piątek, 29 listopada 2013

Denko prodżekt, odc. 8

Koniec kolejnego paskudnego dla mnie miesiąca zwiastuje porządki w kosmetycznych śmieciach. Czy Wy też macie ciągle w głowie: „byle do wiosny”? Z czeluści szafki wydobyłam już kubek z napisem: „Zimo wypierdalaj” – niestety, w zeszłym roku nie zadziałał, więc obawiam się, że mógł już stracić swą czarodziejską moc. W każdym razie zamierzam pić w nim gorące napary, ile się da. Gdyby jednak zasypało Was śniegiem na kolejne pół roku, wiedzcie, że robiłam co mogłam.


W tym miesiącu oprócz tradycyjnych zużyć pozbyłam się kilku zalegających staroci i zabrałam wreszcie za próbki, których w próbkowym pudełku wciąż przybywa. Pukają się ze sobą czy jak? 


Balea – malinowe mydło w płynie – no dobra, wystarczy już tych malin. Te pachniały doskonale, mydło bardzo mi przypadło do gustu, ale malinowe masło pod prysznic od Bomb Cosmetics trochę mnie wykończyło (tu recenzja: klik), dlatego chwilowo nie planuję powtórki z tym mydłem. Obiektywnie jest jednak warte zakupu.

Balea – kokosowo-nektarynkowy żel pod prysznic – plus milion punktów za zapach (!!!). Ta Balea pachnie jak moje dzieciństwo. Taki aromat miała któraś z gum do żucia z początków lat 90., mąż obstawia, że to stary dobry Donald, mi chodziła po głowie jeszcze guma Turbo, ale męski specjalista twierdzi, że to wykluczone i na pewno chodzi o gumę z historyjkami o słynnej kaczce. Żebyśmy dobrze się zrozumieli: nie cierpię klasycznego zapachu i smaku gumy do żucia dla dzieci – tej obecnej w lodach i paście do zębów. Coś okropnego. Kokosowo-nektarynkowa Balea to całkiem inna historia, po prostu tamte gumy też pachniały inaczej :). Kupię znowu.

Hipp – Pielęgnacyjny płyn do kąpieli – Hipp w międzyczasie zmienił opakowania na białe, mam nadzieję, że nie zmienił składu. Ten płyn do kąpieli jest naprawdę super. Głównie używał go Tomasz, ale mnie też się zdarzyło i było bardzo sympatycznie. Jest bardzo delikatny, ma dobry skład, na pewno do niego wrócimy. Tu recenzja: klik.

Luksja – Care Pro Nourish – mleczko pod prysznic z olejem z pestek dyni (próbka) – to ma być porządnie nawilżające mleczko do mycia, ale tradycyjnie wsadzam ten tekst między bajki. Naprawdę nie ma sposobu, żeby skóra była dobrze odżywiona od preparatu, który zmywa się natychmiast po aplikacji. Niemniej jednak zapach tego mleczka spodobał mi się na tyle, że rozważam zakup pełnego wymiaru. No i plus za pojemność próbki – starczyło na dokładne wyszorowanie mnie i jeszcze ze dwóch chomików, gdyby tylko miały ochotę.


Apis – Arbuzowe Orzeźwienie – nawilżający krem do twarzy z kwasem hialuronowym – ten krem to prawdziwa neverending story (100 ml!). Zaczęłam używać go pod koniec kwietnia, producent przewidział pół roku na wykorzystanie, a ja go wykończyłam dopiero w zeszłym tygodniu. Pod koniec stosowałam już tylko na szyję, tak na wszelki wypadek, chociaż nie zmienił ani konsystencji, ani zapachu. Jest naprawdę sympatyczny, mimo że nieco staroświecki. Pachnie... uroczo, jak cała seria Arbuzowe Orzeźwienie. Tu recenzja: klik. Chętnie do niego wrócę... kiedyś.

Bandi – Krem Intensywnie Nawilżający z serii Hydro Care – w recenzji, którą możecie przeczytać tutaj: klik, nagadałam temu kremowi parę niemiłych rzeczy. Głównie taką, że przyczynia się do przetłuszczania mojego i tak tłustego czoła, mimo że jest przeznaczony do skóry mieszanej i tłustej. Ale to było latem. W sezonie szaro-buro-zimnym krem w domowych warunkach sprawdza się bardzo dobrze, więc już się na niego nie gniewam. Poza tym dzięki niemu stała się rzecz niesłychana: mój mąż (tak, facet!!!) zaczął używać kremu nawilżającego do twarzy. Dałam mu resztkę Bandi, jak do mnie przybył z wysuszonym ma wiór, łuszczącym się nosem, a po paru dniach przyleciał z wiadomością dobrą („to działa!”) i złą („już się skończył :(”), dlatego natychmiast zamówiłam kolejne opakowanie. W ten sposób małżonek stał się istotą kosmetycznie cywilizowaną, za co chwała i cześć Bandi!

Flos-Lek – Żel ze świetlikiem lekarskim i chabrem bławatkiem do powiek i pod oczy – zużyłam go malutko, miał datę ważności 3 miesiące od odkręcenia słoika, miał łagodzić pieczenie zmęczonych oczu, co udawało mu się w bardzo nietypowy sposób – rozgrzewał posmarowane okolice. Nie spodziewałam się takiego efektu, ale to wcale nie było złe. Mimo wszystko jakoś o nim zapomniałam i połowa wyparowała z opakowania. Dawno jest po terminie, konsystencja już nie ta, dlatego leci do kosza, chociaż nie był zły. Będę go miło wspominać, bo dzięki niemu dowiedziałam się, że bławatek to chaber :D.

YSL – serum Forever Light Creator (próbka) – ma rozświetlać, więc właściwie jest nie dla mnie (cudowne rozświetlenie całej twarzy regularnie oferuje mi mój nieodłączny przyjaciel, może go znacie, nazywa się Nadmiar Sebum. Byłam jednak ciekawa, jak sprawuje się na mojej twarzy serum za prawie 400 zł (385 zł w Douglasie) i cóż – sprawuje się. Po próbce więcej nie powiem, bo producent twierdzi, że pierwsze zmiany zauważę po tygodniu, a te najbardziej niesamowite i zapierające dech – po miesiącu stosowania. Nie planuję zakupu, więc nigdy się nie dowiem, czy to kolejna ściema, czy cud z kosmosu.


Fitomed – Ziołowy żel do mycia twarzy do cery tłustej – niech żyje Fitomed i żel jego – mąż nie tylko zaczął smarować się kremem nawilżającym, ale też od paru miesięcy myje twarz żelem do tego przeznaczonym, zamiast tym, co akurat znajdzie pod prysznicem. Mój kosmetyczny troglodyta robi się coraz lepiej wypielęgnowany, a mi serce roście. Żel Fitomedu, mimo plugawej etykiety, dość plugawego (na szczęście łagodnego) zapachu i koloru jest świetny. Działa doskonale, dobrze się pieni, nie ściąga skóry, usuwa wszelkie nieczystości. Mimo że przeznaczony do cery tłustej, nie wysuszył mi policzków, taki z niego łagodny wujcio.

PS Małżonek trafił do mnie z przesuszonym nosem dlatego, że butelka z Fitomedem nagle zniknęła z łazienki i znowu powrócił do troglodyckich obyczajów mycia twarzy, czym popadnie. Wiemy już, czemu zniknęła i wiemy, dlaczego prędko powróciła na swoje miejsce. Tak, tak, już kupiłam ponownie, mydlnica lekarska górą.

Siquens – Prévention – krem pod oczy – pisałam o nim niedawno, więc nie będę się powtarzać. Krem dla młodych cer, a ratunek dla mnie to już tylko retinol i zastrzyki z krwi ;). Recenzja: klik.

Yves Rocher – płyn micelarny (miniatura 50 ml) – micel YR z wyciągiem z trzech herbat wywołał u mnie mieszane uczucia. Ładnie pachnie, nie lepi się, ale był jakiś taki... kapryśny? W zależności od dnia zmywał dobrze albo beznadziejnie, zwykle delikatny – czasem podrażniał oczy. Nic z tego nie rozumiem, ale nie planuję dalszych testów. Pełny wymiar, czyli 200 ml, kosztuje 37 zł, Yves Rocher ma w ofercie jeszcze jeden płyn micelarny w serii Hydra Vegetal. Tamten ma podobno nawilżać. We'll see.


L'Occitane – werbenowe mleczko do ciała (miniatura) – o duecie werbenowym pisałam tu: klik, dlatego będzie krótko: orzeźwiająco pachnie cytryną, ekspresowo się wchłania, nie zostawia lepkiej warstwy, ma przeciętne właściwości nawilżające. Raczej już się nie skuszę, bo wolę konkretne nawilżacze.

Kamill – Classic Hand & Nagel Lotion – to takie mleczko do rąk. Nie spodobało mi się, w wersji bezzapachowej wyczuwałam nieprzyjemną nutę, niemiło się używało tego lejącego czegoś, dlatego przepadł w otchłani kosmetycznego pudła, stracił ważność i wywalam go bez żalu.

L'Occitane – odżywka 5 ziół (miniatura) – wraz z szamponem tworzyła zgrany ziołowy duet. Na minus zaliczam dużo gorszy od szamponu, BARDZO ziołowy zapach, ale co kto lubi. Może jeszcze kupię, tylko poczekam na promocję :).


Lovely – Color Mania nr 83 – bardzo lubiłam ten lakier, jako jeden z niewielu prawie dobił dna, był mleczny, nieźle kryjący, miał satynowe wykończenie. Niestety, nie widzę go już w szafach Lovely.

