niedziela, 29 grudnia 2013

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 4

Powoli kończę ten beznadziejny rok, pisząc o beznadziejnych produktach. Nie było to zamierzone, ale właściwie czemu nie? Jeśli jesteście już znużone moimi wywodami na temat tego, co nie nadaje się do użytku, obiecuję, że w nowym roku powieje optymizmem... przynajmniej przez chwilę ;).
Tymczasem przedstawiam Wam kolejne wspaniałe kosmetyki, które umilały mi czas zapachem, smakiem i konsystencją...

1. Pianka do mycia czy do golenia?



Balea – Exotic Shower – pianka do mycia – kiedy przez miesiąc miałam chcicę na produkty Balei, nakupiłam całkiem sporo tego stuffu – znakomita większość to uśmiechające się kolorowymi etykietami żele pod prysznic, ale znalazły się też produkty do włosów i... to coś. Pianka do mycia, egzotyczna! Było lato, egzotyczny zapach w mojej głowie śpiewał o słodko-orzeźwiającej mieszance cytrusów i ananasa. Jakież było moje zdziwienie, gdy po naciśnięciu spustu butelka wystrzeliła swą cuchnącą amunicję. Jeśli czytacie mojego bloga od dawna, powinno być dla Was dość jasne, że mój mąż – delikatnie mówiąc – nie wybrzydza z zapachami. Przetrwał największe śmierdziele, a jeden z najkoszmarniejszych – Aquolinowy Orchid Cream Puff – został jego zapachowym ulubieńcem (sic!). Myślę, że w tej sytuacji rozumiecie już, jak bardzo nieudana jest kompozycja zapachowa Exotic Shower Duschgel, skoro nawet On uznał, że to jest: „no, nieładne”. Egzotyka Balei krąży w rejonach najbardziej parszywych gum do żucia nieznanego pochodzenia z małych, podejrzanych sklepików. Ble&fu. Sama piana jest gęsta, zbita i identyczna jak w żelach do golenia Gillette. Właściwie zastanawiam się, czemu ten żel nie jest przeznaczony do golenia. Próbowałam – działa prawidłowo. 

Ale nie martwcie się, to edycja limitowana, wkrótce pójdzie precz.


2. To ile jest cukru w cukrze?



Maybelline – Color Sensational Popstick – 010 Pink Sugar – pod tą przydługą nazwą kryje się żelowa pomadka, która wygląda całkiem uroczo (dlatego się na nią skusiłam), ale ma jedną maleńką wadę: jest kompletnie bezużyteczna. Po fajnym doświadczeniu z Catrice Lip Colour Intensifier (tu recenzja: klik), spodziewałam się podobnego, delikatnego efektu na ustach. Ale niestety, żelkowy róż Maybelline na skórze staje się całkowicie transparentny. Drobinki ulatują jak niezauważalne pierdnięcie, koloru nie ma absolutnie żadnego. Zupełnie jak pomadka ochronna. Mogłabym ją tak potraktować, ale nie ma też żadnych właściwości pielęgnacyjnych. Jest bardzo zbita, a co za tym idzie, bardzo wydajna (kolejny minus) i – jak na Pink Sugar – nieco gorzka... Żelek Catrice też nie grzeszy słodyczą, ale przynajmniej daje ciekawy efekt na ustach. Gorycz tego tutaj jest po nic, bez sensu. Dobrze, że kupiłam ją za 6,50 zł, bo za regularną drogeryjną cenę byłoby mi przykro. 


3. Peeling pachnący, niewiele robiący...



Green Pharmacy – Peeling cukrowy – Róża piżmowa & Zielona herbata. Nie wiedziałam, co z nim zrobić, więc... oddałam Aswertynie. Może ona mu wybaczy, że jest słaby :D. W końcu As lubi wszystko co różane, a ten peeling jest pięknie różany, nawet jak na mój nieróżany nos. Jeśli jej też wyda się cienki jak pośladek węża, to może go zje? Albo chociaż wystosuje jakąś prześmiewczą recenzję. Wierzę w Ciebie, As! Istnieje też niewielkie prawdopodobieństwo, że to nie jest zły peeling, tylko ja nie zauważyłam jego dobroci. 
Co moim zdaniem jest nie tak? Nie bardzo da się nim peelingować. Już po otwarciu drobinki zlały się w niemalże jednolitą masę, co chyba widać na zdjęciach. To taki peeling w fazie rozkładu – cukier zapomina, że jest cukrem i że ma robotę do wykonania. Ciężko się tę masę aplikuje, bo sporo spada z kończyny do brodzika. To, co zostanie, nadaje się do pocierania, niestety efekt jest marniutki. Ale zapach super!

Znacie te produkty? Może sprawdziły się u Was lepiej? Ciekawe, jak tam Wasze świeżutkie buble. Dajcie znać, co tam beznadziejnego się przytrafiło w ostatnich tygodniach.

sobota, 28 grudnia 2013

Dwa migdałowe oblicza kremów do rąk od L'Occitane

W maju pisałam o trzech kremach do rąk z L'Occitane: klik. Każdy był zupełnie inny, zarówno pod względem konsystencji, jak i właściwości. Dwa z nich nie przypadły mi do gustu, ale migdałowy... mmmm, migdałowy był super. Nie miał jakichś wyjątkowych właściwości nawilżających czy regenerujących, ale za to pięknie wygładzał dłonie. Kiedy parę tygodni temu odwiedziłam salon L'Occitane w poszukiwaniu czegoś_tam, przy kasie wpadła mi w oko migdałowa tubka. Coś mi się wizualnie nie zgadzało, jakaś jaśniejsza etykieta, ale zamiast zapytać ekspedientkę, czy to na pewno ten sam krem, po prostu dorzuciłam go do koszyka. Jakież było moje zdziwienie, gdy w domu...


...okazało się, że znowu mogę powiedzieć o sobie: pipka ja. Tubki są różne. I kremy też są różne. Jeden sprawia, że moje dłonie są delicious, a drugi obiecuje efekt smooth. Co to za różnica i o co chodzi? Już spieszę z wyjaśnieniem.

Smooth Hands według producenta: „Bogaty w delikatne mleczko migdałowe i wygładzające migdałowe proteiny, ten krem o delikatnej, żelowej formule nawilża i upiększa Twoje dłonie. Krem pozostawia na skórze delikatny zapach kwiatów migdałowca”.

Delicious Hands według producenta: „      ” (brak informacji na stronie), a z opakowania możemy dowiedzieć się, że ma nawilżać i wygładzać dłonie.

Po lewej Delicious, a po prawej Smooth.
Nie wiem, czy w ogóle widać to na zdjęciu, ale już sama konsystencja trochę się różni. Oba są bardzo delikatne i lekkie, ale Smooth ma formułę bardziej żelową, a Delicious jest delikatnym, ale zupełnie nieprzezroczystym kremem (pisałam to już w poprzednim poście, do którego link macie wyżej: konsystencja przypomina mi Aksamitny Krem do Rąk od Bandi). Oba wchłaniają się ekspresowo i są raczej bezproblemowe, chociaż wersja Smooth trochę się klei – żelowe formuły L'Occitane są jakieś niehalo pod tym względem.

