., ale co to było, nie mam pojęcia. W każdym razie szampon z pewnością godny uwagi i będę do niego wracać. Szkoda, że z dostępnością cienko.


Pat&Rub – Mgiełka do twarzy i ciała – kwiat pomarańczy – to po prostu hydrolat, pachnie tak samo jak ten z Biochemii Urody (czyli dość cierpko, nie jest to piękny aromat skórki owocu, raczej gałęzi, na której rósł). W przeciwieństwie do konkurenta ma ułatwiający życie atomizer. Stosowałam mgiełkę w roli toniku i letniego odświeżacza, jest wydajna, polubiliśmy się, choć nie zauważyłam specjalnych właściwości pielęgnacyjnych.

Organique – Savon Noir – o moim uwielbieniu dla czarnego mydła pisałam tu: klik. Gdyby nie zapach, byłby kosmetykiem idealnym. Dobrze oczyszcza, aż skóra skrzypi, co niespecjalnie lubię, ale  –pełna miłosierdzia niewiadomego pochodzenia – czarnuchowi wybaczam. Z pewnością jeszcze się spotkamy. Zaskórniki na brodzie nie mogą się doczekać!

Sephora – dwufazowy płyn do demakijażu – dużo bardziej tłusty od używanego ostatnio, obrzydliwie drogiego płynu Chanel. Prawidłowo wykonuje swoją wcale niełatwą robotę, ale i tak wolę tańszą dwufazę Yves Rocher. Nic nie poradzę.

Body Resort – Caribbean Coconut Mist – kokosowa mgiełka do ciała – to bardzo niejesienny kosmetyk o syntetycznym zapachu kokosa. Kokos nie urzeka, ale również nie sprawia, że flaki podchodzą do gardła. Jako lekka wersja perfum zupełnie bez sensu, w ogóle ciężko mi odnaleźć sens w tego typu monozapachowych mgiełkach, więc nie wrócę. Jako że uwielbiam kokosową nutę, przynajmniej żegnam się bez obrzydzenia.


Ingrid – baza pod cienie – zdaje się, że jest już nowa wersja tej bazy – i bardzo dobrze, bo ta, którą mam, jest nieskończenie beznadziejna. Tłusta plastelinka pachnąca chlorem, której nie idzie rozsmarować po powiece. No nie da się i już. Zawsze zostaną nierozsmarowane grudko-placki. Gdy jakimś cudem uda się ją w miarę równomiernie rozpaćkać po powiece, dobrze spełnia swoje zadanie, ale ogólnie wrażenie pozostawiła po sobie koszmarne.

Benefit – Hello Flawless Oxygen Wow – nie pamiętam, kiedy ostatnio udało mi się zdenkować podkład, dlatego jestem z siebie bardzo dumna. Oooooo tak. TAK. Hello Flawless to bardzo wydajny, lekki, średnio kryjący podkład, który teoretycznie przeznaczony jest dla cery mieszanej i tłustej, ale jeśli nie zaaplikujecie go pod Bardzo Dobry Krem Matujący, Wasza twarz prędko zaświeci się pełnią swej smalcowatości. Jego niewątpliwe zalety to lekkość i dość wysoka ochrona przeciwsłoneczna (SPF 25), a od kiedy zaczęłam aplikować go na doskonale matujący Pore Refiner z Biodermy, okazało się, że świecenie mi niestraszne, a Hello Flawless to naprawdę spoko koleś. (recenzja)

Paula Dorf – pomadka w odcieniu Sky Pink – wywalam niemalże niezużytą, bo gdy przybyła do mnie z Truskawki, była już zjełczała i śmierdziała okropnie. Wierzę w jej zjełczałość, bo nie chcę wierzyć, że producent mógłby nas specjalnie uraczyć takim odrażającym aromatem. Zatem: minus dla Truskawki, a dla Pauli Dorf plus za piękny, brudny i chłodny odcień różu. Szkoda, że nie dane mi było się nim nacieszyć. A Wy uważajcie na truskawkowe promocje kolorówkowe.