Wibo – Express Growth nr 158 – moja pierwsza w kolekcji mięta właśnie trafia do kosza, prawie niezużyta. Lakier od początku był zbyt rzadki i miał słabe krycie, zalewał skórki, bez sensu. Zniechęcił mnie do dalszych poszukiwań lakierowych w szafach Wibo.

Oriflame – kredka do oczu Double Trouble – czarna część była miękka i dawała ładną, wyrazistą czerń, biała – twarda i praktycznie niemożliwa do użycia na linii wodnej. Na rynku jest sporo takich dwustronnych kredek, więc na pewno można znaleźć coś dużo lepszego. Nie kupię.


Bath&Body Works – świeca zapachowa z kolekcji White Barn o zapachu Frosted Cupcake – wspominam o niej tylko dlatego, żeby Wam powiedzieć, że ją uwielbiam. Pachnie cudownie, wypaliła się pięknie do końca, mam ją znowu, tym razem w gigarozmiarze.

Lancôme – Trésor EDP – stary, kwiatowy zapach, który premierę miał w 1990 roku. Jest ładny, ale mnie nie porwał. Bardzo głupia była ta próbka, po drugiej stronie kartki, której przecież i tak nigdy nikomu bym nie wysłała, znalazło się kilka kropli perfum ukrytych pod folijką w kształcie flakonu. Jak każdy, wolę maleńkie szkła z atomizerem. Ta nie zachęciła mnie do zakupu.

Tym sposobem wspólnie dobrnęliśmy do końca. Znalazłyście wśród moich śmieci swoje hity i kity?

środa, 27 listopada 2013

Bioderma – Sensibio AR – krem do cery naczynkowej [recenzja]

Przez długi czas Bioderma zwisała mi i powisała. Ot, jedna z wielu dermokosmetycznych marek, które charakteryzują się mało atrakcyjnymi cenami i często również brakiem zapachu. Jak byłam siksą, w ogóle nie mogłam pojąć, jak można smarować buzię lub ciało czymś, co nie pachnie – a gdzie przyjemność? gdzie odprężenie? Bliżej trzydziestki zaczęłam rozumieć, że nie wszystko złoto, co się świeci, nie taki diabeł straszny, jak go malują, a kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada*. Dziś wiem, że zapach jest miłym dodatkiem, ale niestety często zwiastuje kłopoty – zapychanie, podrażnianie, brak jakiegokolwiek działania. Jeśli kiedyś znajdę krem idealny, czyli taki, który pięknie pachnie i ma genialne właściwości, z pewnością się o tym dowiecie. Tymczasem zamieszkała u mnie Bioderma, która nie pachnie i do ideału trochę jej brakuje...


Zainteresowanie francuską marką przyszło wraz z rodzącym się głębokim uczuciem do słynnego micela Sensibio H2O. Jego działanie mnie – nie bójmy się użyć tego słowa! – zszokowało, bo dotychczas nie udało mi się spotkać na swej drodze płynu micelarnego, który bez większego problemu rozprawiłby się z czarną kredką i/lub wodoodpornym tuszem. Temu się udało i udaje za każdym razem. Nie do wiary. Pomyślałam więc, że krem do twarzy też może dać radę, a taki do cery naczynkowej... kto wie, może nawet przygasi moje rumieńce? W pobliskiej aptece akurat była promocja -30% – nic, tylko brać! To wzięłam.

Zgodnie z przewidywaniami krem okazał się bezwonny, nie podoba mi się mniejsza niż zwykle pojemność – 40 ml. Przy zakupie nawet nie spojrzałam na pudełko, żeby to sprawdzić, a w domu spotkało mnie dość niemiłe zaskoczenie. Nie jest to może najstraszniejsze, co mi się w życiu przytrafiło, ale: a) mniejsza pojemność oznacza szybszy koniec, b) cena staje się jeszcze mniej atrakcyjna. Bardzo płaska tuba sugeruje, że kosmetyku nie jest wiele, ale na szczęście – wbrew wszelkiej logice – jest wydajny.

Producent przeznaczył go do codziennej pielęgnacji łagodzącej dla skóry wrażliwej i reaktywnej z problemami naczynkowymi i zaleca stosowanie 1 lub 2 razy dziennie. Krem ma łagodzić przejściowe (rumieńce) lub trwałe zaczerwienienia (rumień trwały, popękane naczynka), zapobiegać pojawianiu się zaczerwienienia i zmniejszać jego intensywność, nawilżać i chronić. Jest hipoalergiczny. Na opakowaniu nie sprecyzowano, do jakiego typu skóry (poza tym, że do naczynkowej) jest przeznaczony, ale doklejona jest pomarańczowa naklejka „Skóra tłusta i mieszana”, dlatego bez zastanowienia wrzuciłam do koszyka. Okazało się, że to nie do końca tak...



Sensibio AR to krem gęsty, niewodnisty, a jednak gładko sunie po skórze. Wchłania się dobrze, nie jest bardzo tłusty, nazwałabym go półtłustym, na pewno należałoby go wrzucić do wora z tymi bardziej treściwymi okazami. Mam cerę mieszaną z bardzo tłustą strefą T i teoretycznie taki krem nie powinien być dla mnie, a mimo wszystko z powodzeniem stosowałam go pod makijaż, nie rolował się, nie robił cyrków, nie uczulił mnie, okazał się bardzo łagodnym towarzyszem – jak przystało na dobry krem do cery naczynkowej. Nasza przygoda zaczęła się jeszcze latem, wtedy stosowałam go głównie na noc, bo w ciągu dnia unikałam ciężkich podkładów – zamieniłam je na (udawany, europejski) krem BB i kremowy podkład nie był konieczny. Jesienią, przy aplikacji pod makijaż, na strefę T nakładałam Biodermę w minimalnej ilości, na policzki więcej, bo lubią się wysuszać, i wtedy dawała radę. W ogóle w ciągu dnia tutaj najlepiej sprawdza się minimalizm, a tubka, z której tycim otworkiem wydobywają się niewielkie ilości, temu sprzyja.

Trzeba jednak zaznaczyć, że taka formuła kremu nie powinna być przeznaczona do skóry tłustej czy mieszanej i nie wiem, skąd dziwna naklejka na pudełku. Ze strony Biodermy dowiadujemy się, że dla cery wrażliwej i reaktywnej, a zarazem normalnej i mieszanej producent przewidział krem Sensibio Light o dużo lżejszej konsystencji (wiem, bo właśnie zaczęłam go używać). Nie wiem tylko, czy wersja Light zapewni skórze tak skuteczną ochronę, jaka jest przewidziana w przypadku bohatera dzisiejszego odcinka. 

Jeśli chodzi o działanie, dla mnie jest i dobre, i niewystarczające. Sensibio AR zadziwił mnie niezłym nawilżaniem (mimo że nie ma nawilżającej formuły i w sumie nie do tego służy), pozytywne jest łagodzenie wypieków, co w moim przypadku najmilsze było po gorącym prysznicu, którego płytko unaczyniona twarz nie cierpi i nie powinnam jej tego czynić, ale tradycyjnie nie mogę się powstrzymać. Ukojenie dla palących policzków jest dobre, ale niestety, nie zauważyłam, żeby trwale zmniejszył (za)czerwienienie, a chwali się, że potrafi. No i nie spodziewajcie się, że jak Was przyrumieni w stresie lub po kilku głębszych, po posmarowaniu się Biodermą rumieniec całkiem zniknie. Tak dobrze nie ma – krem tylko uspokaja naczynka i wyłącza nieznośne pieczenie. To wszystko.


Przyznam, że skład obejrzałam długo po tym, jak zaczęłam aplikować ten krem na moją różowiutką, kapryśną paszczę. I tu nastąpiło klasyczne zgarnięcie szczęki z podłogi: parafina na drugim miejscu w składzie?! Nie należę do klubu gorących parafinowych unikaczy, np. w wielu kremach do rąk czy ciała całkiem mi ona pasuje, ale na twarz staram się jej nie ładować, bo kojarzy mi się bardzo z zapychaniem, a tego nie lubimy, nu nu nu. W okresie, gdy używałam Sensibio AR, moja cera była i tak w gorszej wypryskowej formie. Nie zauważyłam nasilenia problemu, ale ten ciężki, nieprzyjemny dla wrażliwej na zapychanie cery składnik na pewno nie pomagał. Ze względu na nieszczęsną parafinę nie zamierzam wracać do tego kremu. Między nami: czuję się dość oburzona, że znany i lubiany producent dermokosmetyków oparł swoją recepturę na miksie parafiny i gliceryny. Bardzo nieładnie. Jednak komu niestraszna ciężka frakcja ropy naftowej, powinien być zadowolony.

Mimo braku efektu wow! i wspomnianych wyżej zarzutów, polubiłam się z tym kremem. Będę szukać dalej swojego ideału, ale Sensibio AR nie zniechęcił mnie do dalszych eksperymentów z produktami Biodermy. W trakcie testowania tego kremu kupiłam jeszcze w jakiejś dzikiej promocji (9,99 zł) w Super-Pharmie wspomnianą wcześniej wersję Light. Właśnie robię do niej podchody, zobaczymy, jakie zrobi wrażenie.