Inna nazwa, inny zapach, inne właściwości,
a więc inny skład.
W składach musicie pogrzebać same. Oba są dość długie, ale się różnią, bo też kremy mają inne właściwości pielęgnacyjne. Co je łączy? Gliceryna i masło shea wysoko w składzie. Delicious, mimo obfitości masła karite, nawilża raczej symbolicznie – na pewno nie nadaje się do przesuszających się zimową porą rąk. Smooth też jest zbyt lekki na zimę, ale w domowych warunkach lub w czasie wiosennej zimy, której właśnie doświadczamy, oba dadzą radę. Krem Delicious Hands ma jedną piękną właściwość pielęgnacyjną: zgodnie z obietnicą producenta doskonale wygładza. Po aplikacji z radością głaszczę sobie dłonie i napawam się tym, jakie są przyjemne w dotyku. Wersja Smooth Hands nie daje takiego odlotu, ale

To, co najbardziej różni oba kremy, to zapach. Właśnie z tego względu moje rozczarowanie świeżo zakupioną wersją Smooth sięgnęło zenitu zaraz po odkręceniu tubki (PS miniaturowe nakrętki są meganiewygodne, mimo walorów estetycznych szczerze polecam L'Occitane wymianę tych słodziutkich, łatwo ginących maleństw na klasyczne zatrzaski). Krem Smooth Hands pachnie bardzo delikatnie w porównaniu do Delicious Hands, który dosłownie wali migdałem na kilometr. Jeżeli testowałyście któryś z produktów linii Amande – np. olejek pod prysznic lub mleczny koncentrat – znacie dobrze ten zapach i jego moc. Wszystkim nowicjuszkom zdradzę, że jest to najprawdziwsze mleczko migdałowe, bardzo naturalne, dla niektórych może nawet niezbyt piękne, bo takie niepodobne do syntetycznego, marcepanowego aromatu migdała. Dla mnie na początku ten zapach był gdzieś na granicy piękna i brzydoty, ale po pewnym czasie zakochałam się w nim bez pamięci i mój nos do dziś przestrzelony jest strzałą migdałowego amora. Mimo wszystko nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa (daaaaamn...) o zapachu Smooth Hands – chyba nigdy nie wąchałam migdałowego kwiatka, ale wierzę, że tak właśnie pachnie: ślicznie, kwiatowo (jak to kwiatek), świeżo. Jeżeli decydujecie o wyborze na podstawie zapachu, musicie sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wolicie kremy pachnące dyskretnie, czy intensywnie. Delicious jest naprawdę ordynarnie migdałowy, należy o tym pamiętać.

Smooth Hands nieźle pielęgnuje dłonie, tu również zauważalne jest wygładzenie, choć na pewno nie tak spektakularne jak u Delicious-kolegi. Wydaje mi się, że lepiej nawilża, ale nie jest to nawilżenie na wiele godzin. Denerwuje mnie jego lekka kleistość, która po pewnym czasie ustępuje, ale jednak jest zauważalna, podczas gdy Delicious Hands zachowuje się na skórze pięknie i niedługo po aplikacji zapominamy, że był tam jakiś krem. A nie, przepraszam, jeszcze długo pamiętamy o tym doskonale, bo przecież wersja Delicious sadzi migdałem aż miło!

Oba kosztują 29,90 zł za 30 ml. Wybór należy do Was.

Jeśli polubiłyście którykolwiek migdałowy krem do rąk L'Occitane i chcecie kupić go ponownie lub skuszone recenzjami planowałyście go przetestować, wytężcie wzrok w sklepie i nie bądźcie pipko-pierdołami jak ja. Wybierzcie TEN WŁAŚCIWY.

środa, 25 grudnia 2013

Zagadaj do Mikołaja – wyniki konkursu

Drogie moje, czy śledzie zjedzone? Makowcem poprawione? Pieczone mięsiwa się trawią? Mam nadzieję, że Święta upływają Wam miło i tak, jak sobie tego życzycie. Zgodnie z obietnicą, porozmawiałam z Mikołajem w sprawie konkursu przedświątecznego i ustaliliśmy, że w losowaniu wezmą udział wszystkie uczestniczki. Pytania były ciekawe i zabawne, Staruszek zaśmiewał się tak bardzo, że aż pas pobrzękiwał na jego ogromnym brzuszysku. 


No to wrzuciłam wszystkie zainteresowane do maszyny losującej, a ta pokazała nam, że kolorówkowy zestaw widoczny na zdjęciu trafi do...


...Wioli! Gratuluję i bardzo się cieszę, bo trzeba Wam wiedzieć, że Wiola zadała Mikołajowi interesujące pytanie...

„Kochany Święty Mikołaju, o co pokłóciłeś się z moim dziadkiem? Nie lubicie się? Może uda się załatwić sprawę polubownie i dziadek, nie będzie musiał wychodzić przed każdą Twoją wizytą? ;)”

Mikołaj obiecał odpowiedzieć osobiście, nie będę więc pośredniczyć w tych skomplikowanych, rodzinnych sprawach. 

Tymczasem życzę wszystkim udanej końcówki Świąt. Do następnego!

wtorek, 24 grudnia 2013

Nieświąteczne Święta

Śniegu brak, mamy dziś piękny, słoneczny dzień. Ani trochę zielona choinka stoi wysoko na szklanym regale. Na szczęście Mikołaj wpadł w nocy i podrzucił kilka kolorowych pudełek! Nie czuć zapachu potraw świątecznych, bo powstała tylko sałatka jarzynowa, a cały dom wygląda, jakby przeszedł tędy huragan. Zamiast kolęd słychać świnkę Peppę.

Tak wygląda nasz dom w Wigilię z Tomaszem. Zupełnie nieświątecznie, prawie jak zwykle. To nic.
Jesteśmy w domu. W komplecie. Mój syn chodzi, chociaż jeszcze dwa i pół miesiąca temu żaden lekarz nie był w stanie mi tego obiecać. Przed nami długie miesiące rehabilitacji, ale to nic. Jesteśmy w domu. W komplecie.

A wieczorem zasiądziemy do stołu w innym, bardzo świątecznym domu i będziemy obserwować, jak nasze dziecko dobiera się do choinki i próbuje ściągnąć obrus.

Mimo że to był najgorszy rok w moim życiu, dziś czuję się szczęśliwa. A Wam życzę spokojnych, rodzinnych i pięknych Świąt!

Agata

niedziela, 22 grudnia 2013

Z cyklu „Urzekła mnie twoja historia”: Agaty przygoda z sektą Yves Rocher (uwaga, długie)

Wszystko zaczęło się od niewinnego pytania Ewy z bloga nieobuty (serdecznie polecam – bardzo dowcipnie, bardzo z dystansem, uwielbiam!). Pytanie brzmiało: „Agata, ty jesteś fanką Yves R. A oni mają pistacjową serię. Czy ona jest ok? Miałaś? :)”.

Dumna z siebie odpisałam, że nie wiem, czy warto, bo mam już tonę kosmetycznych zapasów i nie zamawiałam u nich nowej, pistacjowej linii. Owszem, rozważałam zamówienie, ale ostatecznie się nie skusiłam (po tej wypowiedzi duma mnie wprost rozpierała!). Ewa przeczytała me słowa, pewnie poszła szukać odpowiedzi na pytanie: „Czy warto?” gdzie indziej, ale... ja już wiedziałam, po prostu wiedziałam, że ziarenko ZŁA ABSOLUTNEGO zostało zasiane. I że – co gorsza – natychmiast rozpoczęło kiełkowanie.

W leniwy sobotni wieczór, kiedy Tomasz śnił już dawno o króliczku Harrym i iPadzie, postanowiłam „na spokojnie przejrzeć maile”. No dobra, tak naprawdę z lekko drżącymi rękami ćpuna poszukiwałam ostatniego maila od Yves Rocher z którąś z ich fantastycznych ofert nie do odrzucenia. Nie musiałam długo szukać – mail był wysłany dobę wcześniej. Rabat 50 zł na zakupy za minimum 150 zł. Koszyk na 150 zł? Ale przecież ja potrzebuję tylko zestaw pistacjowy za 34,90 zł. Hmmm, i może jeszcze szampon zwiększający objętość, bo czytałam o nim wiele dobrego. Szampon kosztuje 11,90 zł. Wezmę jeszcze pompkę dozującą do serii balsamów Plaisirs Nature (3,50 zł za sztukę), bo dowiedziałam się z jakiegoś bloga, że jest taka. Przyda mi się. Jest plan. Szybka matma w głowie pokazała mi, że mój plan opiewa na zawrotną kwotę 50 zł. Do 150 daleka droga, ale przecież tam jest milion kosmetyków do wyboru, na pewno znajdę coś dla siebie... Wystarczy dołożyć coś za stówkę, dostać 50 zł rabatu i znowu Bob jest twoim wujem. Koszyk za 150 minus 50... to nam daje niezbyt szokujące 100 zł do zapłacenia, a od 99 zł kurier gratis. Jak to się wszystko pięknie składa!


