poniedziałek, 29 lipca 2013

Pochwały i przechwałki, czyli o mężu niezwykłym i o prezencie jego

O moim mężu trzeba Wam wiedzieć kilka rzeczy. Jest bardzo mądrym facetem, cudownym tatą, moim najlepszym przyjacielem i... uwielbia mnie uszczęśliwiać (czyli: jest bardzo mądrym facetem ;)). Moją przygodę z kosmetycznym blogowaniem traktuje poważnie, namawia do złego (czyli: do kolejnych zakupów) i sprawia, że dla niego chce mi się być piękną*.

Znamy się od dziewięciu lat, a za kilka dni przypada druga rocznica naszego ślubu. Tyle że paczka z prezentem dla mnie przyszła już dziś! Wywierciłam małżonkowi wielką dziurę w brzuchu i oto jest. Prezent. Dla mnie. Od Niego.

Mój cudowny prezent rocznicowy – zestaw pędzli Kozłowski
w  miłym, składanym mieszkanku.

P. wychodzi z założenia, że jeśli chcesz się za coś zabrać, musisz zrobić to porządnie. Od dłuższego czasu ględziłam, że nie umiem czarować pięknych makijaży „tak jak te wszystkie blogerki”, że nie mam takiego pędzla i takiego pędzla, i jeszcze taki by się przydał... A że kolejną świetną cechą P. jest umiejętność słuchania i zapamiętywania tego, co mówię (no naprawdę, to wcale nie takie częste u facetów!), postanowił podejść do problemu kompleksowo.

Teraz już nie mam dla siebie usprawiedliwienia – pędzle w ruch i do nauki!


Do prezentu dołączona była kartka z życzeniami, sama słodycz. Kto powiedział, że rocznicy nie możemy świętować dzisiaj? Kto powiedział, że nie możemy świętować jej dwa razy? ;)
Witajcie w domu, pędzelki.

*przynajmniej w miarę mych skromnych możliwości.

sobota, 27 lipca 2013

Catrice – Ultimate Lip Glow – Lip Colour Intensifier [recenzja]

Czy ja już mówiłam, że coraz bardziej lubię kosmetyki Catrice? Pewnie mówiłam, ale powtórzę, bo warto: Catrice jest super! Nie twierdzę, że wszystkie ich produkty są świetne, ale zdarzają się perełki, a jedną z nich Wam dziś pokażę. Chodzi o „Lip Colour Intensifier” (czyli intensyfikator koloru ust), który na pierwszy rzut oka wygląda jak błyszczyk ze słitaśnej torebki Honey Boo Boo:


To jednak jest pomadka, no dobra – tak-jakby-pomadka – występująca w jednym odcieniu o wymownej nazwie: 010 One Shade Fits All. Lubię takie rozwiązania – co za oszczędność czasu! To taki miły powiew PRL-u z serii: „Do kupienia jest ocet i tylko ocet. Co podać?”. Producent tłumaczy, że nie jest w stanie precyzyjnie określić koloru tej szminki, bo na każdych ustach wygląda inaczej (przyznam, że poleciałam na ten tekst...). Cały trik ma polegać na tym, że nie pokrywa pigmentem powierzchni ust, tylko podbija ich naturalny odcień za pomocą lekkiego koloru żelkowego i mikrodrobinek. Zresztą jak miałaby zapewnić pełne krycie, biedna, skoro jest przezroczysta?


Na zdjęciach powyżej możecie zobaczyć, jak niewiele w niej barwnika. W nawiązaniu do popularnej w latach 90. reklamy szamponu przeciwłupieżowego połowę ust pomalowałam, a połowę nie, żebyście mogły zobaczyć różnicę. Na pierwszy rzut oka różnica jest niewielka, ale po zaaplikowaniu pełnej dawki Lip Intensifiera okazuje się, że usta wyglądają zupełnie inaczej! Z pomarańczowego żelka na moich wargach powstał piękny, malinowy róż, który doskonale nadaje się do makijażu dziennego.

Jeszcze kilka słów o sprawach technicznych i tutaj od razu mały disclaimer: jeśli chodzi o upiększanie ust, straszna ze mnie noga. Jak na prawdziwą damę (nie) przystało, regularnie zapominam zabrać ze sobą pomadkę do torebki, a nawet jeśli z dumą odkrywam, że tym razem ją mam, jakoś nigdy się nie składa, żebym udała się do łazienki w celu poprawienia makijażu. Nawet gdy wpadnę na pomysł odwiedzenia łazienkowego lustra, na miejscu okazuje się, że... nie mam ze sobą pomadki. Dlatego u mnie sprawdzają się tylko takie kosmetyki, które schodzą równomiernie. Tutaj Catrice spisuje się rewelacyjnie. Poza tym nie wysusza ust, a po 30 sekundach zapominam, że się pomalowałam, bo nałożona warstwa jest praktycznie niewyczuwalna. Do tego wszystkiego dorzucę jeszcze przyjemny (chyba) fakt powolnego zużywania – od ponad tygodnia nie rozstaję się z moim catrice'owym intensyfikatorem, a ubyło go symbolicznie.


Efekt końcowy ogromnie mi się podoba. Usta zwracają uwagę, a jednak nie wyglądają na pomalowane, bo zachowują naturalną matowość, a dyskretny shimmer znika na wargach i przyczynia się tylko do ładnego odbijania światła.

„A transparent, fresh and natural look in a truly unique color” – tak to pięknie brzmi na stronie Catrice. Ja dałam się porwać, a czy któraś z Was całowała się już z tym wynalazkiem?


Plusy:
– subtelny, ciekawy efekt,
– kolor trzyma się przez kilka godzin,
– niebywała w świecie pomadkowym wydajność,
– nie wysusza ust.

Minusy:
– gorzka nuta smakowa (prawie niewyczuwalna, ale wspominam dla porządku).