Pojemność: 40 ml
Cena: bardzo różna, 45 zł w gdańskiej aptece Gemini (którą bardzo polecam, jest MEGA tania) i ponad 80 zł w doz.pl
Dostępność: w sieci Super-Pharm i dobrych aptekach
Ocena: 4/6

*No dobra, to ostatnie nijak się ma do mojej myśli przewodniej. Poza tym prawdę o dołkach odkryłam duuuużo, dużo wcześniej.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Wyniki zielonego konkursu

O północy minął termin nadsyłania zgłoszeń do mojego zielonego konkursu, zatem czas ogłosić zwyciężczynię! Dziękuję Wam za udział i wiele miłych słów. Sugestie będę stopniowo wprowadzać w życie, ale cieszę się, że podoba Wam się to, co robię. Przypomnijmy, co było do zdobycia tym razem:


A kto wygrywa kilka zielonych fantów i jeden różowy?


Tadaaaaaaam! Gratuluję, Króliczku, wyślij mi mailem swoje dane, a ja prędko pobiegnę na pocztę i nadam przesyłkę :).

Chciałabym też wyjątkowo nagrodzić zdobywczynię drugiego miejsca, Wiolę. Napisała do mnie cudownego maila, który bardzo mnie zmotywował, ucieszył, a nawet wzruszył. Wiolu, czekam również na Twoje dane, mam dla Ciebie nagrodę pocieszenia ;).

Zaglądajcie do mnie, niedługo kolejne rozdanie, tym razem fanty będą jeszcze ciekawsze!
Miłego dnia :)

niedziela, 24 listopada 2013

Nie, proszę Państwa, nie jestem lakieromaniaczką. Ja nawet nie lubię malować paznokci!

Wiecie, nigdy nie byłam wielbicielką wystrzałowych odcieni na paznokciach (przynajmniej na swoich), ale blogosfera ma tę cudowną właściwość, że pozwala gapić się na różne przedmioty w nieskończoność, w sposób powtarzalny, a nie od dziś wiadomo, że jak się człowiekowi coś opatrzy, to istnieje duża szansa, że nagle zacznie mu się podobać. No i tak mi się opatrzyły wszystkie kolory tęczy na Waszych paznokciach, że rozpoczęłam coraz śmielsze zakupy kolejnych buteleczek. Nagle, obok moich rozmaitych beżów, brązów i szarości zaczęły pojawiać się coraz odważniejsze kolory, a moja skromna dotychczas kolekcja rozrosła się do niebywałych jak na mnie rozmiarów.

Przy okazji przedświątecznych porządków i leniwej niedzieli postanowiłam pokazać Wam, co udało mi się uzbierać. Oj, chyba część tych buteleczek będę musiała posłać dalej w świat, szkoda, żeby u mnie się marnowały...


W szary, jesienny dzień trudno dobrze oddać na zdjęciach kolory, więc musicie uwierzyć mi na słowo, że powyżej stoją butle z różnymi wariacjami na temat bieli. Po lewej całkiem biały Paese (który mimo że nie zdążyłam go użyć ani razu i ma jeszcze ponad pół roku ważności, już się rozwarstwił – co jest nie tak z tą firmą??), obok drobinkowe, prześwitujące Manhattany (moim zdaniem identyczne), dalej mamy nigdy niewysychający blogerski lakier od Miratell, perłowy Angel Wings z ciekawym połyskiem od Sally Hansen i frenczowego Rimmela – French Ivory, który jest nowym, nietestowanym jeszcze nabytkiem, ale oczekuję od niego dobrej jakości – kolekcja Lycra Pro moim zdaniem jest niezwykła.


Tu zaczyna się kolekcja nude – te są bardziej różowe i łososiowe, na fotce również nieco za ciemne. W tych odcieniach ciężko o pełne krycie, nie do tego służą bladoróżowe lakiery, ale mimo wszystko rozczarował mnie nieco Rimmel 60 Seconds w odcieniu Princess Pink – wydawało mi się, że będzie dość ładnie pokrywał płytkę, a prześwituje tak samo, jak reszta gromady. Najstarsza jest Miss Sporty po prawej – staromodny, perłowy styl, ale jakość niesamowicie mnie zaskoczyła – schnie szybko, mam go już chyba ze dwa albo i trzy lata i nic złego nie stało się z tym lakierem (poza tym, że nieco trąci myszką :)). To lakier z kolekcji Clubbing Colours Quick Dry. Łosiowy NYC jest ładny, ale bąbelkuje, Catrice z tego co pamiętam ma jakiś problem z konsystencją i schnięciem.


Tutaj uśmiechają się do zdjęcia moi dwaj ulubieńcy: frenczowy Yves Rocher (którego zawsze używam solo, nie lubię french manicure'u) – to już druga buteleczka, ma idealną konsystencję, ładnie schnie, nic złego się z nim nie dzieje i ma idealnie niezauważalny odcień, no i jeszcze Flormar z niematowej serii Supermatte, którego pokazywałam Wam tu: klik klik. Po prawej czeka na otwarcie Golden Rose nr 206 – mleczny beż, który bardzo mi się podoba i jestem ciekawa jego jakości.


Kiedyś największym lakierowym szaleństwem, na jakie sobie pozwalałam, były ciemniejsze brązy. Ten po lewej od Vipery najczęściej gości na paznokciach u nóg i potrafi na nich leżeć tygodniami (nie sprawdzałam nigdy, jak długimi, bo – jak wiemy – płytka paznokciowa chętnie odrasta...), ale do samego zmycia NIC się nie dzieje z tym lakierem na stopach, no po prostu nic. Rimmel Lycra Pro nr 365 Beige Style ma doskonałą jakość, ale totalnie zlewa się ze skórą dłoni, aż mi to zaczęło przeszkadzać. Inglot też już ze trzy lata u mnie mieszka i nie znudziło mu się jeszcze – lakiery tej firmy są moim zdaniem nieco za rzadkie, a z czasem zamiast gęstnieć chyba jeszcze się rozrzedzają. Nie miałam jeszcze nigdy nieperłowego Inglota, co możecie powiedzieć o ich kryciu? Po prawej totalny niewypał, przynajmniej na moich paznokciach – ładny, winylowy nude z kolekcji Nude Glam, którego pokazywałam tutaj: klik klik. Rozczarowujący okazał się też lakier z Super-Pharmowego Life – marki SP, produkowanej przez polski Ados – słabo kryje, kolor na paznokciach nieciekawy.


Dwa złote glittery są jeszcze nieużyte – jakoś nie miałam okazji, mało jestem imprezowa od dłuższego czasu ;). Po prawej mamy złoto-zielony Find Your Color od Joko, bardzo mi się spodobała ta firma, jej grube pędzelki, ładne, ciekawe odcienie i dobre krycie. Essie – mimo pięknych kolorów – u mnie nie chce się trzymać, po lewej nówka sztuka – perłowy kameleon L'Oréal, ciekawe, jak się zaprezentuje na paznokciach.


Moje rozwijające się szaleństwo kolorystyczne widać na zdjęciu powyżej. Jeszcze z rok temu nawet nie spojrzałabym na różowy lakier. Róż na paznokciach kojarzył mi się z bazarową tandetą, a tu proszę – nieco tandety trafiło również do moich zbiorów :>. Jeszcze żadnego z tych różów nie miałam na paznokciach, ale czuję, że ten ważny i przełomowy moment jest blisko ;). GR Rich Color nr 04 – ten będzie pierwszy. Color Cluba chyba oddam w dobre ręce – za cienka jeszcze jestem w te klocki...

Po prawej widzicie moją nową miłość – lilaki i nawet jeden szalony fiolet! Coraz bardziej zachwycają mnie takie kolory i coraz lepiej się w nich czuję, ciekawe jestem Air Flowa od Bell, jeszcze go nie odkręcałam.


Zupełnym cichaczem uzupełniłam kolekcję o błękity i odważniejsze niebieskości. ColorClubowy szafirek zachwyca mnie w butelce i na paznokciach, w ogóle Color Cluby okazały się być bardzo porządnymi lakierami. Kupiłam jakiś czas temu w TK Maxx eksperymentalnie set Kaleidoscope i wszystkie lakiery, które widzicie w mojej kolekcji, są właśnie z tego zestawu. Bardzo miłe zaskoczenie, naprawdę. Na stronie Color Club można stracić głowę od nadmiaru propozycji, ceny też przystępne, zobaczcie same: klik. Myślę, że to będzie mój kolejny lakierowy cel w najbliższej przyszłości.
Całkiem niezły okazał się Softer Crazy Colours, a moje stopy ostatnio przerzuciły się z brązowej Vipery na granat Golden Rose z kolekcji Paris – bardzo pozytywna zmiana!


Golden Rose i Essie (słynne Bikini So Teeny) wyglądają w butelkach bardzo podobnie (GR jest nieco bardziej fioletowy), ale żadnego jeszcze nie próbowałam. Magda Na Wakacjach (klik) obdarowała mnie swoim ukochanym GR (dziękuję! :*), a wcześniej skutecznie zniechęciła recenzją do testowania Bikini ;). W wolnej chwili muszę zrobić test łączony i pomalować paznokcie na zmianę jednym i drugim kolorem – zobaczymy, czy jej zachwyty i dąsy mają uzasadnienie :D. Błękitno-szary Orly niedawno Wam pokazywałam, a po prawej są już srebra i szarości – szałowy marmurek (myślałam, że będzie lepiej krył!), pradawny srebrny Inglot (jeszcze gorsze krycie) i totalnie szary, winylowy Joko – bardzo go polubiłam, na listopad jak znalazł.


To moje największe szaleństwa kolorystyczne – różne odmiany zieleni, o które wcześniej nigdy bym siebie nie podejrzewała. Moim ulubionym odcienien jest Catrice – Khaki Perry, szkoda tylko, że nie chce współpracować przy aplikacji, ale jak już się uda okiełznać jego skomplikowany charakter, efekt jest genialny! Połyskującą zieleń po lewej zamierzam wypróbować w czasie Świąt – to się rodzina zdziwi, w poprzednich latach łamałam się opłatkiem, prezentując swoje nudne do urzygu, beżowe paznokcie. 