L'Oréal – Super Liner Diamantissime – bardzo lubiłam tego stworzyciela kresek i chętnie używałabym go dalej, ale 6 miesięcy od otwarcia już dawno minęło. Zbyt dawno. Liner wciąż ma się dobrze, dlatego ze smutkiem go wyrzucam. To była edycja limitowana, ale ta dostępna obecnie jest równie udana. Pisałam o nim tu: klik.

Philosophy – Divine Volumizing – pogrubiający tusz do rzęs – nie pogrubiał spektakularnie, ale pokochałam go całym sercem za idealną niesilikonową szczotkę, która fantastycznie rozczesywała i pięknie podkreślała spojrzenie. Nagle moje – jak zawsze sądziłam – rzadkie rzęsy stawały się gęste i nie mogłam uwierzyć, że mam ich aż tyle. Czary mary, o którym czas zapomnieć, ponieważ producent wycofał się z produkcji kolorówki. Szlag by go. Temu, kto podjął tę decyzję, serdecznie życzę nawracającej grzybicy stóp.

Próbka perfum Diora bardzo przypadła mi do gustu, niestety, nie mam pojęcia, która to była wersja J'adore. Pewnie ta najnowsza.


Na koniec do kosza leci sędziwy regenerujący krem do rąk Garnier, który jest jednym z najlepszych znanych mi kremów ratujących spierzchnięte dłonie. Piękny, różany zapach, łatwa dostępność i duża pojemność sprawiają, że zasługuje na miano Boskiego Nawilżacza. Pół tuby leci do kosza, ale tylko dlatego, że w tym roku obrodziło u mnie w kremy do rąk i nie zdążyłam go zużyć (pradawna recenzja).

Wśród próbek moją uwagę zwrócił różany olejek pod prysznic Barwy, bo mimo że nie należę do wyznawczyń różanych aromatów, muszę przyznać, że ten jest po prostu przepiękny.
I tyle. Już się zamykam. Ile można o tych śmieciach.

piątek, 28 listopada 2014

Mikołaj przyjechał do Was z DM-u, czyli będzie konkurs!

Rajd, o którym pisałam Wam ostatnio, zagnał mnie po raz kolejny w tym roku na czeską stronę Cieszyna, prosto do DM-u. Tym razem łowy trwały 15 minut, potem zamykali, ale co to dla mnie, w kwadransik też się da uzbierać siatkę czesko-niemieckiej taniochy, prawda? Przyznaję, przez jedenaście i pół minuty nie myślałam o Was, pomyślałam dopiero po dwunastu, przy półce z kosmetykami do włosów, dlatego nagrody dotyczą owłosienia. Jak się okazuje, również tego na nogach i pod pachami. Oto moje mikołajkowe podarunki podzielone na dwa małe zestawy:

Zestaw nr 1:


Zestaw nr 2:


Aby wziąć udział w konkursie, wystarczy zgłosić chęć w komentarzu pod postem i wybrać jeden z dwóch zestawów. Na zgłoszenia czekam do piątku 5 grudnia. Zwycięzca zostanie wybrany drogą losowania i ogłoszony w te (i tamte) pędy.  

Łatwizna, prawda?

Poza tym, z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów, niektóre z Was były żywo zainteresowane tym, co zgarnęłam z DM-owych półek dla siebie. Wychodząc naprzeciw potrzebom wielbicielek zakupowego podglądactwa, wrzucam dwie fotografie, z których jasno wynika, że: uwielbiam żele pod prysznic z Dermacolu i chętnie napiszę o nich post zbiorczy, jeszcze nie mam dosyć Baleowego mydła do rąk w płynie, oferta Balei jest tak bogata, że nawet w pośpiechu można złapać coś wcześniej nietestowanego, po raz kolejny uległam czarowi pięknie pachnących, sezonowych kremów do rąk z Essence (w Polsce zamierzam dokupić cynamonowy), no i że w związku z posiadaniem kolekcji miliona pomadek kolejne trzy (z Dermacolu) nie zrobią różnicy. 