Pojemność: 3,8 g
Cena: 20,99 zł (w drogerii Natura, ale jak sama nazwa wskazuje, jest to DROGeria – wiem, że da się kupić taniej)
Ocena: 6/6

środa, 24 lipca 2013

Komu fanty, komu? (bo zużyję po kryjomu)

Jeżeli macie ochotę wziąć udział w losowaniu widocznych na zdjęciu przedmiotów użytku makijażowo-paznokciowego, zapraszam na Facebooka (klik klik). Jedyne, co musicie zrobić, to polubić mój fanpejdż i wyrazić chęć wygranej :). Na zgłoszenia (wyłącznie poprzez FB) czekam do poniedziałku 29 lipca, do północy


A co dokładnie rozdaję? 
1) czarny tusz do rzęs Revlon CustomEyes z regulowaną szczoteczką, 
2) mineralny cień do powiek ArtDeco nr 346 w brązowej tonacji,
3) pędzelek do brwi ArtDeco,
4) eyeliner Rimmel Glam'Eyes nr 004 Diamond Kiss (srebrny), 
5) automatyczną kredkę Miss Sporty nr 050 Snow (białą) 
6) pilnik w kształcie kiwi, któremu odłamuje się kawałeczki, naprawdę kul ;).

Powodzenia!

poniedziałek, 22 lipca 2013

L'Occitane – Amande Huile de Douche – migdałowy olejek pod prysznic [recenzja]

Ostatnio sporo złych rzeczy nagadałam na L'Occitane. Że werbenowy krem do rąk jest okropny (klik), że ich drogocenna kostka mydła zmieniła stan skupienia z luksusowego na szaletowy (klik)...  Naprawdę do tej pory nie było się czym zachwycać, a przecież cena zobowiązuje. Jedyną jak na razie w pełni udaną linią kosmetyków z Prowansji, jaką miałam okazję testować, jest ta z migdałem – Amande. Zarówno obłędny, naturalny zapach mleczka migdałowego, jak i właściwości pielęgnacyjne bardzo przypadły mi do gustu, dlatego żeby przerwać choć na chwilę moje blogowe zrzędzenie, postanowiłam pokazać Wam olejek pod prysznic, który zauroczył mnie z kilku powodów.


Z eleganckiej, przezroczystej butli uśmiecha się do nas złocisty, klarowny olejek o odurzającym zapachu migdałów, który nęcił mnie już m.in. ze szklanego słoja z mlecznym koncentratem do ciała (klik). Kto nie lubi ciężkich, wręcz dusznych nut zapachowych, może nie czytać dalej – tutaj nie ma miejsca na kompromisy: albo ten aromat pokochasz, albo kup sobie do kąpieli lekkiego, orzeźwiającego cytruska. Ja lubię zmierzać w obu kierunkach, ale gdy mam ochotę trochę się podopieszczać po ciężkim dniu, sięgam po cięższe nuty: migdałowe, czekoladowe, orzechowe... Wiem, że jest lato i że w upały naród woli owocowe i kwiatowe zapachy, ale ja się nie poddaję schematom i poprawności kosmetycznej :).

Olejek L'Occitane posiada dozownik, który działa tak samo jak mechanizm wysuwania świateł w samochodach z pierwszej połowy lat 90. Łatwo sobie z nim poradzić mokrymi, śliskimi rękami. Jest dość gęsty, a z butelki jednorazowo wydostaje się niewielka ilość, co sprawia, że starcza na dość długo – naprawdę nie potrzeba go wiele do dokładnego umycia całego ciała. W kontakcie z wodą delikatnie się pieni, ma też inną, bardzo interesującą cechę: po wylaniu na dłoń i roztarciu jest... gorący! Trwa to dosłownie chwilę, ale nie spotkałam się wcześniej z czymś podobnym, dlatego zachwycił mnie ten krótkotrwały efekt.

Jeżeli chodzi o właściwości myjąco-pielęgnacyjne, złego słowa nie powiem. Po użyciu skóra jest gładka i jeszcze przez pewien czas pachnie delikatnie świeżymi migdałami. To jeden z niewielu kosmetyków do mycia, które pozostawiają na skórze zapach dłużej niż do momentu wytarcia się do sucha. Nie oceniam właściwości nawilżających, bo i tak zawsze po kąpieli smaruję ciało jakimś kremem lub balsamem, ale L'Occitane'owy migdałek na pewno nie wysusza skóry, a to w zupełności mi wystarczy.

Rozczuliła mnie sugestia producenta, że olejku można używać również do golenia nóg i innych, ciekawszych części ciała – to zupełnie jakby podcierać tyłek banknotami. Ciekawa propozycja, ale nie potrzebuję w życiu aż takiego luksusu – pianka do golenia Venus za kilka złotych w zupełności wystarczy. No właśnie, skoro już zaczęłam o mamonie... jedynym minusem tego cudownego kosmetyku jest cena. Ponad 70 zł za standardową pojemność szklanki mleka to szaleństwo. Na szczęście dostępne jest dużo bardziej opłacalne, półlitrowe opakowanie uzupełniające za 99 zł, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby od razu zorganizować sobie butelkę zastępczą i cieszyć się cudownym olejkiem w cenie prawie 35% niższej w przeliczeniu na litr*.

Sensowne rozwiązanie – olejek w opakowaniu uzupełniającym.

Wielka szkoda, że firma L'Occitane postanowiła brnąć w promocję przeciętnej linii werbenowej i akurat tę nutę zapachową odnajdziecie w najnowszym ShinyBoksie. No cóż, très simple – cytrynowy zapach na lato... pozostaje mieć nadzieję, że za kilka miesięcy Shiny zaskoczy Was otulającym migdałowym aromatem, a specjaliści od „prowansalskiego piękna” – jakąś sensownym cięciem cen.

Plusy:
– pięknie pachnie,
– jest wydajny (i na pewno bardzo zwiększy wydajność używanie go w duecie z dobrze namoczoną gąbką),
– robi dobrze skórze i zmysłom.

Minusy:
– cena.

Pojemność: 250 ml
Cena: 72 zł (lub 99 zł za 500 ml w opakowaniu uzupełniającym)
Ocena: 5,5/6

*analizę ekonomiczną wykonał mąż i jako totalne matematyczne beztalencie wierzę mu na słowo ;)

piątek, 19 lipca 2013

Sally Hansen – Firming Leg Shine [recenzja]

Bo ja to mam zawsze takie blade nogi. Nie opalam się na balkonie, nie solaryzuję pod lampą, nie używam samoopalaczy (choć to ostatnie rozważam). No to pomyślałam, że mogłabym chociaż trochę je stjuningować. Niech będą takie:


Oczami wyobraźni widziałam piękne, zadbane, cudownie błyszczące nogi celebrytek. Mam niecałe 160 cm wzrostu, więc wiadomo, efekt łani odpada, ale jak sobie poświecą, na pewno będzie lepiej. Takie były moje głębokie przemyślenia, zanim otworzyłam tubę od Sally Hansen. Potem zaczęłam mierzyć się z rzeczywistością.