Klik, klik i już jesteśmy w Krainie Wiecznych Łowów i Kosmetycznej Rozpusty. W Przybytku Naciągaczy i Wciskaczy. Gdy do mych oczu docierają kolorowe banery i cała horda GRATISÓW, od razu czuję się jak w domu...

Ale żebyśmy dobrze się zrozumieli. Firma Yves Rocher stosuje STRASZNE taktyki marketingowe. Wyżre Ci mózg, ogołoci z kasy, godności i ostatniej wolnej przestrzeni w szafce, aleeee to NIE SĄ złe kosmetyki. Niektóre z nich są DOSKONAŁE. Spora część jest przeciętna, a jakieś 20% to bezwstydne, nieco ordynarne buble. To jednak wcale nie taka zła wiadomość – buble czyhają za rogiem, ale dzięki nim ta zabawa staje się jeszcze bardziej ekscytująca. Bez opamiętania surfujesz po ich stronie i starasz się nie wdeptywać w kosmetyczne gówno, które gospodarz porozrzucał tu i ówdzie. Ja bawię się przy tym naprawdę wybornie!

No dobrze, ale co my dziś mamy w naszej wspaniałej ofercie?


Jak nakazuje stara, dobra yves-rocherowa tradycja, należy zapoznać się z gratisem do zamówienia, które jeszcze nie zaistniało. W tym miesiącu jest aż siedem możliwości: krem na dzień, tusz do rzęs Sexy Pulp (który BTW bardzo lubię), mleczko odbudowujące, o którym ostatnio pisałam (recenzja TU), podwójny cień do powiek, trochę tradycyjnego badziewia, czyli przybornik kosmetyczny, kubeczki ze świątecznym motywem i niezwykle intrygujący prezent-niespodzianka o wartości aż 122 zł! Kot w worku, ale kto wie, może warto?

Pora skomponować koszyk. Ciśnienie rośnie, a radosna podnieta daje o sobie znać. Uzbierasz zakupy za 150 i twój świat będzie piękny! To taka misja. Challenge. Taka gra. No to jedziemy.
Przyszłam po zestaw czekoladowo-pistacjowy, zatem jako pierwszy trafia do koszyka (34,90 zł) – właściwie to planowałam zacząć od samego żelu do mycia rąk, ale to przecież limited edition, przecież promocja, więc poszłam na całość. Poza tym dodają uroczy woreczek z organzy... Dalej będzie szampon zwiększający objętość włosów, o którym już wspominałam – same świetne recenzje, niecałe 12 zł, grzech nie wypróbować. O, suchy olejek do ciała jest w promocji! – zamiast 49 zł dziś kosztuje 34,90 zł (strona od razu poinformowała mnie, że dorzucając go do koszyka, właśnie zaoszczędziłam 14 złotych i 10 groszy). Tu następuje chwila zawahania... świetne promocje, zachęcające produkty, tylko co tak wolno idzie z uzbieraniem zamówienia za 150? Może to właśnie one? Zbyt promocyjne promocje – taka głupawa myśl odwiedziła moją głowę. Z mniejszym już przekonaniem i entuzjazmem dokładam krem na zaczerwienienia w specjalnej cenie 37,90 zamiast 55 zł (kolejne 17,10 zł do przodu...), a potem przypominam sobie jeszcze o pompce dozującej za 3,50 zł. Pomysły na nowości się wyczerpały, dlatego stawiam na sprawdzony duet: czarna wodoodporna kredka Stylo Regard (pisałam o niej tu: klik) i moja ulubiona dwufaza Pur Bleuet (recenzja: klik klik). Tego nigdy za wiele, co z tego, że mam zapas? Najważniejsze, że przebiłam magiczną kwotę 150 zł, plan się udał!


Wtem mój entuzjazm nieco opada... Szybki klik na koszyk i co się okazuje? Kod rabatowy nie zadziałał. Nie zadziałał, ponieważ 50 zł z mojego koszyka to produkty z etykietą „Zielony punkt”. Pojęcia nie mam, co to ma oficjalnie oznaczać, ale tak się dziwnie złożyło, że WSZYSTKIE rzeczy, które pierwotnie chciałam kupić (czyli pistacja, szampon, nawet dozownik), są oznaczone owym zielonym punktem i nie działają na nie żadne kupony zniżkowe. Nigdy. Po szybkim przejrzeniu oferty YR staje się jasne, że ponad połowa produktów z ich oferty to „zielone punkty”. Zarówno te bardziej eko, jak i kolorowe, a przede wszystkim te tanie zapychacze koszyka. No ale co, teraz mam się poddać? Po 40 minutach analiz i układania koszyka? Mowy nie ma! Dorzucam dalej...

Tym razem zwracam już uwagę na zielone punkty i – nie przedłużając – udaje mi się uzbierać gromadę za nieco ponad 210 zł. Kupon promocyjny zadziałał, ja staję się przyszłą szczęśliwą posiadaczką dwóch Pur Bleuetów, dwóch czarnych kredek do oczu, żelu do mycia rąk z Hammamelisem (czymkolwiek on jest) i radośnie przechodzę do kasy, aby uregulować rachunek na tak miło zmniejszoną kwotę: skromne 163 złote. W nagrodę za mój trud otrzymam 12 kosmetyków, elegancki naszyjnik z kamieniem Swarovskiego (będę w nim taka wyjątkowa!) i prezent niespodziankę warty aż 122 złote! No i oczywiście nie płacę za kuriera, bo zamówienie przekroczyło 99 złotych. Interes życia.
Ach, właśnie. Zdradzę Wam sekrecik. Zanim zdecydowałam się na wspomnianą niespodziankę, dowiedziałam się z bloga http://myyves-rocher.blogspot.com, co nią jest :>.

No to co, finalizujemy transakcję? Klik, klik. Po tym kliknięciu okazało się, że to nie koniec euforii. Kochane Yves Rocher poprosiło mnie o wpisanie numeru karty Payback. A ja zbieram punkty Payback, bo to jedyne sensowne punkty, jakie warto zbierać w tym opunktowanym po kokardy świecie. Interes życia poszerzył się więc o 163 punkty Payback. A nie, o 5x więcej punktów. Bo przecież w telefonie aktywowałam zaraz kolejny, tym razem paybackowy, KUPON PROMOCYJNY. To było superultramegakombo. Prawdziwa zakupowa ekstaza. Czujecie to?

EPILOG

Oni są niesamowici. Wcisną Ci wszystko, o czym nawet nie pomyślisz. Wśród „ofert specjalnych” do mojego zamówienia powyżej 99 zł znalazłam: szalik i czapkę za 12,90 zł oraz pluszowego misia za 6,90 zł. Specjalność oferty polegała na tym, że normalnie za zimowy komplecik zapłaciłabym podobno 25 złotych. W Yves Rocher. Za szalik i czapkę. Ta firma czerpie z najlepszych wzorców Rossmanna, Avonu i Tchibo, ale przy tym jest jedyna w swoim rodzaju. Tylko u nich – za w sumie niewielkie pieniądze – kupisz nie kilka kosmetyków, tylko cały worek. Dla siebie, dla rodziny. I może jeszcze dla sąsiada? Składanie zamówień online ma ogromny sens z koleżankami w pracy. Przy pierdylionie zawiłych promocji jest szansa, że niemalże za grosze w zapasy kosmetyczne zaopatrzy się na papierosie cały oddział banku, zastęp nauczycielek na długiej przerwie lub kolonia karna na Kamczatce. Oni są wszędzie i wcisną Ci wszystko. Jakie to szczęście, że większość z tych rzeczy jest co najmniej w porządku, ma niezłe (ponoć eko) składy, piękne zapachy i umila codzienne pielęgnacyjne rytuały. Inaczej musiałabym przyznać sama przed sobą, że jestem zdrowo walnięta. To było moje czwarte zamówienie. Czy ostatnie? Głupie pytanie, prawda?