W sezonie wiosenno-letnim zakochałam się (podobnie jak połowa blogosfery) miętach i błękitach udających mięty. Tak się powstrzymywałam z zakupami kolejnych butelek, że dziś odkryłam, jak mało udało mi się ich uzbierać :). Po prawej swoje ostatnie chwile na moim parapecie przeżywa Wibo Express Growth – raczej błękitny niż miętowy, mam go już ze trzy lata i zaczął dziwnie śmierdzieć, poza tym nigdy się nie polubiliśmy – jest rzadki, kryje fatalnie, zalewa skórki, więc za moment leci do kosza.


Tu zebrałam trzy najdziwniejsze i dwa piękne lakiery z mojej kolekcji. Żółtego jeszcze nie próbowałam (miałam plan latem się nim przyozdobić, ale jakoś się nie złożyło), koralowy Wibo pochodzi z jednego z ShinyBoxów, również dziewica. W środku druga nowość od L'Oréal – na zdjęciu malina, w realu raczej delikatnie złamana różem czerwień. Zakup pod wpływem chwili i dobrej ceny – czerwień na paznokciach to zupełnie nie moja bajka, ale pomyślałam, że dołożę jedną prawie czerwoną buteleczkę do kolekcji tak na wszelki wypadek, no wiecie, nigdy nie wiadomo. Essence i Orly zachwyciły mnie odcieniami, tego drugiego jeszcze nie testowałam, ale jest taki piękny, że skuszę się już za moment. Lakier magnetyczny Essence kupiłam na wyprzedaży w Naturze w śmiesznej cenie, nie spodziewałam się po nim niczego nadzwyczajnego, nie zamierzałam bawić się w magnetyczne wzorki, ostatecznie okazało się, że to bardzo ładna rdzawa, metaliczna prawie-czerwień, która zdecydowanie wpisuje się w moje poczucie lakierowego piękna. 


Takie dziwaki często zachwycają mnie u innych, ale rzadko decyduję się na zakup ze względów praktycznych – nie cierpię ich zmywać i nie mam kiedy nosić takich świecidełek. Mimo wszystko zagrzały u mnie miejsce pękacze, glittery Essence, świąteczny brokat Delii i Fuzzy Coat od Sally Hansen – uroczy, ciekawy, ale zmywanie go to dla mnie zbyt ciężka praca (było o nim tu: klik klik).


Z odżywek w użyciu jest tylko proteinowa Wibo – bardzo ją lubię jako base coat, trochę wyrównuje bruzdy na płytce, szybko schnie. Moje paznokcie z natury są twarde i mam nadzieję, że to się nie zmieni. Czasem tylko lubią się łamać, ale wtedy obrywają kilkudniową kuracją Sally Hansen i znowu żyjemy w zgodzie.


Na koniec trochę baz i topów, o których kiedyś może zrobię oddzielny post. To dzięki blogom odkryłam, że istnieją na świecie top coaty i że ich używanie ma całkiem spory sens :).

Tak oto prezentuje się kolekcja niezbyt szalonej matki Tomasza. Jak widzicie, nie inwestuję w wysokopółkowe lakiery, bo u mnie zwyczajnie by się marnowały, a ja nie doceniłabym ich piękna, bo nie mam czasu i odpowiedniego samozaparcia do wypiłowywania pięknych kształtów płytki, czyszczenia skórek i innych zaawansowanych zabiegów. Chciałabym mieć piękne paznokcie, ale póki co są zbyt nisko na liście priorytetów, by zająć się na serio tym tematem. Nie mogę sobie też pozwolić na długie szpony – wyobraźcie sobie te resztki kupy Tomasza, które utknęły całkiem przypadkiem pod pięknym manikiurem...

Przy okazji liczę na Waszą pomoc i dobre rady. Które firmy polecacie, jeśli chodzi o jakość i łatwość aplikacji? Dla mnie podstawą jest dobre krycie i szybkie schnięcie – lakiery, które po dwóch warstwach nadal mają prześwity (oczywiście pomijam te typowo frenczowe nudziaki), trafiają do czeluści szuflady i tak sobie więdną, zapomniane... Przy dziecku ciężko znaleźć czas na żmudne malowanie i czekanie, aż wyschnie, więc same rozumiecie.

sobota, 23 listopada 2013

Konkursowa przypominajka

Przypominam Wam o moim małym zielonym konkursie. Do wygrania takie cudaki:


Jeśli macie na nie ochotę, do dzieła :). Na zgłoszenia czekam do jutra do północy, TUTAJ klikajcie po szczegóły. Udanej reszty weekendu!

czwartek, 21 listopada 2013

Błękitna szaruga, czyli Orly – Boho Bonnet, nr 40787

Orly mieszka u mnie od niedawna. Kupiłam dwa lakiery w dobrej cenie i... zauroczyły mnie. Przede wszystkim jakością. Bardzo dobrze nam się współpracuje, miłe zaskoczenie po wielkim Essie-rozczarowaniu.


Odcień Boho Bonnet to taki niebieski szarak – bardziej niebieski niż szary, ale wciąż nie dość niebieski, by nie wspominać o szarości :D. Dobrze oddaje obecną aurę, dlatego lubię go sobie strzelić w smętny, listopadowy dzień. Zdjęcia są również smętne, żebyście lepiej wczuły się w klimat. Butla z pewnością starczy na całą, długą jesień, bo zawiera aż 18 ml lakieru.


Pędzlem operuje się nieźle, choć ostatnio wolę te szerokie i płaskie – wąskie i długie są bardziej pro, a ja jestem zupełnie niepro :). Konsystencja gdzieś pośrodku – nie leje się jak szalony, ale na pewno nie należy do gęstych. Odrobinę zgęstniał po kilku tygodniach od otwarcia, zobaczymy, co będzie za kolejnych kilka, w każdym razie do gluta mu daleko.



Przyzwoicie wygląda już jedna, niezbyt cienka warstwa – całkiem bez wstydu można z nią wyjść do ludzi. Producent zaleca dwie i faktycznie dwie cienkie dają pełne krycie i głęboki kolor. Nie warto polewać soczyście paznokci, bo zbyt grube warstwy mogą odrobinę bąbelkować.

Boho Bonnet jest bezdrobinkowy, z połyskiem. Na moich kapryśnych paznokciach wytrzymuje 3–4 dni bez odprysków, aż w końcu zaczynają się ścierać końce. Nie zawiera DBP, toluenu, formaldehydu.



Lubicie takie smęty?

Pojemność: 18 ml
Cena: 35–39 zł

środa, 20 listopada 2013

Dear Body – Vanilla Lace – nawilżający balsam do ciała [recenzja]

Jak pewnie zauważyłyście, moją kosmetyczną miłością jest szeroko pojęta pielęgnacja. Wszelkim balsamom, masłom, kremom do każdej części ciała poświęcam dużo czasu z niekłamaną przyjemnością. Odczuwam wielką satysfakcję zarówno gdy znajdę jakiś doskonale pielęgnujący i pięknie pachnący kosmetyk, jak i spektakularnego bubla – jednym i drugim ochoczo się z Wami dzielę.

Nic dziwnego, że gdy we wrześniowym magazynie sieci drogerii Hebe zobaczyłam nieznaną mi brytyjską markę Dear Body, popędziłam jeszcze na urlopie do Gdyńskiego Oddziału Piękna i Kosmetycznej Rozpusty, czyli Hebe przy ulicy Świętojańskiej.


Wybór zapachów był duży, ale ja nie z tych, które odkręcają butelki i wąchają w sklepach (no wiecie, nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe...). Większość nazw nic mi nie mówiła (Sheer Love, Lost In Fantasy, Pure Seduction itd.) i nie umiałam sobie wyobrazić tych zapachów, dlatego ostatecznie do koszyka trafił balsam o przewidywalnym aromacie – Vanilla Lace. Oprócz balsamów były też do wyboru kremy w stojących na głowie tubach, ale mam już w domu tyle kremów i maseł, że postanowiłam odmienić nieco swój nużący pielęgnacyjny los.

Vanilla Lace pochodzi z kolekcji Flower Series, zamieszkałej w butelkach z dającego się ugniatać tworzywa, przymkniętych naciskanym dziubkiem. W serii kwiatowej mamy do wyboru aż dziewięć kompozycji zapachowych. W ofercie Dear Body znajdziecie też Leopard Series – cztery balsamy zamknięte w cętkowanych butelkach z pompką.

A propos szaty graficznej kosmetyków Dear Body – słyszałam opinie o tym, jakoby DB podrabiało stylistykę Bath&Body Works. Szczerze mówiąc, dla mnie to wcale nie są podróbki, może etykiety są w podobnej stylistyce kolorystycznej, ale bez przesady. Jest ograniczona liczba rozwiązań graficznych dotyczących butelek z kosmetykami, więc żywe kolory i inspiracje żywiołami to jeszcze nie plagiat.

EDIT: jak słusznie zauważyła M., chodziło o podrabianie Victoria's Secret. No i po przejrzeniu oferty VS dochodzę do wniosku, że jednak coś jest na rzeczy... ten sam kształt butelek, te same ramki... Nadal nie uznaję tego za plagiat, ale to z pewnością jawna inspiracja :D.