Jak widzicie na załączonym obrazku, balsam okazał się napigmentowany. Widać też połyskliwe drobinki. To mogłoby być całkiem niegłupie, ale niestety okazało się bardzo głupie, bo konkretnego koloru nogom nie nadało, a plamy zostawiło, że aż... niemiło (wybaczcie ten kretyński rym).

Rozsmarowanie tego specyfiku jest równie łatwe co lądowanie Boeingiem 747 w ogródku u sąsiada – smarujesz, smarujesz, kolor blednie coraz bardziej, połysk znika w oka mgnieniu, dokładasz kolejną warstwę, rozsmarowujesz, połysk znowu znika, a Tobie zostają profesjonalne, idealne zacieko-smugi. Możliwe, że efekt zbliżony do tego ze zdjęcia na tubie uzyskałabym, gdybym nie rozcierała balsamu, tylko zostawiła grubą warstewkę. Wtedy jednak pojawiają się dwa problemy:
1) produkt staje się jedno-, góra dwurazowy, 2) należałoby stać w miejscu i się nie ruszać (a już na pewno nie siadać!).

Słowem: ten balsam to – z całym szacunkiem dla Sally Hansen – gówno.

I to tyle w temacie niedoszłych szajni legsów. Szkoda mojego i Waszego czasu na głębsze analizy, a zamiast Firming Leg Shine proponuję oliwę z oliwek. I niech sobie nawet będzie z pierwszego tłoczenia.

Pojemność: 90,7 g
Ocena: 1/6

środa, 17 lipca 2013

Bandi – Hydro Care – Krem Intensywnie Nawilżający [recenzja]

Jakiś czas temu rozpływałam się nad filozofią polskiej firmy Bandi. Uwielbiam ich subtelne, eleganckie etykiety oraz bardzo wygodne i higieniczne opakowania – wszystkie z pompką typu airless lub z atomizerem. Jeśli dołożymy do tego przyzwoite ceny i przyjemne zapachy, do ideału brakuje już tylko jednego – jakości. Do tej pory z tym było najgorzej – nigdy źle, ale co komu po średniakach w estetycznych airlessach? Na szczęście w paczuszce ze sklepu Bandi oprócz pięknie pachnącego, dobrze się włachaniającego i nicszczególnegonierobiącego kremu do rąk (recenzja TU) oraz dalekiego od perfekcji płynu micelarnego (o nim było niedawno TU) znalazł się również krem nawilżający z linii Hydro Care.


Najlepszy z zakupionej przeze mnie trójki Krem Intensywnie Nawilżający przeznaczony jest do pielęgnacji cery normalnej, mieszanej i tłustej, co oznacza, że powinien doskonale się nadawać do mojej twarzy podczas każdej fazy księżyca ;). Latem mieszańce i tłuściochy zawsze mają pod górkę – smalec radośnie spływa od czoła, przez nos, aż do samiuśkiej brody i doprawdy ciężko temu zaradzić w sensie pielęgnacyjnym (bo że przypudrować nosek mogę, to wiem). Ze względu na trudne warunki pogodowe w sezonie urlopowym robię się zdecydowanie bardziej krytyczna wobec kosmetyków, niż w pozostałe miesiące. I jakoś tak wychodzi, że żaden nie chce być tym idealnym.

Smarowidło Bandi nie jest tu wyjątkiem, ale skupmy się na rzeczach dobrych, bo jest ich szczęśliwie całkiem sporo. Krem ma lekką, przyjemną konsystencję i przy nakładaniu czuć, że jest wodnisty, ale to nie wada. Kwas hialuronowy w składzie obiecuje nawilżyć skórę w głębszych warstwach, D-panthenol zapewnia, że krem obejdzie się ze mną delikatnie, a witaminy A i E biorą na klatę pilnowanie, żebym pozostała młoda i piękna :).

Magia opakowań typu airless – higieniczna aplikacja
 i zużycie do ostatniej kropli.


Krem ma miły zapach (chociaż są dużo ładniejsze wśród kosmetyków Bandi), szybko się wchłania, nie jest tłusty, ale niestety wzmaga produkcję sebum na czole. Na moich policzkach, brodzie i szyi zachowuje się perfekcyjnie, ale na czoło muszę nakładać naprawdę minimalną ilość, żeby w niedługim czasie nie ociekało tłuszczem, a i tak nie wygląda to najlepiej. Próby aplikacji grubszej warstwy na noc również zakończyły się tym, że rano czoło wyglądało, jakby ktoś je wysmarował masłem, podczas gdy reszta twarzy była dobrze nawilżona i świeża. I to właśnie jego największa wada – moim zdaniem LATEM nie nadaje się do skóry tłustej czy mieszanej jak moja. Polecałabym go raczej posiadaczkom cery normalnej. Ale przynajmniej nie zapycha, co dla mnie jest dużą zaletą.

Według producenta po dwóch tygodniach stosowania powinna nastąpić znaczna poprawa wyglądu skóry i wyrównanie kolorytu. Powinno też zniknąć uczucie napięcia. Z tym ostatnim nigdy nie mam problemu, chyba że użyję mocno ściągającego żelu do mycia twarzy, dlatego nie mogę potwierdzić, czy krem Bandi coś tu pomoże. Trzeba mu jednak przyznać, że podnosi poziom nawilżenia, chociaż nie zauważyłam poprawy kolorytu. Jeśli moja cera stała się mniej ziemista, to raczej dlatego, że nadeszło lato i promienie słoneczne nieco ją ożywiły.

Polecam go wszystkim nieprzetłuszczającym się buziom. Bandi nie ma racji :).
EDIT: w sezonie jesienno-zimowym, gdy czoło nie robi scen, krem o wiele lepiej się spisuje.


Lekka, wodnista formuła sprawia, że krem szybko się wchłania.


Plusy:
– wygodne, higieniczne opakowanie,
– wydajność,
– szybkie wchłanianie,
– nie pozostawia tłustego filmu,
– jest dobry jako baza pod makijaż.