A teraz serio. Wchodząc na stronę Yves Rocher, wiedziałam, że tak będzie. Poznałam już ten pocieszny styl i polubiłam go dawno temu. To nie są mądre zakupy. To ich całkowite przeciwieństwo. Tak naprawdę można to zrobić zupełnie inaczej. Rozsądnie. Z sensem. Można kupować w Yves Rocher mądrze, choć może udało mi się Wam pokazać, jak łatwo stracić tam rozum. Ja raz na jakiś czas bawię się z nimi w kotka i myszkę, ciągnę za kij z marchewką, a potem przeżywam prawdziwą rozkosz, odpakowując pudło z tymi wszystkimi kosmetycznymi (i niekosmetycznymi) gadżetami. Lubię tę naszą zabawę, to taka moja mała słabość. Zamiast imprezy w klubie, red bulla z wódką i nocnej taryfy do domu. O praktykach Yves Rocher można napisać doktorat. To fascynujący model biznesowy, który z czułością dotuję moimi zakupami co kilka miesięcy. Może kiedyś, gdy uda mi się przebrnąć przez większość kosmetyków marki, przygotuję dla Was wielki przewodnik po ichniejszych cudach i bublach. A tymczasem znikam, nieco zawstydzona faktem, że poznałyście mój mały, brzydki sekrecik...


Ze specjalnym pozdrowieniem dla stri-lingi :D.


Tak, ta opowieść została napisana z nieco przymrużonym okiem. Jeśli tego nie zauważasz, muszę popracować nad mrużeniem go w druku.  

czwartek, 19 grudnia 2013

Lumene – Natural Code – puder redukujący zaczerwienienia [recenzja]

Do niedawna używałam na zmianę dwóch bardzo dobrych pudrów: jednego sypkiego i jednego w kamieniu. Ten w kamieniu to Rimmel Stay Matte w odcieniu 004 Sandstorm, a sypki – Manhattan Soft Mat Loose Powder – ten prawdopodobnie nigdy nie dokona żywota, taki jest wydajny. Niczym znudzona hrabianka postanowiłam urozmaicić sobie moje smętne, pudrowe życie, w którym nic ciekawego się nie dzieje, bo oba pudry, których używam, bardzo mi odpowiadają. No to kupiłam Lumene z serii Natural Code – w teorii puder ideał: eliminuje mój ukochany smalczyk ze strefy T i pokrywa zielonym pigmentem bezwstydne naczynia, które odsłaniają swe różowe, komórkowe pipki i pokazują je całemu światu.


„Natural arctic plantain FIGHTS AGAINST IMPURITIES”. Rozumiecie? To jakby pójść na wojnę z najgorszym wrogiem w asyście misiów polarnych. Gdy Natural Code przybył w me skromne progi, czułam tę nutkę podniecenia. Oto jest mój wybawca, to on sprawi, że cera będzie pięknie matowa i pięknie nie-czerwona, to on zwolni mnie z obowiązku używania dwóch dobrych pudrów, które są dobre do urzygu!


Natural Code jest bezzapachowy i bardzo drobno zmielony. Występuje w tylko jednym, dopasowującym się do cery odcieniu (bardzo jasnym, dodam). Wiele sobie obiecywałam po tej intrygującej zielonkawej części. Widziałam już na zdjęciach, że nie jest wściekle zielona, ale uznawałam to za plus, bo boję się tych wszystkich podejrzanie miętowych usuwaczy zaczerwienień. Jakoś tak nie umiem z nimi i w ogóle...


Puder Lumene wbiega na pędzel niezwykle ochoczo, co możecie zobaczyć na zdjęciach – mój naprawdę miękki i sympatyczny kabuki wyrył dziury w pudrze już przy pierwszym użyciu. To mogło oznaczać tylko jedno:


Ta fińska cholera osypuje się okrutnie! Mogli przecież zrobić puder sypki, skoro prasowanie nie wychodziło. Jedynym znanym mi sposobem aplikacji, która wykluczy chmurę pyłu, jest korzystanie z domyślnego urządzenia aplikującego, czyli rąk własnych (lub cudzych, w sumie wszystko jedno). No ale spróbujcie tą metodą przypudrować sobie twarz. Po-wo-dze-nia. Ten wyrafinowany sposób nadaje się co najwyżej do pudrowania okolic pod oczami w celu utrwalenia korektora.

W związku z tym, że mój „skin perfector” tak lubi pylić, a przy tym jest drobny i chętny do się_nabierania, wcale nie zdziwił mnie efekt na twarzy. Skóra trwa w pełnym macie, ale w konfrontacji z lusterkiem prawda okazuje się dość brutalna – puder jest bardzo widoczny. Na twarzy tworzy niezbyt wyjściowy efekt posmarowania się kredą do tablicy, podkreśla suche skórki i to szczątkowe owłosienie na twarzy, które posiadamy wszystkie my, co do jednej. No i niestety nie zauważyłam działania zielonej części. Moim zdaniem obie pudrują tak samo i nawet nabrane na palec wyglądają prawie identycznie.

Na plus należałoby zaliczyć beztalkową, mineralną formułę, ale co mi po niej, jeśli i tak reszta jest do bani? Natural Code jest droższy od moich pozostałych pudrowych przyjaciół, co dodatkowo obniża jego i tak nędzne notowania. Trzydzieści pięć złotych za taką jakość? Słabiutko, oj, słabiutko.

I weź zaufaj Fińczykom*, to wezmą i cię zrobią w pudrowe jajo.

Pojemność: 10 g
Cena: ok. 35 zł
Ocena: 2/6

*jes, aj noł, Finom, a nie Fińczykom, ale to taki polonistyczny żarcik mój i męża – jak byliśmy kiedyś na Neste Rally Finland, przez cały wyjazd prawiliśmy o dziwnych obyczajach Fińczyków i bardzo nas to bawiło :P

wtorek, 17 grudnia 2013

Yves Rocher – Expert Réparation – mleczko odbudowujące do skóry bardzo suchej [recenzja]

Jestem przekonana, że Yves Rocher to sekta. Taka prawdziwa. Ci, którzy postanawiają wypróbować ich kosmetyki, przepadają w otchłani www.yves-rocher.pl i ciężko im potem wrócić do normalnego życia. Ci, którym udaje się wrócić, w najlepszym wypadku kończą z szafką, z której wysypuje się zapas tubek, butelek i kartoników na najbliższych pięć lat. Są też tacy, którzy z wysypujących się zapasów próbują korzystać – należy do nich autorka tego bloga (brawa!). 


Expert Réparation to był jeden z moich pomysłów na oswojenie masła shea, które potrafi na mej skórze cuda uczynić, ale krem z jego zawartością musi być odpowiednio ukręcony. Za mało karite – spektakularnych efektów brak, za dużo – nie wchłania się, za tłusto jest. Czyste masło shea, mimo ciekawego orzechowego zapachu i teoretycznie 300% skuteczności zupełnie mnie nie przekonało i nie mam pomysłu, co z nim zrobić.

Mazidło ukrywa się w tubie z miękkiego, matowego plastiku, co pozwala w prosty sposób zużyć je do końca i nie trzeba wyduszać resztek, popierdując z wysiłku. Etykieta według moich standardów jest estetyczna, co z kolei sprawiło, że nie krzywiłam się na widok tuby stojącej na głowie, mimo że takie niespecjalnie lubię. 