A cóż siedzi w środku mojej butli? Rzadki balsam, który w zasadzie załapuje się na bycie mleczkiem. Polska naklejka mówi, że to balsam, polska strona, że mleczko, mamy też angielskie „lotion” – (nie) najprościej rzec, że jest to lekki, lejący się produkt nawilżający do ciała :). Zapach mnie satysfakcjonuje – to wanilia i piżmo, czyli sprawdzony duet, który małolatom zwykle wydaje się zbyt ciężki i duszący, a dojrzałe kobiety go uwielbiają. Jako że małolatą już nie jestem, coraz bardziej podobają mi się tego typu słodkie zapachy, szczególnie w sezonie grzewczym...
Mleczko wchłania się szybko, nie bieli skóry, nie lepi się, a delikatny zapach zostaje z nami jeszcze przez kilka godzin.

Jeśli chodzi o działanie, nie spodziewałam się spektakularnego nawilżenia, bo nie mam wielkiego zaufania do perfumowanych balsamów czy mleczek. Właściwie nie spodziewałam się jakiegokolwiek nawilżenia. To miał być tylko wieczorny dopieszczacz w dobre, nieprzesuszone dni, więcej nie oczekiwałam. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Vanilla Lace całkiem nieźle nawilża!

W składzie za wodą mamy glicerynę niewiadomego pochodzenia i niegroźną, nikomu niewadzącą wazelinę, ale dalej na liście jest też Dimethicone, czyli silikon, który teoretycznie może zapychać, parę odmian kosmetycznej gorzałki i całkiem wysoko Methylparaben. Chemikiem nie jestem, ale ogólnie skład niespecjalnie mnie zachwyca. Tyle że moja skóra (ta nietwarzowa) jest niewrażliwa na słabe zestawy INCI, więc gwiżdżę na różne chemiczne plugastwa, których wprawne oko na pewno wychwyci więcej.


Największym minusem tego produktu jest dla mnie... etykieta pisana przez niechlujnego analfabetę. Źle postawione spacje lub brak spacji, „hydratante corpopelle”, „Ceteary Alcohol”, „Frafrance” – zupełnie, jakby ktoś tworzył tę etykietę na kolanie dwie minuty przed oddaniem do druku. Równie niesmaczny poziom trzyma polska strona WWW, gdzie wielką czcionką widnieje zachęcająca „Vanillia Lace” – przez i, po polsko-angielsku. Moje korektorskie oko cierpi. 

Poza tym estetycznym mankamentem jestem naprawdę zadowolona. Mleczko pachnie zacnie, nawilża, choć miało nie, ma akceptowalną cenę... Chętnie wypróbuję jakiś inny zapach.

Pojemność: 250 ml
Cena: 26,99 zł
Ocena: 4+/6

niedziela, 17 listopada 2013

Siquens – Prévention – Krem pod oczy [recenzja]

Przyznam Wam się do czegoś. Przez długi czas nie mogłam odróżnić tej firmy od Bioliq. Bo te pudełka takie białe, i logotypy podobne. Tu Q i tu Q. Całe mnóstwo podobieństw haha. Jedna z tych marek właśnie rozpoczęła kampanię reklamową w telewizorach i wiecie co? Nie pamiętam, która. Chyba ta na B, ale ręki odciąć sobie nie dam :).


Na krem pod oczy od Siquens zdecydowałam się tylko dlatego, że zobaczyłam latem oszałamiającą promocję w Super-Pharm. Widać na zdjęciu powyżej. Wcale nie sądziłam, że krem okaże się wspaniały, po prostu postanowiłam wypróbować go za tę dychę i zakładałam z dużym prawdopodobieństwem, że moja przygoda zakończy się szybko soczystą, pełną złośliwości recenzją. No wiecie, czyli że sobie ponarzekam za dychę ku Waszej uciesze. Nic z tego, krem właśnie dobił dna i mimo że specjalnie szałowy nie jest, zużyłam go do ostatniej kropli. Nie taki był plan! A dlaczego go zużyłam? Bo... mnie rozśmieszył.


Linia kosmetyków do twarzy Prévention przeznaczona jest dla „kobiet, które chcą zapobiec starzeniu skóry i zachować jej młodość na dłużej”. Jak wiemy, nie da się zapobiec starzeniu skóry, a chyba każda kobieta, która w jakikolwiek sposób interesuje się własnym wyglądem, pragnie zachować młodość, jak długo się da. No ale niech im tam będzie. Co innego bardziej rzuca się w oczy. Producent nazwał swoje składniki w taki sposób, aby każda czytająca opakowanie konsumentka miała poczucie, że kładzie w okolice oczodołów jakiś bardzo zaawansowany produkt (w końcu to Siquens DermoProfessionnel!). Dowiadujemy się więc, że w kremie wykorzystano „mechanizm Skin Moisture Control System™”, który współdziała z naturalnym czynnikiem nawilżającym (Natural Moisturising Factor) i że linia Prévention neutralizuje szkodliwy wpływ czynników zewnętrznych, które powodują zakłócenie działania mechanizmu NMF. Czujecie to?


Krem według obietnic producenta ma niwelować objawy zmęczenia, likwidować cienie i opuchliznę pod oczami oraz nadawać spojrzeniu świeżość i blask. A jak to robi? Uwaga: „Zawarte w kremie poliaminokwasy wygładzają zmarszczki mimiczne, a witamina E zawarta w wyciągu z lilii wodnej i witamina C, chronią skórę przed szkodliwym wpływem czynników zewnętrznych i wolnych rodników, zapobiegając jej starzeniu. Formułę wzbogacono również o hesperydynę zwiększającą drenaż limfatyczny, flawonoid chryzynę aktywnie eliminujący produkty rozpadu hemoglobiny oraz pobudzającą mikrokrążenie krwi kofeinę”. Wszystko jasne?


Skład długi jak moja kosmetyczna wishlista, ale nie poraził mnie żadną brzydką nazwą. Krem podobno nadaje się dla wrażliwców i jestem w stanie w to uwierzyć, bo nie podrażnił mnie ni trochę, nawet jak go sobie niechcący wpakowałam centralnie w lewe oko. Oczywiście większość szumnych obietnic producenta można włożyć między bajkito po prostu bardzo przyzwoity, delikatnie nawilżający krem pod oczy o lekkiej formule, który nie sprawia problemów, ale nie ma co od niego oczekiwać, że zamieni nasze skatowane dniem (życiem?) okolice podoczne i wokółoczne w nieskalane cieniem czy zmarszczką photoshopy. Mowy nie ma. Aha, jest bezzapachowy.

Podoba mi się jego lekkość i to, że ładnie się wchłania, ale na pewno nie będę kontynuować tej znajomości, bo jestem na to za stara. Poleciłabym go młodym dziewczynom, którym do pierwszych zmarszczek wokół oczu jeszcze daleeeeko. Dla pań koło trzydziestki taki krem to za mało.

I jeszcze jedna sprawa. Na Wizażu widziałam recenzje, w których dziewczęta opisują swoje pozytywne lub negatywne odczucia względem rozświetlających drobinek zawartych w tym kremie. Nie mam pojęcia, o czym one mówią, w mojej tubce nie zauważyłam ani jednej drobinki – może stąd taka szalona promocja, SP pozbył się wadliwej, bezdrobinkowej partii? :).

Co się pośmiałam, to moje, a teraz pędzę testować cięższe, treściwsze formuły.

Pojemność: 15 ml
Cena: ok. 40 zł
Ocena: 3+/6

sobota, 16 listopada 2013

10 pielęgnacyjnych trików Agaty

Postanowiłam podzielić się z Wami paroma zasadami, którymi kieruję się w mojej codziennej pielęgnacji. Większość pewnie nie jest Wam obca, ale kto wie, może odnajdziecie tu coś nowego, co sprawi, że życie stanie się prostsze, a Wy zaczniecie pięknieć w oczach? ;) A jeśli wszystko już znacie, niech ten post będzie otwarciem dyskusji o tym, co można poprawić w pielęgnacji i jak sobie ułatwić życie.

Żeby nie pozostawić tego tekstu bez oprawy wizualnej,
przesyłam Wam lawendowe serduszko :> 

1. Krem do twarzy wciskam w skórę, nie rozsmarowuję go jak farby po ścianie, tylko powoli naciskam kilkoma opuszkami naraz na skórę, wtłaczając drogocenne składniki (które, mam nadzieję, że tam są) głęboko w naskórek. Do tej zasady stosuję się przede wszystkim przy kremach nawilżających. Wierzę, że to pomaga i jeśli jest inaczej, proszę, nie wyprowadzajcie mnie z błędu :).

2. Krem pod oczy aplikuję nieco niżej, a nie tuż pod linią rzęs. Któraś z YouTube'owiczek opowiadała o tym, że to mądry pomysł i że skóra sobie wciągnie wszystko ładnie do góry. Taka metoda aplikacji gwarantuje brak podrażnienia wrażliwych okolic, a rano nie przeszkadza w wykonywaniu makijażu oka.

3. Krem do twarzy, który zapycha lub nie zdążyłam go zużyć w terminie przewidzianym po otwarciu (np. 100 ml w 6 miesięcy – pozdrawiam firmę Apis :)), wykańczam na mniej wrażliwej szyi. BTW, ostatnio postanowiłam zapewnić jej odrobinę luksusu i nabyłam krem przeznaczony specjalnie do szyi. Ciekawe, czy ma szyja doceni wysiłek, czy będzie jej absolutnie wszystko jedno.