Minusy:
– latem nie nadaje się do cery tłustej, mimo że do takiej wytypował go producent.


Pojemność: 50 ml
Cena: 44 zł (bandi.pl)
Ocena: 4+/6 (dla mojej mieszanej cery, myślę, że dla normalnej będzie idealny)

niedziela, 14 lipca 2013

Synergen – Fruity Flirt – żel do mycia twarzy, cera mieszana [recenzja]

Sama nie wiem, skąd we mnie tyle odwagi, żeby próbować na własnej, ukochanej, jedynej twarzy specyfiki z niższych półek. Igram z własną cerą (która jest mieszana w kierunku tłustej i bywa kapryśna), ale skoro już nakupowałam tego stuffu w promocyjnym szale, trzeba zrobić z niego użytek.


Żel Synergen pieni się dobrze, nie ściąga skóry i mimo moich poważnych obaw co do działania nie zostawia po sobie grona ropnych nieprzyjaciół. Nie zawiera parabenów, delikatnie, ale skutecznie oczyszcza twarz, za co chwała mu i cześć. Za pozostałe cechy już niekoniecznie.

Fruity Flirt jest rzadki, więc uprzejmie donoszę, że przed każdym użyciem należy odwrócić opakowanie zatrzaskiem do góry, a dopiero potem delikatnie wylewać na dłoń – inaczej zużyjemy go w przeciągu dwóch tygodni. Mimo że stosuję się do własnego zalecenia, i tak wydajność oceniam dość nisko – używam go od miesiąca i już jakiś czas temu doszłam do prześwitu na dole tuby, a do umycia facjaty naprawdę nie potrzeba wiele.

Ale konsystencja to nie najsłabszy punkt programu. Jeszcze gorszy jest „owocowy” zapach. Długo wwąchiwałam się w tę specyficzną woń, by przekazać Wam jej istotę jak najpilniej. Doceńcie mój bohaterski czyn, naprawdę nie było łatwo, bo ta nibyowocowa cholera niemalże cuchnie. Jest coś naprawdę przykrego w tym zapachu – na początku uderza nas całkiem niegłupi choć sztuczny aromat słodko-cytrusowy, ale już za chwilę przebija się nuta... rozkładających się zwłok? W każdym razie z pewnością czegoś ohydnego. „Dzięki odświeżającej mieszance zapachów trawy cytrynowej i bambusa oczyszczanie twarzy staje się niezapomnianym doznaniem – coś w tym jest, ale chyba nie to, co zakładał producent...

Macie ochotę na nic specjalnego w dobrej cenie? Jeśli niestraszne Wam subtelne smrodki, częstujcie się śmiało. W moim przypadku ten „owocowy flirt” z pewnością nie zamieni się w stały związek. Dyskwalifikacja za nieświeży oddech.

Plusy:
– działa,
– jest tani,
– można go dostać w każdym Rossmannie.

Minusy:
– przykry zapach,
– lejąca konsystencja.

Pojemność: 150 ml
Cena: 7–8 zł
Ocena: 3/6

czwartek, 11 lipca 2013

Catrice – Absolute Nude, czyli różne oblicza brązowej nudy [recenzja]

Mówi Wam coś nazwa Cosnova Beauty? A Essence? A Catrice? No właśnie. To oni – jedna spółka, dwa brandy. Mówią po niemiecku i przynudzają fajnymi kosmetykami. Jeśli mam wybierać pośród tej poprawnej jakościowo i cenowo nudy, wybieram literkę C. O Catrice dowiedziałam się z blogów. Nie było mi po drodze do drogerii Natura, przebimbałam w mojej ursynowskiej norce fakt, że do Warszawy sprowadziło się Hebe, więc nie miałam pojęcia, że istnieje na świecie tyle świetnych kosmetyków. Aż któregoś razu poszłam, zajrzałam i przepadłam.

Piękne kolory lakierów, bardzo dobry set do brwi... i właśnie ta paletka – pełna odcieni, które najczęściej goszczą na moich powiekach. Piaski, beże, brązy – wszystkie potrzebne tony zebrane w jednym miejscu. Uwielbiam!


Znajdziecie tu przede wszystkim cienie z połyskującymi drobinkami, dlatego paleta idealnie nadaje się do makijażu wieczorowego. Cienie trzymają się zarówno powiek, jak i paletki i cenię je równie mocno za obie te kwestie. Swego czasu wielbiłam srebrno-czarny zestaw do smokey eye od Maybelline, ale któregoś razu okazało się, że cienie wypadły, pokruszyły się, narobiły syfu w moim magicznym kuferku i w ten sposób po raz kolejny w życiu przekonałam się, że od miłości do nienawiści droga krótka i osypana. Catrice póki co ma się dobrze, więc żywię do niego głębokie, nudne uczucie lubowania_się_w.


Dobra pigmentacja i duży, porządny, pełnowartościowy aplikator z dwiema końcówkami sprawiają, że cienie Absolute Nude są przyjemnie dobre. Jak znajdę kiedyś chwilę i podszkolę się z fantazyjnego malowania powiek, prawdopodobnie jeszcze bardziej pokocham tę paletę. Pocieszające jest jednak to, że nawet takie przykre cieniowe beztalencie jak ja potrafi wyczarować z tego zestawu coś przyzwoitego. A producent zapewnia, że wyczarować można zarówno lekki, dzienny makijaż, jak i wieczorowe smokey eye. Ja im wierzę. Cóż więcej? Bierzcie i korzystajcie z tego wszyscy.




Plusy:
– różnorodność, jakość, pędzel.

Minusy:
– nie znalazłam.

Cena: 20,99 zł (w drogerii Natura)
Ocena: 6/6


środa, 10 lipca 2013

L'Occitane – Perfumowane mydło Zielona Herbata & Gorzka Pomarańcza

Nie zamierzałam pisać o tym produkcie L'Occitane, bo właściwie co mogę napisać o pachnącej kostce, której używam do mycia rąk? Na wszelki wypadek zrobiłam jednak pamiątkowe fotki „przed”. No i się przydały, bo po prostu muszę Wam TO pokazać.