Jak wielokrotnie się przekonałam, zapach to pojęcie względne. Smród również. Według mojego nosa zawartość tuby zalatuje nieświeżym tłuszczem, ale znam osobę, która twierdzi, że mleczko (nie-mleczko, patrz niżej) ma piękny, orzechowy aromat. Ten blog należy jednak do mnie, więc załóżmy, że Expert Réparation śmierdzi. 


Sprawa następna: to na pewno nie jest mleczko, jak głosi polska etykieta. Jak widać na zdjęciu, to konkretny balsam, który nie rozlewa się w niekontrolowany sposób. Konsystencja bardzo mi się podoba, balsam nie leje się, jest aksamitny, dobrze się rozprowadza. Wszystko jest w porządku do momentu, gdy skończymy się smarować i nadchodzi czas na odzienie. Upływają cenne sekundy, dziesiątki sekund, a tu klasyczna dupa – ciało lepi się, wciąż ufajdane kremem, który nijak nie zamierza się wchłonąć. Upierdliwe wchłanianie jest wysoce irytujące w połączeniu z faktem, że balsam zalatuje nieświeżym tłuszczem. To sprawiło, że go nie polubiłam, mimo że zły nie jest. A nie jest zły, bo... działa. Kiedy już przebrniemy przez procedurę długotrwałego wysychania (nawet po godzinie wciąż czuć tłustą, lepką warstwę, niestety), skóra staje się dobrze odżywiona, porządnie nawilżona i wszystko z nią ok. 

Expert Réparation nie zawiera parabenów, barwników i olejów mineralnych. Masło shea jest na drugim miejscu w składzie (zaraz po wodzie) i dla mojej normalnej skóry to zbyt wiele. Chociaż łydki często wysychają, nawet w wersji podsuszonej mają dość shea i całej tej tłustej mikstury, co pozwala mi przypuszczać, że u prawdziwych, wytrawnych sucharów również nie będzie kolorowo z wchłanianiem i spijaniem kremowych dobroci. 

Balsamu jest niewiele, zatem nie powinien dziwić fakt, że szybko znika. No i co? I znikł, a ja pożegnałam go bez żalu. Nie dla mnie on.


Pojemność: 150 ml
Cena: 39 zł (ale jak wiemy, w Yves Rocher dość trudno kupić produkty w cenie regularnej, dziś na przykład opisywane przeze mnie mleczko-niemleczko kosztuje 27,90 zł, ale w mailu czeka już przedświąteczny rabat 40%, więc... i tak dalej, i tak dalej, witajcie w yvesrocherowej krainie rozpusty!)
Ocena: 3/6

niedziela, 15 grudnia 2013

Zagadaj do Mikołaja i wygraj, czyli Kolorowy Konkurs Świąteczny czas zacząć!

Pytałam Was niedawno na Facebooku, co wolałybyście wygrać w moim konkursie. Nieznaczną przewagą zwyciężyła kolorówka, dlatego dziś przybywam do Was z takimi oto kosmetycznymi wynalazkami:


Pixi by Petra Lip Booster w odcieniu No.5 Trixie – firma u nas nieznana, niedostępna, dlatego (mam nadzieję) atrakcyjna :). Petra pisze o sobie, że jest „Mum & Makeup Artist”, a ten błyszczyk to jej ulubiony codzienny kosmetyk pielęgnacyjny do ust. Stosowany regularnie ma nawilżać i pomagać w odbudowie warstwy kolagenowej. Zawiera olej z pestek jojoby, witaminę E i aloes. A do tego smakuje truskawką!


NYC – Applelicious Glossy Lip Balm nr 353 Pink Lady – a to taki słodki pomadko-balsam, który jednocześnie nawilża i barwi usta na różowo. Zauroczyło mnie jabłuszko. Ciekawe, czy pachnie tak jak wygląda. Niestety, nie sprawdzę tego, bo balsam jest zafoliowany.


Maybelline – Color Tattoo 24hr w wielbionym przez blogosferę kolorze On and on Bronze. Cieni Color Tattoo chyba nie trzeba Wam przedstawiać, prawda?

NYC – Color Wheel Mosaic Eye Powder w odcieniu 822B Pink Cadillac – kolejne interesujące dziwactwo do malowania oczu, które zawiera świąteczne drobinki, ale jest w delikatnej różowo-brązowej tonacji. Ciekawe, jaki daje efekt po wymieszaniu wszystkich kolorowych kawałeczków...

A na koniec lakier Manhattan z limitowanej edycji Rock Topia – brązowy, klasyczny, kremowy, bezdrobinkowy, uniwersalny. Jedenastomililitrowa butla powinna starczyć na długo :).


Mam nadzieję, że nagrody Wam się podobają. A teraz najważniejsze: co zrobić, żeby otrzymać tę garść kolorówkowych dobroci? Odpowiedzieć w komentarzu na pytanie:

Gdybyś spotkała Świętego Mikołaja, jakie pytanie byś mu zadała?

Sama się nad tym zastanawiam i jestem bardzo ciekawa, jakie Wy macie sprawy do poczciwego staruszka. Spośród autorek najciekawszych moim zdaniem pytań wylosuję zwyciężczynię.

Pytania możecie zadawać do 23 grudnia do północy, w Wigilię mam spotkanie ze Świętym, wtedy też przekażę mu Wasze propozycje i wspólnie podejmiemy decyzję.

Pozdrawiam niedzielnie, do dzieła!


czwartek, 12 grudnia 2013

Pat&Rub – ekoAmpułka nr 3 do cery naczynkowej [recenzja]

A było to tak*. Naczytałam się na blogach i nie tylko na nich, że ta ekoAmpułka wiosnę cerze czyni. Że gasi rumieńce, że koi, poprawia i naprawia. Po bardzo dobrych doświadczeniach z cielesną pielęgnacją Pat&Rub postanowiłam więc dać szansę serum do twarzy i z niecierpliwością oczekiwałam przesyłki.


Paczka przyszła bardzo szybko, a estetyczne opakowanie jak zwykle ucieszyło me oko (jedno i drugie zresztą). Kosmetyki Pat&Rub mają w sobie to coś. W sumie nie do końca potrafię sprecyzować, co to jest, bo widziałam ładniejsze etykiety, wąchałam duuuużo ładniejsze zapachy, no i regularnie kupuję produkty pielęgnacyjne w o wiele atrakcyjniejszych cenach, ale z jakiegoś powodu jako jedna z wielu regularnie zasuwam na ich stronę i daję się skusić na kolejne produkty – a jakość bywa różna. Myślę, że duża w tym zasługa marketingu: niekończące się promocje, które się ze sobą łączą, powodują, że kupowanie produktów Pat&Rub zamienia się w prawdziwe polowanie. Ja moją ampułkę upolowałam za 108 zł (podczas gdy cena regularna to 135 zł) i bardzo byłam z siebie zadowolona. Ale to nie wszystko. Znaczenie ma też niezwykle przyjemna szata graficzna strony i regularna obecność produktów P&R w blogosferze... Trzeba im przyznać – naprawdę marketingowo ogarniają temat i niewiele ma z tym wspólnego Kinga Rusin.


Wróćmy jednak do bohatera dzisiejszej recenzji, który w międzyczasie opuścił swój kartonik. EkoAmpułka numer trzy na co dzień mieszka w eleganckiej, szklanej butelce, która sama w sobie stanowi atrakcję – wygląda dobrze na półce, dźwięk wydostającej się z wnętrza pipety przyjemnie koi zmysły. Ja na to lecę, bo rzadko mam okazję używać takich interesujących kosmetyków. Problemem jest długość (a raczej krótkość) zakraplacza. Po zużyciu połowy coraz trudniej dobrać się do serum i przyjemność używania spada z każdą aplikacją. No ale niech im tam. Co z działaniem?