Miłego weekendu!

poniedziałek, 24 listopada 2014

O naszym weekendzie i kosmetykach z hotelowej półki

W ten weekend powróciliśmy z mężem do korzeni naszej znajomości. Syn został u dziadków, a my udaliśmy się do Cieszyna na ostatnią w tym roku rundę Pucharu PZM. Bo, mimo że świat chyba już o tym zapomniał, a motoryzacja zboczyła w całkiem beznadziejne rejony, my wciąż lubimy rajdy. Oglądać, wąchać, przeżywać. Ostatni raz zawitaliśmy do Cieszyna w tej konkretnej sprawie dziewięć lat temu. Mąż nie był nawet moim chłopakiem, ale pewne rzeczy pozostały niezmienne: przejmujący listopadowy chłód i nasze odmrażanie tyłków na jakimś gliniastym pagórku, w ubłoconych butach, tylko po to, żeby w towarzystwie jednorazowych kibiców z okolicznych wsi zobaczyć pół kilometra przejazdu każdej z załóg. Różnił się za to nasz nocleg. Kiedyś nocowaliśmy u stareńkiej babci, która klucze zostawiała dla nas w równie stareńkim kaloszu – tym razem udaliśmy się wraz ze startującymi załogami do hotelu sieci Mercure, w którym zamiast klucza w kaloszu są karty magnetyczne, a pani recepcjonistka ma komplet zębów i wita nas od progu swym pięknym, śnieżnobiałym uśmiechem. 


Przy okazji wizyty w hotelu odkryłam, że świat poszedł do przodu również w innych tematach. No bo... z czym kojarzą Wam się hotelowe kosmetyki? Mnie z mikrą kostką mydła o zapachu umownie nazywanym „toaletowym” i z równie mikrymi butelkami wypełnionymi marnym szamponem i marnym żelem pod prysznic. Słowem (a nawet trzema): przedmioty prawie nieużywalne. Jakie było moje zdziwienie, kiedy wzięłam się za wyciąganie z kosmetyczki zabranych z domu kąpielowych miniatur i okazało się, że... właściwie nie są mi potrzebne. 

Hotelowe miniatury witają nas miłymi dla oka opakowaniami, z przemyślanymi, nowoczesnymi, etykietami, miłe są również sensowne pojemności: 30 ml szamponu 2w1 i tyle samo żelu pod prysznic. Zupełną nowością okazały się napisy krzyczące z opakowań: „nie mamy parabenów”, „nie wiemy, co to silikony!”. Wywaliłam gały ze zdumienia. Kosmetyki hotelowe chwalą się brakiem konserwantów i silikonów? Przecież nie muszą, i tak będą miały branie. Świat się zmienia, droga Agato, a ty nie zauważyłaś, bo piastujesz małego, słodkiego wrzaskuna i taka z ciebie podróżniczka jak z majtek długopis. 


Składy hotelowych kosmetyków okazały się o połowę krótsze od litanii, jakie możecie znaleźć na drogeryjnych półkach. Zapachy mocno średnie, bo takie jakieś... eko, ale za to moje nędzne włosy po tej szampono-odżywce miały się całkiem nieźle. Żel pod prysznic też był spoko. Licencja Nordic Ecolabel, czymkolwiek jest, również dorzuca łopatkę dobrego wrażenia. I trzymiesięczna data przydatności po otwarciu. I w ogóle tak sobie myślę, że to fajnie, że świat poszedł do przodu. Bo to miłe i tak dalej. Już w maju, w innym hotelu, zwróciłam uwagę na te kosmetyczne przemiany w trendzie eko, kiedy zamiast kostki do mycia rąk znalazłam w łazience tubę z miękkiego ekoplastiku, którą pani z ekipy sprzątającej napełniała w razie potrzeby mydłem z ogromnego opakowania uzupełniającego. Jeśli jednak macie słabość do marnej jakości kosmetyków z minionej epoki, polecam wybranie się do któregoś z ośrodków wczasowych z tradycjami. Jeden z nich odwiedziliśmy trzy miesiące temu i wszystko było na miejscu: mikrokostka toaletowa, szary, równie, a może nawet bardziej toaletowy papier i szklanki z białego szkła do parzenia herbaty. Z plecionką! 