Zakup tego mydła nie był moim wyborem, dotarło do mnie wraz z jakimś zestawem oferowanym przez L'Occitane w Bardzo Przystępnej Cenie. Regularna cena 30 zł za 125 gramów pachnącej zieloną herbatą kostki to dla mnie gruba przesada. Mooooże gdyby to było ręcznie robione mydło z kawałkami czegoś w środku, krojone drobnymi rączkami Azjatki i pakowane w słodką folijkę... może wtedy. Może.


Od producenta: „Orzeźwiający, wyrazisty, przeznaczony zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn wielki klasyk L’OCCITANE stał się częścią Kolekcji Grasse. Pierwsze nuty zapachu to powiew świeżości, w którym mieszają się cytrusowe akordy słodkiej i gorzkiej pomarańczy. Subtelny aromat zielonej herbaty, yerbamate i suszonej na słońcu słomy to pomost między owocową nutą głowy a ziołową bazą”. Zgubiłam się gdzieś przy suszonej na słońcu słomie, ale ogólnie się zgadzam – zapach jest wyrazisty, rześki i piękny (o ile lubicie kosmetyczną zieloną herbatę, inaczej nie mamy o czym gadać). 

Elegancka kostka słusznej grubości wcale nie leży dobrze w mokrej dłoni. Ostre końce wyślizgują się z rąk – zdecydowanie wolę ładnie wyprofilowane tanie mydła, które można kupić w pierwszym lepszym markecie. O właściwościach mogę powiedzieć tylko tyle, że mydło... myje. I nie wysusza. I zapach zostaje z nami jeszcze przez krótką chwilę po. 

A teraz obiecane we wstępie TO. Wspaniała ozdoba każdej łazienki. Wspomnienie wakacyjnego oddawania moczu na stacji benzynowej gdzieś_w_Polsce. Proszę uprzejmie:


Czy jeśli powiem, że spodziewałam się po kostce mydła za trzy dychy czegoś więcej, wyjdę na zrzędę, marudę i osobę wiecznie niezadowoloną z życia?

poniedziałek, 8 lipca 2013

Essence – Multi Action Blackest Black – tusz do rzęs (czarny) [recenzja]

Firma Essence bardzo mnie zaintrygowała. Nie wiadomo kiedy wdarła się na nasz rynek i zajęła w drogeriach mnóstwo miejsca swoimi pojedynczymi i podwójnymi szafami wypełnionymi masą kolorówkowych szpargałów w atrakcyjnych cenach. Doceniam oczywiście firmy z wyższej półki i lubię używać kosmetyków sprawdzonych, zaufanych marek, ale nie potrafię odmówić sobie przyjemności wyszukiwania wśród niskobudżetowców produktów, które mnie zadowolą. To takie specyficzne łowy. Baaaardzo przyjemne i wciągające.


Essence tuszów ma do wyboru kilka, jeśli nie kilkanaście, a zdecydowałam się na Blackest Black na zasadzie „na kogo padnie, na tego bęc”. Nie wczytywałam się w ogóle w etykietę, dopiero w domu czekała na mnie ta cudnie skrojona obietnica:

„Tusz posiada intensywnie czarne pigmenty nadając rzęsom głęboką czerń, pogrubienie, wydłużenie i podkręcenie testowany dermatologicznie” – tak na jednym wydechu producent zachęca mnie do kupienia tego tuszu. Olać interpunkcję i błąd językowy, w końcu to tylko niechlujne tłumaczenie jakiegoś idioty. Chodzi mi o to, że cała końcówka została wystrzelona jak z karabinu, a raczej maszyny do zadowalania klientów. Nie ma nic o szczoteczce, konsystencji, czymkolwiek, co miałoby sprawić, że rzęsy będą pogrubione, wydłużone i podkręcone, a z tego co wiem o świecie wynika, że sam czarny pigment nie może mi tego zapewnić. Ale przecież klientki chcą, żeby ich tusze tańczyły, śpiewały i obiad podały, więc niech im będzie, napiszmy: jestem Multi Action, zrobię twoim rzęsom dobrze na 103 sposoby!

To wszystko jest dość zabawne wobec faktu, że to po prostu przyzwoity tusz do makijażu dziennego, znanego również pod nazwami: delikatny, dziewczęcy, naturalny. Żadnego teatralnego efektu, długich, gęstych firanek – jakie rzęsy Ci Bozia dała, takie będziesz miała, tyle że czarniejsze. Mamy więc sporą grupę kobiet, które ten tusz zadowoli – nie jest bardzo mokry, więc nie robi stempelków na powiekach, nie kruszy się, gęsta szczotka ładnie rozczesuje i nie skleja. No ale fakty są takie, że wydłużać nie ma jak, a czarny podobno wyszczupla, więc z tym pogrubianiem tobym nie przesadzała ;). Nie jest też wodoodporny, ale nie miał być – wspominam o tym dla porządku.

Chętnie używam tego tuszu po wieczornym prysznicu, właśnie ze względu na delikatny efekt, jaki mogę uzyskać (to ta moja wersja naturalności, którą faceci nazywają „dobrze wyglądasz bez makijażu”). Dziwnie bym wyglądała w kraciastych portkach od piżamy, z buzią wysmarowaną kremem na noc i zagrzebana pod kocem z kubkiem herbaty, a do tego w makijażu wieczorowym z milionem grubych, długich, najczarniejszych na świecie rzęs, dlatego regularnie sięgam po Essence. Niestety, obawiam się, że Multi Action Blackest Black tylko do takiego niezobowiązującego makijażu będzie odpowiedni – wbrew obietnicom producenta nie jest ani multi, ani blackest. Trzeba wiedzieć, do czego go używać – do czarowania na randce głębokim spojrzeniem kompletnie się nie nadaje.

Plusy:
– wygodna szczotka, która dobrze rozczesuje i nie skleja rzęs,
– tusz nie odbija się na powiekach i nie kruszy,
– przystępna cena.

Minusy:
– działanie niezgodne z opisem,
– szybko wysycha i/lub się kończy.

Pojemność: 9 ml
Cena: ok. 11 zł
Ocena: 3/6

sobota, 6 lipca 2013

Original Source – Bath Foam – Raspberry & Vanilla Milk Spoiling [recenzja]

Przy okazji ostatniego denka przypomniało mi się, że miałam się z Wami podzielić radością z odnalezienia od dawna poszukiwanej idealnej kosmetycznej truskawki! Dotychczasowe eksperymenty dotyczyły głównie produktów kąpielowych – nie miałam odwagi brnąć w truskawkowe masła i balsamy do ciała.