Skład wygląda obiecująco, ale jak mógłby wyglądać inaczej, skoro ekoAmpułka pochodzi ze stajni kosmetyków naturalnych? Przekleję ściągawkę ze strony:

Kompozycja:
Wyciąg z liści winorośli 2% - wzmacnia naczynka, działa przeciwutleniająco i ściągająco
Lukrecja 2% - rozjaśnia cerę, zmniejsza zaczerwienienia i obrzęki
Miłorząb 3% - wzmacnia i odbudowuje napięcie naczyń, ujędrnia i uelastycznia skórę
Wyciąg z algi Laminaria ochroleuca 2% - koi, wspomaga gojenie, chroni przed poparzeniami słonecznymi
Olej arganowy 1% - chroni przed wolnymi rodnikami, wygładza zmarszczki
Naturalna witamina E 0,2% - wymiatacz wolnych rodników, działa przeciwzapalnie
Woda różana 10% - łagodzi zaczerwienienia, tonizuje, nawilża.

Brzmi dobrze, prawda?


Serum ma łagodzić zaczerwienienia i wzmacniać naczynia, a producent przeznaczył je do stosowania samodzielnego lub pod krem. Można stosować rano i wieczorem. Obietnic jest naprawdę wiele:

„Działa kojąco i rozjaśniająco. Chroni i wzmacnia ściany naczyń, zmniejsza zaczerwienienia i obrzęki. Wygładza zmarszczki, ujędrnia i uelastycznia skórę. Nie zawiera alergenów”.


Kinga w filmiku obiecała też, że jedna duża kropla wystarczy na całą twarz i ja się z tym zgadzam. Konsystencja dość rzadka, ale nielejąca pozwala sprawnie rozprowadzić preparat po twarzy. Jeśli mi było mało, dodawałam drugą kolejkę na same policzki, bo przecież o nie głównie mi chodziło. Zapach jest różany – nie pięknie różany, po prostu różany. Mi nie przeszkadza, a z czasem nawet mi się spodobał, ale wiem, że niektórzy uważają go za słabą stronę tego kosmetyku.

A teraz najgorsze. EkoAmpułka na mojej cerze nie działa. Nic a nic. Mimo najszczerszych chęci, głębokiej wiary, że się uda, zaufania do opinii ulubionych blogerek, niepoddania się po pierwszych, drugich i trzecich niepowodzeniach nie stało się absolutnie NIC pozytywnego.

Początkowo planowałam stosować ten preparat dwa razy dziennie. Niestety, szybko okazało się, że serum nie nadaje się pod makijaż, ponieważ wszystko, co znajdzie się na twarzy po zaaplikowaniu ekoAmpułki, natychmiast próbuje się rolować. Wieczorne sesje były równie bezowocne. Po prysznicu, który rozgrzewa moją niespokojną naczynkową cerę, od kosmetyku za ponad stówę oczekiwałam ukojenia. Jeśli nie od razu, to chociaż po tygodniu czy dwóch! Nic takiego się nie wydarzyło – rumieńce ukazywały się w pełnej krasie. Co więcej, miałam wrażenie, że serum natychmiast po aplikacji dodatkowo je zaognia. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się stało, czyżby uczulał mnie któryś składnik? Trochę smutne jak na produkt hipoalergiczny i mało prawdopodobne jak na cerę nieskłonną do alergii. Dłuższe stosowanie nie rozjaśniło również stałych zaczerwienień, które występują na mojej twarzy bez względu na okoliczności przyrody i inne warunki mistyczne. Czyli klęska absolutna. Jedynym pozytywem, jaki dostrzegłam, jest wspomaganie nawilżenia. Maleńkie światełko w tunelu.

Pod koniec moich kilkutygodniowych testów ekoAmpułki 3 dotarłam do wpisu genialnej Kosmostolog (klik klik), w którym wyjaśniała, że wrażliwa cera naczynkowa wyjątkowo lubi kosmetyczną chemię – idealnie uważone i oczyszczone w warunkach laboratoryjnych mikstury, przetestowane z każdej strony na rzeszach ochotników i tak dalej. Nie wiem, może coś w tym jest? Dam jeszcze szansę konkurencji, czyli żurawinowemu Serum Multiwitaminowemu od Organique, ale jeśli to nie wypali, odpuszczam temat naturalnych kosmetyków do twarzy, które mają czynić wiosnę lub lato na mojej cerze.

Być może któryś składnik mnie uczula. Być może to szeroko zachwalane serum u Was się sprawdzi. Ja mówię nie. Lub nawet jak Tomasz: Nnnnnie! Przykro mi.

Pojemność: 30 ml
Cena: 135 zł (choć oczywiście na stronie patandrub.pl niezmiernie łatwo skorzystać z promocji)
Ocena: 1+/6 (plus za oprawę i właściwości nawilżające)


*Bociana dziobał szpak. Potem była zmiana: szpak dziobał bociana. Potem były jeszcze trzy zmiany. Ile razy szpak był dziobany?

wtorek, 10 grudnia 2013

Pewne sprawy językowe, które mogą przydać się blogerce, a także innym uczestnikom świata

Czytam blogi, dużo blogów, i nachodzą mnie czasem pewne smutne refleksje. W naszym języku zadziało się kilka nieprzyjemnych rzeczy – część to zwyczajne błędy, a część – po prostu językowa moda, która (mam nadzieję) prędko przeminie.

Ilustracja bez sensu? O tym później.

Po pierwsze: Ach, najpierw o gramach


Piszemy o tym, jaka jest gramatura opakowania:
„Peeling zawiera 300 ......... produktu”. Gram czy gramów? Pierwsza wersja jest równie częsta co błędna. Trzysta gramów, pięć gramów, ile sobie chcecie, ale jednak: gramów. Jak to zapamiętać? W bardzo prosty sposób: gramy odmienia się dokładnie tak samo jak kilogramy. Nie powiemy przecież: „pięć kilogram sera”. Czy powiemy? :)

PS Skrót gramów to g, bez kropki, bez r, ze spacją po liczbie. Małe gr bez kropki na końcu to skrót od grosza. Nie inaczej.

Dlatego napiszemy: 50 g kremu i 50 gr rabatu.


Po drugie: Jaki? Taki. Jakich? Takich!


To może być trudne do wytłumaczenia, ale spróbuję. Jeśli chcemy powiedzieć, że coś jest jakieś w znaczeniu „jakiekolwiek”, „wybrane” itd., napiszemy: „Nie zauważyłam jakiCHś nadzwyczajnych właściwości nawilżających”. Nie: !jakiś. „Jesteś jakiś smutny” – w tym znaczeniu owszem.
Tylko skąd wiadomo, kiedy użyć jakichś, a kiedy jakiś?

Każde jakieś, do którego możemy zadać pytanie: jakich?, będzie miało ch w gratisie:

Nie masz jakichś niepotrzebnych cieni do powiek? (Jakich cieni? Jakichś)
Mój makijaż jest jakiś mało wyjściowy. (Jaki jest makijaż? Jakiś)


Po trzecie: Oglądanie


I to okropne słowo: oglądnąć. Wiecie, kiedyś, dawno dawno temu, w języku ogólnopolskim istniało inne słowo, lepsze, bardziej naturalne: obejrzeć. Teraz używają go już tylko takie językowe dziadki leśne jak ja, ale mimo wszystko powiem, co mi tam: oglądnąć to regionalizm, który wdarł się na salony z niewiadomych przyczyn. Ot, moda językowa. Nie podążajcie za nią, słowo obejrzeć jest naprawdę dużo lepsze, bardziej naturalne, przyjemniejsze dla ucha...

Oglądnąć jest poprawne, ale czy nie lepiej brzmi:

„Idę obejrzeć nowy film Maxineczki” niż: „Idę oglądnąć nowy film Maxineczki”?

Mam wrażenie, że ta moda wybuchła zupełnie przypadkiem. Dawno temu, w językowym mezozoiku, zdarzało mi się słyszeć pojedyncze oglądnąć i odbierałam to nawet jako sympatycznie zakręcone udziwnienie. A potem, nie wiedzieć kiedy, zaczął tak mówić cały świat. Zachęcam Was czule: bądźcie vintage! Przynajmniej w tej jednej sprawie.