Na koniec kilka obrazków z naszego rajdowego weekendu:


PS Tak, tak, byłam w Czeskim Cieszynie. Tak, w DM-ie też. Mhm, mały konkurs już się szykuje. Bądźcie czujne! 

środa, 19 listopada 2014

Środowe nic wielkiego: Manhattan – Eyemazing – cienie w kredce

Lubię firmę Manhattan, a najbardziej lubię kupować produkty z jej oferty za półdarmo w kosmetycznych outletach. Kredki, które dziś Wam pokażę, kosztowały 3,39 zł za sztukę. 


Cienie w kredce też lubię, choć niedościgniony wzór leży na nieco wyższej, sephorowej półce. Kredki Jumbo mają piękne kolory, są miękkie, świetnie napigmentowane i trwałe. Zostawmy je dziś jednak i przejdźmy do tych za trzy trzydzieści dziewięć. 


Kolory wzięłam chyba wszystkie, które były dostępne w sklepie, nie szukałam swatchy, bo uznałam, że za tę niewygórowaną cenę i tak będzie fajnie. No i w sumie jest nieźle, chociaż ten miedziany złotek taki mało wyjściowy na zdjęciu – na żywo więcej w nim nieskrępowanej urody, choć i tak odcieniem nie oszałamia. Bywa. Nie widać tego dobrze na swatchach, ale wszystkie trzy mają połyskujące drobiny, mimo że u tej białej perłowy efekt zniknął w tajemniczych okolicznościach na moim zdjęciu. Na żywo posiada chłodny połysk, który bardzo pasuje do śnieżkowego makijażu – na przykład miło rozświetli wewnętrzne kąciki. 


Niestety, trwałość jest dość marna. Kredki nie zasychają na skórze, do samego końca da się je łatwo rozcierać, co przekłada się na szybką ścieralność. Na moich tłustych powiekach po kilku godzinach prawie nie ma po nich śladu, na bazie jest lepiej, ale wciąż tylko lepiej. Grafit z eleganckimi, delikatnymi, pojedynczymi brokatowymi drobinami ma chyba najlepszą trwałość, należałoby też pochwalić wszystkie naraz i każdą z osobna za miękkość i miłą współpracę. Każdej z nich zdarzało mi się używać solo w ramach ekspresowego, czterominutowego makijażu na całą ruchomą powiekę – roztarte wyglądają zupełnie niegroźnie, pozostawiają tylko delikatny efekt z serii „coś się dzieje”.

Nie jestem pewna, czy znajdziecie kredki Eyemazing w szafach Manhattan w Polsce, ale na niemieckiej stronie producenta zaznaczone jest, że pochodzą ze stałej oferty. Ciekawe, ile kosztowałyby w pełnej złotówkowej cenie. Za trzy trzydzieści dziewięć powiadam, że warto.

sobota, 15 listopada 2014

Kiehl's – Creamy Eye Treatment – krem pod oczy z awokado [recenzja]

Mój krem pod oczy Kiehl'sa kupiłam na Truskawce, ale świat gna do przodu i od niedawna Wy możecie pognać do salonu firmowego Kiehl's w warszawskiej Arkadii. Takiego stacjonarnego. Z paniami pytającymi: „W czym mogę pomóc?”. Nie wiem, jak wygląda na żywo taki salon, bo widziałam go tylko na zdjęciach, ale w wersji zdjęciowej zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Imitacja prastarej apteki, sprzedawcy w białych fartuchach, od podłogi do sufitu pełno wszystkiego – to lubię! 