Nie od dziś wiadomo, że odtworzenie aromatu truskawki w kosmetykach jest jednym z najtrudniejszych zadań, jakich może się podjąć producent. Przez długi czas zastanawiałam się, dlaczego tak jest, aż nadszedł sezon truskawkowy i wszystko stało się jasne. Aromat soczystych, słodkich truskawek czerwcowych jest tyleż piękny, co ulotny. I tak naprawdę bardzo dyskretny. Świeża truskawka pachnie delikatnie, a nie sposób się jej oprzeć przede wszystkim w uwodzicielskich kompozycjach – truskawka wewnątrz placka z kruszonką, w duecie ze słodką śmietanką, z cukrem waniliowym... I właśnie taką deserową odnalazłam w tej oto butli od Original Source:



Przyznać trzeba, że moja truskawka jest trochę... malinowa. Przynajmniej tak głosi opakowanie. Ale zapewniam, że z wnętrza wydobywa się cudowny aromat... budyniu truskawkowego :). A dokładniej proszku, który rozrabia się z mlekiem jeszcze przed zagotowaniem. Urzekło mnie to całkowicie. Zapach na szczęście po kilkunastu tygodniach od otwarcia butli nie zepsuł się ani trochę, co zdarzyło się dobrze zapowiadającemu się koledze z serii Dairy Fun. 

To nawet nie jest żel pod prysznic, tylko płyn do kąpieli, dlatego zamiast wygodnego dozownika mamy wielki otwór, z którego niezbyt gęsty (ale i nie rzadki) płyn leje się bez skrępowania i nieuzasadnionych oporów. Ja nie mam wanny, dlatego używam go pod prysznicem, na szczęście w tej wersji zapachowej Original Source ma również zwykły żel, jeśli ktoś miałby ochotę. Mi jednak nie przeszkadza ta głęboka studnia rozkoszy, wręcz przeciwnie – zamiast dziubać po kropelce, wylewam na dłoń słuszną porcyjkę mojego nieugotowanego budyniu i rozpływam się w podprysznicowej rozkoszy...

Aksamitna, kremowa faktura bardzo dobrze nadaje się do mycia. Jak na płyn do kąpieli przystało, dobrze się pieni, a do tego gładko sunie po ciele i pozostawia przynajmniej na chwilę uczucie jedwabiście gładkiej, doskonale wypielęgnowanej skóry. Uwielbiam go i cieszę się, że nie doczytałam etykiety i kupiłam płyn do kąpieli, bo dzięki temu mam go od dawna i w ogóle nie chce się skończyć :). 

Dlatego, wbrew logice, jeśli macie ochotę na apetyczną truskawkę w kąpieli, wybierzcie tę malinę z mleczkiem waniliowym i nigdy, przenigdy nie dotykajcie British Strawberry od Original Source! (dla dociekliwych link do recenzji: klik klik).


Plusy:
– cudny, apetyczny zapach,
– dostępność,
– przyjemna cena.

Minusy:
– niewygodnie zakręca się i odkręca tę wielką butlę mokrymi rękami, ale w końcu to nie żel pod prysznic, więc nie ma co narzekać.


Pojemność: 500 ml
Cena: ok. 10 zł
Ocena: 6/6


czwartek, 4 lipca 2013

Denko prodżekt, odc. 3

Nie spodziewałam się, że projekt denko tak mnie wciągnie. Okazało się, że to niezwykle skuteczny sposób opróżniania szafek i robienia miejsca na nowe zakupowe perełki. Łatwo nie jest, bo dziewicze opakowania wypełnione po brzegi nowiutkimi kosmetykami są bardzo kuszące, ale tłumaczę sobie, że i na nie przyjdzie pora, a tymczasem starych kumpli odwiedzać trzeba, coby im przykro nie było, że jełczeją w szafkowych głębinach, zapomniane...


W tym miesiącu kolekcja średnio imponująca, ale i tak sporo miejsca się zwolniło. A zwolni jeszcze więcej, bo przysięgłam sobie gorąco, że do następnej wypłaty nie dam się uwieść żadnym promocjom, przecenom, rabatom i ofertom tylko dla mnie. No way.


Mustela – Grossesse 9 Mois – Specjalny krem do pielęgnacji biustu – używałam go w ciąży razem z kremem Musteli przeciw rozstępom. Specyficzny zapach dla wielu kobiet (szczególnie ciężarnych) może być odrażający – mi nie przeszkadzał. Myślę, że znalazłoby się coś o wiele tańszego o podobnym działaniu. Tuby nie skończyłam, bo w międzyczasie mój słodki wcześniak zaabsorbował mnie na tyle, że nie miałam głowy do wcierania czegokolwiek w cokolwiek. Wywalam więc pół opakowania i nie planuję już wracać do tego kremu, mimo że do działania nie mam zastrzeżeń.  

Mustela – Post Accouchement 9 Mois – Poporodowy regenerujący żel do ciała – ten dla odmiany ładnie pachnie, ale nie zauważyłam, żeby uczynił cuda z moim ciałem. Producent zaleca stosować go 2x dziennie przez przynajmniej 4 tygodnie, żeby różnica była widoczna, więc powiem tylko, że nie dotrwałam. 


Ziaja – Energia Pomarańczy – pomarańczowe masło do ciała – pozytywne zaskoczenie, ładny, delikatnie pomarańczowy aromat, idealnie maślana konsystencja plus bardzo zacne nawilżenie (za które odpowiedzialne jest upakowane cichaczem do słoika masło shea). Masło dość szybko się zużyło, ale zrobiło na mnie na tyle dobre wrażenie, że planuję kolejne spotkanie. Recenzja tutaj: klik klik.

Gosh – Body Mo:ist – balsam do ciała z czerwoną porzeczką – pisałam o nim tu: klik klik. Nie robi nic, zapach nie zachwyca, po kilku użyciach się kończy. O taki tam, z serii: otworzyć, zużyć, zapomnieć. Ja już zapomniałam, o czym piszę, a skoro nie pamiętam, o czym, na pewno nie kupię ponownie.