Jeżeli interesują Was moje dalsze wywody językowe, dajcie znać. Jeśli jest to dla Was nudne, trudne i niepotrzebne na blogu o kosmetykach, dajcie znać również. I wiecie, bez urazy. Czasem nie ma gdzie i od kogo nauczyć się poprawnych wersji i rozmaitych zawiłości językowych. Przypędziłam do Was z pomocą w dobrej wierze – nie w celach prześmiewczych. Jakby nie było, łatwo mi gadać – od lat zajmuję się poprawianiem wszelkich językowych niedoskonałości. Taki chleb :).

PS Kto nie zauważył literówki na opakowaniu wacików? Przyznać się!

sobota, 7 grudnia 2013

Caudalie – Mousse Nettoyante Fleur de Vigne – pianka do mycia twarzy [recenzja]

O tym, jakie doskonałe i delikatne są kosmetyki francuskiej marki Caudalie (czyt. kodali), naczytałam się u M. Zanim Magda z pasją (kto wie, może i z wypiekami na twarzy?) zaczęła nadawać o kolejnych winogronowych kosmetykach, nie słyszałam o tej firmie. Wcale nie było łatwo znaleźć w okolicy aptekę, w której występują polecane przez M. produkty, ale w końcu się udało. Byłam wtedy na spacerze z synem i mój czas był mocno ograniczony, dlatego przelatując szybko wzrokiem etykiety (w akompaniamencie ostrzegawczego pohukiwania Tomasza), zdecydowałam się na piankę do oczyszczania twarzy.

Wszystkie znaki na niebie i opakowaniu wskazywały, że produkt ma potraktować mą facjatę delikatnie i z honorami, a że właśnie byłam po nieprzyjemnych doświadczeniach z wysuszającym żelem myjącym, ochoczo zabrałam się do testów. Sama formuła kosmetyku mnie zainteresowała, bo wcześniej nie miałam do czynienia z piankami myjącymi.


Na początek duży plus za opakowanie. Estetyczna wizualnie butelka z twardego plastiku i pompka zakończona rurką idącą do sameeeeego dna to bardzo dobre połączenie. Niewielki rozmiar opakowania sprawił, że chętnie zabrałam moją piankę na wrześniowe wakacje nad morzem i tam rozpoczęłam testowanie. 

Oczywiste zalety pianki są takie, że nie zawiera mydła, parabenów, siarczanów, barwników syntetycznych, olejów mineralnych i ogólnie wydaje się być przyjazna w składzie. Receptura opiera się na mieszance ekstraktów winogrona, szałwii i rumianku  tym chwali się producent, ale bez przesady z zachwytami – ekstrakty znajdziemy pod koniec składu. Tradycyjnie jednak nie zajmuje mnie zbytnio zaawansowana chemia, bo przecież najważniejsze jest działanie.


Zacznijmy od tego, że pompka działa bez zarzutu. Nie zacina się, a na dłoni melduje się najprawdziwiej pienista piana, z tych najpienniejszych! Fajne jest to, że po roztarciu w dłoniach nie dzieje się z nią to, co z wieloma lekkimi i wodnistymi piankami – nie znika. W istocie myjemy się więc pianą, a nie czymś, co uprzednio było wodą, potem chwilę pianą, a teraz znowu wodą się stało. No i dobrze.

Zapach jest taki jakiś... czy ja wiem... ogórkowy? Zalatuje mi nieco ogórkiem, moim zdaniem nie ma nic wspólnego z zapachem winogrona lub szałwii, o rumianku nie wspomnę, ale nie jest intensywny i dla wielu z Was może okazać się nawet orzeźwiający. Opakowanie 50 ml starcza na dłużej, niż myślałam – na pewno ponad dwa miesiące codziennego używania (dwie pompki na jedno mycie, raz dziennie). 

Pianka Caudalie to najdelikatniejszy produkt do oczyszczania twarzy, jaki spotkałam. Dla wielbicielek piankowych formuł – re-we-la-cja! Bałam się, że dla mnie będzie za słaba, bo lubię to uczucie głębokiego oczyszczenia (byle nie ściągnięcia), jakie dają gęste żele lub nawet żele peelingujące (o tych niestety musiałam zapomnieć na zawsze – naczynka, ech, naczynka). Faktycznie, po umyciu twarzy pianką nie mam tego wrażenia bezgranicznej czystości, ale to inne wrażenie też jest przyjemne – po Caudalie cera jest świeża i miła w dotyku. Naprawdę, ten kosmetyk jest ultrałagodny, nie wyobrażam sobie, żeby kogoś mógł podrażnić. Radzi sobie dobrze nawet z resztkami makijażu, chociaż – tu zgadzam się z M. – ja polecałabym go raczej do porannej pielęgnacji. Sama rano rzadko mam czas, żeby dokładnie szorować buzię pianką – cała Wielka Pielęgnacja odbywa się wieczorem, a że mimo wszystko nie jestem w stanie zrezygnować z uczucia dogłębnego oczyszczenia, na razie nie planuję powrotu do Mousse Nettoyante Fleur de Vigne. Wiem jednak, że jeśli znowu jakiś kosmetyk podrażni moją wrażliwą cerę, pobiegnę w podskokach do apteki po kolejną flaszkę Caudalie. 

EDIT: pod koniec opakowania pianka zaczęła zmieniać zapach – wyczuwałam nutę używanych męskich skarpet, niestety. Działanie pozostało takie samo, ale to sprawia, że na pewno nie zdecydowałabym się na opakowanie 150 ml.

Pojemność: 50 lub 150 ml
Cena: ok. 30 zł za 50 ml (chociaż w aptekach internetowych widziałam, że cena dochodzi do 50 zł)
Ocena: 4+/6
Dostępność: dobre apteki, m.in. sieć Cosmedica

środa, 4 grudnia 2013

Kolorówkowy Zestaw Awaryjny [tag]

Kawaii Maniac wymyśliła sobie taki tag, a ja wymyśliłam, że wezmę udział w jej zabawie. Jakie kosmetyki upiększające lico są mi absolutnie niezbędne do przeżycia w okrutnym świecie powszechnej krytyki i wpędzającego w depresję Photoshopa? – na to pytanie próbowałam sobie odpowiedzieć w tym poście. Tu możecie poczytać o naprawdę minimalistycznym awaryjnym zestawie Kawaii: klik. Mój sprawdził się w warunkach szpitalnych, w jakich przyszło mi spędzić niedawno długi, trudny miesiąc, ale nie ukrywam, że w codziennym, domowym makijażu używam nieco więcej kolorowych pomocników.

Oto, co chwyciłam na szybko, gdy pakowałam siebie i Tomasza na dłuższy pobyt do Centrum Zdrowia Dziecka*:


Na mojej twarzy lądują po kolei:

1. Krem tonujący – akurat padło na Eveline BB Cream 8w1, czyli tani, drogeryjny, udawany krem BB, który bardzo pasuje odcieniem do mojej cery i nie robi problemów przy aplikacji. Nakładany palcem raz dwa załatwia sprawę przebarwień, no i od biedy można go nałożyć bez uprzedniego zagruntowania facjaty kremem nawilżającym. Zanim zaszłam w ciążę, prawie w ogóle nie używałam podkładów. Niestety, po porodzie moja cera bardzo się zepsuła – oprócz wzmożonej produkcji sebum w strefie T, zmagam się też z naczynkami i naprawdę nie jest mi miło patrzeć na samą siebie bez choćby odrobiny kolorystycznych poprawek.

2. Korektor z aplikatorem „błyszczykowym” – w moim zestawieniu jest to Flormar Perfect Coverage w odcieniu, który pierwotnie wydawał mi się o wiele dla mnie za ciemny, ale w praktyce okazało się, że bardzo ładnie stapia się ze skórą (nr 02). Nie zbiera się w załamaniach, a gąbeczkowy aplikator świetnie stempluje okolice pod oczami, nie pozwalając na wylanie na siebie nadmiaru beżowej mazi. Szybko, łatwo i skutecznie.