4. Kremy, które nie sprawdzają się na ciele, wysyłam na karniaka do stóp. To dotyczy również peelingów (z wyłączeniem tych pozostawiających tłustą warstwę, nie lubię robić efektownych ślizgów po parkiecie). Jeżeli stopy również nie potrafią docenić danego specyfiku, oznacza to tylko jedno: kierunek kosz.

5. Nie wydaję pieniędzy na peelingi do ust (pozdrawiam Pat&Rub!), wykonuję sama mój niezawodny, w 100% naturalny peeling. Oto przepis: pół łyżeczki cukru drobnoziarnistego, pół łyżeczki oleju/oliwy z oliwek, pół łyżeczki miodu (jeśli mam, to jeszcze kilka kropli cytryny, żeby się nie porzygać od nadmiaru słodyczy, no i witamina C też nie zaszkodzi ;)). Wygładza wspaniale, jest w pełni jadalny, naturalny i cenowo bez porównania.

6. Maseczki glinkowe, ale nie tylko takie, spryskuję wodą termalną, co zapobiega ich wysychaniu. Jeżeli nie mam wody termalnej, spryskuję je przegotowaną wodą przelaną do butelki z atomizerem. Takie mokre maseczki mają lepsze działanie, a poza tym potem dużo łatwiej je zmyć z twarzy i uniknąć podrażnień, mogących wystąpić przy pozbywaniu się zaschniętej skorupy.

7. Jeśli skończy mi się żel lub pianka do golenia, wcale nie robię tego, co pewnie setki razy było zalecane na blogach i w kobiecych pismach – nie używam odżywki do włosów. Mam inny sposób – pożyczam piankę lub żel do golenia od męża :D. Jeśli nie hodujecie w domu samca, spróbujcie z tą odżywką...

8. Kiedy zabieram się za peeling stóp, resztkami kremu pozostałymi na rękach wykonuję peeling dłoni. Nawet jeśli mam do czynienia z tak mocnym zdzierakiem, jakim jest peeling Scholla (który składa się w większości z pumeksu, tutaj recenzja: klik klik), szoruję nim dłonie dzielnie, po prostu robię to nieco ostrożniej. To załatwia kolejny przydatny zabieg pielęgnacyjny, na który jakoś nigdy nie mogę znaleźć czasu...

9. Nigdy nie ufam obietnicom nawilżenia w przypadku specyfików do mycia ciała. Bez względu na to, czy nawilżenie obiecuje producent olejku myjącego, kosmetyku z masłem shea w składzie, czy balsamu pod prysznic, nie wierzę, że moja skóra otrzymała to, czego potrzebuje. Produkty myjące służą do mycia, mogą co najwyżej nie naruszać warstwy lipidowej naskórka, a nawilżenie pozostawiam specom, czyli kremom i balsamom. Jeśli odnajdziecie kosmetyk, który szybko się wchłania, zapewnienie skórze odpowiedniej wilgotności to dwie minuty roboty. Nie warto z tego rezygnować.

10. No i oczywiście moje wielkie odkrycie, o którym Wam kiedyś pisałam, a które poczyniłam dopiero kilka miesięcy temu, uwaga, uwaga: żelu do mycia twarzy używam pod prysznicem, a nie nad umywalką! Brawo! Jak ona na to wpadła? :D

Tyle ode mnie. Umieram z ciekawości, jakie są Wasze sprawdzone sztuczki/ułatwiacze. Piszcie, chwalcie się!

czwartek, 14 listopada 2013

Okolicznościowy zielony konkurs z różowym akcentem

Post o linii werbenowej L'Occitane był setnym, jaki opublikowałam na moim blogu. Sto „nowych projektów” za mną, zatem przydałyby się jakieś obchody. Co o tym sądzicie? Ja tam sądzę, że zawsze lepiej wygrywać niż nie wygrywać ;).

Oto, co otrzyma zwycięzca:


1. Oliwkowo-wawrzynowe mydło z Alep – nie pachnie ładnie, nie wygląda dobrze, a jednak z jakiegoś powodu podbija serca wielbicielek piękna.
2. Virtual – cienie do powiek Quattro – poczwórne cienie w tonacji zielonej, satynowe, nr 073.
3. Lakier Catrice nr 680 Khaki Perry – bardzo lubię ten kolor, jesienią idealnie prezentuje się na paznokciach, ale uprzedzam: nie schnie zbyt szybko i może smużyć przy aplikacji.
4. Lakier LeMax – słynny marmurek w odcieniu pastelowego różu. Kto jeszcze ich nie próbował, ręka do góry!
5. Pilnik do paznokci w kształcie kiwi – w jednym z poprzednich konkursów również był do wygrania i dostałam sygnały (a nawet maila!), że pragniecie go znowu, więc powrócił w chwale.

Oczywiście wszystkie przedmioty są nówka sztuka nieśmigane. Co zrobić, żeby wygrać? To bardzo proste. Trzeba odpowiedzieć w komentarzu na pytanie konkursowe:

Jakie posty na blogu Agaty co Smaruje cieszą Cię najbardziej? (i pytanie dodatkowe: o czym chciałbyś/chciałabyś czytać częściej?).

Na zgłoszenia czekam do 24 listopada do północy, a niedługo po tym, jak Kopciuszek zgubi swój bucik, ogłoszę wyniki. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania. Buziaki i miłego dnia!

Agata


środa, 13 listopada 2013

L'Occitane – Seria werbenowa – żel pod prysznic i balsam do ciała [recenzja]

Czy dobrze pamiętam, że ten duet można było znaleźć w jednym z letnich ShinyBoxów? Po domu walało mi się kilka tego typu buteleczek z różnych źródeł i straciłam rachubę, które kiedy zdobyłam. W każdym razie dzięki ShinyBox wiele z Was miało okazję wypróbować linię werbenową L'Occitane. Dlatego dziś będę się streszczać.


Mimo że wyglądają ładnie i estetycznie, buteleczki z żelem i mleczkiem nie są przyjemne w użyciu. Na początku wszystko jest w porządku, ale im bliżej dna, tym smutniej się używa tych oto. Żel w sumie nieźle daje radę do samego końca (chociaż i do niego pod koniec trzeba mieć anielską cierpliwość, gdy tak spłyyyyywa i spłyyyyyyyywa), ale opakowanie mleczka to najprawdziwsze nieporozumienie. Butelki wykonane są z twardego plastiku, więc wyduszanie resztek jest – delikatnie mówiąc – trudne. W praktyce wygląda to tak, że Agata trzącha butlą zamaszyście i wytrząchuje wspomniane resztki, z czego część wesoło fruwa po pokoju. 


Żel i mleczko pachną identycznie i z podobną mocą, czyli intensywnie. Cytrusowa werbena jest przyjemna (oczywiście dla kogoś, kto lubi cytrusy w ogóle i cytrusy na sobie) i bardzo orzeźwiająca. Nie należę do osób, które latem używają tylko orzeźwiaczy, a w zimne dni wyłącznie milusińskich ciapciusińskich aromatów. Oczywiście gdy chłód mi tyłek złoi, chętniej sięgam po te ciapciusińskie ciasteczka, czekoladki i inne otulacze, ale bez przesady – warto zafundować odmianę temu nosu i dać mu coś z innej beczki. 


Moja werbenowa inna beczka pod prysznicem sprawuje się doskonale. Aromat jest wyraźny i szybko stawia na nogi – na przykład gdy noc czarna i głucha wciąż trwa, a niewielkie stworzenie popularnie zwane moim synem postanawia przejść do dalszej części programu już o 5 rano. Właśnie w takich pięknych momentach mego życia chętnie sięgałam po werbenowy żel L'Occitane. Co więcej o nim? Hmmm, myje dobrze (czy jest jakiś żel pod prysznic, który myje źle?), pieni się również dobrze, jest dość rzadki, ale przez mikrootworek w mojej butelczynie leciało go tyle, ile trzeba, więc starczył na zaskakująco długi czas.

Z mleczkiem sprawa ma się nieco gorzej. O walorach rozrywkowych jego denkowania już Wam opowiedziałam, a działanie jest średnie. Tak naprawdę to chyba głównie wina konsystencji – dla mnie mleczka/lekkie balsamy są zdecydowanie zbyt mało treściwe, rzadko kiedy jestem mile zaskoczona ich działaniem. Tutaj mamy typowego średniaka – nawilży, ale nie na tyle, żebym po wieczornej aplikacji mogła się cieszyć tym stanem aż do następnego dnia. I tak dobrze, że w ogóle działa, bo bywają i takie przypadki, kiedy uczucie nawilżenia znika w kilka minut po wchłonięciu lub po prostu się nie pojawia (vide: perfumowany balsam Gosh). Na plus należy zaliczyć fakt, że wchłania się ekspresem i nie pozostawia żadnej wyczuwalnej warstwy – tylko zapach. Dla niewymagającej skóry werbenowe mleczko do ciała od L'Occitane będzie miłym zakończeniem kąpieli lub/i miłym początkiem dnia. 

Czy warto? Za te pieniądze moim zdaniem nie. Ale to nie są złe produkty. Wręcz przeciwnie – nie mam nic przeciwko. 

Pojemność: żel: 75, 250 lub 500 ml; mleczko: 250, 300 ml
Cena: żel pod prysznic 59 zł/250 ml, mleczko do ciała 95 zł/250 ml


poniedziałek, 11 listopada 2013

Bomb Cosmetics – Raspberry Blower, czyli malinowe masło do... mycia [recenzja]

Wymyślono już różne cuda pod prysznic oprócz standardowego żelu czy mydła: olejki, peelingi myjące, ostatnio nawet balsamy. Ale że mogę umyć się masłem – tego nie wiedziałam, dopóki nie znalazłam w ofercie Świata Zapachów takich cudaków od Bomb Cosmetics. Oczywiście widząc to słowo w zupełnie nowym kontekście, zaśliniłam się po pachy – szybkie klik klik i już – jak mawia mój małżonek – Bob jest twoim wujem*.