O marce Kiehl's nie wiedziałam nic. Właściwie nadal wiem niewiele, bo dane mi było używać tylko tego jednego kremu. Do zakupu namówiła mnie autorka bloga On The White Couch, która zachwalała tego Kiehl'sa, jakby co najmniej sama go kręciła. No to wzięłam, gdyż okolice podoczne są mi miłe, a już zaczynają się psuć. Przy tej okazji chciałam Wam powiedzieć, jak ważne jest noszenie okularów, gdy słoneczne promyki wesoło smażą nam gałki oczne. No więc jest to ultraistotne. Kropka. Ja przez większość życia nie nosiłam okularów przeciwsłonecznych, bo jakoś się nie składało. Zapominałam, gubiłam, niszczyłam (niepotrzebne skreślić), a bez okularów latem wyglądałam jak ślepawy szczurek, który pobiera obraz świata przez wąskie szpary, okalane marszczącą się skórą. Efekt jest taki, że jako trzydziestka mam na stałe to umarszczenie pod oczami, a piękne, gładkie czasy przeszły do historii. Teraz noszę ciemne pingle nawet zimą, mając nadzieję, że jeszcze przez kilka chwil gorzej nie będzie. No i wcieram kremy. Mądra Agata po szkodzie.

Krem Kiehl's, mimo że z awokado w nazwie, powstał na bazie masła shea. Po pierwszym zerknięciu na INCI wywaliłam oczy ze zdumienia: pięć składników? A gdzie awokado? No tak, blondi, odwróć kartkę. Odwróciłam, a tam zagubione awokado. I parę innych rzeczy. Nawet paręnaście. Nie jest źle, ale na pewno nie idealnie – wolałabym nie widzieć tutaj palmitynianu izopropylu, który ma właściwości zapychające, a sporo z Was pewnie wolałoby też nie oglądać listy parabenów. Tak czy siak najważniejsze jest działanie, rajt?


Niehigieniczny słoik z uhigieniczniającą osłonką skrywa w sobie bardzo gęsty, z pozoru tłusty krem w cudnym, pistacjowym kolorze. Krem nieperfumowany, ale posiadający delikatny, naturalny, niedrażniący zapach. Najdziwniejsza jest konsystencja, która niespecjalnie przypadła mi do gustu, ale z pewnością zasługuje na uwagę. Pierwotnie całkiem gęsty i tępy w aplikacji, po chwili w magiczny sposób wydobywa z siebie wodę i gładko sunie po skórze. Trochę to niepojęte dla mojego mózgu, przyzwyczajonego albo do gęstych, treściwych formuł, albo do lekkich i wodnistych. Tu mamy jedno i drugie. Ot, kremowa niecodzienność, której nie popieram ze względu na ten pierwotny opór przy rozprowadzaniu.

Creamy Eye Treatment wchłania się szybciej, niż się spodziewałam, nie pozostawia też żadnej wyczuwalnej warstwy ochronnej. Nie roluje się, dlatego świetnie nadaje się pod makijaż, a właściwości pielęgnacyjne odbierają mi możliwość narzekania, które tak lubię (za to zabieram co najmniej pół gwiazdki!). Krem naprawdę dobrze nawilża okolice oczu, trochę mi tylko brakuje fizycznego poczucia tego nawilżenia. Nie wiem, czy rozumiecie, o co mi chodzi – zwykle przy dobrym kremie nawilżającym skóra wydaje się prawie wilgotna, jest taka świeża, chłodna (?). Tu tego nie ma, pielęgnacja odbywa się w sposób dyskretny, jednocześnie jest niezwykle skuteczna. Aha, krem jest niewiarygodnie wydajny. Używam i używam, a końca nie widać. Do aplikacji wystarcza naprawdę odrobina.