Tak naprawdę jeśli ma być jakaś wielka kosmetyczna awaria z serii: świat się kończy, na ratunkowym statku kosmicznym jest miejsce tylko na cztery kosmetyki do makijażu, mogłabym zrezygnować albo z kremu tonującego, albo z korektora, ale nie umiem zdecydować, który wywalić z mojego zestawienia, dlatego zostają oba. I pal sześć bibułki matujące – od świecącej gęby jeszcze nikomu nic się nie stało :>.

3. Set do stylizacji brwi – dwuodcieniowy Catrice bardzo mi odpowiada, w dodatku w pudełku ukrywa się też mikroskopijny grzebyk do rozczesywania brwi, maciupki skośny pędzel do aplikacji i nawet minipęseta, jakby ktoś miał ochotę wyrównać sobie to i owo (nie wnikam, jakie owo). Jest dobry do szybkiego make-upu, bo raczej trudno się nim oszpecić. Naturalnie, niezobowiązująco podkreśla moje jasne brwi. No i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wykonać nim prostą operację na powiece.

Takiego smutnego połamańca przywlokłam kiedyś do domu,
ale potem nic już się nie pokruszyło. Wbrew pozorom lepiej
pracuje mi się z ciemniejszym odcieniem, mimo że początkowo
bałam się, że będzie dla mnie za mocny.

4. Wodoodporna czarna lub brązowa kredka do oczu – z przyzwyczajenia wrzuciłam do kosmetyczki czarną Yves Rocher – Stylo Regard, którą zachwycałam się na blogu nie raz. Przez lata malowania krechy na dolnej linii wodnej/dolnej linii rzęs tak przyzwyczaiłam siebie i wszystkich wokół do mojego „kreskowego” wyglądu, że mimo iż jestem już oświecona i wiem, że takie malunki bez ostrego makijażu są nieprofesjonalne i w ogóle passe, dalej walę tę kreskę. Ostatnio często wybieram brązową kredkę zamiast czarnej lub podkreślam dół ciemnobrązowym cieniem (no wiecie, rozwijam się ;)), ale w szpitalu nie było o tym mowy, dlatego po staremu było – sruuuuu, trzy sekundy i już mamy podoczne, czarrrrrrne ożywienie.

5. Tusz do rzęs – bez pomalowanych rzęs nie jestem w stanie funkcjonować. Wynika to z dwóch prostych faktów: jestem jasną blondynką i mam jasną oprawę oczu, a poza tym przez lata malowanek i demakijażu rzęsy całkiem spłowiały – końcówki są niewidoczne, reszta ma odcień... szary? Bez podkreślenia ich tuszem wyglądam – delikatnie mówiąc – niewyjściowo i w takiej wersji staram się nigdy nikomu nie pokazywać. Moje rzęsy są dość rzadkie, ale za to długie, dlatego wybieram tusze pogrubiające. Na zdjęciu: Bourjois Beauty Full Volume – tusz pogrubiający, który nie jest zły, ale też niczym nie zachwyca.

6. Bibułki matujące – te od Catrice są bardzo fajne, polecam. Awaryjnie bibułki wygrywają u mnie z pudrem. Nie lubię wbudowanych puszków, które szybko robią się dziadowe, a trudno, żebym przy podstawowym, prędkim makijażu (niech już będzie, że szpitalnym) zasuwała przed lusterkiem z ogromnym pędzlem kabuki. W ostateczności mogłabym zrezygnować z bibułek i nadmiar sebum odciskać w papierowy ręcznik lub rękaw, ale jakoś z bibułkami raźniej iść przez życie.

W moim zestawieniu całkowicie zrezygnowałam z podkreślenia ust, ale wypadałoby dorzucić chociaż pomarańczową wazelinę Flos-Leku (recenzja tu: klik) lub jakiś neutralny, koloryzujący błyszczyk. Mogę jednak żyć bez cudowania przy otworze gębowym, dlatego w moim minimalistycznym zbiorze pominęłam problemy istot wargatych. W moim absolutnym minimum zabrakło też miejsca na konturowanie twarzy, a róż odpuściłam bez wyrzutów sumienia – wystarczy poczekać, aż podkład nieco się zetrze i już możecie podziwiać me piękne, rumiane poliki.

Jestem ciekawa Waszych must-have'ów, dlatego taguję wszystkich, którzy mają ochotę pokazać swój zestaw na kryzysowe czasy.


*nie są to moje ulubione kosmetyki (taka lista powstanie innym razem), tylko takie, które aktualnie były używane.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Finał Mikołajek z Hexx

Pomysł Hexxany (z bloga 1001 Pasji) z urządzeniem blogowych mikołajek od początku wydawał mi się wyborny. Blogerki czyniące dobro blogerkom – ideał. Któż lepiej zna nasze potrzeby? Któż lepiej dobierze kosmetyki dla wymagających, wiedzących wszystko o wszystkim bab? To naprawdę ekscytująca zabawa umilająca smętny, jesienny czas (tak, kiedyś kochałam jesień, ale od kiedy tegoroczna zamieniła życie mojej rodziny w piekło, zmieniłam zdanie).

Wracając do Hexx... urządziła tajne losowanie, a potem pozostało tylko skomponować prezent dla swojej Mikołajki, nadać paczkę i... wypatrywać mikołajki od Mikołajki :).
Moja Mikołajka przysłała prezent na długo przed 6 grudnia. Nie chciała, żeby przesyłka się opóźniła i faktycznie, nic złego się nie wydarzyło, a ubrana w bublinkową folię koperta przybyła do mnie dokładnie w dniu, w którym nadałam moją mikołajkową paczkę.

Żeby nie trzymać Was dłużej w niepewności, pozwolę Wam zerknąć do mojego prezentu. Z paczuszki wysypały się takie oto dobroci:


Pisk radości pojawił się, kiedy czujne me oko wyłowiło słynny flat top Hakuro H50s. Moje akcesoryjne marzenie zostało spełnione! Kilka miesięcy temu małżonek zaopatrzył mnie w wyborny zestaw pędzli Kozłowski, które możecie obejrzeć tutaj: klik. Znalazł się tam wprawdzie jeden flat, ale nie taki tłuściutki i sympatyczny, jak H50s. Bardzo byłam ciekawa zarówno pędzla do podkładu, jak i w ogóle jakości produktów Hakuro, dlatego radość ma jest wielka.

Oprócz pędzla przybył do mnie zimowy krem do rąk Lumene, którego nigdy wcześniej nie spotkałam na swej kosmetycznej drodze, ale chętnie zainicjuję z nim niejeden wieczorek. Na osłodę i tak słodkiej przesyłki przypadły dwie czekolady firmy, którą uwielbiam, ale nie będę się wcale zadziwiać, jak moja Mikołajka na to wpadła – ręka do góry, kto nie lubi Ritterów?!

Do prezentu dołączona była kartka z życzeniami. A kto mi dobrze życzy?


Aneta Starosta, wytrwała blogowa komentatorka, która pojawia się regularnie w tylu miejscach w sieci, że wciąż się zastanawiam, kiedy Ona na to znajduje czas?? Tu możecie poczytać bloga Anety: klik.

Rzućmy jeszcze okiem na głównego bohatera mikołajkowego prezentu:


Nooo, a teraz wreszcie mogę go umazać!

Bardzo Ci dziękuję, Aneto. Mam nadzieję, że Twoja mikołajka również przypadła Ci do gustu :). A Joasi dziękuję za to, że nieco nagięła regulamin (punkt dot. blogerskiego stażu), żebym mogła wziąć udział w zabawie.  Fantastyczna sprawa, naprawdę. No i gratuluję sprawnego przeprowadzenia mikołajek, Hexx!