niedziela, 15 września 2013

Himalaya Herbals – Purifying Neem Mask [recenzja]

O miodli indyjskiej, czyli tytułowym neem, nie słyszałam, dopóki w moje ręce nie trafiła ta maseczka. Ale czymże byłby świat bez wujka Google?
„Drzewa vembu (nim) są obiektami kultu i intencjonalnych okrążeń (pielgrzymek) zwanych w hinduizmie aswattanarajanapradakszina przez pragnących potomstwa hindusów”. 
No to powtórzmy raz jeszcze: aswattanarajanapradakszina, a teraz szybciej: aswattanarajanapradakszina. Ha, dobra zabawa, ale do rzeczy. Przed nami na ławie oskarżonych zasiada dziś maseczka indyjskiej firmy specjalizującej się w jak-najbardziej-naturalnych-kosmetykach (bo tak całkiem naturalne to one nie są). Zanim przejdziemy do aktu oskarżenia, obejrzyjmy fotografię przedstawiającą pozwaną:


Całkiem niebrzydka, choć w tubie. Wizualnie nie przepadam za tubami, wolę słoiki, ale to tak bardzo na marginesie, że aż nie będę kontynuować. Wewnątrz tuby znajduje się zgniłozielone błotko, o takie:



Błotko pachnie bardzo fajnie i nietypowo – to znaczy jak na produkt z Indii bardzo typowo, bo orientalnie. To zapach kadzidła. Ogromnie mi się spodobał, dlatego automatycznie pozytywnie nastawiłam się do pozwanej. Jak widać, maska lubi sobie zaschnąć wokół otworka, co jest nieestetyczne i sprawia, że z czasem trudniej jest zatrzasnąć to całe wieko prawdy, ale to też jakby na marginesie.

Składniki aktywne to wspomniana wcześniej miodla (no, powtórzcie ze mną raz jeszcze: aswattanarajanapradakszina), a także kurkuma, o której zbawiennym działaniu na cerę słyszałam już wcześniej. Ten orientalny duet obiecuje oczyszczenie i regulację wydzielania sebum wszystkim cerom normalnym, mieszanym i tłustym. No i ograniczenie wizyt nieproszonych, ropnych gości.

Producent zaleca nałożyć warstwę maseczki na oczyszczoną skórę twarzy i szyi i pozostawić do wyschnięcia na 10–15 minut. Tu płynnie przechodzimy do mojego pozwu. Otóż pozywam maseczkę Himalaya Herbals za każdorazowe 10 minut znęcania się nad moją biedną twarzą! Mimo że nie mam cery podrażnionej ani nawet specjalnie skłonnej do podrażnień, maseczka piecze okrutnie, dopóki nie zacznie zasychać. Myślałam, że może przy kolejnych podejściach skóra się przyzwyczai i będzie lepiej, ale nie jest. Jeśli chodzi o działanie, to po zmyciu z twarzy tego gorącego kartofla czuć, że cera jest oczyszczona, ale wcale mniej się nie przetłuszcza, nie zauważyłam żadnej różnicy.

Czyli moim zdaniem nie warto. Nie warto znosić na sobie ogni piekielnych w imię zwykłego oczyszczenia twarzy. Może nie na każdego tak koszmarnie zadziała to kadzidlane błotko, ale ja na pewno nie kupię kolejnego opakowania. Aha, informacja dla wytrwałych: produkt jest bardzo wydajny.

Pojemność: 75 ml
Cena: 9–12 zł
Ocena: 2/6

17 komentarzy:

  1. Ja kupiłam odświeżającą wersję. Piecze też trochę, ale ostatnio użyłam jej po mocnym peelingu. Dzisiaj będę próbować po normalnym oczyszczeniu, zobaczymy jak się spisze.

    OdpowiedzUsuń
  2. też wole słoiki a zaach kadzidlany to róznie :D raz lubie raz nie, ot taka maruda :D
    piecze? że tak piecze piecze?? ooo nie! skazana na banicję!

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdy tylko poczułabym pieczenie, zmyłabym od razu. Boję się poparzeń i podrażnienia. Nie dla mnie więc.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pieczenia nie znoszę... Pewnie nie nałożyłabym jej już drugi raz, podziwiam Cię, twarda sztuka jesteś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no bo miałam nadzieję... a nadzieja - jak wiemy - matką niemądrych :) rozważam zużycie reszty jako maska na stopy na przykład :D

      Usuń
    2. na stopy ładowane jest wszytsko co reszta ciała nie chce :D ach te biedne stopy :D

      Usuń
    3. ee tam biedne, niech się cieszą, że cokolwiek dostają ;P

      Usuń
  5. będę trzymać swoje naczynka od niej z daleka :)

    OdpowiedzUsuń
  6. nie używałam,ale z pewnością nie skusze na nią..

    OdpowiedzUsuń
  7. aswattanarajanapradakszina, aswattanarajanapradakszina,
    aswattanarajanapradakszina, aswattanarajanapradakszina, niezłe zaczęłam śpiewać:)
    OOOo jak ziaziaaa to nieeee :D nie nie:)
    Nie lubię jak coś w okolicach twarzy mi goreje :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja bardzo lubię ich krem osłaniająco kojący.

    Jeśli teoretycznie ma naturalny skład, to ma prawo szczypać, ponieważ to właśnie najczęściej naturalne składniki działają na skórę. Ale skoro efekt bardzo mierny, to chyba nie zamierzam próbować i męczyć swojej twarzy przez 10minut.

    OdpowiedzUsuń
  9. ja nie lubię jakoś takich mazideł :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj nie, ogni piekielnych na mojej twarzy sobie nie życzę! Wczoraj nałożyłam na facjatę maseczkę Lush i też odrobinkę mnie zaszczypała, ale po chwili przestała. Może taka uroda naturalnych maseczek?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no to ta Lushowa jeszcze przyzwoicie potrafi się zachować :) a co do urody naturalnych maseczek, to nawet jeśli tak jest, to nie wszystkie tak się zachowują (moja ukochana glinka Ghassoul z Organique jest łagodna jak pupcia wiadomo kogo)

      Usuń
  11. Miałam ją, mnie nie szczypała wcale, ale to wcale, jednak zmywanie zaschniętej maseczki doprowadzało mnie do szału. Mi bardziej pachniała mydłem niż kadzidłem :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Ał, ał, nie chcę szczypawki.

    OdpowiedzUsuń
  13. Kupiłam nie dawno. aplikowałam na twarz kilka razy. Nic nie piekło, za to moje gigantyczne wypryski są wyraźnie mniejsze.

    OdpowiedzUsuń