Chciałam porównać ten krem z Hydrating Eye Cream od Bobbi Brown, ale to trudne. Oba dobrze wykonują swoją robotę, są wydajne, oba nie są tanie. Bobbi Brown działa klasycznie – smarujesz, wchłania się, czuć nawilżenie, jest nawilżenie. Ale nie pachnie za pięknie i kosztuje ponad 200 zł. Kiehl's uskutecznia cuda przy aplikacji, nie daje poczucia nawilżenia, mimo że nawilża, jest za to tańszy i nie drażni nosa. I choć kiedyś myślałam, że bez wahania wybiorę Bobbi, teraz bardziej skłaniam się ku Kiehl'sowi.

Drogie warszawianki, byłyście już w salonie Kiehl's? Jak wrażenia?

Pojemność: 14 g lub 28 g
Cena: ok. 100 zł za 14 g
Ocena: 5+/6

wtorek, 11 listopada 2014

Czy i Wam doskwiera próbkowa bezsensowność?

Wczoraj sprzedaliśmy Tomasza dziadkom, a ja ochoczo zabrałam się za porządki w kosmetykach. Impreza trwała pół dnia, ale efekty są oszałamiające! Wreszcie wiem, co mam i gdzie mam, zapomniani pupile są pod ręką, trochę towaru pójdzie w świat lub zaliczy czarter na wysypisko. Bardzo odświeżające. Przy okazji zajrzałam do przykurzonego pudła z próbkami, a tam cuda, dziwy, a wraz z nimi garść przemyśleń. Bo mnie w zasadzie próbki głównie denerwują. Coś teoretycznie doskonałego (zbyt) często przybiera formę groteskową. No bo dlaczego, ach, dlaczego na swojej drodze spotykamy...


Za ciemne podkłady

W Polsce większość kobiet ma cerę od bardzo jasnej do średniej. Patrząc na próbki podkładów, dochodzę do wniosku, że muszę cierpieć na bielactwo, bo wszystko, co wpada mi w ręce, jest o co najmniej trzy tony za ciemne. Do przetestowania dostaję fluidy w odcieniach od niewinnie brzmiącego natural, przed medium do golden i tan (sic!). Wszystkie są marchewkowe, część idealnie stopiłaby się z cerą Mulatki. Nawet jeśli pesymistycznie przyjmiemy, że ekspedientki w drogeriach i perfumeriach to stare cwaniary, które przykrywają swoje pryszcze próbkami przeznaczonymi dla nas, jak w takim razie wytłumaczyć fakt, że podobnie twarzowe odcienie przybywają do mnie wraz z zamówieniem prosto od producenta kolorówki lub z gazetką Super-Pharm? I przede wszystkim: jak można patrzeć z uśmiechem na mnie i moją jasną cerę, a potem dorzucać do torby z zakupami „próbkę nowego podkładu firmy XYZ, polecam serdecznie” w odcieniu medium. Czy ktoś z Was widział saszetki z jasnymi podkładami, czy to kolejny potwór z Loch Ness?

Czym by się dziś przysmażyć?

Za małe pojemności

Po przejrzeniu próbkowych zapasów wybrałam kilka do zużycia w pierwszej kolejności. Okazja nadarzyła się tuż po kąpieli – chciałam przetestować masło do ciała. Otworzyłam podejrzanie małą saszetkę, zaczęłam smarować jedną rękę dość oszczędnie i... masło skończyło się w połowie drugiej. Czy na tej podstawie można ocenić cokolwiek? I co, do cholery, mam zrobić z resztą siebie, skoro jedna któraś mnie jest posmarowana czymś bardzo nietypowo pachnącym? Na lewej rączce stokrotka, na prawej bergamotka? To bardzo zachęca do zakupów, drodzy producenci. Bardzo. Wcale nie czuję, że robicie mi łaskę, dając możliwość wypróbowania swoich produktów przed zakupem na kolanie lub lewym półdupku. 