Wybrałam dwa zapachy – malinowy i waniliowy. Teraz trochę żałuję, że nie skusiłam się na pomarańczę z mandarynką, ale w końcu poszłam na (w?) maliny. Polski dystrybutor obiecał mi „malinową rozkosz”... no i co z tego wyszło?


Na początek wyszło szydło z worka. A raczej z pudełka z miękkiego plastiku. Znalazłam tam zbitą masę, której nie idzie nacisnąć, ni wsadzić weń palucha. By to uczynić, trzeba się postarać. Na przykład wykonać staranne skrobu skrobu. Nie wiem czemu, ale gdy składałam zamówienie, oczami wyobraźni widziałam konsystencję tradycyjnego milksełka, mlemiksu czy innego masła z dodatkiem oleju, które zawsze jest miękkie, choćby je wystawić w gablocie na biegunie północnym. Tu jednak mamy najprawdziwsze masło wyjęte z lodówki – da się je dziabnąć, ale nie że tak już, od razu, oooo

Jego Półprzezroczystość nie wygląda dokładnie jak masło-masło, dotykanie go bardziej przypomina grzebanie się w wosku. No dobra, kończę już poemat o maślaności Jaśnie Masła. Teraz będzie o zapachu. Wyobraźcie sobie, że Raspberry Blower pachnie... malinowo! Suprajs, suprajs. Nie są to jednak maliny przed chwilą zdjęte z krzaka, raczej coś na kształt malinowego syropu. Chyba lepsza by była kompozycja malinowo-mleczna, taka szejkowa, ale to też może być. Po prostu szału nie ma, a ja spodziewałam się więcej od Bomb Cosmetics. 


Skład przy odrobinie samozaparcia możecie odczytać z mojego średniej jakości (czytaj: artystycznego :P) zdjęcia – nie widać tam SLS-ów, parabenów, parafiny, za to prym wiedzie gliceryna, obecne jest też masło shea i malina w postaci Parfum. Masło oprócz mycia ma nawilżać i koić zszargane nerwy. Zawsze pomijam obietnice nawilżenia w produktach do mycia, bo a) zupełnie im nie ufam, b) i tak moja skóra po każdej kąpieli otrzymuje stosowną dawkę nawilżenia z tuby, słoika lub innego pojemnika, ale przyznać trzeba uczciwie, że skóra po użyciu tego cudaka ma się całkiem dobrze. Bez nawilżacza by się obeszło. Zapach utrzymuje się jeszcze chwilę po osuszeniu.

Ten dziwny wynalazek wprowadza zupełnie nową jakość w kwestii zmywania z siebie brudu i potu. To ciekawa odmiana, ale właściwie nie jestem pewna, czy ma jakikolwiek sens. Praca z Raspberry Blower przypomina wyskrobywanie z pudełka po lodach resztek lekko rozmoczonego mydła w kostce. I takie resztki rozsmarowuje się potem po ciele. Na szczęście piany jest sporo, więc mycie się pozostaje jako taką przyjemnością. Dobrym rozwiązaniem byłoby pewnie nabieranie masła gąbką, ale ja nie używam gąbki (moja wyobraźnia jest zbyt bogata – widzę wszystkie mikroby i inne makroby), więc nie powiem Wam, jaka jest z nią fajna jazda :>.

Nie otwierałam na razie pudełka z wanilią, bo trzeba Wam wiedzieć, że czas przydatności do mycia po otwarciu opakowania wynosi tylko trzy miesiące i jestem przekonana, że w dwie osoby, nawet używając tego specyfiku codziennie, nie dałoby rady zużyć całości (no chyba że cała rodzina bierze prysznic 3x dziennie). My we dwoje używamy Raspberry Blower w miarę regularnie od miesiąca i zużycie jest naprawdę niewielkie.

Może i warto odmienić nieco swoje nudne życie w łazience, ale czy czymś takim? Niekoniecznie.

EDIT: wanilia cuchnie!

Pojemność: 320 g
Cena: 39,90 zł (dostępne m.in. w Świecie Zapachów)
Ocena: 2+/6


*Bob is your uncle to fraza popularna w Wielkiej Brytanii, u nas znana z książek Terry'ego Pratchetta. Polskie odpowiedniki to np.: i już; i tyle; ot, cała filozofia; i gotowe. 

sobota, 9 listopada 2013

Balea Professional – Oil Repair Shampoo [recenzja]

Niewielki od wczoraj jest z nami w domu, intensywnie się rehabilituje, jest ogromnie dzielny, robi postępy, więc... matka może spokojnie zająć się swoimi sprawami :). Dziękuję Wam za ogromne wsparcie – te małe i te duże sygnały, że jesteście z nami i myślicie o nas ciepło. To bardzo pomaga przetrwać.

No to drogie Panie i drodzy Panowie, Agata znów Smaruje! Dziś akurat swoje cienkie blond kłaczki.

Być może już wiecie, że na włosach się nie znam, a koło włosomaniaczki nawet nie stałam (przynajmniej nic o tym nie wiem), więc rzadko kiedy mam coś do powiedzenia na temat włosowej pielęgnacji. A jeśli coś mówię, powody mogą być dwa: albo odkryłam wyjątkowo beznadziejny produkt, albo tak bardzo fantastyczny, że zauważyłam jego fantastyczność. Zwykle jedyne, co mam do powiedzenia, to to, że moje włosy są beznadziejne, bo i cienkie, i blond, i wypadają, i się nie układają, i ja z nimi nie mogę nigdy nic. Zero przyjaźni. Ledwo się tolerujemy. A tak bym chciała Roszpunką być... Niestety, na razie bliżej mi do roszponki.


Szampon niemieckiej Balei trafił do mnie jako jeden z wielu DM-owych produktów, które zamówiłam hurtem w internetach. Nie spodziewałam się po nim niczego i ani trochę nie podniecił mnie dopisek „Professional”. I to, że szampon mieści się w tubie, która stoi do dołu łbem. Jego zadaniem jest wskrzeszać włosy suche i zniszczone. Ja aż tak beznadziejnych nie mam, ale noszę je rozpuszczone, więc niszczą się od wiatru. No i mimo że skóra głowy bardzo lubi się przetłuszczać, włosy są suche na długości.

Zapach to taka dużo ładniejsza wersja kakaowego kremu do ciała Isana. O, wiem, pachnie prawie jak kakaowa seria Ziai. Słodka mieszanka czekoladowo-karmelowo-być-może-kokosowa, która w efekcie daje aromat umownie nazywany ciasteczkowym. Baaardzo przyjemny, oczywiście jeśli ktoś jest wielbicielem ciasteczek. Tych niejadalnych. Myślę, że nie wszyscy będą zachwyceni, ale fankom Kallosa Latte, kakaowej Isany i kakaowej Ziai polecam. Zapach nie utrzymuje się tak długo jak w przypadku Kallosa, ale nie znika od razu po umyciu, więc jest czas, by się nim radować.

Pieni się wybornie – SLES w składzie zaraz po wodzie (nie znoszę topornych w aplikacji szamponów i odżywek, bleh), nie potrzeba go wiele, ale to wcale nie gwarantuje wysokiej wydajności – szampon jest dość rzadki i zdecydowanie zbyt ochoczo leje się z tuby. Nie zawiera silikonów i parabenów, posiada za to pantenol i hydrolizat protein pszenicy, który oprócz utrzymywania wody w naskórku ma za zadanie ograniczać drażniące działanie SLES i wykluczać elektryzowanie.


Co najbardziej mnie zachwyciło, to fakt, że moje włosy są po nim tak gładkie, miękkie i miłe w dotyku, że aż sama nie mogę w to uwierzyć. Bez odżywki! (BTW, odżywka z tej serii jest podobno równie doskonała, na pewno ją kupię, droga Baleo, czekaj cierpliwie, przybędę po ciebie!). Łatwo się rozczesują (bez odżywki!!!), lśnią jak odwłok chrząszcza i w dotyku w niczym nie przypominają moich włosów (co za cudowna wiadomość!).

Jedyny minus jest taki, że nieco przyspiesza u mnie przetłuszczanie, ale co poradzić, może to przez Arganöl? Wiecie, że żadna ze mnie włosomaniaczka. A jednak zwoje w mózgu pracują intensywnie i bezczelnie łączą fakt genialnego działania szamponu z magią oleju arganowego. Nie ma go tutaj wiele, można by rzec, że jak na lekarstwo, bo mimo przechwałek producenta na etykiecie wspomniany Arganöl znajduje się prawie na samym końcu składu. Powtarzam: nie jestem włosową ekspertką, ale logika podpowiada mi, że to wcale nie jest zła wiadomość – to w końcu szampon, a nie maska do włosów, szampony mają myć, a nie natłuszczać, więc po co mi tu więcej oleju? Nie jestem tylko pewna, czy ta kapka cokolwiek ma prawo zdziałać. Ale jeśli to nie ona, istnieje w tej tubie bliżej mi nieznane COŚ, co sprawia, że moje włosy są... „gładkie, miękkie i miłe w dotyku, że aż sama nie mogę w to uwierzyć”. Pantenol? Hydrolizowane proteiny? Gliceryna? Pojęcia nie mam. W każdym razie jeżeli chcecie poprawić stan swojej wysuszonej czupryny, musicie spróbować tej ciasteczkowej (karmelowej?) Balei. Ja już ostrzę zęby na odżywkę.