Yves Rocher – mandarynkowy balsam do ciała – nic specjalnego, ani zapach mnie nie urzekł (w żelu pod prysznic z tej serii był piękny, a tu jakoś umknął), ani działanie. Ot, takie bez sensu mazidło, którego nie zużyłam nawet do końca mimo niewielkiego rozmiaru, bo nadgryzł je bezwzględny ząb czasu. Nie kupię ponownie, zresztą nie mam jak, bo to limitka. A za żelem tęsknię!

Bambino – Krem pielęgnacyjny z pantenolem – do pup niemowlęcych, do pup każdych. I nie tylko do nich, również do delikatnych twarzyczek, nóżek i rączek. To uniwersalny, ładnie pachnący i dość rzadki krem, który nie był bardzo tłusty, co stanowiło miłą odmianę w kategorii kremów – za przeproszeniem – okołoanusowych. Lubiłam go ja, ale pupa mojego syna trochę mniej, ona lubuje się jednak w bardzo tłustych lub/i cynkowych, treściwych maściach – Linomag z różową nakrętką, a przy większych odparzeniach stary, dobry Sudocrem. Obawiam się jednak, że nietłusta formuła Bambino przeszła już do historii, na Wizażu życzliwi donoszą, że obecnie krem jest tłusty, parafina na drugim, a gliceryna na trzecim miejscu w składzie, zaraz po wodzie. Pewnie już do niego nie wrócimy



Garnier – Ultra Doux – kremowa odżywka z cytryną i białą glinką – trudna w aplikacji, mimo gładkiej konsystencji tępo się rozprowadza, niemalże czuć glinkowy pył pod palcami. Ale bardzo ładnie pachnie (powiedziałabym, że męsko) i całkiem nieźle ogranicza przetłuszczanie. Możliwe, że kupię ponownie.

Wellness&Beauty – żel pod prysznic pomarańcza & granat – ten żel pachnie wczesnymi latami 90. Jako żywo. Kojarzy mi się z koloniami, to taka charakterystyczna wersja pomarańczy, słodka, nieorzeźwiająca, tania, ale przyjemna. Kupiłam go w Rossmannie za 3 zł z groszami i jak mi się skończą zapasy i pomysły, czym się dalej myć, chętnie do niego wrócę. Lubię sobie powspominać :). 

Joanna – Naturia – Peeling antycellulitowy z gorzką pomarańczą – pisałam o nim tutaj: klik klik. Fajny, gruboziarnisty zdzierak. W antycellulity nie wierzę, ale skóra jest po nim gładka jak trzeba, a zapach w przeciwieństwie do kolegi powyżej ma świeży i rześki. Kupię ponownie.

Original Source – British Strawberry Shower – laurkę na temat tego żelu zostawiłam tutaj: klik klik. Jego chemiczny zapach i beznadziejne opakowanie bezgranicznie mnie zadziwiły wobec faktu, że płyn Original Source z linii Raspberry & Vanilla Milk jest jednym z najpiękniej pachnących, jakie miałam. Tego truskawkowego paskudę z wielką nieprzyjemnością wykończyliśmy z mężem w charakterze mydła do rąk, a i z tym nie było łatwo – soczysta czerwień zalewała całą umywalkę. Na pewno już się nie skuszę, a Original Source mi w tym pomoże – to limitowana edycja, więc niebawem powinna zniknąć ze sklepowych półek na wieki. 


Michael Kors – Island – moje ukochane perfumy, dla których zdradziłam aromaty zielonoherbaciane i zbyt dla mnie słodką, choć piękną 5th Avenue. Doczytałam, że zapach jest zwycięzcą nagrody FiFi Award Bath & Body Line Of The Year 2006. Na szczęście nie muszę kupować ponownie, bo kiedyś na urodziny dostałam od męża i mamy taki sam prezent i po raz pierwszy w życiu bardzo mnie to ucieszyło :D. 

Marion – Płyn micelarny z kwasem hialuronowym i ekstraktem z hibiskusa do skóry normalnej i wrażliwej – z uwagi na niewielką pojemność (120 ml) i spory otwór szybko się skończył, a w związku z tym cena ok. 6 zł przestała być taka superpromocyjna (w standardowej pojemności kosztowałby prawie 12 zł). Płyn nie zawiera alkoholu i według producenta jest odpowiedni dla osób noszących szkła kontaktowe. Działanie ma zadowalające, chociaż nie wydaje mi się, żeby zawarty w nim kwas hialuronowy wspomagał nawilżenie skóry. Nie zostawia lepkiej warstwy, nie domywa czarnej kredki, nie padłam z zachwytu, więc pewnie nie kupię ponownie.

Delia No. 1 – ziołowy zmywacz do paznokci z prowitaminą B5, który w składzie nie ma żadnych ziół, li i jedynie na samiuśkim końcu coś tam piszą o rumianku. Jest to zwyczajny acetonowy zmywacz do paznokci, który szybko się kończy, jest skuteczny i posiada wszelkie cechy acetonowego zmywacza. Wolę zmywacze o większych pojemnościach (tutaj zaledwie 58 ml), ale nie pogardzę nim na wyjazdach, chociaż ostatnio odkryłam zmywacz w płatkach, który wydaje mi się jeszcze wygodniejszym wakacyjnym rozwiązaniem.

Na zdjęciach z bliska brakuje jeszcze wodoodpornej kredki Yves Rocher – Style Regardo, którą uwielbiam, kupiłam właśnie nową i wszystkim polecam, recenzja tu: klik klik, i czarnej, drewnianej kredki Miss Sporty z numerkiem 001, która jest przyzwoitym przeciętniakiem, ale jako że coraz mniej mam serca do czarnych kredek w drewnie, od kiedy w moim życiu pojawiła się wykręcana YR, pewnie nie kupię ponownie. 

Mam też za sobą jednorazową przygodę z szarą glinką Ziai o działaniu oczyszczającym, która jest przeznaczona do skóry tłustej, mieszanej i trądzikowej. Jeden raz to za mało, żeby wydać osąd, ale chętnie kupię ponownie kilka saszetek, żeby przyjrzeć się lepiej jej działaniu. Nie podrażniła mnie, za co plus na początek.

Głęboko oczyszczające płatki na nos od Marion wyciągnęły sporo tłustych nitek z mojego nosa, są niedrogie, więc pewnie znowu trafią do mojego koszyka przy jakiejś okazji.  