Za duże pojemności w złych opakowaniach

Saszetka dobra rzecz, bo tania. Chęć obdarowania mnie większą niż pół mililitra pojemnością kosmetyku doceniam bardzo, ale co mam zrobić z kremem do twarzy, którego w totalnie rozflaczonej saszetce zostało jeszcze na dwa użycia? Zostawić taką ufaflonioną saszetkę na jutro i pojutrze? Wywalić? Wystarczyłoby stopić plastik w dwóch miejscach i podziurkować, tak żebym mogła w higieniczny sposób skorzystać z próbki trzykrotnie. Jeśli mam wybierać, oczywiście wolę ufaflonione większe pojemności niż pół ręki o zapachu ciasteczkowym i pół – cytrynowym. Drodzy twórcy saszetek, powiem Wam na ucho, że można oferować większe pojemności w plastikowych mikrosłoikach lub tycich buteleczkach. Tylko szszsz, nie mówcie nikomu.

Próbka w słoiku? To się nie dzieje naprawdę...


Perfumy z papierka

Próbka perfum. W formie kartki pocztowej z naklejką. Jak odkleicie naklejkę, dopłynie do Waszych nozdrzy woń nieopisana. Lub opisana – na tej kartce. Odklejacie więc i... scenariusz nr 1: mikropróbka perfum rozlewa się po Waszych dłoniach; scenariusz nr 2: szorujecie tą kartką pocztową po szyi i nadgarstkach. Jak dostojnie, jak elegancko!

Brak dokładnego opisu perfum na szkiełku

Tym razem jest lepiej, próbka perfum w szklanym pojemniku z atomizerem. Co najmniej 1,5 mililitra! O to przecież chodzi: żeby popsikać kilka razy i zobaczyć, czy na naszej skórze są ładne, i czy trwałe. Próbka przybyła w kartoniku, ale on gdzieś się zapodział, pewnie wyrzuciłam, bo po co trzymać takie pierdoły? Zapach okazał się fantastyczny, postanawiam, że kupię. Patrzę na szklane opakowanie, już niestety puste. I co? I widzę nazwę perfum. Wklepuję ją w wyszukiwarkę, a następnie dowiaduję się, że to tylko nazwa rodziny zapachów, a rodzina liczy – dajmy na to – pięciu członków. Skąd mam wiedzieć, czy przez ostatnich kilka dni rozpylałam ojca, matkę czy ciotkę? Znikąd. Informacja była na kartoniku, który właśnie jest przerabiany na rolkę papieru toaletowego. Żegnajcie, zakupy przez internet.

Brat? Siostra? Kuzyn? Nie wiadomo.

Brak daty ważności

Próbki zbieram i zbieram, wpadają do jednego pudełka, do którego co jakiś czas zaglądam. Na przykład w takim dniu jak dziś. Znajduję kilka interesujących, więc automatycznie sprawdzam datę ważności. Co najmniej połowa próbek ich nie posiada. Nie mam pojęcia, czy leżą u mnie miesiąc, czy sześć miesięcy. Nie mam też pojęcia, jak długo taka próbka leżała u sprzedawcy. To oznacza, że co najmniej połowa próbek, które do mnie trafiają, leci do kosza. Jeśli wysmaruję twarz kremem, a potem mnie wypryszczy, skąd mam wiedzieć, czy to krem źle zadziałał, czy po prostu był przeterminowany? Prędzej wybaczę brak INCI niż daty, choć oczywiście każda z tych informacji powinna znaleźć się na opakowaniu. Bez łaski.

Brak opisu, do czego służy dana próbka

Zdarzało się i tak, że znajdowałam w próbkowym pudle saszetki, których przeznaczenie było mocno niejasne. Widnieje tam kilka słów, które nic mi nie mówią, bo są tylko nazwami mało znanej firmy i linii kremów, a na odwrocie ani słowa o przeznaczeniu. Trzymam w rękach jakiś krem. Napisali, że do skóry suchej. Suchej na policzku czy na kolanie? Wszystko jedno, a ty, głupia babo, nie narzekaj – od czego jest internet?