Pojemność: 250 ml
Cena: w polskich sklepach internetowych ok. 10 zł, a w DM niecałe 2€.
Ocena: 5+/6

niedziela, 3 listopada 2013

Denko prodżekt, odc. 7

Niedzielę wyjątkowo spędzam w domu z mężem, babcie zajmują się Tomaszem, a ja postanowiłam zrobić coś zupełnie nietypowego jak na moje obecne życie... Tak, tak, miesiąc się skończył, więc czas na projekt denko! Nawet nie wiecie, jakie to miłe uczucie pisać o pustych plastikach po długiej, mrocznej przerwie :) 


Jak łatwo się domyślić, w tym miesiącu nie miałam zbyt wiele czasu na zaawansowaną pielęgnację. Mimo wszystko udało mi się uzbierać trochę pustych opakowań. Tym razem będzie nie tylko kosmetycznie.



Balea – Brazil Mango – żel pod prysznic – ja też uległam swego czasu powabom tanich, zachęcających radosnymi etykietami i zapachami DM-owych kosmetyków. Brazil Mango to limitka, za którą pewnie trochę będę tęsknić, bo bardzo mi się podobał optymistyczny aromat multiwitaminy pod prysznicem. Poza tym nadzwyczajnych właściwości brak – dobrze się pieni, zmywa to, co ma zmywać i już. Będzie mi miło spotkać się z nim ponownie, ale zabiegać o to specjalnie nie będę.

Aquolina – Bath Shower Cream – White Chocolate – o „jedzeniowych” Aquolinach pisałam już tu i tu. Pachną ciekawie, ale zwykle mam do nich jakieś „ale”. Wielkim fanem wszelkich odmian aquolinowych czekolad jest za to mój mąż, który wynalazł w Hebe kolejną odsłonę – tym razem białą czekoladę. Tak serio, kojarzycie zapach białej czekolady? Ona nie pachnie niczym konkretnym, chyba najbardziej mlekiem w proszku tudzież miazgą kakaową, na pewno nie jest to żaden wyjątkowej urody aromat. Ten żel pachnie pudrowo i trochę mdło, na pewno nie odzwierciedla autentycznego zapachu białej czekolady, ale wcale nie mam o to żalu. Pudrowość i mdłość mnie odrzuca, ale mężowi tradycyjnie Aquolina przypadła do gustu :). Ja nie kupię, ale małżonek pewnie tak.

L'Occitane – szampon z 5 olejkami – to tylko mała, 75 ml buteleczka, ale okazała się całkiem przydatna najpierw na urlopie, a potem w szpitalu. I do tego całkiem wydajna – starczyła na kilkanaście myć. Według strony producenta jest to odbudowujący szampon do włosów suchych i zniszczonych. Zaporowa cena (70 zł/300 ml i 95 zł/500 ml) nie zachęca, ale zawartość 5 naturalnych eterycznych olejków (dzięgiel, lawenda, geranium, paczula, ylang-ylang) już tak. Pachnie bardzo intensywnie ziołami (chociaż odżywka z tej serii daje jeszcze większego ziołowego kopa) i doskonale działa na moje włosy. Nie są może zniszczone, ale dość suche na długości, a ten szampon dobrze je nawilża, zmiękcza i wygładza, szczególnie w duecie z ichniejszą odżywką. No i ta wydajność – myślę, że taka półlitrowa butla starczy na wiele miesięcy używania, więc może warto? Chętnie go kupię, jak trafię sensowną promocję.



Yves Rocher – Expert Réparation – mleczko odbudowujące do skóry bardzo suchej – to balsam wypełniony po brzegi wielbionym przeze mnie masłem shea. Dobrze nawilża, ma jednak dwie poważne wady: pozostawia po sobie dziką tłustość na dłuuugie godziny, no i nie wiem, czy to nuta serca, czy mózgu, ale oba te organy podpowiadają mi, że któraś z nut cuchnie. Nie kupię ponownie, ale dla przesuszonych skór może się okazać wcale dobrym rozwiązaniem. Tubę wykończyły moje nogi – mają tę zaletę, że występują dość daleko od nosa i chętnie chłoną sensowne dawki nawilżenia. Być może niedługo skuszę się na obszerniejszą recenzję.

Dax Cosmetics – Perfecta SPA – Czekolada + olejek kokosowy – ujędrniające masło do ciała – rzadko mi się to zdarza, ale postanowiłam zrobić wyjątek i wywalić połowę tego masła, a raczej „masła”, bo nie mam najmniejszej ochoty zużywać go do końca. Dlaczego? Tu znajdziecie odpowiedź: klik klik.


Biochemia Urody – Hydrolat oczarowy – na pewno zasługuje na szerszą recenzję i takowa się tutaj wkrótce pojawi, na razie powiem tyle, że już mam w zapasie kolejną butelkę, a póki co zabrałam się za hydrolat z czarnej porzeczki. Tak, tak, ja też dołączyłam do grona zaawansowanych, hydrolatowych blogerek ;).

Avène – płyn micelarny z wodą termalną – za bardzo szczypie w oczy i mimo że szybko go ubywa, męczyłam się z nim parę miesięcy. Ładnie pachnie, więc co jakiś czas trafiał na policzki, czoło i brodę w celu wstępnego zmycia podkładu. Do demakijażu oczu absolutnie się nie nadaje. Tu pełna recenzja: klik klik. Więcej go nie kupię, kiedy w podobnej cenie mogę mieć:

Bioderma – Sensibio H2O AR – płyn micelarny do cery naczynkowej – potwierdzam zachwyty ogółu: ten micel jest doskonały! Cenę miewa okrutną jak na wodę do demakijażu, ale w niekończącej się promocji 1+1 gratis to już ma sens. Moje doświadczenia z płynami micelarnymi nie są zbyt dobre – albo nie zmywały, albo podrażniały, albo jedno i drugie, i jeszcze z gorzkim posmakiem. Ten też jest gorzki, ale zmywa wszystko co wodo- i niewodoodporne, jest delikatny jak pierdnięcie chrabąszcza i nic mi więcej do micelowego szczęścia nie trzeba. Czuję się ukontentowana i wrócę na pewno, a jakże (zapas już czeka).


Dr.Hauschka Med – Forte Zahncreme Minze – normalnie nie napisałabym tutaj o paście do zębów, bo to trochę jakbym opisywała papier toaletowy lub podpaski, ale że tę pastę kupiłam w Douglasie jako superhipermiętowy wynalazek, nie sposób nie wspomnieć, co z tej megamięty wyszło. A wyszło... megarozczarowanie. Pasta Dr.Hauschka to delikatna mięta, która w dodatku za nic nie chce się pienić. Wiem, że na tym świecie istnieją tacy, co lubią sobie umyć zęby nawet ekowęglem, ale ja do nich nie należę – wszelkie mocno miętowe pienistości w otworze gębowym mile widziane, a temu czemuś mówię: dziękuję, nie, dziękuję.

Schwarzkopf – Osis+ 2 – Mess Up – guma matująca – nie mam nic wspólnego z tą gumą, ale w czeluściach śmietnika znika chyba już z piętnaste puste opakowanie, więc postanowiłam wspomnieć – może komuś przyda się ta wiedza. Gumy używa mój najdroższy małżonek, który nosi specyficznie odstającą od czoła grzywkę, a reszta owłosienia musi być odpowiednio ugładzona. Nie wnikam w jego włosowe czary-mary, wiem tylko tyle, że regularnie muszę biegać do sklepu z profesjonalnymi kosmetykami fryzjerskimi i za bolesne 50 zł dokupować kolejne opakowania. Osis+ 2 na pewno do nas wróci jeszcze nie raz – gumę poleciła mężowi moja ukochana fryzjerka Basia, którą P. sobie zwędził i twierdzi, że to JEGO ukochana fryzjerka. A jak Basia coś poleca, to jest najświętsza świętość. Aha, podobno da się kupić tego Schwarzkopfa sporo taniej, ale ja nie próbowałam.


Bath&Body Works – Sweet Pea (Signature Collection) i Lavender Vanilla (White Barn Home) – na koniec niekosmetyki, ale produkty, które cieszą się dużym zainteresowaniem w blogerskim świecie. BBW nie porwało mnie tak, jak niektóre z Was, przynajmniej nie w części kosmetycznej, bo na pierwszy rzut oka widać, że to są słabe kosmetyki, które po prostu pięknie pachną. Dla mnie to (zwykle) za mało, dlatego zainteresowałam się świecami zapachowymi. Ja też należę do fanatyczek wosków YC, mimo że nie piszę o tym na blogu – w domu zawsze mam zróżnicowany zapas tart i palę je regularnie w moim niezbyt fancy kominku. Świece BBW moim zdaniem są bardzo nierówne jeśli chodzi o moc – niektóre pachną bardzo intensywnie (te wielbię i szanuję), a niektóre są słabo wyczuwalne, a przez to w moim odczuciu niewarte swojej ceny. Na zdjęciu widzicie oba przypadki – waniliowa lawenda po lewej to mocne zapachowe doznanie, a słodki groszek jest uroczy, ale mocą odpowiada mikro odłamkowi Yankee Candle'owej tarty. Signature Collection ogólnie jest słabsza, za to seria White Barn Home jak na razie powaliła mnie intensywnością. Z żalem żegnam się powoli ze słodziutkim zapachem Frosted Cupcake i ciekawią mnie inne z tej kolekcji.

To tyle moich kosmetycznych i okołokosmetycznych wynurzeń. Dobrze być znów z Wami!