Całkiem zapomniałam sfotografować butelkę po płynie micelarnym Bandi z serii Delicate Care, ale wczoraj pisałam o nim recenzję (klik klik), więc nie zdążyłyście go zapomnieć. Butelka zresztą nie poszła do śmieci – służy jako aplikator słynnej bursztynowej wcierki Farmony. Bandi nie kupię ponownie, ale nic straconego – mam w planach przetestowanie innych kosmetyków tej firmy. Niech żyją ich butelki z pompką airless! Oby tylko airless nie okazał się hopeless. 

No to tyle mojej denkowej epopei. Zaprzyjaźniłyście się z którymś z tych kosmetyków?

środa, 3 lipca 2013

Bandi – Delicate Care – Płyn Micelarny do Demakijażu Twarzy, Oczu i Ust [recenzja]

Po tygodniu blogowej laby wracam do Was pełna sił i zdań, które muszę z siebie wyrzucić :). Zacznijmy od tego, że: mam słabość do zewnętrznych atutów firmy Bandi, o czym pisałam jakiś czas temu przy okazji recenzji Aksamitnego Kremu do Rąk (klik klik). Estetyczny minimalizm i produkty zamknięte w opakowaniach z pompkami i atomizerami – to wszystko mnie urzekło, zabrakło tylko wielkiego łał wobec jakości polskich kosmetyków. W pierwszej przesyłce ze sklepu Bandi oprócz kremu do rąk znalazł się też intensywnie nawilżający krem do twarzy i płyn micelarny, o którym trochę Wam dziś ponadaję.


Seria Delicate Care powstała z myślą o cerze wrażliwej, skłonnej do podrażnień. Micel Bandi nie zawiera drażniących substancji myjących ani alkoholu, a wśród składników aktywnych znajduje się D-panthenol i biotyna. Producent zapewnia, że „micele idealnie usuwają makijaż, nie wywołując podrażnienia ani pieczenia oczu. Preparat nie wysusza skóry, pozostawia uczucie czystości, ukojenia i jedwabistości”. Po takim wstępie spodziewałam się kosmetyku delikatnego niczym muśnięcie skrzydeł motyla, niczym mąka osypująca między palcami, niczym kropelki letniego deszczu otulające rozgrzaną słońcem twarz... no dobra, po prostu spodziewałam się, że oczy nie będą piekły, jeśli trochę micela dostanie się nie tam, gdzie powinno. Niestety, moje pieką, a nie jestem jakimś wielkim wrażliwcem. Aha, nie ma mowy o żadnej jedwabistości – po użyciu skóra się lepi i długo nie przestaje. Niestety.

Osobny akapit należy się butelce, która miała być największym atutem tego płynu, bo przecież Bandi zawsze ma wspaniałe opakowania! No więc Bandi ma wspaniałe opakowania zawsze minus tym razem. Przezroczysta plastikowa butelka z atomizerem to nieporozumienie. Zanim zaczęłam używać tego micela, wyobrażałam sobie, że stoję w łazience przed lustrem i w cywilizowany sposób pryskam płynem na płatek kosmetyczny, a potem płatek gładko sunie po mojej twarzy, zmywając pięknie makijaż. Tyle teorii. W praktyce stoję w łazience przed lustrem i pryskam, pryskam, pryskam, pryskam, frustracja narasta, ale pryskam dalej i... tak. Oto on. Namoczony płatek kosmetyczny. No, to teraz mogę przejechać nim po twarzy, a ten pięknie zmyje mi makijaż...
To jak z tym zmywaniem?

W teście udział wzięli (od lewej): cień Maybelline na bazie Ingrid,
wodoodporna kredka Yves Rocher Style Regardo,  brązowa kredka Essence,
limitka Kajal Eyeliner The Body Shop i pomadka NYC.
Chyba dobrze, prawda? Użyłam dużego płatka kosmetycznego do przecierania synowskiej pupy, dlatego zmyła się od razu całość, no właśnie... całość! Zeszło wszystko, a po jednym przetarciu na skórze zostały widoczne tylko resztki drobinek od cienia TBS i pomadki NYC. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że test nadgarstkowy nie jest całkiem miarodajny i może prowadzić tylko do ewentualnej wstępnej eliminacji micela. O wiele łatwiej zmyć kosmetyki kolorowe z gładkiej powierzchni skóry o jednakowej strukturze niż z okolic oczu. Jeśli chodzi o demakijaż twarzy, nie jest już tak różowo, ale wciąż jest dobrze. Micel nie radzi sobie za bardzo z moją ulubioną wodoodporną kredką Yves Rocher (recenzja: klik klik), która twardo się trzyma linii wodnej, ale z tego co wiem, ogólnie micele nie są doskonałe w zmywaniu wodoodpornych kosmetyków, a poza tym resztka kredki wieczorową porą to dla mnie doskonałe rozwiązanie – nigdy nie pokazuję się światu i samej sobie z całkiem zmytym makijażem – nie chciałabym fundować nikomu koszmarów :D.

Czyli co, dobry to micel czy niedobry? Jeżeli, droga Czytelniczko, nie będziesz zakraplać nim oczu (coby nie piekły), użyjesz go do niewodoodpornego makijażu (coby wszystko się zmyło), ominiesz policzki (coby się nie lepiły) i przelejesz go do butelki bez atomizera lub z takim, który ma większy otworek, płyn micelarny Bandi z pewnością wyda Ci się doskonały. Pozostałym Paniom polecam szukać dalej.

PS W butelce po micelu Bandi mieszka obecnie farmonowy Jantar – do pryskania skóry głowy atomizer nadaje się idealnie!

Plusy:
– zapach,
– wydajność,
– w pudełku każdego kosmetyku znajduje się jakaś próbka – mała rzecz, a cieszy.

Minusy:
– (nie sądziłam, że to kiedyś napiszę w stosunku do Bandi) opakowanie, a dokładniej atomizer, z którego wydostaje się delikatna mgiełka, a tej potrzeba wypryskać bardzo dużo, aby właściwości płynu w ogóle były zauważalne,
– uczucie lepkości,
– cena w stosunku do jakości.


Pojemność: 200 ml
Cena: 46 zł
Ocena: 2/6